Jak rozwijać kreatywność u dziecka – 11 prostych sposobów dla rodziców

Jak rozwijać kreatywność u dziecka w świecie, w którym sztuczna inteligencja potrafi coraz więcej?
Wydaje mi się, że jedną z najbardziej cenionych dziś umiejętności, która wciąż wyraźnie odróżnia człowieka od sztucznej inteligencji, jest innowacyjność i kreatywność. Nawet jeśli AI potrafi analizować ogromne ilości danych i generować rozwiązania, to nadal jest to raczej przetwarzanie niż prawdziwe tworzenie.
I właśnie dlatego temat ten jest dziś ważniejszy niż kiedykolwiek wcześniej.

Gdyby człowiek był tylko maszyną obliczeniową, najważniejsze byłoby dla niego zapewnienie sobie energii i miejsca na dane. My jednak mamy zupełnie inne potrzeby.

I właśnie dlatego warto się zastanowić, jak tę zdolność rozwijać u naszych dzieci. I od razu uprzedzam, nie potrzebujecie do tego żadnych wymyślnych zajęć ani drogich kursów. Wystarczy trochę zaangażowania i dobrze spędzony czas z dzieckiem.

Jako tata najwspanialszej piątki dzieci na świecie, i mam nadzieję, że wy myślicie dokładnie tak samo o swoich, z dużą pewnością mogę powiedzieć jedno. Jedną z najlepszych form zabawy rozwijającej kreatywność są klocki.

Nie zamierzam się tutaj wymądrzać, ale mam kilka własnych obserwacji, które mogą być pomocne dla rodziców zastanawiających się, co wybrać. Uprzedzam też, że pojawią się konkretne nazwy. Nikt mi za to nie płaci, po prostu trudno mówić o tych rzeczach inaczej niż używając nazw, które wszyscy znamy.

Jeśli chodzi o klocki, to pewnie wiecie, że na rynku jest ich tyle, że wchodząc do sklepu można naprawdę zgłupieć. Wybór jest ogromny i łatwo się pogubić. Nie wiem, czy moje obserwacje jakoś szczególnie ułatwią wam decyzję, ale postaram się podejść do tematu możliwie obiektywnie.

Najważniejsza rzecz w przypadku młodszych dzieci jest bardzo prosta. Nie kupujcie klocków z dużą liczbą małych elementów. I nie chodzi tylko o wygodę, ale przede wszystkim o bezpieczeństwo. Pomysłowość dzieci nie zna granic i czasami potrafi nas zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie.

Przerabialiśmy to na własnej skórze. Z naszą najstarszą córką musieliśmy jechać kilkadziesiąt kilometrów do specjalistycznego szpitala, żeby wyjąć z ucha mały element, który włożyła zupełnie niepostrzeżenie. Na izbie przyjęć było wtedy kilkanaścioro dzieci z bardzo podobnymi sytuacjami tego samego dnia. To naprawdę nie są rzadkie przypadki.

Druga sprawa jest bardziej przyziemna, ale równie ważna. Małe dzieci zwyczajnie nie mają jeszcze takiej sprawności w palcach, żeby radzić sobie z bardzo drobnymi elementami. Efekt jest taki, że zamiast frajdy pojawia się frustracja, a od tego już tylko krok do zniechęcenia.

I choć klocki to świetny początek, to tylko jeden z elementów. Kreatywność można rozwijać na wiele sposobów, często dużo prostszych, niż się wydaje.

Jak rozwijać kreatywność u dziecka na co dzień?

1. Daj dziecku coś do budowania

W tym artykule wspominałem już o ogromnej roli klocków w rozwijaniu kreatywności, ale warto ten temat trochę rozwinąć.

Klocki towarzyszą naszym dzieciom praktycznie od pierwszych miesięcy życia. Dla najmłodszych najlepszym wyborem są, moim zdaniem, klocki drewniane. Oprócz pierwszych prób budowania często pełnią też funkcję… gryzaków. Dlatego warto zwrócić uwagę na ich jakość. Farba nie powinna odpryskiwać, a materiał musi być bezpieczny, bo prędzej czy później trafi do buzi.

Kiedy dzieci trochę podrosną, pojawiają się pierwsze zestawy z tworzywa. U nas były to zarówno większe, prostsze klocki, jak i Duplo. I tu ciekawa obserwacja — w naszym przypadku lepiej sprawdziły się te prostsze, tańsze rozwiązania. Dzieci bawią się nimi do dziś, podczas gdy duże pudło Duplo stoi gdzieś z boku i zbiera kurz.

Nie sposób nie wspomnieć o LEGO. To oczywiście klasyka, ale mam wrażenie, że gotowe zestawy potrafią trochę ograniczać kreatywność, bo narzucają konkretny schemat budowania. Dlatego u nas LEGO funkcjonuje głównie jako zbiór luźnych klocków. I to działa dużo lepiej. Chłopcy budują z nich najróżniejsze konstrukcje, natomiast dziewczyny częściej sięgają po Playmobil, który daje większe możliwości zabawy w odgrywanie scenek i tworzenie historii.

Na naszej podłodze LEGO to jednak nie wszystko. Prawdziwym hitem okazały się klocki polskiego producenta Marioinex, czyli tzw. waffle. Dzieci budują z nich dosłownie wszystko, co podsunie im wyobraźnia. Czasami korzystają z instrukcji, ale najczęściej działają po swojemu. Naprawdę warto je sprawdzić.

jak rozwijać kreatywność u dziecka z klockami waffle
jak rozwijać kreatywność u dziecka? Przykładowy zestaw waffli z firmy Marioinex
jak rozwijać kreatywność u dziecka
jak rozwijać kreatywność u dziecka, proste konstrukcje wykonane przez czterolatka

Podobnie działają klocki Plus Plus od duńskiego producenta. Proste w formie, a dają ogromne możliwości. U nas chłopcy potrafią się nimi bawić godzinami i trwa to już od kilku lat bez większego znudzenia.

jak rozwijać kreatywność u dziecka z klockami plus plus
„Jamjamki”, które budują moje dzieci i bawią się nimi w smoki
Jak rozwijać kreatywność u dziecka
„Jamjamki” odpoczywające na konarze

I to jest chyba najważniejsze — dobre klocki nie narzucają, co masz zrobić. Dają przestrzeń, żeby dziecko samo na to wpadło.

2. Grajcie w gry, które wymagają myślenia

Szachy, warcaby, Monopoly, Wirus, Smart Games czy nawet zwykłe bierki. To nie są tylko gry i sposób na zabicie czasu. To bardzo konkretny trening myślenia.

Podczas takich rozgrywek dziecko uczy się czegoś, czego nie da się przekazać w formie wykładu. Zaczyna rozumieć, że każdy ruch ma konsekwencje. Że decyzje, które podejmuje teraz, wpływają na to, co wydarzy się za chwilę. W szachach widać to jak na dłoni, ale nawet w prostszych grach mechanizm jest dokładnie ten sam.

Co więcej, dziecko uczy się planowania. Na początku działa impulsywnie, robi pierwszy lepszy ruch. Z czasem zaczyna się zatrzymywać i myśleć: „co będzie dalej?”. To moment, w którym zaczyna się prawdziwa nauka.

Bardzo ważny jest też element przegrywania. Gry uczą, że nie zawsze się wygrywa i że porażka nie jest końcem świata. Wręcz przeciwnie, często jest najlepszą lekcją. Dziecko zaczyna analizować, co poszło nie tak i co można zrobić inaczej następnym razem.

Z mojego doświadczenia wynika też, że gry planszowe świetnie uczą cierpliwości. Trzeba poczekać na swoją kolej, trzeba skupić się przez dłuższy czas, trzeba trzymać się zasad. To wszystko są kompetencje, które bardzo trudno wyćwiczyć w inny sposób.

No i jeszcze jedna rzecz, często niedoceniana. To świetny pretekst do bycia razem. Bez ekranów, bez rozpraszaczy. Zwykła gra przy stole potrafi zrobić więcej dla rozwoju dziecka niż niejeden „edukacyjny” program.

Nie chodzi o to, żeby od razu wprowadzać skomplikowane gry strategiczne. Wystarczy zacząć od prostych i stopniowo podnosić poziom trudności. Najważniejsze, żeby dziecko miało okazję myśleć, próbować i czasem się pomylić. Bo dokładnie na tym polega nauka.

U nas świetnym odkryciem okazały się układanki logiczne Smart Games. Do tego stopnia, że dzieci zaczęły podarowywać je kolegom i koleżankom na urodziny. Co więcej, ostatnio pożyczyły je nawet swojej nauczycielce od wiolonczeli, żeby mogła wykorzystać je podczas zajęć.

Z kolei dziewczyny wkręciły się w szachy na tyle, że dołączyły do szkolnej sekcji i biorą udział w zawodach. Najpierw na poziomie szkoły, a teraz już także w rozgrywkach ogólnopolskich.

I to chyba najlepiej pokazuje, jak takie „zwykłe gry” potrafią przerodzić się w coś znacznie większego.

3. Zadawaj dziwne pytania

Dla dorosłego człowieka, który na co dzień funkcjonuje w dość zerojedynkowym świecie decyzji, wejście w taki abstrakcyjny tryb myślenia może być na początku trudne. Wymaga to przełamania pewnych schematów. Ale kiedy już się na to otworzycie, zobaczycie, jak świetna to może być zabawa.

Od czego zacząć? Najprościej od klasycznego: „co by było gdyby…”. I tutaj możliwości są praktycznie nieograniczone.

Co by było, gdyby w rowerze były trójkątne koła?
Co by było, gdyby nie było grawitacji?
Co by było, gdyby na drzewach rosły parówki?

Albo trochę inaczej:

Jak pokazałbyś coś, gdybyś nie mógł mówić?
Jak pomógłbyś ludziom, gdybyś potrafił skakać na 10 metrów?

To są niby proste pytania, ale uruchamiają w głowie zupełnie inne procesy niż te, z których korzystamy na co dzień.

Najlepsze jest to, że dzieci same bardzo szybko zaczynają w to wchodzić. Na przykład jedna z moich córek zapytała mnie kiedyś, czy dla olbrzyma ręcznik byłby chusteczką do nosa. No i tu zaczyna się prawdziwa zabawa. Od razu podchwyciłem temat i poszliśmy dalej. A może to my jesteśmy olbrzymami dla krasnoludków? Może gdzieś w rogu łazienki jakiś krasnoludek właśnie wyciera się kawałkiem chusteczki, który wypadł ci z kieszeni?

I nagle zwykła rozmowa zamienia się w coś znacznie ciekawszego.

Takie pytania zmuszają do wyjścia poza schemat. A właśnie tam najczęściej pojawiają się najlepsze pomysły.

4. Daj dziecku zadania kreatywne

Prawdopodobnie każdy rodzic doświadcza przynajmniej kilka razy w tygodniu sytuacji, w której dziecko podchodzi i mówi, że się nudzi. I nie ma się co oszukiwać — dzisiejsze dzieci są często przyzwyczajone do ciągłej stymulacji. Oczekują, że coś będzie się działo, że ktoś im tę zabawę zorganizuje.

A to właśnie nuda jest jednym z najlepszych momentów na rozwijanie kreatywności.

Świetnym narzędziem jest rysowanie, ale tu łatwo popełnić podstawowy błąd. Jeśli dziecko pyta: „co mam narysować?”, a my odpowiadamy „cokolwiek”, to wcale mu nie pomagamy. Dla dziecka to często oznacza brak punktu zaczepienia.

Dużo lepiej działa konkret.

Znacie swoje dzieci najlepiej, więc bez problemu znajdziecie temat, który je wciągnie. U nas chłopcy ostatnio wymyślają „jamjamki”. Trudno to nawet dobrze opisać — to takie konstrukcje z klocków przypominające smoki. Kiedy kończą się pomysły, podsuwam im: „narysuj nowego jamjamka”. I nagle wraca energia i zaangażowanie.

Dziewczyny, trochę starsze, chętnie projektują ubrania. Tworzą własne kolekcje, łączą kolory, wymyślają detale. I to też jest świetne ćwiczenie kreatywności.

Jeśli nie macie pomysłu, można zacząć od prostych tematów:
dom marzeń, latający samochód, nowy gatunek zwierzęcia, własny kraj z mapą i nazwami miejsc.

Kiedy dziecko dostaje konkretny kierunek, zaczyna kombinować. Rozwija pomysł, dodaje szczegóły, buduje coś swojego. I dokładnie o to chodzi.

5. Eksperymentujcie w kuchni

Kuchnia to jedno z najlepszych miejsc do rozwijania kreatywności, a przy okazji coś, co i tak robicie na co dzień. I właśnie wtedy dzieciakom najczęściej się nudzi. Wystarczy jednak trochę zmienić podejście, żeby tę nudę przerobić na coś naprawdę wartościowego.

Zamiast dawać dziecku gotowe rozwiązania, warto czasem oddać mu inicjatywę. Niech samo spróbuje coś wymyślić. Nową kanapkę, dziwny deser, własną pizzę albo napój. Może połączyć składniki, które na pierwszy rzut oka do siebie nie pasują.

U nas czasami kończy się to dość… kreatywnie. Powstają koktajle z pomidorków, kurkumy i całej masy innych rzeczy, które finalnie i tak lądują w śmietniku. Ale w tym czasie wszyscy świetnie się bawią — i to jest najważniejsze.

I jasne, czasem wyjdzie coś średniego. A czasem coś naprawdę zaskakującego.

Najważniejsze jest to, że dziecko zaczyna myśleć: co się stanie, jeśli to połączę z tym? Co mogę zmienić? Co dodać? To dokładnie ten sam proces, który później wykorzystuje się przy rozwiązywaniu problemów.

U nas często wygląda to tak, że dzieci wymyślają własne „przepisy”, a potem nadają swoim potrawom nazwy. I to jest w tym wszystkim najlepsze, bo nagle zwykła kanapka staje się „super burgerem mocy” albo „kosmicznym deserem”.

Przy okazji uczą się jeszcze jednej ważnej rzeczy — że nie wszystko musi wyjść idealnie za pierwszym razem. Czasem trzeba spróbować drugi raz, coś poprawić, coś zmienić.

I dokładnie na tym polega kreatywność.

6. Pokazuj, że pomysły mają wartość

Jeśli dziecko coś wymyśli, najgorsze, co możesz zrobić, to od razu to ocenić. „To nie ma sensu”, „tak się nie da”, „to głupie” – takie teksty potrafią bardzo szybko zamknąć dziecko na dalsze próby. Ale uwaga… same pochwały też nie są rozwiązaniem. Oczywiście zachęcają do eksperymentów, które czasem mogą zamienić wasz dom w małe laboratorium chaosu, więc warto znaleźć złoty środek.

Najważniejsze jest to, żeby na chwilę się zatrzymać i wejść w świat dziecka. Zapytaj: „Jak to działa?”, „Co miałeś na myśli?”, „Co byś w tym zmienił?”. Nagle okazuje się, że za tym „dziwnym” pomysłem często stoi całkiem logiczne myślenie, tylko jeszcze nie do końca poukładane.

Dzieci bardzo potrzebują poczucia, że ich pomysły są ważne. Nie chodzi o to, żeby wszystko bezrefleksyjnie chwalić, ale żeby traktować je poważnie. Jeśli dziecko widzi, że naprawdę słuchasz i jesteś zainteresowany, zaczyna myśleć dalej. Rozwija pomysł, poprawia go, kombinuje.

U nas często wygląda to tak, że dzieci przychodzą z czymś zupełnie abstrakcyjnym. Zamiast to uciąć, próbuję pociągnąć temat. „Dobra, a co by było, gdyby…?” – i nagle robi się z tego rozmowa, a nie szybkie zamknięcie tematu.

Warto też czasem pozwolić dziecku sprawdzić swój pomysł w praktyce. Nawet jeśli wydaje się średni. Często właśnie wtedy pojawia się najwięcej nauki, bo dziecko samo dochodzi do tego, co działa, a co nie.

Najważniejsze jest jedno – jeśli dziecko kilka razy usłyszy, że jego pomysły są nieważne albo „bez sensu”, to po prostu przestanie je pokazywać. A tego chyba żaden z nas nie chce.

Bo kreatywność zaczyna się dokładnie w tym miejscu, w którym ktoś traktuje twoje pomysły poważnie.

7. Nie poprawiaj wszystkiego za dziecko

To jest chyba jedna z trudniejszych rzeczy dla nas jako rodziców. Widzisz, że coś jest krzywo zbudowane, niedokończone, źle narysowane, koło odpada, a kwiatki rosną korzeniami do góry. Naturalna reakcja? Poprawić. Pokazać jak trzeba. Zrobić szybciej i lepiej.

Tylko że wtedy zabierasz dziecku najważniejszą część całego procesu.

Bo kreatywność nie polega na tym, żeby coś było idealne. Polega na próbowaniu, poprawianiu i dochodzeniu do własnych wniosków. Jeśli za każdym razem wchodzisz i mówisz „zrób tak”, dziecko przestaje kombinować. Zaczyna czekać na instrukcję.

A przecież nie o to chodzi.

Czasem warto się ugryźć w język i pozwolić, żeby coś było zrobione po dziecięcemu. Krzywo? Trudno. Niesymetrycznie? I co z tego. Ważne, że jest jego.

U nas widać to świetnie przy budowaniu z klocków. Kiedyś miałem odruch, żeby poprawiać konstrukcje, żeby miały sens. Dzisiaj już wiem, że to był błąd. Bo to, co dla mnie nie miało sensu, dla nich było początkiem jakiegoś większego pomysłu.

I jeszcze jedna rzecz. Kiedy dziecko samo coś poprawi, samo wpadnie na lepsze rozwiązanie, daje mu to zupełnie inne poczucie satysfakcji niż wtedy, gdy ktoś zrobi to za nie.

To właśnie w takich momentach buduje się pewność siebie.

Nie chodzi o to, żeby zostawić dziecko bez wsparcia. Chodzi o to, żeby nie zabierać mu przestrzeni do myślenia.

Bo jeśli zawsze będziemy poprawiać, nauczymy jedno. Że ktoś inny wie lepiej. A jeśli damy przestrzeń, nauczymy czegoś znacznie ważniejszego. Że warto próbować samemu.

8. Ucz działania w ramach ograniczeń

To może brzmieć trochę paradoksalnie, ale bardzo często najlepsze pomysły rodzą się wtedy, gdy mamy jakieś ograniczenia. Kiedy wszystko jest możliwe, trudno się zdecydować. Kiedy pojawiają się ramy, nagle trzeba zacząć kombinować.

Możesz powiedzieć dziecku: zbuduj coś tylko z trzech elementów. Albo narysuj coś bez użycia koloru czerwonego. Nagle okazuje się, że trzeba poszukać innych rozwiązań. Trzeba pomyśleć inaczej niż zwykle.

U nas świetnie działały takie „zadania specjalne”. Na przykład budowanie konstrukcji tylko z jednego rodzaju klocków albo rysowanie postaci bez użycia rąk jako głównego elementu. Na początku pojawia się zdziwienie, czasem nawet lekki opór. A potem zaczyna się kombinowanie.

I właśnie o to chodzi.

Ograniczenia zmuszają do myślenia. Wyciągają dziecko ze schematów i pokazują, że zawsze jest więcej niż jedno rozwiązanie. Czasem nawet lepsze niż to pierwsze, najbardziej oczywiste.

To też dobra lekcja na przyszłość. W życiu rzadko mamy idealne warunki. Zwykle działamy w jakichś ramach, z ograniczonym czasem, zasobami czy możliwościami. I wtedy wygrywa nie ten, kto ma najwięcej, tylko ten, kto potrafi najlepiej wykorzystać to, co ma.

A tego naprawdę warto uczyć od najmłodszych lat.

9. Pokazuj własny proces myślenia

Dziecko uczy się przez obserwację. To, co mówimy, ma znaczenie, ale to, co robimy, ma znaczenie dużo większe. Jeśli dziecko widzi, jak kombinujesz, zmieniasz zdanie, szukasz rozwiązania, zaczyna robić dokładnie to samo.

Warto czasem „myśleć na głos”. Powiedzieć: „Nie wiem, jak to zrobić… spróbuję tak… nie działa, dobra, to może inaczej”. Dla nas to nic wielkiego, ale dla dziecka to konkretna lekcja.

Pokazujesz mu, że brak gotowej odpowiedzi to nie problem. Że można próbować, zmieniać podejście, szukać dalej. Że pomyłka nie jest końcem, tylko częścią drogi.

U nas często wychodzi to zupełnie naturalnie. Coś się zepsuje, coś nie działa, coś trzeba ogarnąć. Zamiast zrobić to po cichu i „załatwić temat”, staram się czasem wciągnąć w to dzieci. Pokazać krok po kroku, jak do tego podchodzę.

I nagle okazuje się, że dziecko nie tylko patrzy, ale zaczyna podpowiadać. Ma swoje pomysły. Czasem zupełnie inne niż moje.

To też ważny sygnał. Pokazujesz, że dorosły nie musi wiedzieć wszystkiego. Że można się zastanawiać, szukać, zmieniać zdanie.

A to daje dziecku ogromną swobodę. Bo skoro tata albo mama też czasem nie wiedzą i kombinują, to ja też mogę.

I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwe myślenie.

10. Czytajcie i rozmawiajcie o historiach

To jest coś, co często się pomija, a ma ogromny wpływ na rozwój kreatywności.

Czytanie to nie tylko nauka słów czy poprawnej wymowy. To przede wszystkim kontakt z wyobraźnią. Dziecko, słuchając historii, tworzy w głowie obrazy, których nie widzi. Buduje światy, postacie, sytuacje. I robi to samodzielnie.

To ogromna różnica w porównaniu do gotowych obrazów z ekranów.

Dobra książka zmusza do myślenia. Co bym zrobił na miejscu bohatera? Dlaczego on tak postąpił? Czy można było inaczej? To są dokładnie te same pytania, które pojawiają się przy rozwiązywaniu problemów w realnym życiu.

U nas często wygląda to tak, że czytanie kończy się rozmową. Nie analizą jak w szkole, tylko zwykłym gadaniem. Co było fajne, co dziwne, co byśmy zmienili.

I nagle okazuje się, że książka przestaje być tylko historią, a staje się punktem wyjścia do własnych pomysłów.

Warto też sięgać po historie, w których bohaterowie muszą sobie radzić z trudnościami. Takie opowieści uczą więcej niż gotowe rozwiązania. Pokazują proces, a nie tylko efekt.

I jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko się mówi.

Tekst czytany przez dziecko nigdy nie jest „gotowy”. Jak zauważa Umberto Eco, każda historia potrzebuje aktywnego odbiorcy, który ją dopełnia, dopowiada i interpretuje. To oznacza, że dziecko, słuchając lub czytając, nie jest bierne. Ono współtworzy znaczenie.

To właśnie dlatego czytanie tak mocno rozwija myślenie.

Bo dziecko nie tylko poznaje historię. Ono ją buduje w swojej głowie.

I dokładnie ten sam mechanizm działa później w realnym życiu. Najpierw wyobrażasz sobie rozwiązanie, a dopiero potem próbujesz je zrealizować.

11. Rozmawiaj o tym, co stworzyło

Na koniec dnia warto się na chwilę zatrzymać i po prostu pogadać. Nie o ocenach, nie o obowiązkach, tylko o tym, co dziecko stworzyło. Możesz zapytać: „Z czego jesteś dziś dumny?”

To bardzo proste pytanie, ale robi dużą robotę.

Dziecko zaczyna się zastanawiać. Wraca myślami do tego, co robiło. Uczy się zauważać swoje działania i nadawać im znaczenie. To buduje świadomość i pokazuje, że tworzenie nie jest czymś przypadkowym, tylko czymś ważnym.

Czasem odpowiedzi są oczywiste. „Zbudowałem wieżę”, „narysowałam obrazek”. Ale czasem pojawiają się rzeczy, których byś się nie spodziewał. „Pomogłem koledze”, „wymyśliłem nową grę”, „spróbowałem czegoś trudnego”.

I nagle widzisz, że dla dziecka ważne są rzeczy, których na pierwszy rzut oka mogłeś nawet nie zauważyć.

To też dobry moment, żeby dopytać. „A co było najtrudniejsze?” „Co byś zrobił inaczej następnym razem?” Bez oceniania, bez poprawiania. Po prostu rozmowa.

U nas często kończy się to tak, że jedno pytanie prowadzi do kolejnych i robi się z tego całkiem fajna wymiana myśli. I to nie jest żadna wielka filozofia. Kilka minut, zwykła rozmowa.

Ale właśnie w takich momentach buduje się coś więcej niż tylko kreatywność. Buduje się poczucie, że to, co robię, ma sens.

I że warto próbować dalej.

I może to jest w tym wszystkim najważniejsze.

Nie to, żeby wychować dziecko, które zawsze ma rację.

Tylko takie, które nie boi się myśleć, próbować i szukać własnych rozwiązań.

Bo świat się zmienia. Technologie się zmieniają.

Ale jedno zostaje niezmienne.

Najdalej zajdą ci, którzy potrafią myśleć po swojemu.

I którzy rozumieją, że nie ma jednej gotowej odpowiedzi, tylko wiele możliwych dróg.

Literatura dziecięca a rozwój poznawczy dziecka

Rozwój poznawczy dziecka nie dzieje się sam z siebie i nie zaczyna się dopiero w szkole. Buduje się każdego dnia, w prostych sytuacjach, kiedy dziecko musi coś wymyślić, podjąć decyzję albo poradzić sobie z trudnością.

Do napisania tego artykułu skłoniła mnie pewna sytuacja, której mimowolnie byłem świadkiem, czekając na swoje dzieci. Obok mnie rozmawiały dwie mamy. Jedna z nich była wyraźnie zdenerwowana na potencjalnego pracodawcę swojej córki.

Z tego, co dało się usłyszeć — a rozmowa była na tyle głośna i emocjonalna, że trudno było jej nie słyszeć — wynikało, że około dwudziestoletnia dziewczyna poszła na rozmowę o pracę. Miała dobre CV i referencje, czyli wszystko, co zwykle buduje pozytywny obraz kandydata. Problem polegał jednak na czymś innym. Na rozmowę przyszła… z mamą.

Mama, jak sama tłumaczyła, chciała dopilnować, żeby córka została „sprawiedliwie potraktowana”. Pracodawca nie miał jednak wątpliwości. Skoro kandydatka nie potrafi samodzielnie poradzić sobie z taką sytuacją, to jak poradzi sobie w pracy?

Ta historia dobrze pokazuje coś, co w wychowaniu często umyka albo bywa bagatelizowane. Chodzi o zdolność rozwiązywania problemów. To jedna z kluczowych kompetencji, od której zależy nie tylko proces uczenia się, ale też samodzielność i funkcjonowanie w dorosłym życiu.

Dobre wychowanie nie polega na tym, żeby usuwać dziecku wszystkie przeszkody z drogi. Polega na tym, żeby nauczyć je, jak sobie z nimi radzić.

Ponieważ nie jestem ani pracodawcą, ani nie znalazłem się nigdy w podobnej sytuacji, zacząłem się zastanawiać, jak w ogóle można dojść do takiego rozwiązania i z czego ono wynika. Skąd bierze się przekonanie, że obecność rodzica w takiej chwili jest wsparciem, a nie ograniczeniem samodzielności?

Pamiętam, że już sama obecność rodziców podczas egzaminu maturalnego wydawała mi się czymś problematycznym. W końcu jest to egzamin dojrzałości, który z definicji powinien być momentem samodzielnego zmierzenia się z wyzwaniem. Oczywiście wsparcie było, ale miało ono inny wymiar, bardziej symboliczny niż bezpośredni.

Nie potrafiłem przejść obojętnie obok zasłyszanej rozmowy. Stała się ona dla mnie punktem wyjścia do dalszych przemyśleń, których rozwinięcie — już w szerszym kontekście wychowania, rozwoju dziecka i roli literatury — przedstawiam poniżej.

Literatura tworzona z myślą o najmłodszych odbiorcach pozostaje w ścisłym związku z naukami z pogranicza psychologii i pedagogiki. W niniejszych rozważaniach przyjmuję szerokie rozumienie odbiorcy, uznając, że czytelnikiem jest także dziecko, któremu tekst literacki jest odczytywany przez rodzica. Współczesna literatura dziecięca wydaje się szczególnie silnie wpisywać w tę interdyscyplinarną perspektywę.

Tego rodzaju powiązania nie są przypadkowe, lecz wynikają z określonych założeń funkcjonalnych. Literatura dla dzieci, obok swoich walorów estetycznych, pełni bowiem istotną rolę w procesie wychowania i wspierania rozwoju poznawczego. Można ją traktować jako swoistego przewodnika, który wprowadza dziecko, często przy współudziale dorosłego, w świat wartości, doświadczeń i sposobów rozumienia rzeczywistości. Szczególnie istotne staje się tu kształtowanie samodzielności poznawczej, w tym zdolności do rozwiązywania problemów.

Jak rodzice mogą wspierać rozwój poznawczy dziecka?

Jednocześnie należy podkreślić, że skuteczność oddziaływania literatury dziecięcej nie jest autonomiczna. Rola dorosłego, zwłaszcza rodzica, pozostaje w tym procesie kluczowa. Bez jego wsparcia i zaangażowania książka, nawet najbardziej wartościowa, nie spełni w pełni swojej funkcji wychowawczej. Wspólna lektura oraz rozmowa inspirowana tekstem literackim pozwalają przenieść potencjalnie trudne lub problemowe treści na poziom refleksji, która nie przybiera formy bezpośredniej dydaktyki, lecz staje się analizą sytuacji przedstawionej w utworze.

W tym kontekście szczególnie istotne jest odejście od modelu przekazywania gotowych odpowiedzi na rzecz rozwijania kompetencji umożliwiających dziecku samodzielne dochodzenie do rozwiązań. Jak zauważa Alicja Ungeheuer-Gołąb, literatura dziecięca od początku swojego rozwoju pozostawała ściśle związana z funkcją pedagogiczną i wychowawczą, przekazując określone wzorce postępowania1.

Rozwój dziecka poprzez doświadczenie, zabawę i literaturę

Proces kształtowania kompetencji problemowych rozpoczyna się bardzo wcześnie. Już w najprostszych sytuacjach dnia codziennego dziecko uczy się zależności między działaniem a jego skutkiem. Z perspektywy pedagogicznej istotne jest jednak, aby dorosły nie przejmował całkowicie kontroli nad tym procesem. Nadmierna ingerencja ogranicza bowiem możliwość uczenia się poprzez doświadczenie, które stanowi fundament rozwoju poznawczego.

Jednym z najważniejszych elementów wspierających rozwój umiejętności rozwiązywania problemów jest zabawa. W literaturze przedmiotu podkreśla się, że aktywność twórcza dziecka, szczególnie ta wymagająca wyobraźni i podejmowania decyzji, sprzyja rozwijaniu kompetencji poznawczych i społecznych2. Zabawa staje się przestrzenią eksperymentowania, w której dziecko może testować różne rozwiązania bez ryzyka poważnych konsekwencji.

Przyznam jednak, odwołując się do własnego doświadczenia, że nasze dzieci od kilku dni spędzają czas w stodole, gdzie bawią się doskonale, drążą w sianie tunele i zjeżdżają z góry. Czy jest to zabawa całkowicie bezpieczna? Niekoniecznie. Można nawet powiedzieć, że niesie ze sobą pewne ryzyko. Jednocześnie jednak widać w tej aktywności coś niezwykle istotnego – świadomość tego ryzyka i towarzyszącą jej refleksję.

Dla kontrastu można przywołać współczesne place zabaw, spełniające wszystkie normy bezpieczeństwa: z odkażonym piaskiem, miękkimi nawierzchniami i zaokrąglonymi krawędziami, o które – mówiąc pół żartem – trudno się nawet solidnie uderzyć. Powstaje więc pytanie: w której z tych przestrzeni kompetencje poznawcze dziecka mają większą szansę się rozwijać?

rozwój poznawczy dziecka
Moje dzieci bawiące się w stodole

Istotnym czynnikiem wychowawczym jest także świadome wprowadzanie przez dorosłych umiarkowanych trudności. Dziecko, które nie doświadcza wyzwań, nie ma okazji rozwijać strategii radzenia sobie z problemami. Jak pokazują badania nad edukacją wczesnoszkolną, kontakt z różnorodnymi sytuacjami problemowymi sprzyja rozwijaniu samodzielności oraz kompetencji decyzyjnych3.

W tym kontekście ważne jest również umożliwienie dziecku dokonywania wyborów. Zamiast narzucania jednego rozwiązania, warto prezentować różne możliwości i zachęcać do samodzielnego podejmowania decyzji. Takie podejście buduje poczucie sprawczości oraz odpowiedzialności za własne działania.

Nie bez znaczenia pozostaje także klimat wychowawczy domu rodzinnego. Jeśli trudności traktowane są jako naturalny element życia, dziecko uczy się pozytywnego podejścia do wyzwań. Wspólne rozwiązywanie problemów może stać się ważnym elementem budowania relacji i jednocześnie przestrzenią uczenia się.

Szczególną rolę w tym procesie odgrywa literatura. Jak zauważa Anna Czabanowska-Wróbel, literatura dziecięca jako „instytucja kulturowa” przekazuje określone treści i wartości, dostosowane do możliwości percepcyjnych dziecka4. Bohaterowie literaccy często stają wobec trudności, a ich sposoby działania mogą stanowić dla młodego odbiorcy wzorzec postępowania. Czytanie staje się więc nie tylko formą rozrywki, lecz także narzędziem kształtowania kompetencji poznawczych i emocjonalnych.

Ważnym elementem wychowania jest także uczenie konkretnych strategii rozwiązywania problemów. Proces ten można podzielić na kilka etapów: identyfikację problemu, analizę jego składowych oraz stopniowe poszukiwanie rozwiązania. Tego rodzaju strukturyzacja myślenia ułatwia dziecku radzenie sobie z bardziej złożonymi sytuacjami.

Nieodzownym elementem tego procesu jest również doświadczenie porażki. W literaturze pedagogicznej podkreśla się, że unikanie sytuacji niepowodzenia ogranicza rozwój dziecka, ponieważ uniemożliwia nabycie kompetencji adaptacyjnych5. Porażka, odpowiednio przepracowana, staje się źródłem wiedzy i motywacji do dalszego działania.

Na zakończenie warto zwrócić uwagę na znaczenie włączania dziecka w proces podejmowania decyzji w życiu codziennym. Zadawanie pytań i zachęcanie do wspólnego poszukiwania rozwiązań wzmacnia przekonanie o własnych możliwościach oraz rozwija kreatywność.

Jako rodzice powinniśmy zdawać sobie sprawę, że kształtowanie umiejętności rozwiązywania problemów jest procesem długotrwałym i wieloaspektowym. Obejmuje zarówno codzienne doświadczenia dziecka, jak i jego kontakt z kulturą, w tym z literaturą. Właściwie prowadzony może stać się fundamentem przyszłej samodzielności i kompetencji życiowych.

  1. A. Ungeheuer-Gołąb, O związkach pedagogiki z literaturą dziecięcą w świetle sylwetki Stanisława Jachowicza, „Polska Myśl Pedagogiczna” 2019, nr 5, s. 255–256. ↩︎
  2. A. Ungeheuer-Gołąb, Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji, „Lubelski Rocznik Pedagogiczny” 2020, t. 39, z. 3, s. 173–175. ↩︎
  3. A. Brzuska-Kępa, Dziecko w świecie książki i mediów, „Folia Librorum” 2013, nr 17, s. 261. ↩︎
  4. A. Czabanowska-Wróbel, Ta dziwna instytucja zwana literaturą dla dzieci, „Teksty Drugie” 2013, nr 5, s. 13–14. ↩︎
  5. G. Leszczyński (red.), Książka dziecięca 1990–2005. Konteksty kultury popularnej i literatury wysokiej, Warszawa 2006, s. 66. ↩︎

5 sposobów, by nie być nadopiekuńczym rodzicem

Nadopiekuńczość rodziców to zjawisko, które coraz częściej pojawia się we współczesnych dyskusjach o wychowaniu. Myślę, że podobnie jak wielu rodziców, którzy być może zaglądają na ten blog, z pewną nostalgią wspominam własne dzieciństwo i młodość. I słusznie, choć warto pamiętać, że to, co było, już nie wróci.

Dorastałem w czasach, gdy dzieci po prostu wychodziły z domu rano i znikały na długie godziny. Jeździliśmy po okolicy na rowerach, spędzaliśmy czas nad rzeką, przy stawach, na podwórkach, a czasem nawet na budowach. Potrafiliśmy bawić się bez końca, wymyślając kolejne zajęcia. Nikt nie śledził nas na bieżąco, nie mieliśmy telefonów komórkowych, a jedyną zasadą było wrócić na obiad albo kolację.

Czy było wtedy mniej zagrożeń? Nie jestem o tym przekonany. Być może było ich tyle samo, a może nawet więcej. Różnica polegała raczej na tym, że mieliśmy dobrze rozwiniętą wyobraźnię. Służyła nam nie tylko do wymyślania zabaw, ale także do unikania niebezpieczeństw. Pamiętam ostrzeżenia przed podejrzanymi ludźmi, historie o czarnej wołdze, której nikt z nas nigdy nie widział, a mimo to wszyscy się jej bali. W sklepie nikt nie sprzedałby dziecku zapałek, a jeśli zdarzyło się wpaść do rzeki, robiliśmy wszystko, żeby wyschnąć przed powrotem do domu.

W pewnym sensie to właśnie wyobraźnia i konieczność radzenia sobie samodzielnie uczyły nas życia. Rodzice często nie wiedzieli, z jakimi sytuacjami się mierzymy, więc nie mogli nas w nich wyręczać.

Dziś rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Rodzice wiedzą niemal wszystko o tym, gdzie są ich dzieci i co robią. Telefony pozwalają być w stałym kontakcie, a kontrola staje się czymś naturalnym. Z jednej strony wynika to z troski i realnych zagrożeń, z drugiej jednak prowadzi do nowego problemu, jakim jest nadopiekuńczość rodziców. Choć często ma dobre intencje, w praktyce może ograniczać rozwój samodzielności dziecka i jego zdolność radzenia sobie w codziennych sytuacjach.

Jakiś czas temu postanowiłem dokończyć dawno rozpoczęte studia filologiczne. Muszę przyznać, że choć trafiłem na naprawdę świetną grupę, to dzieliła mnie od większości różnica niemal dwudziestu lat. Byli to już ludzie wychowani po reformach systemu edukacji i w zupełnie innych realiach społecznych, dorastający w świecie mediów społecznościowych i stałego dostępu do informacji.

W rozmowie z jedną z wykładowczyń usłyszałem coś, co dało mi do myślenia. Zwróciła uwagę, że młodzi ludzie trafiają dziś na studia z lepszymi wynikami i większą wiedzą, ale jednocześnie mają mniej umiejętności potrzebnych do samodzielnego życia. Brakuje im zaradności, kompetencji społecznych oraz tego, co można nazwać praktyczną inteligencją życiową. Jedną z głównych przyczyn tego zjawiska jest styl wychowania polegający na stałej kontroli i wyręczaniu dziecka.

Nie jest to tylko intuicja. Psychologia rozwojowa od lat podkreśla, że poczucie sprawczości buduje się poprzez działanie. Albert Bandura wskazywał, że kluczowym czynnikiem rozwoju jest doświadczenie własnej skuteczności, które pojawia się wtedy, gdy jednostka samodzielnie wykonuje zadania1. Z kolei teoria autodeterminacji Edwarda Deciego i Richarda Ryana dowodzi, że autonomia jest jedną z podstawowych potrzeb psychologicznych człowieka2. Jej ograniczanie prowadzi do obniżenia motywacji i zahamowania rozwoju.

Podobną zależność można dostrzec w teorii komunikacji. Jak zauważa Umberto Eco, tekst nie jest strukturą zamkniętą, lecz potencjałem znaczeń, które aktualizują się dopiero w działaniu czytelnika 3. Wychowanie działa według analogicznej logiki. Dziecko nie przyswaja świata przez bierną obserwację, lecz przez aktywne uczestnictwo.

Jak więc wychowywać, by nie odbierać dziecku samodzielności?

Nadopiekuńczość rodziców zaczyna sie od zabawy

1. Ucz podstawowych umiejętności życiowych


Jednym z najprostszych i zarazem najważniejszych kroków jest systematyczne przekazywanie dzieciom konkretnych umiejętności. Nie chodzi o teorię, lecz o praktykę. Dziecko powinno wiedzieć w jaki sposób zrobić proste zakupy, przygotować posiłek czy zadbać o porządek. Każda z tych czynności buduje doświadczenie sprawczości. Brak takich doświadczeń prowadzi do sytuacji, w której młody człowiek posiada wiedzę deklaratywną, ale nie potrafi jej zastosować w praktyce. Psychologia uczenia się opisuje to jako rozbieżność między wiedzą bierną a operacyjną.

2. Ucz bezpośrednich relacji z ludźmi

Współczesna komunikacja coraz częściej odbywa się przez ekran. Tymczasem życie społeczne nadal opiera się na bezpośrednim kontakcie. Dzieci powinny nauczyć się patrzeć rozmówcy w oczy, zadawać pytania, wyrażać swoje zdanie i prowadzić rozmowę. Badania nad komunikacją wskazują, że znaczenie powstaje nie tylko w słowach, lecz także w kontekście sytuacyjnym, tonie głosu i gestach4. Bez praktyki w realnych sytuacjach dziecko nie rozwija pełnych kompetencji społecznych.

3. Odpowiedzialność dziecka a nadopiekuńczość rodziców


Odpowiedzialność nie pojawia się nagle w dorosłości, lecz buduje się stopniowo. Proste obowiązki domowe, samodzielne wstawanie rano czy dbanie o własne sprawy są podstawą tego procesu. Jean Piaget podkreślał, że rozwój poznawczy zachodzi poprzez działanie i konfrontację z rzeczywistością5. Jeśli rodzic stale przejmuje zadania dziecka, ogranicza jego rozwój i osłabia zdolność podejmowania decyzji. W tym kontekście nadopiekuńczość rodziców sprawia, że dziecko rzadziej podejmuje własne działania i nie uczy się ponosić konsekwencji swoich wyborów.

4. Ucz rozwiązywania problemów zamiast wyręczania dziecka


Prędzej czy później dziecko będzie musiało poradzić sobie bez bezpośredniej pomocy rodziców. Dlatego ważne jest, aby nie rozwiązywać za nie każdego problemu. Lew Wygotski opisywał strefę najbliższego rozwoju jako przestrzeń, w której dziecko może działać samodzielnie przy minimalnym wsparciu6. Nadmierna pomoc tę przestrzeń likwiduje. Zamiast gotowych rozwiązań warto kierować dziecko ku samodzielnemu myśleniu i analizie sytuacji.

5. Ucz właściwych relacji z autorytetami

Dzieci powinny wiedzieć, jak rozmawiać z nauczycielami, przełożonymi czy innymi dorosłymi. Relacje społeczne mają charakter normatywny i wymagają praktyki. Nie można nauczyć się ich wyłącznie poprzez instrukcję. Jeśli rodzic w każdej sytuacji występuje jako pośrednik, dziecko nie nabywa kompetencji komunikacyjnych potrzebnych w dorosłym życiu.

Wychowanie do odejścia

Rodzicielstwo można rozumieć jako przygotowanie dziecka do samodzielnego funkcjonowania. Nie chodzi o to, by eliminować wszystkie trudności, lecz by stopniowo przekazywać odpowiedzialność. W tym sensie wychowanie przypomina proces interpretacji. Tak jak tekst staje się pełny dopiero w aktywności czytelnika, tak człowiek staje się samodzielny dopiero poprzez własne działanie. Nadopiekuńczość rodziców, choć często wynika z troski, może ten proces zaburzać i prowadzić do ograniczenia samodzielności w dorosłym życiu.

Paradoks polega na tym, że im więcej robimy za dziecko, tym mniej jest ono przygotowane do życia bez nas. Im więcej pozwalamy mu działać, tym bardziej rozwija się jego autonomia i zdolność podejmowania decyzji.


Jaką jedną zmianę w swoim podejściu do wychowania wprowadziłbyś, aby dać dziecku więcej samodzielności?

Pytanie do przemyślenia:
Porozmawiaj ze swoim partnerem lub partnerką i zapytaj: W jakich sytuacjach jesteśmy nadopiekuńczy i co możemy zrobić, żeby to zmienić?

  1. A. Bandura, Self Efficacy: The Exercise of Control, New York 1997. ↩︎
  2. E. Deci, R. Ryan, Intrinsic Motivation and Self Determination in Human Behavior, New York 1985. ↩︎
  3. U. Eco, Czytelnik modelowy, „Pamiętnik Literacki” 1987 ↩︎
  4. J. Culler, Teoria literatury, Warszawa 1998 ↩︎
  5. J. Piaget, The Psychology of the Child, New York 1969. ↩︎
  6. L. Wygotski, Myślenie i mowa, Warszawa 1989. ↩︎

5 zagrożeń: robienie wszystkiego za dziecko

Kiedy byłem nastolatkiem, nie zdawałem sobie sprawy, że robienie wszystkiego za dziecko może mieć tak duże konsekwencje w dorosłym życiu. W tamtym czasie wiele rzeczy wydawało mi się oczywistych, a przyszłość czymś odległym i mało konkretnym. Dopiero z biegiem lat zrozumiałem, przed jak wieloma wyzwaniami przyjdzie mi stanąć i jak bardzo brak praktycznych umiejętności potrafi to utrudnić.

Nie chodziło jednak o zakładanie rodziny czy wychowanie dzieci, do takich tematów było mi wtedy bardzo daleko. Mam na myśli raczej codzienne, techniczne aspekty życia, takie jak radzenie sobie z prostymi naprawami czy podstawowa wiedza o mechanice. To właśnie tych rzeczy, jak dziś uważam, powinien nauczyć mnie ojciec, zamiast wykonywać wszystko za mnie lub bez mojego realnego udziału.

Niestety tak się nie stało. Ojciec robił wiele rzeczy za mnie albo bez mojego udziału, dlatego w wielu obszarach poruszam się dość nieporadnie, mając jedynie fragmentaryczną wiedzę o elektryce, mechanice i podobnych sprawach.

Ojciec nie pokazał mi, jak zmienić koło w samochodzie ani jak wymienić olej. Mogłem jedynie biernie obserwować jego działania. Pokazywał mi narzędzia, kazał stanąć obok, a potem sprawnie wykonywał kolejne czynności. Problem polegał na tym, że niczego mi nie wyjaśniał, w efekcie nadal nie rozumiałem, co właściwie zrobił i dlaczego.

Tego, jak radzić sobie z samochodem, nauczyłem się dopiero znacznie później, samodzielnie, metodą prób i błędów.

Robienie wszystkiego za dziecko działa właśnie w ten sposób, daje złudzenie nauki, ale nie buduje realnych umiejętności.

1. Uzależnienie: robienie wszystkiego za dziecko prowadzi do zależności


Droga do dorosłości staje się znacznie trudniejsza dla dzieci, którym nie daje się przestrzeni do działania. Jeśli rodzic zawsze naprawia coś samodzielnie, dziecko nie nauczy się nawet podstawowych czynności i pozostaje zależne od innych. W praktyce oznacza to brak elementarnej sprawczości. Młody człowiek nie tylko nie wie, jak coś zrobić, ale często nawet nie próbuje, ponieważ nie wykształcił w sobie przekonania, że jest do tego zdolny. Taka zależność ma charakter nie tylko praktyczny, lecz także psychologiczny. Dziecko przyzwyczaja się, że rozwiązania przychodzą z zewnątrz, a nie z jego własnej inicjatywy.

W efekcie każda sytuacja wymagająca samodzielności, nawet prosta naprawa, zaczyna wydawać się trudna i stresująca. Zamiast stopniowo budować kompetencje i pewność siebie, młody człowiek wchodzi w dorosłość z poczuciem braku przygotowania, co sprzyja dalszemu uzależnianiu się od innych i unikaniu odpowiedzialności.

2. Zanik umiejętności: robienie wszystkiego za dziecko blokuje naukę przez działanie

Umiejętności rozwijają się poprzez praktykę. Samo obserwowanie nie wystarcza, bez działania nie powstaje realna kompetencja, a jedynie złudzenie wiedzy. Dziecko, które tylko patrzy, jak ktoś naprawia samochód, może mieć wrażenie, że rozumie cały proces, jednak w rzeczywistości nie potrafi samodzielnie wykonać nawet prostych czynności. Wiedza pozostaje powierzchowna i szybko okazuje się niewystarczająca w konfrontacji z realnym problemem. Brak okazji do ćwiczenia sprawia, że nie rozwija się myślenie przyczynowo skutkowe ani zdolność reagowania na nieprzewidziane sytuacje. W efekcie młody człowiek nie tylko nie posiada konkretnych umiejętności, lecz także nie potrafi ich samodzielnie zdobywać, ponieważ nigdy nie nauczył się uczyć poprzez działanie i własne doświadczenie.

3. Nieodpowiedzialność jako skutek wyręczania dziecka

Dziecko, które nie musi samodzielnie mierzyć się z obowiązkami, nie uczy się odpowiedzialności za własne działania ani ich konsekwencje. Jeśli ktoś stale przejmuje za nie zadania, znika naturalny związek między działaniem a jego skutkiem. Młody człowiek nie doświadcza ani satysfakcji z dobrze wykonanej pracy, ani konsekwencji błędów, które są przecież ważnym elementem uczenia się. W efekcie może wykształcić się postawa unikania odpowiedzialności, polegająca na przerzucaniu winy na innych lub oczekiwaniu, że ktoś rozwiąże problem. Brak takich doświadczeń sprawia, że w dorosłym życiu trudniej jest podejmować decyzje, brać za nie odpowiedzialność i wywiązywać się z powierzonych zadań.

4. Roszczeniowość: robienie wszystkiego za dziecko zmienia podejście do wysiłku

Stałe wyręczanie prowadzi do przekonania, że pomoc należy się zawsze i bezwarunkowo. Znika związek między wysiłkiem a efektem. Dziecko przyzwyczaja się, że zadania są wykonywane za nie, więc nie widzi potrzeby angażowania się ani podejmowania własnej inicjatywy. W konsekwencji zaczyna traktować wsparcie innych jako coś oczywistego, a nie jako pomoc, na którą trzeba zapracować lub której warto być wdzięcznym. Taka postawa może prowadzić do trudności w relacjach z innymi ludźmi, ponieważ oczekiwania nie są współmierne do wkładu własnego. W dorosłym życiu objawia się to często brakiem motywacji do działania oraz przekonaniem, że obowiązki powinny być przejmowane przez innych.

5. Strach: robienie wszystkiego za dziecko wzmacnia lęk przed działaniem

Brak doświadczenia w rozwiązywaniu problemów wzmacnia lęk przed nowymi wyzwaniami. Dziecko zaczyna wątpić w swoje kompetencje i unika działania. Każda sytuacja wymagająca samodzielności wydaje się trudna, ponieważ nie ma wcześniejszych doświadczeń, które dawałyby poczucie oparcia. Zamiast traktować problem jako coś, co można krok po kroku rozwiązać, młody człowiek odbiera go jako zagrożenie. W efekcie pojawia się tendencja do wycofywania się, odkładania działań lub szukania kogoś, kto przejmie odpowiedzialność. Z czasem lęk ten może się utrwalać i ograniczać gotowość do podejmowania nowych wyzwań, co znacząco utrudnia funkcjonowanie w dorosłym życiu.

robienie wszystkiego za dziecko może generować strach w dorosłym życiu
robienie wszystkiego za dziecko może być w dorosłym życiu źródłem lęków

A Ty co myślisz na ten temat?
Jakie inne zagrożenia widzisz w sytuacji, gdy rodzice robią wszystko za swoje dzieci? Czy zauważasz takie postawy w swoim otoczeniu lub własnym doświadczeniu?


Myślę, że jako tata powinieneś znaleźć odpowiedni moment, żeby porozmawiać ze swoimi dziećmi i zapytać je, dlaczego ważne jest nauczenie się samodzielności, także w takich praktycznych sprawach jak naprawa samochodu, roweru etc.?

Recenzja książki Ireny Małysy Psia Chatka. Szczeniaki w potrzebie

Psia Chatka. Szczeniaki w potrzebie Ireny Małysy to książka dla dzieci, która na pierwszy rzut oka wydaje się prostą historią o psach, ale w rzeczywistości niesie ze sobą wyraźny przekaz emocjonalny i wychowawczy. Trudno się temu dziwić, skoro autorka jest pedagogiem specjalnym oraz autorką cenionych kryminałów. Mam nadzieję, że nie zostanie to odebrane jako ignorowanie jej dorobku literackiego, natomiast przyznam szczerze, że nie czytałem żadnego z kryminałów, które wyszły spod jej pióra, ani w zasadzie żadnego innego, poza Psem Baskerville’ów, dawno temu. Natomiast mam ogromny sentyment do Babiej Góry i jej okolic, a także do wspaniałych mieszkańców tych terenów.

Psia chatka irena małysa
U podnóża Babiej Góry stoi…Psia Chatka

Psia Chatka jako opowieść o empatii i odpowiedzialności

To opowieść o relacjach, zmianie i odpowiedzialności, która ma nie tylko bawić, ale też uczyć. Właśnie takie połączenie funkcji jest charakterystyczne dla literatury, ponieważ, jak pisze Kulawik, „szczególny charakter dzieła literackiego polega na tym, że jest ono tworem […] odpowiadającym na estetyczne oczekiwania odbiorców”1. W przypadku dzieci te oczekiwania są jednak szersze i obejmują także potrzebę bezpieczeństwa, jasnych emocji i czytelnych sytuacji.

Dużym atutem książki jest sposób prowadzenia narracji. Historia opowiadana jest z perspektywy psów, co od razu przybliża ją dziecku. Dżambo i Mamba są bohaterami, z którymi łatwo się utożsamić, bo ich emocje są proste, ale jednocześnie bardzo wyraźne. Dzięki temu dziecko może bez problemu rozpoznać zazdrość, strach czy radość. Nie jest to przypadek. Jak zauważa Umberto Eco, „tekst […] stanowi ciąg środków wyrazu, które muszą zostać zaktualizowane przez adresata”2. W tej książce wszystko jest podporządkowane temu, żeby młody czytelnik mógł łatwo tę aktualizację przeprowadzić.

Fabuła jest prosta i oparta na dobrze znanym schemacie. Mamy spokojny świat bohaterów, który zostaje zaburzony przez pojawienie się nowych szczeniąt. To wprowadza napięcie i zmusza bohaterów do zmierzenia się z nową sytuacją. Taki układ nie jest przypadkowy. Jak pisał Głowiński, gatunek literacki „stanowi swoistą «gramatykę literatury»”, czyli zestaw reguł, które pomagają odbiorcy rozpoznać sens tekstu. Tutaj ta „gramatyka” jest bardzo czytelna, bo wszystko prowadzi do jasnego rozwiązania i przywrócenia równowagi.

Temat książki jest ważny i dobrze dobrany. Autorka porusza problem odpowiedzialności za zwierzęta, pokazując, czym jest dom tymczasowy i jak wygląda opieka nad porzuconymi psami. Co istotne, nie jest to temat wzięty znikąd. W Polsce opieka nad bezdomnymi zwierzętami ma swoją historię. Pierwsze schronisko dla bezdomnych zwierząt powstało w 1958 roku w Pruszkowie i było inicjatywą społeczną osób zaangażowanych w ochronę zwierząt. W 1963 roku jego prowadzenie przejęli Helena i Stanisław Falińscy, a później zostało przeniesione do Celestynowa, gdzie działa do dziś jako Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt imienia Adolfa Dygasińskiego.

Psia Chatka czyli jak opowiedzieć dzieciom o pomaganiu zwierzętom

Ten kontekst sprawia, że książka Małysy nie jest tylko fikcją, ale dotyka realnego problemu. Co więcej, autorka nie opisuje tego z dystansu, ponieważ sama prowadzi dom tymczasowy dla psów Psia Chatka. To doświadczenie wyraźnie przekłada się na wiarygodność przedstawionego świata. Idea domu tymczasowego jest szczególnie cenna, ponieważ pozwala psom uniknąć stresu związanego z pobytem w schronisku. Trafiają one do środowiska bardziej naturalnego i bezpiecznego, co sprzyja ich regeneracji i odbudowie zaufania do człowieka.

W książce dobrze widać również znaczenie relacji między psami. Dżambo i Mamba pełnią ważną funkcję w procesie socjalizacji szczeniąt. Obecność stabilnych, dorosłych psów pomaga młodszym szybciej odnaleźć się w nowej sytuacji i nauczyć właściwych zachowań. Tego typu wsparcie ma duże znaczenie także w rzeczywistości, ponieważ psy uczą się od siebie nawzajem, a ich funkcjonowanie w grupie wpływa na późniejszą łatwość adopcji.

Ciekawym i wartościowym elementem książki są krótkie wstawki edukacyjne umieszczone przy ilustracjach. To właśnie w tych fragmentach autorka przekazuje konkretne informacje dotyczące zachowania psów, ich potrzeb i zasad opieki nad nimi. Te dodatkowe treści nie dominują narracji, ale ją uzupełniają, wprowadzając element wiedzy praktycznej. Dzięki temu książka pełni nie tylko funkcję literacką, ale też poznawczą i edukacyjną.

psia chatka irena małysa

Jednocześnie trzeba zauważyć, że obraz rzeczywistości zostaje w książce złagodzony. Nie ma tu drastyczności ani trudniejszych aspektów związanych z bezdomnością zwierząt. Z jednej strony jest to zrozumiałe ze względu na wiek odbiorcy, z drugiej jednak oznacza, że problem zostaje przedstawiony w sposób uproszczony.

Ważną rolę odgrywają także ilustracje. W książkach dla dzieci obraz nie jest dodatkiem, ale częścią przekazu. Leszczyński trafnie zauważa, że „książka dla młodego czytelnika jest ewenementem kulturowym”3, ponieważ łączy różne elementy w jedną całość. W Psiej Chatce ilustracje wzmacniają emocje, pomagają zrozumieć sytuacje i budują atmosferę bezpieczeństwa.

Jeśli chodzi o odbiorcę, książka najlepiej sprawdzi się dla dzieci od około 3 roku życia. Widać to po prostym języku, przejrzystej fabule i dużym znaczeniu ilustracji. To książka, którą można czytać dziecku na głos, ale też taka, z którą starszy przedszkolak poradzi sobie sam. Historia jest na tyle prosta, że nie przytłacza, ale jednocześnie na tyle angażująca, że utrzymuje uwagę.

Nie oznacza to jednak, że książka nie ma wad. Najbardziej widoczna jest jej dydaktyczność. Przekaz moralny jest bardzo wyraźny, czasami aż zbyt oczywisty. Zamiast zostawić dziecku przestrzeń do samodzielnego wnioskowania, tekst często prowadzi je do konkretnego morału, przez co fabuła bywa przewidywalna.

Przyznam szczerze, że w pewnym momencie poczułem, jako dorosły czytelnik, wyraźne przyspieszenie akcji, które kojarzy się raczej z narracją znaną z produkcji w stylu Psi Patrol. W jednej chwili złapałem się na tym, że jednocześnie martwię się o los szczeniaków oraz o sytuację Dżamba i Mamby. To napięcie jest z jednej strony angażujące, ale z drugiej wprowadza chwilową nerwowość, która niekoniecznie pasuje do wieczornego czytania przed snem. Dlatego sam wybierałem raczej lekturę tej książki w ciągu dnia. Oczywiście jest to subiektywne odczucie i wiele dzieci może właśnie taką dynamikę lubić.

Podobnie wygląda kwestia konfliktów. Pojawiają się, ale szybko zostają rozwiązane i nie są szczególnie pogłębione. Brakuje tu większej złożoności czy niejednoznaczności, która mogłaby bardziej zaangażować czytelnika. W efekcie książka daje raczej gotowe odpowiedzi niż stawia pytania.

Można to też odczytać szerzej, w kontekście literatury popularnej. Badacze zwracają uwagę, że takie teksty bywają „pozornie łatwe w recepcji”4, ponieważ opierają się na sprawdzonych schematach. W Psiej Chatce widać to wyraźnie. Historia jest przystępna i czytelna, ale jednocześnie mało zaskakująca.

Podsumowując, Psia Chatka. Szczeniaki w potrzebie to dobra i wartościowa książka dla najmłodszych czytelników, która skutecznie łączy funkcję literacką, edukacyjną i społeczną, a jednocześnie pozostaje przykładem bezpiecznej, konwencjonalnej narracji, świadomie dostosowanej do możliwości i potrzeb młodego odbiorcy.

Recenzja powstała dzięki otrzymaniu egzemplarza książki od Wydawnictwa Świetlik.

  1. A. Kulawik, Poetyka. Wstęp do teorii dzieła literackiego, Kraków 1994, s. 21. ↩︎
  2. . Eco, „Czytelnik modelowy”, Pamiętnik Literacki 1987, s. 287. ↩︎
  3. G. Leszczyński, Książki pierwsze. Książki ostatnie?, Warszawa 2012. ↩︎
  4. J.Z. Lichański, W. Kajtoch, B. Trocha, Literatura i kultura popularna, Wrocław 2015. ↩︎

„Mulan”, czyli gdzie kończy się bajka, a zaczyna gender?

Mulan jako punkt wyjścia tej refleksji sprawia, że muszę przyznać, iż pisanie o zagadnieniach związanych z teoriami płci jest dla mnie sporym wyzwaniem i mam nadzieję, że środowiska radykalne nie zmiażdżą mnie za poniższe przemyślenia. Tym razem nie sięgam jednak po książkę, ale po film animowany, który przecież również można traktować jako swoisty tekst kultury. Nie dlatego, że mam jakieś ideologiczne uprzedzenia, zupełnie nie. Zresztą pisałem już o rodzinie patchworkowej w jednym z wcześniejszych wpisów. Największą trudność stanowi dla mnie odnalezienie się w emocjonalnym klimacie, który często przypomina wojnę płci. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że jako mąż, ojciec, ale też ktoś aktywnie uczestniczący w życiu rodziny, nie mam poczucia, bym dyskryminował kogokolwiek w naszej rodzinie.

Zanim usiadłem do napisania tego tekstu, zdążyłem powiesić pranie. Za chwilę pewnie obiorę ziemniaki na obiad, bo żona poszła do pracy, żeby realizować się zawodowo. Ja z kolei pracuję zdalnie, więc nasz rozkład dnia i obowiązków wygląda trochę inaczej. Czytam dzieciom książki, kąpię je, ubieram, chodzę na wywiadówki i spacery. Oczywiście to tylko ogólniki, ale trudno mi sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej, że ktoś z nas miałby mniej praw czy więcej obowiązków tylko z powodu płci.

Długo szukałem odpowiedniego tekstu kultury, który pozwoliłby mi odnieść się do kwestii płciowej stygmatyzacji, choć muszę przyznać, że po głębszym namyśle takich tekstów jest całkiem sporo. Z pomocą przyszły moje córki, które nie tylko oglądały, ale też na zajęciach tańca wykonywały układ do piosenki z filmu, o którym piszę poniżej.

„Mulan”, bo to właśnie tę disneyowską produkcję z 1998 roku wybrałem jako punkt odniesienia, na pierwszy rzut oka to klasyczna historia o bohaterstwie, poświęceniu i odwadze. Ale gdy zagłębiłem się w fabułę, pod warstwą humoru i smoków dostrzegłem drugie dno. Czyż nie jest to opowieść o dziewczynie, która musi udawać mężczyznę, by móc być sobą, człowiekiem takim, jakim chce być?

W tej analizie potraktuję „Mulan” jako tekst kultury, który nie tyle opowiada o wojnie, co sam staje się manifestem, prowadzącym walkę z binarnością płci, społecznym konformizmem i ustalonym porządkiem, według którego w Państwie Środka „mężczyzna walczy, a kobieta gotuje ryż”.

Na potrzeby tej pracy zdecydowałem się wykorzystać artykuł Elaine Showalter jako koncept interpretacyjny oraz kategorię gender jako performansu Judith Butler. Spróbuję prześledzić, w jaki sposób Disney, być może nieświadomie, stał się kanałem dla subwersywnej opowieści o kobiecości, która nie mieści się w ramach społecznych ról, a mimo to lub właśnie dlatego odnosi zwycięstwo.

Mulan - nie taka oczywista bajka

Teoretyczne bezdroża Showalter feminizm pluralistyczny

Zanim obejrzałem „Mulan” po raz kolejny, tym razem już nie z dziećmi, ale z notatnikiem w dłoni, sięgnąłem po tekst Elaine Showalter „Krytyka feministyczna na bezdrożach”. Przyznam szczerze, że czytanie teorii feministycznej w roli mężczyzny, który do tej pory nie czuł się częścią „wojny płci”, wywołało we mnie pewien rodzaj intelektualnego dyskomfortu. Nie negatywnego, raczej takiego, jakby ktoś przestawił mi optykę i kazał spojrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy. To było doświadczenie podobne do tego, kiedy nagle orientujesz się, że od lat słuchasz jednej wersji opowieści, a istnieje inna, równie ważna, tyle że nikt ci jej wcześniej nie opowiedział.

Showalter pisze o dwóch podstawowych kierunkach feministycznej krytyki literackiej. Pierwszy to nurt ideologiczny, koncentrujący się na analizie stereotypów płci, schematów, które przez wieki rysowały kobietę jako tę „inną”, „słabszą”, „podporządkowaną”. Drugi nurt to tak zwana ginokrytyka, czyli badanie kobiety jako twórczyni, próba zrozumienia, czym charakteryzuje się kobieca literatura, z jakich doświadczeń wyrasta, jaką ma historię, język i styl.

To, co mnie ujęło, to fakt, że Showalter nie narzuca jednej, jedynej słusznej drogi. Wręcz przeciwnie, podkreśla, że feminizm to raczej pluralizm niż dogmat, otwartość zamiast systemu. Pisze o „bezdrożach”, ale mam wrażenie, że robi to z pewnym spokojem, ale także pewnością, jakby właśnie tam, na tych teoretycznych manowcach, można było spotkać prawdę. To mnie uspokoiło. Uświadomiłem sobie, że nie muszę opowiadać się po żadnej ze stron, że mogę słuchać, rozumieć, analizować, nawet jeśli nie jestem w środku tej opowieści. Czułem, że mogę być uczestnikiem bez poczucia winy.

W kontekście filmu „Mulan” oba nurty dają ciekawe możliwości interpretacyjne. Z jednej strony można przyjrzeć się temu, jakie role płciowe film przedstawia, z czym walczy, co przemilcza, czyli podejście ideologiczne. Z drugiej warto spojrzeć na Mulan jako bohaterkę, która sama tworzy swoją narrację, przestaje być odtwarzanym schematem, a staje się autorką własnej historii, czyli perspektywa ginokrytyczna. I może właśnie dlatego ten film tak mocno wybrzmiewa, nawet po latach, bo daje więcej niż jedną odpowiedź i więcej niż jedną drogę.

Gender jako performance, czyli Mulan udaje mężczyznę, ale kogo naprawdę gra?

Zanim sięgnąłem po interpretację koncepcji Judith Butler zaprezentowaną w artykule Agnieszki Jagusiak, nie zastanawiałem się głębiej nad tym, czym właściwie jest płeć kulturowa. Wydawało mi się, że to po prostu zbiór cech przypisanych do kobiety lub mężczyzny, coś, co się ma. Tymczasem Butler, a za nią Jagusiak, proponują zupełnie inne podejście. Płeć nie jest czymś, co mamy, jest czymś, co robimy.

Mulan, przebierając się za mężczyznę, nie tylko przywdziewa inne ubranie, ona wchodzi w rolę, którą stopniowo zaczyna opanowywać. Zmienia sposób mówienia, poruszania się, reagowania. Jej męskość nie wynika z przekonania, że nią jest, tylko z praktyk, które w oczach otoczenia czynią ją żołnierzem, towarzyszem, obywatelem. Agnieszka Jagusiak pisze:

„Aspektu wewnętrznego konstytucji genderu tożsamości płciowej dokonuje każdy podmiot osobiście, ustanawiając swoją tożsamość poprzez i w praktykach performatywnych.” (Jagusiak, 2013, s. 157)

To zdanie otwiera zupełnie nowy sposób postrzegania Mulan. Ona nie udaje, ona działa, a jej tożsamość formuje się właśnie poprzez to działanie. Im bardziej skutecznie pełni przypisaną rolę, tym bardziej zyskuje prawo do funkcjonowania w przestrzeni, która wcześniej była dla niej zamknięta. Tożsamość nie jest tu punktem wyjścia, jest pewnym efektem dłuższego procesu polegającego na łamaniu ustalonych przez tradycję zasad.

Najbardziej poruszające jest to, że Mulan, mimo konieczności ukrycia swojej biologicznej płci, nie przestaje być sobą. W jednej ze scen śpiewa: „Kiedy zobaczą mnie, kim naprawdę jestem?” i to pytanie nie dotyczy jedynie płci, ale też prawości, odwagi i potrzeby bycia widzianym jako człowiek, nie jako maska. Być może właśnie dlatego jej historia tak mocno rezonuje, bo mówi nie tylko o kobiecie w męskim świecie, ale o każdym z nas, kto kiedyś próbował dopasować się do roli, która nie do końca była jego.

Mulan bajka gender

Kobiecość jako strategia przetrwania, ginokrytyka w akcji

Jednym z najbardziej inspirujących fragmentów tekstu Elaine Showalter było dla mnie to, w którym pisze, że kobiece pisarstwo nie daje się zamknąć w jednym stylu czy gatunku. Jest raczej czymś, co w subtelny sposób odchyla się od normy, jakby pod powierzchnią znanej narracji szukało własnego tonu. Showalter, powołując się na Patricię Spacks, nazywa to „delikatnym odchyleniem”, oporem, który nie zawsze jest krzykiem, ale jest zawsze obecny wobec dominującego języka i schematu.

W tym sensie „Mulan” jako film Disneyowski jest czymś wyjątkowym. Mulan nie mówi językiem klasycznych księżniczek. Nie śpiewa o miłości, nie marzy o ślubie, nie wygląda na zbawienie. Zamiast tego widzimy dziewczynę, która działa. Która rezygnuje z przypisanej jej roli i próbuje odnaleźć własną drogę, niekoniecznie kobiecość, ale własną tożsamość, na własnych zasadach.

To, co mnie uderza, to fakt, że choć Mulan jest postacią fikcyjną, animowaną, mocno osadzoną w popkulturowym kontekście, jej historia brzmi prawdziwie. Bo ilu ludzi, niezależnie od płci, żyje w przekonaniu, że muszą grać czyjąś wersję siebie? Mulan tego nie akceptuje. Jej tekst, czyli jej życie, wybory, działania, nie mieści się w narracji, w której kobieta ma być bierna, cicha i podporządkowana. Ona pisze swoją historię od środka systemu, używając jego języka, ale na własnych warunkach.

Można więc odczytać Mulan jako bohaterkę ginokrytyczną, nie dlatego, że pisze wiersze czy prowadzi dyskurs feministyczny, ale dlatego, że poprzez swoje decyzje tworzy alternatywną narrację. Przetrwanie staje się tutaj nie tylko aktem obrony, ale też twórczym gestem, strategią kobiecej sprawczości, która nie potrzebuje wielkich słów, by była wywrotowa.

Mushu, smok symboliczna kastracja i problem męskiego autorytetu

Wydaje mi się, że warto także wspomnieć o pojawiającym się w opowieści smoku. Mushu to postać komiczna, nieco hałaśliwa, impulsywna, czasami wręcz irytująca, ale czy tylko taka? Gdy przyjrzałem się bliżej, jego obecność w narracji ma znaczenie znacznie głębsze niż tylko rozładowanie napięcia fabularnego. Z perspektywy feministycznej, a nawet psychoanalitycznej, Mushu może być symbolem rozmontowanego autorytetu męskiego.

W klasycznych narracjach bajkowych przewodnicy duchowi są często figurami mędrców, dostojnych, poważnych, niemal boskich. Mushu jest ich odwrotnością. Jest mały, pozbawiony respektu, zdegradowany przez przodków do roli maskotki, której nikt nie traktuje poważnie. Nie uczy Mulan, jak być wojowniczką, raczej sam próbuje odnaleźć swoją utraconą wartość, poklepując swoje ego i kombinując na własną rękę. I choć czasem coś mu się udaje, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Mulan nie wygrywa dzięki niemu, ale mimo jego obecności.

W tym kontekście Mushu staje się interesującym przypadkiem symbolicznej kastracji, nie w dosłownym, biologicznym sensie, ale jako figura rozbrojonej męskości. Elaine Showalter krytykowała androcentryczne modele twórczości, oparte na fallicznym autorytecie, dominującym, hierarchicznym, absolutnym. Mushu jest jego karykaturą. Nie reprezentuje siły, nie buduje, nie przewodzi, raczej błądzi i popisuje się, ostatecznie nie mając większego wpływu na losy głównej bohaterki.

Można więc odczytać Mushu jako alegorię śmierci patriarchalnego przewodnictwa, takiego, które opiera się na władzy z góry, niepodważalnym autorytecie i przekonaniu, że wie się lepiej tylko dlatego, że jest się mężczyzną. I choć jego obecność dostarcza zabawnych momentów, w szerszym kontekście stanowi pozytywną stratę, ustępuje miejsca bohaterce, która nie potrzebuje mistrza, żeby odnaleźć własną drogę.

O ryżu, mieczu i tożsamości

Po obejrzeniu „Mulan” kolejny raz, już nie przez pryzmat bajki dla dzieci, ale przez soczewkę teorii feministycznych, mam wrażenie, że ten film działa trochę jak ukryty manifest. Wcale nie krzyczy, nie domaga się wielkich haseł ani rewolucji. A jednak w subtelny sposób rozsadza to, co zdaje się być nienaruszalne, stereotypy, hierarchie, porządek rzeczy, w którym mężczyzna walczy, a kobieta gotuje ryż.

Mulan, udając mężczyznę, staje się czymś więcej niż tylko przebranym ciałem, staje się dowodem na to, że płeć kulturowa to proces, gra, performance. Ale nie po to, żeby oszukiwać. Raczej po to, by przetrwać, a potem by przemodelować rzeczywistość. Jej ciało, działania i wybory są formą tekstu, który mówi: „Nie jestem tym, kim mi powiedziano, że powinnam być. I to nie znaczy, że jestem nikim”.

Elaine Showalter zachęca do szukania kobiecego głosu nie tam, gdzie jest głośny, ale tam, gdzie jest inny. Cichy, przesunięty, ironiczny, czasem wręcz śmieszny, jak Mushu. Ale może właśnie ten śmiech jest narzędziem rozbrojenia powagi patriarchatu? Może niewielki smok i dziewczyna z mieczem to nowa wersja starej opowieści, tyle że opowiedziana z innej strony?

Nie jestem kobietą. Nie jestem też teoretykiem płci. Ale jestem człowiekiem, który jak każdy próbuje zrozumieć siebie i innych. I jeśli bajka Disneya potrafi mi w tym pomóc bardziej niż niejedna akademicka rozprawa, to być może w tym właśnie kryje się jej siła. I sens.

Bibliografia

1. Jagusiak, A. (2013). Rola ciała w praktykach performatywnych. W: Prace Naukowe Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie. Filozofia, t. 10, s. 147–162.

2. Showalter, E. (1999). Krytyka feministyczna na bezdrożach. Przeł. M. Bucholc. W: A. Nasiłowska (red.), Literatura i feminizm. Warszawa: Wydawnictwo IBL PAN, s. 45–66.

3. Mulan (1998). Reż. Tony Bancroft, Barry Cook. Scen. Rita Hsiao, Philip LaZebnik, Raymond Singer, Eugenia Bostwick-Singer. Walt Disney Pictures.

Kraina idealna w literaturze: od antyku do literatury dziecięcej

Z uwagi na wykształcenie oraz zainteresowania badawcze kraina idealna w literaturze dziecięcej interesuje mnie nie jako element prostych narracji dydaktycznych, lecz jako część złożonej formacji kulturowej i intelektualnej. Literatura dziecięca nie stanowi wyłącznie zasobu norm i wartości przeznaczonych do przekazania młodemu odbiorcy, ale przede wszystkim przestrzeń, w której krystalizują się wielowiekowe tradycje literackie, strategie intertekstualne oraz modele wyobraźni kulturowej. W tym sensie może być ona rozumiana jako swoisty metajęzyk kultury, zdolny do przetwarzania i reinterpretowania dawnych wzorców, w tym również antycznych.

Współczesny rynek wydawniczy oferuje liczne teksty adresowane do dzieci, które funkcjonują jako nośniki trwałych struktur znaczeniowych i wprowadzają odbiorcę w obieg kultury wysokiej. Wspaniałym przykładem jest książka Justyny Bednarek Sekretna historia ludz… skarpetek, naprawdę polecam wszystkim tropicielom literackich toposów, tak na początek. Literatura ta pełni funkcję mediacyjną, sytuując się pomiędzy doświadczeniem dziecka a tradycją literacką, z którą może ono zetknąć się w późniejszym etapie edukacji lub samodzielnej lektury.

Justyny Bednarek Sekretna historia ludz... skarpetek
Justyna Bednarek Sekretna historia ludz… skarpetek, Poradnia K

Znajomość nawiązań, przekształceń oraz tożsamości literackich nie jest jedynie elementem erudycji, lecz warunkiem pełniejszego uczestnictwa w kulturze. Umożliwia ona uchwycenie ciągłości tradycji, która konstytuuje europejską i światową tożsamość kulturową, a zarazem odsłania mechanizmy przekształceń i reinterpretacji tekstów.

Dobrym przykładem tego rodzaju zjawisk jest popularna dziecięca piosenka:

Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
A miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje.
Hejże, dzieci! Hejże-ha!
Róbcie wszystko to, co ja.

W powszechnym odbiorze imię „Wirgiliusz” bywa błędnie kojarzone z rzymskim poetą Wergiliuszem, co prowadzi do uproszczonych interpretacji. W literaturze przedmiotu pojawiają się jednak inne próby identyfikacji tej postaci. Zgodnie z ustaleniami Janiny Pudełek1, „ojciec Wirgiliusz” może odnosić się do Virgilia Caloriego, dziewiętnastowiecznego baletmistrza i pedagoga związanego z Teatrem Wielkim w Warszawie, który w latach 1869–1874 kierował zespołem baletowym oraz szkołą tańca.

W tym ujęciu liczba „sto dwadzieścia troje” interpretowana jest jako odniesienie do liczby tancerzy i uczniów pozostających pod jego opieką. Przykład ten ukazuje, w jaki sposób tekst funkcjonujący w obiegu dziecięcym może podlegać różnorodnym reinterpretacjom oraz jak łatwo dochodzi do nakładania się odmiennych porządków kulturowych i znaczeniowych.

Analiza tego typu zjawisk unaocznia, że literatura dziecięca nie jest przestrzenią znaczeń prostych i jednoznacznych, lecz polem dynamicznych relacji intertekstualnych, w których dawne tradycje ulegają przemieszczeniom, uproszczeniom lub reinterpretacjom. To właśnie w tym kontekście zasadne staje się podjęcie refleksji nad obecnością i przekształceniami antycznych modeli wyobraźni w tekstach kierowanych do młodego odbiorcy.

Podjęcie refleksji nad twórczością Wergiliusza i Owidiusza w kontekście literatury dziecięcej wynika z przekonania o trwałości pewnych struktur wyobraźni, które – choć wywodzą się z literatury antycznej – funkcjonują również w późniejszych formach kultury. Szczególnie istotnym przykładem takiej trwałości jest topos krainy idealnej, który podlega licznym przekształceniom, zachowując jednak swoją podstawową funkcję organizowania doświadczenia i wyobraźni.

Poetyckie spektrum krain idealnych, a także sposób ich kreowania i konceptualizowania, ma dla poetów rzymskich znaczenie fundamentalne. Kraina idealna w literaturze nie jest bowiem wyłącznie konstruktem estetycznym, lecz stanowi jedną z podstawowych figur organizujących wyobraźnię kulturową. W tym sensie kraina idealna w literaturze antycznej ujawnia się jako model świata, który nie tylko przedstawia rzeczywistość, lecz także ją normuje, projektuje i interpretuje.

Pozbawiona trosk doczesnych przestrzeń idealna nie funkcjonuje zatem jako prosta ucieczka od rzeczywistości, lecz jako struktura znacząca, w której ujawniają się napięcia między naturą a kulturą, między pierwotnością a cywilizacją, między harmonią a jej utratą. Jak zauważa Alina Witkowska, odwołując się do refleksji Herdera, Arkadia nie istnieje jako byt przestrzenny, lecz jako pewna dyspozycja egzystencjalna człowieka2. W tym ujęciu kraina idealna w literaturze przestaje być miejscem, a staje się kategorią doświadczenia, uwewnętrznioną i potencjalnie uniwersalną.

W twórczości Wergiliusza i Owidiusza kraina idealna w literaturze zostaje jednak poddana daleko idącej strukturyzacji. Nie jest ona wyłącznie projekcją pragnienia, lecz pełni funkcję modelu aksjologicznego, który wyznacza relację między człowiekiem a światem. Poeci rzymscy konstruują ją jako swoisty mechanizm orientacyjny, który organizuje zarówno doświadczenie jednostki, jak i zbiorową wyobraźnię społeczną. W tym sensie antyczne modele wyobraźni nie zanikają, lecz ulegają przekształceniu i trwają w późniejszych formach kultury, w tym również w literaturze adresowanej do dziecka3.

Kraina idealna - Arkadia
Do krainy idealnej choćby rowerkiem…Park Romantyczny w Arkadii fot. własna

Kraina idealna w literaturze antycznej jako figura utraty i rekonstrukcji

Analiza twórczości Owidiusza pozwala uchwycić szczególny wymiar tego toposu. W Metamorfozach kraina idealna w literaturze zostaje wpisana w narrację o czterech wiekach ludzkości, co nadaje jej charakter temporalny. Złoty wiek stanowi moment absolutnej harmonii, w którym człowiek funkcjonuje w stanie pierwotnej niewinności, a relacja z naturą nie jest jeszcze zapośredniczona przez przemoc ani pracę.

Opis ten ma charakter modelowy. Kraina idealna w literaturze antycznej jawi się tu jako stan, w którym nie istnieje potrzeba prawa ani instytucji regulujących życie społeczne, ponieważ porządek świata ma charakter immanentny. Jednocześnie jednak ten stan nie trwa. Kolejne epoki wprowadzają stopniową degradację, która prowadzi do utraty pierwotnej harmonii.

W tym sensie kraina idealna w literaturze zostaje wpisana w logikę nostalgii. Jest ona obecna jako punkt odniesienia, lecz zarazem nieosiągalna. Jak zauważa Jonathan Culler, literackie konstrukcje znaczenia często funkcjonują jako systemy różnicy, w których sens ujawnia się poprzez to, co utracone lub nieobecne4. Kraina idealna w literaturze antycznej doskonale wpisuje się w tę logikę.

Wergiliusz rozwija ten motyw, wprowadzając istotne przesunięcie. W Georgikach kraina idealna w literaturze nie jest już stanem pierwotnym, lecz projektem, który musi zostać zrealizowany poprzez pracę. Harmonia zostaje tu powiązana z wysiłkiem, co oznacza przejście od modelu naturalnego do modelu kulturowego.

Kraina idealna wg Radziwiłłów Arkadia koło Łowicza
Akwedukt w Parku Romantycznym Radziwiłłów w Arkadii fot. własna

Bukoliki natomiast przywracają wymiar nostalgiczny. Kraina idealna w literaturze pojawia się jako przestrzeń utracona, dostępna jedynie w wyobraźni pasterzy. W tym sensie mamy do czynienia z podwójnym ruchem. Z jednej strony kraina idealna w literaturze zostaje wpisana w projekt cywilizacyjny, z drugiej strony pozostaje przedmiotem tęsknoty.

Kulminacją tej dynamiki jest wizja Elysium w Eneidzie. Kraina idealna w literaturze zostaje tu przeniesiona poza porządek doczesny i nabiera charakteru eschatologicznego. Jest to przestrzeń ostatecznego spełnienia, ale zarazem przestrzeń niedostępna dla żyjących, co potwierdza jej fundamentalną nieosiągalność.

Kraina idealna w literaturze dziecięcej jako przestrzeń inicjacji i doświadczenia

Zestawienie antycznego modelu z literaturą dziecięcą pozwala dostrzec zasadniczą zmianę funkcji, jaką pełni kraina idealna w literaturze. W tekstach adresowanych do młodego odbiorcy nie jest ona już przede wszystkim projektem filozoficznym, lecz narzędziem organizowania doświadczenia.

Dziecko jako odbiorca tekstu literackiego funkcjonuje w sposób odmienny od dorosłego, co podkreślają badania nad recepcją literatury. Jak zauważają Leszczyński i Zając, odbiór dziecka ma charakter silnie zindywidualizowany, emocjonalny i zależny od formy przekazu5. Jednocześnie literatura dziecięca funkcjonuje jako szczególny typ instytucji kulturowej, która określa, co i w jaki sposób może zostać przekazane młodemu odbiorcy6.

W tym kontekście kraina idealna w literaturze dziecięcej pełni funkcję stabilizującą, umożliwiającą oswojenie rzeczywistości. Nie bez znaczenia pozostaje także jej wymiar pedagogiczny, ponieważ literatura dla dzieci od początku swojego rozwoju związana była z projektami wychowawczymi i kształtowaniem postaw odbiorcy7.

Świat przedstawiony zostaje uproszczony, a jego struktura podporządkowana zasadzie czytelności aksjologicznej. Kraina idealna w literaturze dziecięcej staje się przestrzenią bezpieczeństwa, w której możliwe jest doświadczenie ładu i sensu. Jednocześnie jednak nie jest to przestrzeń statyczna.

W przeciwieństwie do antycznego modelu złotego wieku kraina idealna w literaturze dziecięcej ma często charakter przejściowy. Bohater doświadcza jej, lecz nie może w niej pozostać. Opuszczenie świata idealnego staje się warunkiem rozwoju. W tym sensie kraina idealna w literaturze pełni funkcję inicjacyjną, wpisując się w strukturę narracji rozwojowej.

Kluczowe znaczenie ma również rola odbiorcy w procesie konstruowania sensu. Umberto Eco wskazuje, że tekst literacki zakłada istnienie czytelnika modelowego, który aktualizuje jego znaczenia8. W przypadku dziecka proces ten nabiera szczególnej intensywności. Kraina idealna w literaturze dziecięcej nie jest jedynie przedstawiona, lecz współtworzona w akcie lektury.

Kraina idealna w literaturze dziecięcej i jej transformacje w tradycji baśniowej

Baśń stanowi szczególny przypadek realizacji tego toposu. Kraina idealna w literaturze dziecięcej często przyjmuje formę świata baśniowego, w którym obowiązuje wyraźna struktura aksjologiczna. Jak pokazuje Weronika Kostecka, baśń operuje stabilnymi schematami fabularnymi i wartościami, które organizują doświadczenie odbiorcy9.

Jednak współczesne przekształcenia tego gatunku prowadzą do jego problematyzacji. Kraina idealna w literaturze nie jest już przedstawiana jako oczywista i jednoznaczna. W ujęciu ponowoczesnym dochodzi do jej dekonstruowania, co wiąże się z szerszymi przemianami kulturowymi.

Leszczyński wskazuje, że literatura dziecięca coraz częściej podważa uproszczone modele rzeczywistości, ukazując ich umowność i ograniczenia10. W rezultacie kraina idealna w literaturze przestaje być stabilnym punktem odniesienia, a staje się przedmiotem refleksji.

Kraina idealna w literaturze okazuje się strukturą niezwykle trwałą, lecz zarazem podlegającą nieustannym przekształceniom. W twórczości Wergiliusza i Owidiusza stanowi ona wyraz tęsknoty za utraconym porządkiem świata oraz próbę jego rekonstrukcji na poziomie poetyckim i symbolicznym.

W literaturze dziecięcej kraina idealna w literaturze zyskuje natomiast wymiar funkcjonalny i inicjacyjny. Przestaje być jedynie obrazem doskonałości, a staje się narzędziem poznawania świata i samego siebie.

Ostatecznie kraina idealna w literaturze nie jest miejscem, lecz formą myślenia o rzeczywistości. To właśnie ta zdolność do adaptacji sprawia, że pozostaje jednym z najważniejszych toposów kultury europejskiej.

Kraina Idealna Nagrobek w Arkadii fot. własna
Nawet śmierć chciałaby do krainy Idealnej. I ja w Arkadii byłem [ET IN ARCADIA EGO] fot. własna

Jeśli ktoś z Was chciałby się zanurzyć w akadyjskim klimacie, to oczywiście zapraszam do odwiedzenia Parku Romantycznego w Arkadii.

Na zakończenie zamieszczam fragment Metamorfoz…do przemyślenia, całość dostępna w serwisie Wolne Lektury. Proszę się przyjrzeć jak poeta opisuje naszą cywilizacyjną „ewolucję”. Czy uda się kiedyś wrócić do złotego wieku? Kto to raczy wiedzieć…

CZTERY WIEKI LUDZKOŚCI


Złoty najpierw wiek nastał. Nie z bojaźni kary,
Lecz z własnej chęci człowiek cnoty strzegł i wiary.
Kary, trwogi nie znano. W spiżowych tablicach
Groźby praw, i wyroku na sędziego licach
Lud nie czytał: bez sędziów byli bezpiecznemi.
Jeszcze sosna dla obcej odwiedzenia ziemi
Nie zstąpiła do morza ze swych gór rodzinnych,
A człowiek prócz ojczystych nie znał brzegów innych.
Grodów nie otaczano spadzistymi wały,
Proste trąby i surmy zagięte nie brzmiały;
Hełmu, miecza nie było, i bez wojsk narody
Używały w spokoju bezpiecznej swobody.
Jeszcze bronią nie tknięta, od pługa spokojna,
Wszystko z siebie dawała ziemia w dary hojna.
Przestając na pokarmie, zrodzonym bez pracy,
Z drzew owoc, z gór poziomki zbierali wieśniacy,
Tarnki i głóg, rosnący na krzakach ciernistych,
I żołędzie, co spadały z dębów rozłożystych.
Wiosna była wieczysta. Zefiry łagodne
Rozwijały tchem ciepłym kwiaty samorodne.
Zboża na nieoranej rodziły się ziemi
I łan ugorny kłosy połyskał ciężkiemi.
Hojną płynęły strugą i nektar, i mleko,
I z dębu zielonego złote miody cieką.


Gdy strąciwszy Saturna w ciemne piekieł kraje
Jowisz wziął berło świata, wiek srebrny nastaje,
Gorszy niżeli złoty, od spiżu szczęśliwszy.
Wtedy to Jowisz, dawnej wiosny czas skróciwszy,
Na zimę, zmienną jesień, na lata upały
Oraz na krótką wiosnę rok rozdziela cały.
Wtedy jęło powietrze wrzeć skwarnymi spieki,
Wiatry ścięły w lód wodę i zamarzły rzeki.
Szukano domów: były domami gęstwiny,
Pieczary i szałasy z chróstu i wikliny.
Zaczęto w długie skiby ukrywać nasiona
I jękła para cielców, jarzmem uciśniona.


Wiek trzeci był spiżowy, dziki, niespokojny,
A choć wolny od zbrodni, już skory do wojny.
Ostatni jest wiek czwarty, z twardego żelaza.
Z nim wszelkiej zbrodni na świat wyległa zaraza.
Wstyd, niewinność i wiara, i prawda uciekła.
Ich miejsce wzięła chytrość, zdrada, zemsta wściekła,
Przemoc i żądza bogactw, wszech zbrodni przyczyna.
Na wiatry, których nie zna, flis żagle rozpina,
I te, co długo stały na wyniosłej górze
Sosny, płynąc po morzach wyzywają burze.
Wprzód wspólną jak powietrze, jak słoneczna jasność,
Człowiek ziemię pomierzył i zajął na własność.
Nie dość na tym, że zboże rodzić ją zmuszono.
Więcej żądała chciwość: wdarto się w jej łono.
Stąd owe drogie skarby zostały dobyte
Do zła podniety, dotąd blisko piekieł skryte.
Od złota podżegana, a żelazem zbrojna,
Wśród mordów i pożogi wyszła na świat Wojna.
Błysła hartownym mieczem krwią zlana jej ręka.
Żyją z łupiestw. Już gościa gospodarz się lęka,
Teść zięcia, brat własnego syna nienawidzi,
Mąż w żonie, żona w mężu wroga swego widzi.
Macocha swym pasierbom jad gotuje skrycie,
A syn chciałby przed czasem ojcu skrócić życie.
Ginie cnota. Krwią zlane widząc ludzkie plemię,
Ostatnia z bóstw, Astrea, opuściła ziemię.

  1. Janina Pudełek, „Ojciec Wirgiliusz” Calori, twórca baletu „Pan Twardowski” [w:] Pan Twardowski, program premiery Teatru Wielkiego – Opery Narodowej z 27 kwietnia 2008, pod red. Pawła Chynowskiego, s. 11-18. ↩︎
  2. A. Witkowska, Słowiański mit początku, Warszawa 1972, s. 34. ↩︎
  3. A. Czabanowska-Wróbel, [Ta dziwna] instytucja zwana literaturą dla dzieci, „Teksty Drugie” 2013, nr 5, s. 13–14. ↩︎
  4. J. Culler, Teoria literatury, przeł. M. Bassaj, Warszawa 1998, s. 112. ↩︎
  5. G. Leszczyński, M. Zając, Książka i młody czytelnik, Warszawa 2013, s. 9–12. ↩︎
  6. A. Czabanowska-Wróbel, dz. cyt., s. 13. ↩︎
  7. A. Ungeheuer-Gołąb, O związkach pedagogiki z literaturą dziecięcą…, „Polska Myśl Pedagogiczna” 2019, s. 255–256. ↩︎
  8. U. Eco, „Czytelnik modelowy”, „Pamiętnik Literacki” 1987, nr 2, s. 287–305. ↩︎
  9. W. Kostecka, Baśń postmodernistyczna, Warszawa 2014, s. 9–15. ↩︎
  10. G. Leszczyński, Książki pierwsze. Książki ostatnie?, Warszawa 2012, s. 7–11. ↩︎

4 sposoby na spowolnienie czasu z dziećmi

Jak spędzać czas z dziećmi, kiedy każdy dzień pędzi szybciej, niż byśmy chcieli? Nie wiem, jakie są wasze odczucia związane z upływem czasu i przemijaniem, ale muszę wam się do czegoś przyznać: dziś doskonale rozumiem słowa, które wielokrotnie słyszałem od mojej babci. Mówiła, że upływ czasu dostrzega przede wszystkim po tym, jak obserwuje kolejne wnuki i prawnuki.

Dzisiaj, kiedy sam jestem tatą wspaniałej piątki, mam bardzo podobne odczucia, choć do roli dziadka brakuje mi jeszcze zapewne przynajmniej kilkunastu lat.

Patrząc na swoją najmłodszą córkę z jednej strony i najstarszą z drugiej, widzę wyraźnie, że każda minuta spędzona z dziećmi jest trochę jak para unosząca się z czajnika. Przez chwilę jest, można się nawet czasem oparzyć, ale później bezpowrotnie znika. Pamiętam, jak pierwszy raz trzymałem najstarszą córkę na rękach, a przecież było to już dziesięć lat temu. Pamiętam rozmowy na sali porodowej i słowa położnej wypowiedziane godzinę po narodzinach, które brzmią we mnie do dziś: „Teraz już będzie z nami”.

A potem jakby wszystko wydarzyło się w mgnieniu oka — przedszkole, szkoła, kolejne etapy. Smutno pomyśleć, że te momenty pomiędzy już nie wrócą. W doświadczeniu rodzicielstwa czas nie jest przecież tylko kategorią kalendarza; staje się czymś głęboko egzystencjalnym, przeżywanym przez pamięć, bliskość i relacje.1

Wiem, że większość rodziców dociska każdy dzień, żeby zapewnić swoim dzieciom wszystko, czego — naszym zdaniem — potrzebują. Ale czy na pewno o to chodzi? Czy pomyśleliście kiedyś, że każdego dnia nasze dzieci są coraz bliżej ukończenia szkoły i opuszczenia domu rodzinnego, być może już na dobre?

Jesteśmy zajęci, zmęczeni, pochłonięci codziennością, ale mimo to musimy świadomie dbać o czas, który z nimi spędzamy. Jeśli tego nie zrobimy, pewnego dnia spojrzymy wstecz i będziemy się zastanawiać, jak to możliwe, że wszystko nam umknęło. Albo, co gorsza, odkryjemy, że tak naprawdę wcale dobrze nie znamy własnych dzieci. Z perspektywy współczesnej humanistyki i refleksji nad komunikacją można powiedzieć, że dziecko nie jest biernym odbiorcą świata, lecz aktywnym współtwórcą znaczeń, relacji i domowej codzienności.2

Przyznam szczerze, że w naszym domu obowiązują nieco inne priorytety. Jesteśmy silni rodziną, a nie pękatym portfelem i pogonią za czymś, czego często sami nie umiemy nawet dobrze nazwać. Nie chciałbym zostać źle zrozumiany — nie uskarżam się, choć dzieci przynoszą z placówek, do których uczęszczają, coraz to nowe potrzeby, pomysły i marzenia. Mam jednak poczucie, że jeśli chcemy choć trochę spowolnić ten uciekający czas, trzeba inaczej poukładać akcenty. Dlatego chciałbym pokazać wam, jak wygląda to w naszym domu. Może stanie się to dla kogoś inspiracją.

Jak spędzać czas z dziećmi przez wspólną zabawę

Po pierwsze: pozwól im bawić się z tobą


Dla mnie odpowiedź na pytanie, jak spędzać czas z dziećmi, bardzo często zaczyna się od wejścia w ich świat. Myślę, że każdy tata ma swoje upodobania. Ja bardzo lubię wypady do lasu, żeby uwieczniać na zdjęciach otaczającą przyrodę. Pewnie wielu z was ma podobnie: jedni lubią grzebać w samochodach, inni oglądać mecze, jeszcze inni majsterkować albo po prostu pobyć chwilę sami. Warto jednak zadać sobie pytanie, czy to nie jest właśnie ten moment, w którym trzeba zatrzymać tę uciekającą chwilę i wpuścić do swojego świata dzieci.

Przyznam, że przez pewien czas miałem z tym problem. Wspólne wyjścia do lasu nie wyglądały tak, jak sobie wyobrażałem. Dzieciom szybko nudziło się spokojne obserwowanie przyrody. Kiedy nie pozwalałem im na swobodę, nie było radości. Kiedy pozwalałem, nie było zdjęć i nie było mojego „własnego czasu”. Dopiero później zrozumiałem, że to nigdy nie miał być tylko mój czas, ale nasz. Dałem dzieciom aparaty i one także zaczęły robić zdjęcia.

Zaczęły bawić się razem ze mną, a ja razem z nimi. Zamiast ptaków czy ssaków zacząłem fotografować owady, którym obecność dzieci zupełnie nie przeszkadza. A kiedy zamiast wyjścia do lasu chcą pojeździć na rolkach, rowerach, porysować kredą na chodniku albo pogrzebać w błocie, nie odmawiam im swojej obecności. To są nasze chwile, które wspólnie pielęgnujemy. Nigdy nie żałuję żadnej minuty spędzonej w ten sposób, bo wiem, że nadejdzie dzień, kiedy nie będą już pytać, czy pójdę z nimi. Wspólna zabawa nie jest przecież jedynie formą organizowania czasu wolnego, ale sposobem budowania relacji, zaufania i wspólnoty znaczeń.3

Jak spędzać czas z dziećmi i dać się im zaskoczyć

Po drugie: daj się im zaskoczyć


Zrozumiałem też, że jak spędzać czas z dziećmi zależy od tego, kim one są, co przeżywają i co je naprawdę interesuje. Wprawdzie nasza najmłodsza pociecha nie wyróżnia się jeszcze niczym szczególnym, może poza wyjątkowo bujną czupryną jak na dwutygodniowe niemowlę, ale o pozostałej czwórce mogę powiedzieć jedno: każde z nich jest inne. Najstarsze córki są teraz zaaferowane breakdance’em, na który chodzą razem. Wspólnie uczęszczają też do szkoły muzycznej, do klasy wiolonczeli. A jednak różni je zarówno stopień zaangażowania, jak i poziom umiejętności. Poza tym jedna woli rysować, druga śpiewać. Jedna najchętniej jeździ na rolkach, druga na rowerze. Tych podobieństw i różnic jest naprawdę bardzo dużo.

Podobnie jest z chłopakami. Jeden woli ciepłą wodę w kąpieli, drugi chłodniejszą. Jeden interesuje się dinozaurami i zwierzętami, drugi ma w sobie coś z małego konstruktora i inżyniera. Spróbujcie spojrzeć na swoje dzieci w podobny sposób i zobaczyć, jak niesamowity jest człowiek, nawet tak mały. Naprawdę zdumiewające jest to, ile można dowiedzieć się o własnych dzieciach, kiedy po prostu pyta się je o to, co je pasjonuje. Każde z nich ma swój talent, swój sposób patrzenia na świat i własną wrażliwość.

Czas z dziećmi - fotografia przyrody
Czas z dziećmi – fotografia przyrody, tego zimorodka uchwyciłem w czasie wspólnego spaceru z dziećmi

Dlatego staram się angażować w to, co jest dla nich ważne tu i teraz. Dzięki temu mogę budować z każdym z nich osobną, wyjątkową relację. Badacze dzieciństwa i kultury dziecięcej od dawna podkreślają, że dziecko jest odbiorcą „osobnym” — indywidualnym, emocjonalnie zaangażowanym i interpretującym świat na swój niepowtarzalny sposób.4

wyprawa do mobilnego planetarium

Jak spędzać czas z dziećmi, pozwalając emocjom wybrzmieć

Po trzecie: pozwól im cię rozbroić


Kiedy patrzę na stare zdjęcia moich dzieci, widzę, jakie były małe. Oczywiście nadal są małe i pewnie dla rodziców zawsze takie pozostaną, ale mam na myśli tamte konkretne chwile: pierwsze urodziny, pierwsze kroki, pierwszą buzię umazaną lodami. Ten czas już nie wróci. Być może wielu z was pomyśli teraz, że się rozczulam, że mężczyźni raczej mają potrzebę bycia twardymi. Ja jednak uważam, że nie do końca tak jest.

Szczególnie mocno uświadomiłem to sobie podczas narodzin naszej najmłodszej córki. Starsze dzieci widziały, że kiedy dzwonił ktoś z gratulacjami, starałem się jak najszybciej kończyć rozmowę i prosiłem, żeby oddzwonić później, bo ta wielka radość zwyczajnie odbierała mi mowę. Nie byłem w stanie powiedzieć nic sensownego, bo ryczałem jak bóbr. I nie widzę w tym niczego złego. Spróbujcie być czuli i otwarci. Pozwólcie dziecięcemu śmiechowi i dziecięcym łzom przebić tę naszą zewnętrzną, męską skorupę. Pozwól sobie zapłakać, kiedy dziecko mówi, że cię kocha.

Niech zobaczy, że wzrusza cię bajka, którą oglądacie razem. Mnie zdarza się to regularnie. Przytul je trochę dłużej po ciężkim dniu. Całuj je w czoło podczas czytania bajek na dobranoc. Emocje nie są słabością. Są dowodem na to, że naprawdę jesteś obecny tu i teraz. W języku teorii komunikacji można by powiedzieć, że ekspresja emocjonalna nie zakłóca relacji, lecz ją pogłębia, bo odsłania autentyczną obecność drugiego człowieka.5

Jak spędzać czas z dziećmi i czerpać z tego energię

Po czwarte: pozwól im cię napędzać


Dzieci mają w sobie niezwykłą siłę. Potrafią zmęczyć, to prawda, ale potrafią też napędzać do życia bardziej niż cokolwiek innego. Im dłużej jestem tatą, tym wyraźniej widzę, że bardzo często to właśnie ich pasje, pomysły i energia wyciągają mnie z codziennego zmęczenia. Kiedy patrzę na moje dzieci, widzę, że każde z nich wnosi do domu coś swojego. Jedno pociąga muzyka, inne taniec, jedno chce jechać na rolki, drugie na rowerze, ktoś chce rysować, ktoś inny budować, rozkręcać, sprawdzać, jak coś działa.

I chociaż po całym dniu człowiek czasem najchętniej usiadłby w ciszy, bardzo często okazuje się, że właśnie wejście w ich świat daje nową energię. Zauważyłem, że kiedy naprawdę interesuję się tym, co jest dla nich ważne, nie tylko lepiej je poznaję. Sam też zaczynam przeżywać więcej. Kiedy jadę z nimi na rolki, nie chodzi tylko o rolki. Kiedy słucham, jak ćwiczą, tańczą, pokazują coś, co właśnie narysowały albo zbudowały, nie chodzi tylko o samą czynność. Chodzi o to, że zostaję zaproszony do ich świata. To jest chyba jedna z piękniejszych rzeczy w rodzicielstwie.

Dzieci nie tylko czegoś od nas potrzebują. One także potrafią dawać. Potrafią przypominać, że warto się zatrzymać, zachwycić, zaangażować i spróbować jeszcze raz. Potrafią obudzić w nas ciekawość, której dawno już w sobie nie czuliśmy. Jeśli pozwolimy się porwać temu, co jest ważne dla nich, bardzo możliwe, że sami odzyskamy kawałek energii, którą gdzieś po drodze zgubiliśmy. I właśnie wtedy powstają chwile, które zostają z nami na długo. W tym sensie dzieci nie są wyłącznie adresatami naszej troski, ale pełnoprawnymi uczestnikami rodzinnej kultury, współtworzącymi jej rytm, emocje i znaczenia.6

Dzisiaj widzę wyraźnie, że spędzanie czasu z dziećmi nie jest kwestią wielkich planów, ale codziennej obecności, uważności i bliskości.

Na koniec jedno pytanie: co sprawia, że najbardziej lubisz spędzać czas ze swoimi dziećmi?

  1. R. Nycz, Tekstowy świat. Poststrukturalizm a wiedza o literaturze, s. 11–57 . ↩︎
  2. U. Eco, „Czytelnik modelowy”, Pamiętnik Literacki 1987, z. 2, s. 287–305 . ↩︎
  3. A. Kulawik, Poetyka. Wstęp do teorii dzieła literackiego, zwł. część dotycząca komunikacji literackiej . ↩︎
  4. G. Leszczyński, M. Zając, Książka i młody czytelnik: zbliżenia, oddalenia, dialogi . ↩︎
  5. A. Kulawik, Poetyka. Wstęp do teorii dzieła literackiego . ↩︎
  6. Czy/tam/czy/tu. Literatura dziecięca i jej konteksty, nr 2/2017 . ↩︎

Czesław Miłosz „Do polityka”

Do polityka Czesława Miłosza to utwór, który od wielu lat stanowi dla mnie szczególny punkt odniesienia, także na poziomie osobistego doświadczenia czytelniczego. Kiedy ćwierć wieku temu zapowiedziałem mojej polonistce, że na maturze zamierzam wybrać temat związany z analizą i interpretacją wiersza, spojrzała na mnie jak na szaleńca. W swojej blisko pięćdziesięcioletniej karierze pedagogicznej nie potrafiła przypomnieć sobie takiego przypadku.

Przyznam szczerze, że wówczas sam nie wiedziałem, z czym przyjdzie mi się zmierzyć. Analiza dzieła literackiego pod kątem formalnym nie jest bowiem prowadzona nawet w najlepszych placówkach w sposób, który pozwalałby podejść do tematu w naprawdę merytoryczny sposób. To, co wydawało mi się zadaniem stosunkowo prostym, okazało się w rzeczywistości dużym wyzwaniem, wymagającym pracy organicznej.

Musiałem zdobyć odpowiednie materiały, poznać zasady analizy wiersza pod kątem technicznym, ponieważ szybko zrozumiałem, że sama interpretacja i własne przemyślenia stanowią jedynie niewielką część wymagań egzaminacyjnych.

Jednym z pierwszych pytań, które zadała mi polonistka, było: „A na jakiego poetę się nastawiasz?”. Był wrzesień 2000 roku. Nie mając wówczas sprecyzowanej odpowiedzi, powiedziałem spontanicznie: „Miłosz”. W odpowiedzi usłyszałem krótki monolog, w którym nauczycielka przekonywała mnie, że Miłosz pojawiał się już wielokrotnie i niemal na pewno nie będzie go na maturze w 2001 roku.

Ja jednak wiedziałem swoje. W tym czasie ukazał się pierwszy po dłuższej przerwie tom poezji Miłosza zatytułowany To. Kupiłem go i przeczytałem. A później — być może zabrzmi to nieco irracjonalnie — Miłosz po prostu mi się przyśnił. Nie przygotowywałem się z żadnego innego poety. Efekt był zaskakujący: Miłosz pojawił się zarówno na maturze próbnej (Do polityka), na egzaminie pisemnym (Do leszczyny), jak i na ustnym, gdzie wylosowałem pytanie dotyczące charakterystyki jego twórczości. Trudno nie przywołać w tym miejscu słów Gałczyńskiego: „Wszystko jak sen wariata śniony nieprzytomnie”.

Do twórczości Miłosza wracam regularnie, zarówno jako do poezji, jak i do prozy. W Dolinie Issy autor w sposób niezwykle sugestywny oddaje klimat relacji polsko litewsko ukraińskich, z którymi do dziś nie potrafimy sobie w pełni poradzić.

Analiza wersyfikacyjna wiersza Do polityka

Wiersz Czesława Miłosza nie realizuje jednego, regularnego systemu metrycznego, jednak można wskazać wyraźną dominację wersów o długości zbliżonej do polskiego jedenastozgłoskowca i trzynastozgłoskowca. Jednocześnie poeta świadomie wprowadza odstępstwa, które pełnią funkcję ekspresyjną.

Dla zobrazowania tej nieregularnej organizacji metrycznej chciałbym zwrócić uwagę na wybrane wersy.

Pierwszy wers:

Kto ty jesteś człowieku, zbrodniarz czy bohater

Rozkład sylab:

Kto(1) ty(2) je-steś(4) czło-wie-ku(7) zbrod-nia-rz(10) czy(11) bo-ha-ter(14)

W tym wersie mamy do czynienia z czternastozgłoskowcem, z naturalną średniówką po sylabie siódmej, co zbliża go do rozbudowanego trzynastozgłoskowca. Rytm jest jednak zaburzony przez nagromadzenie spółgłosek i akcentów, co wzmacnia dramatyzm pytania.

W drugim wersie sytuacja przedstawia się następująco:

Ty, którego do czynu wychowała noc

Ty(1) któ-re-go(4) do(5) czy-nu(7) wy-cho-wa-ła(11) noc(12)

Jest to wers dwunastozgłoskowy, z wyraźnym podziałem rytmicznym. Można dostrzec tendencję do regularności, jednak brak ścisłego schematu akcentowego.

Trzeci wers:

Oto starca i dziecka w ręku dzierżysz los

O-to(2) star-ca(4) i(5) dziec-ka(7) w(8) rę-ku(10) dzier-żysz(12) los(13)

To wers trzynastozgłoskowy, najbliższy klasycznej formie, z naturalną pauzą po sylabie siódmej. Jest to jeden z bardziej rytmicznie uporządkowanych fragmentów utworu.

Dla kontrastu warto przywołać wers krótki:

Ciemność nadchodzi

Ciem-ność(2) nad-cho-dzi(5)

Jest to wers pięciozgłoskowy, wyraźnie skrócony, pełniący funkcję emfatyczną. Jego izolacja rytmiczna wzmacnia znaczenie semantyczne i wprowadza efekt zatrzymania toku wypowiedzi.

Podobną funkcję pełni wers:

Twoja jest waga i twój jest miecz

Two-ja(2) jest(3) wa-ga(5) i(6) twój(7) jest(8) miecz(9)

Jest to wers dziewięciozgłoskowy, krótszy od sąsiednich, ale rytmicznie zwarty i silnie akcentowany.

Analiza pokazuje, że Miłosz operuje systemem sylabicznym o rozluźnionej regularności, w którym dominują wersy jedenasto i trzynastozgłoskowe, pojawiają się wersy wydłużone i skrócone, brak stałego wzorca średniówki, choć często występuje ona po szóstej lub siódmej sylabie, a rytm podporządkowany jest składni i intonacji retorycznej.

Takie rozwiązanie zbliża utwór do wiersza wolnego o podłożu sylabicznym, w którym tradycyjna metryka zostaje zachowana jedynie jako punkt odniesienia.

Rymy w wierszu mają charakter nieregularny. Są często niedokładne lub asonansowe, pojawiają się lokalnie, na przykład „noc – los” czy „rodziny – dni”, i nie tworzą stałego schematu stroficznego. W wielu fragmentach utwór funkcjonuje jako wiersz biały, co dodatkowo wzmacnia jego retoryczny charakter.

Formalnie utwór Miłosza stanowi przykład świadomego odejścia od klasycznej regularności na rzecz struktury dynamicznej, podporządkowanej funkcji moralnego napomnienia. Zróżnicowanie długości wersów, brak stałego systemu rymów oraz obecność elementów retorycznych sprawiają, że rytm wiersza odpowiada rytmowi przemowy, a nie tradycyjnej pieśniowej harmonii. Polecam natomiast doskonałą moim zdaniem interpretację tego wiersza w wykonaniu Anny Szałapak do muzyki Zbigniewa Preisnera.

Analiza akcentowa i średniówkowa na tle tradycji wersyfikacyjnej

Analizując wersyfikację wiersza, należy uwzględnić nie tylko liczbę sylab, ale również układ akcentów oraz obecność średniówki, które pozwalają uchwycić relację utworu do tradycji polskiego wiersza sylabicznego.

W języku polskim akcent pada zazwyczaj na przedostatnią sylabę wyrazu, co oznacza, że większość wersów realizuje system paroksytoniczny. Miłosz wykorzystuje tę właściwość języka, jednak nie podporządkowuje jej ścisłemu schematowi metrycznemu.

Przykładowy wers:

Kto ty jesteś człowieku, zbrodniarz czy bohater

KTO ty JE-steś czło-WIE-ku zbrod-NIARZ czy bo-HA-ter

Akcenty układają się w rytm zbliżony do mowy podniosłej. Naturalna pauza pojawia się po frazie „człowieku”, co wskazuje na obecność średniówki składniowej, a nie metrycznej.

Podobnie w wersie:

Oto starca i dziecka w ręku dzierżysz los

O-to STAR-ca i DZIEC-ka | w RĘ-ku DZIER-żysz LOS

Średniówka po siódmej sylabie zbliża wers do klasycznego trzynastozgłoskowca.

Natomiast w wersie:

Ciemność nadchodzi

CIEM-ność nad-CHO-dzi

Brak średniówki, a rytm jest skondensowany i silnie akcentowy.

Klasyczny trzynastozgłoskowiec, znany z poezji Mickiewicza, opiera się na stałej liczbie sylab i wyraźnej średniówce po siódmej sylabie, co zapewnia regularność rytmiczną. Wiersz Miłosza odchodzi od tej zasady: liczba sylab jest zmienna, średniówka nieregularna, a rytm podporządkowany znaczeniu.

Rytm wiersza ma charakter intonacyjno retoryczny, a nie metryczny. Organizacja wersów wynika z przebiegu myśli i składni, a akcenty wzmacniają sens wypowiedzi.

Analiza potwierdza, że Do polityka znajduje się na pograniczu wiersza sylabicznego i wolnego. Miłosz korzysta z tradycji, ale świadomie ją przekształca. Ostatecznie forma zostaje podporządkowana funkcji etycznej, co stanowi jedną z najważniejszych cech utworu.

Interpretacja wiersza „Do polityka”

Wiersz Czesława Miłosza Do polityka należy do tych utworów, które od pierwszych wersów stawiają czytelnika wobec pytania o charakterze ostatecznym. Nie chodzi tu tylko o ocenę jednego człowieka, ale o rozpoznanie samej natury władzy oraz moralnego ciężaru decyzji podejmowanych w imieniu innych. Już początek utworu, w którym podmiot liryczny pyta: „Kto ty jesteś człowieku, zbrodniarz czy bohater?”, odsłania najważniejszy problem wiersza. Człowiek nie zostaje tu pokazany jako istota jednoznaczna. Nie jest z góry ani dobry, ani zły. Jest kimś, kto dopiero w chwili próby ujawnia prawdę o sobie.

Miłosz buduje obraz polityka jako człowieka postawionego ponad zwykłą codziennością, ale zarazem niezwolnionego z ludzkiej odpowiedzialności. To ktoś, kto „w ręku dzierży los” starca i dziecka, a więc decyduje nie o abstrakcyjnych pojęciach, lecz o konkretnym ludzkim życiu. W tym właśnie miejscu ujawnia się największa siła wiersza. Autor nie mówi o polityce jako o grze interesów, lecz jako o przestrzeni wyborów etycznych. Władza nie jest tutaj prestiżem ani zaszczytem. Jest ciężarem, który może człowieka wynieść albo moralnie zniszczyć.

W utworze szczególnie mocno wybrzmiewa przestroga przed usprawiedliwianiem własnych czynów historią. Podmiot liryczny woła: „Nie oddawaj wyroku niespełnionym dziejom”. W tym jednym zdaniu zawiera się cała powojenna nieufność wobec ideologii, które próbują zdjąć z jednostki winę i rozproszyć ją w wielkich procesach dziejowych. Miłosz nie pozwala na taki unik. To nie historia wydaje wyrok. To człowiek go wydaje. To jego ręka trzyma miecz i jego sumienie powinno zadrżeć. Właśnie dlatego wiersz ma charakter nie tylko oskarżenia, ale także moralnego wezwania. Podmiot liryczny usiłuje zatrzymać adresata w ostatniej chwili, zanim decyzja stanie się nieodwracalna.

Bardzo ważne jest również to, że Miłosz nie przedstawia polityka jako potwora pozbawionego ludzkich uczuć. Przeciwnie, pokazuje go jako człowieka zdolnego do czułości, obecnego w życiu rodziny, bliskiego dzieciom, kogoś, kto „pieścił nieraz blask dziecinnych głów”. Ten fragment należy do najbardziej przejmujących w całym utworze, ponieważ odsłania bolesną sprzeczność ludzkiej kondycji. Człowiek może być dobry prywatnie, a zarazem uczestniczyć w złu publicznym. Może kochać własne dziecko, a jednocześnie skazać na cierpienie „milion rodzin”. Miłosz pokazuje w ten sposób, że dobro przeżywane we własnym domu nie wystarcza jeszcze, by ocalić człowieka moralnie. O prawdzie o nim rozstrzyga także to, co robi wobec wspólnoty.

Wiersz ma wyraźnie podniosły, niemal proroczy ton. Słychać w nim nie tylko głos poety, ale również głos sumienia, które przemawia z pozycji wyższej niż bieżąca polityka. Stąd rozkazy, apostrofy i krótkie, mocne wezwania. „Stój”, „Zadrżyj w sercu swoim”, „Nie umywaj rąk”. Ta fraza przywołuje oczywiście biblijne skojarzenia. Umywanie rąk nie oznacza tu niewinności, lecz próbę ucieczki od odpowiedzialności. Polityk może tłumaczyć się systemem, wojną, państwem, racją dziejową, ale Miłosz nie uznaje żadnego z tych usprawiedliwień. Ostatecznie zawsze zostaje człowiek i jego wybór.

Jednym z najmocniejszych obrazów w utworze jest porównanie twarzy polityka do golema. To niezwykle znacząca metafora. Golem kojarzy się z istotą potężną, ale pozbawioną pełnego człowieczeństwa, jakby stworzoną do działania, a nie do refleksji. Zakryta twarz oznacza z kolei utratę indywidualności, schowanie się za funkcją, rolą, maską urzędu. Miłosz pokazuje więc niebezpieczeństwo, które pojawia się wtedy, gdy człowiek władzy przestaje myśleć o sobie jako o osobie odpowiedzialnej, a zaczyna działać jak mechanizm. W takim świecie najłatwiej o katastrofę, bo zło rodzi się nie tylko z nienawiści, lecz także z bezmyślności i duchowego odrętwienia.

Katastroficzny ton wiersza narasta stopniowo i osiąga punkt kulminacyjny w krótkim, niemal apokaliptycznym zdaniu: „Ciemność nadchodzi”. Nie jest to wyłącznie obraz wojny czy politycznego kryzysu. To także znak ciemności moralnej, która zapada wtedy, gdy człowiek przestaje odróżniać dobro od zła albo uznaje, że cel może usprawiedliwić wszystko. W tym sensie Do polityka nie jest tylko utworem o powojennej rzeczywistości. To tekst uniwersalny, ponieważ opisuje sytuację stale powracającą w historii. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie miał władzę nad „miastem” albo „ojczyzną”. Zawsze też będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, czy stanie się „władcą dobra”, czy „władcą zła”.1

Czytając ten wiersz, trudno nie zauważyć, że Miłosza interesuje nie tyle polityka jako instytucja, ile człowiek uwikłany w decyzję. Można powiedzieć, że poeta patrzy na rzeczywistość zgodnie z intuicją, według której przez znaki i słowa należy docierać do „żywego człowieka”.2 To właśnie człowiek, a nie abstrakcyjny system, jest w centrum tego utworu. Także czytelnik zostaje wciągnięty w tę perspektywę, ponieważ nie może pozostać obojętny wobec postawionego pytania. Jak zauważa Edward Balcerzan, w każdym podstawowym pojęciu poetyki istnieje „pamięć o czytelniku”, a tekst literacki uaktywnia się naprawdę dopiero w akcie odbioru.3 W wierszu Miłosza ta zależność jest szczególnie widoczna. Czytelnik nie tylko rozumie sens utworu, ale zostaje wezwany do zajęcia stanowiska wobec przedstawionego dramatu.

W tym właśnie tkwi siła poezji Miłosza. Ten wiersz nie daje komfortu bezpiecznego dystansu. Nie pozwala czytać go jak zamkniętego świadectwa minionej epoki. Działa raczej jak pytanie skierowane do każdego czasu i do każdego człowieka. Dlatego Do polityka pozostaje utworem tak ważnym. Przypomina, że wielkie decyzje historyczne zawsze mają ludzki początek, a odpowiedzialność nigdy nie znika w tłumie, w ideologii ani w biegu dziejów. Ostatecznie wszystko rozstrzyga się w sumieniu jednostki.

Miłosz pokazuje więc polityka jako postać tragiczną. Jest on jednocześnie błogosławiony i przeklęty, wyniesiony ponad innych i związany z nimi najściślej. Ma moc sprawczą, ale ta moc staje się zarazem źródłem grozy. Władza okazuje się próbą człowieczeństwa. Można ją przejść godnie tylko wtedy, gdy nie zapomni się o drugim człowieku i nie zgodzi się na odrętwienie sumienia. Do polityka jest właśnie takim wezwaniem do pamięci o człowieku, o wspólnocie i o moralnej odpowiedzialności, której nie da się przekazać nikomu innemu.

Czytajmy poezję, ona ocala.

  1. Czesław Miłosz, Do polityka, źródło internetowe: Poezja.org https://poezja.org/wz/Czeslaw_Milosz/29167/Do_polityka ↩︎
  2. Edward Balcerzan, Kręgi wtajemniczenia, Gdańsk, Tower Press, 2001, s. 242 ↩︎
  3. Tamże, s. 26 ↩︎

Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim

Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim1 należy do tych zjawisk literackich i artystycznych, które przez wieki kształtowały nasz współczesny pogląd na świat i które pozostają dla badaczy terenem, jak sądzę, niekończących się dociekań.

Zanurzając się w pewną historyczną prozodyjność, bez trudu dostrzeżemy, że wiele obszarów naszej aktywności artystyczno-literackiej ma charakter metajęzykowy, czerpie i wykorzystuje zjawiska minione, mieszając style i konwencje.

W tym artykule o Historyji o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim chciałbym przede wszystkim zwrócić uwagę na istotę tej formy oraz jej potencjalny, a jak sądzę także faktyczny, wpływ na renesansową moralność i potrzebę obcowania z Absolutem.

Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim jako misterium wielkanocne

Dzieło, bo nie sposób wypowiadać się inaczej o tym utworze, Mikołaja z Wilkowiecka przysparza badaczom wiele problemów. Ziomek pisze, że „skomplikowana kwestia autorstwa i niepewna data wydania to nie tylko problem filologiczny, ale punkt wyjścia do domysłów i rekonstrukcji ważnych dla kwestii trwałości kultury późnośredniowiecznej w polskim renesansie”2. Trudno nie zgodzić się ze słowami wybitnego przecież znawcy literatury renesansowej, wszak lektura Historyji, bez sięgania do opracowań krytyczno-literackich wskazujących na renesansowy rodowód, ujawnia wyraźne zakorzenienie w średniowiecznych oficjach, że o nawiązaniach do apokryfów nawet nie wspomnę.

Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim
Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim KARTA TYTUŁOWA
[KRAKÓW 1575-1582]

To nawiązanie do późnośredniowiecznych form, powiedzmy wprost do dramatu liturgicznego, miało kolosalne znaczenie w prezentacji i odbiorze dzieła, bez tego bowiem niemożliwe byłoby wprowadzenie dwóch istotnych dla odbiorcy sfer, sacrum i profanum. Napięcie pomiędzy tym, co wzniosłe, a tym, co bliskie codziennemu doświadczeniu, okazuje się jednym z najbardziej trwałych mechanizmów kultury. Dotyczy to również literatury adresowanej do odbiorcy niedorosłego, który sensy przyswaja najpełniej wtedy, gdy zostają one ucieleśnione w obrazie, geście i wyrazistej sytuacji3.

Kompozycja i funkcja Historyji o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim

Mikołaj z Wilkowiecka jako domniemany autor Historyji musiał mieć świadomość, że wprowadzając formę sceniczną, osiągnie efekt współuczestnictwa widza, identyfikacji z bohaterami zmagającymi się z największą Tajemnicą. Nie dochodzi przy tym do zaburzenia głównego przekazu ani do jego laicyzacji. Misterium należy wobec tego traktować przede wszystkim jako dowód zrozumienia wydarzeń upamiętniających zwycięstwo Chrystusa nad demonami, tymi z Szeolu i tymi, które nas męczą każdego dnia. Misterium aktualizuje historię, która miała miejsce dwa tysiące lat temu.

Można by wręcz powiedzieć, że działa ono podobnie jak narracje inicjacyjne obecne w literaturze dla dzieci, które nie ograniczają się do opowiedzenia zdarzenia, lecz formują odbiorcę, wprowadzając go w porządek sensów i wartości4.

Historyji bez większego trudu zauważymy wszystkie elementy właściwe dla misterium. Mamy doskonale opisane w didaskaliach osoby dramatu, którym nie brakuje rubaszności i lokalnego kolorytu, a oglądając genialną w wymowie inscenizację Piotra Cieplaka5, odnosimy także wrażenie obecności zmysłowości, którą reżyser obdarzył Marię Magdalenę. Zestawienie inscenizacji z tekstem źródłowym wskazuje na jeszcze jeden istotny element misterium. Plastyka obrazu i dbałość o szczegół, przy jednoczesnym dopuszczeniu modyfikacji. Autor wyznacza ramy możliwych realizacji, pozostając wierny idei, czy też może szerzej, idei gatunkowej i jej średniowiecznej genezie.

Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim
Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim, reż. Piotr Cieplak

W tym miejscu warto, jak sądzę, uczynić jeszcze jeden krok i spojrzeć na Historyję przez pryzmat literatury dziecięcej i młodzieżowej, a właściwie przez kategorię odbiorcy niedorosłego. Nie oznacza to oczywiście, że utwór powstał z myślą o dziecku jako adresacie. Byłoby to uproszczenie. Wydaje się jednak, że pewne rozwiązania organizujące misterium pozostają zaskakująco bliskie mechanizmom właściwym literaturze dziecięcej. Dotyczy to wyrazistości sytuacji, czytelnego porządku aksjologicznego oraz podporządkowania sensu formie widowiskowej.

Badacze podkreślają, że dziecko nie jest odbiorcą uproszczonym, lecz osobnym, wymagającym szczególnego modelowania komunikatu6. W tym sensie Historyja okazuje się tekstem, który, choć zakorzeniony w religijności średniowiecznej i renesansowej, realizuje strategię przekazu pozwalającą raczej uczestniczyć niż jedynie rozumieć.

Zajrzyjmy zatem na scenę. W Historyji została zarysowana doskonała na ówczesne czasy linia kompozycyjna. W pierwszych scenach napięcie wzrasta, a wokół grobu gromadzą się kolejne postaci. Dochodzi do kulminacyjnej sceny walki Jezusa z diabłami, zakończonej sceną zbiorową. Następnie napięcie opada, postaci odchodzą, a Chrystus przemawia już spokojnie do Marii i Piotra. Jest to, według badaczy, pierwsza w historii dramatu polskiego scena operująca nastrojem7.

Tego rodzaju kompozycja, oparta na stopniowaniu napięcia i sile obrazu, przypomina mechanizmy budowania przeżycia literackiego w tekstach dla młodych odbiorców, gdzie sens rodzi się z doświadczenia emocjonalnego i estetycznego8.

Czytając dramat, łatwo zauważymy jeszcze jeden szczegół. Chrystus schodzi do piekieł po zmartwychwstaniu. Czemu ma służyć taka inwersja zdarzeń. A może wcale nie jest to inwersja. Przecież zgodnie z tradycją przebywał w Szeolu jeszcze przed zmartwychwstaniem. Zabieg zastosowany przez Mikołaja z Wilkowiecka ma charakter przede wszystkim techniczny. Jak wskazuje Jacek Kowzan, realizacja zgodna z Pismem przekraczałaby możliwości inscenizacyjne oraz wyobrażeniowe widowni9.

W tym miejscu pojawia się kolejna zbieżność z literaturą dziecięcą. Także ona, podejmując kwestie metafizyczne, operuje konkretem i obrazem, nie zaś abstrakcją. Nie redukuje przez to sensów, lecz czyni je bardziej przyswajalnymi10.

Czy jednak mimo wszystkich swoich niedoskonałości, a zarazem genialności przekazu i kompozycji, Historyja wyczerpuje znamiona misterium wielkanocnego. Z całą pewnością tak. Piekło i Niebo, życie i śmierć, a w to wszystko wpisana ludzka natura zgodnie z głównymi prawdami wiary. Misterium prowadzi do doświadczenia zanurzenia w śmierć i zmartwychwstanie, co, jak pokazuje wspomniana inscenizacja, prowadzi do Komunii.

Jaki był odbiór współczesnych. Tego się zapewne nie dowiemy. Można jednak przypuszczać, że przynajmniej przez kilka dni widownia miała się nad czym zastanawiać. Być może w tym tkwi największa siła tego tekstu, że przekraczał doraźność widowiska i utrwalał się w pamięci jako doświadczenie sensu. Jeżeli zaś przyjąć, że literatura dla dzieci działa najpełniej jako pierwsze spotkanie z opowieścią porządkującą świat, Historyja jawi się jako jeden z dawnych, ale istotnych etapów tego procesu11.

O głupi ludzie, szaleni,
I na sercu swoim twardzi
[Jezus do Łukasza i Kleofasa]

Przypisy

  1. Mikołaj z Wilkowiecka: Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim, https://literat.ug.edu.pl/istoryja/index.htm ↩︎
  2. Jerzy Ziomek, Dramat nieregularny, w: Renesans, PWN, Warszawa 2002. ↩︎
  3. Grzegorz Leszczyński, Michał Zając, Książka i młody czytelnik. Zbliżenia, oddalenia, dialogi, Warszawa 2013. ↩︎
  4. Grzegorz Leszczyński, Książki pierwsze. Książki ostatnie?, Warszawa 2012. ↩︎
  5. Piotr Cieplak, Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim, wersja telewizyjna, 1995. ↩︎
  6. Czy/tam/czy/tu. Literatura dziecięca i jej konteksty, nr 2, 2017. ↩︎
  7. Edyta Jarosz Mackiewicz, artykuł w Kultura Media Teologia 2011. ↩︎
  8. Umberto Eco, Czytelnik modelowy, „Pamiętnik Literacki” 1987. ↩︎
  9. Jacek Kowzan, artykuł w „Pamiętnik Literacki” 2008. ↩︎
  10. Weronika Kostecka, Baśń postmodernistyczna, Warszawa 2014. ↩︎
  11. Jakub Z. Lichański, Wojciech Kajtoch, Bogdan Trocha, Literatura i kultura popularna, Wrocław 2015. ↩︎