Agata Widzowska: Kalafiornia mon amour analiza literaturoznawcza

Kiedy dowiedziałem się, że najnowsza książka Agaty Widzowskiej Kalifornia mon amour będzie opatrzona na okładce logo mojego bloga, odczułem nie tylko dumę, lecz także pewien rodzaj zobowiązania interpretacyjnego. Sytuacja ta lokuje mnie bowiem w szczególnej pozycji odbiorcy, który nie tylko uczestniczy w obiegu literackim, lecz także współtworzy jego kontekst recepcyjny.

kalafiornia mon amour agata widzowska okładka książki

Jak zauważa Stanley Fish, znaczenia tekstów nie istnieją w sposób całkowicie autonomiczny, lecz są wytwarzane w obrębie wspólnot interpretacyjnych1. W tym przypadku oznacza to, że moja lektura wpisuje się w szerszy horyzont czytelniczy związany z dotychczasową obecnością twórczości Widzowskiej w naszym domu.

[…]wszystkie przedmioty są tworzone,
nie zaś odkrywane, zaś tworzone są poprzez
strategie interpretacyjne, które wprawiamy
w ruch
Stanley Fish

Możliwość zrecenzowania tej książki traktuję więc nie tylko jako wyróżnienie, ale także jako naturalną kontynuację relacji czytelniczej, która rozwijała się przez lata. W tym sensie Kalafiornia mon amour jawi się jako propozycja szczególna, ponieważ odpowiada na proces dojrzewania swojego odbiorcy. Literatura dla młodego czytelnika, jak podkreślają badacze, konstruuje swojego adresata w sposób dynamiczny, uwzględniając jego rozwój emocjonalny i poznawczy2. Książka Agaty Widzowskiej zdaje się wpisywać w ten model, oferując narrację bardziej złożoną i wyraźnie skierowaną do czytelnika, który dorastał wraz z wcześniejszymi tekstami autorki.

Zanim jednak przejdę do właściwej analizy, warto zwrócić uwagę na materialny wymiar publikacji, który w przypadku literatury dziecięcej i młodzieżowej nie jest elementem drugorzędnym, lecz integralną częścią doświadczenia lekturowego. Jak zauważa Grzegorz Leszczyński, książka dla młodego odbiorcy stanowi „ewenement kulturowy”, w którym forma i treść pozostają ze sobą nierozerwalnie związane3. Wydawnictwo Dreams przygotowało edycję dopracowaną zarówno pod względem estetycznym, jak i użytkowym. Format książki jest wygodny, okładka przyjemna w dotyku, a papier sprzyja komfortowi czytania, nie powodując refleksów świetlnych, które zakłócałyby percepcję tekstu.

Ten materialny aspekt nie pozostaje bez wpływu na odbiór dzieła literackiego, które zgodnie z ujęciem poetyki należy rozpatrywać jako strukturę wielowarstwową, obejmującą zarówno organizację językową, jak i sposób jej percepcji4. W tym sensie można powiedzieć, że tekst Agaty Widzowskiej układa się na stronie w sposób sprzyjający płynnej lekturze, co prowokuje do metaforycznego ujęcia doświadczenia czytelniczego jako ruchu, przepływu, swoistego unoszenia się wraz z narracją.

kalafiornia mon amor widzowska

Nieprzypadkowo przywołuję tutaj obraz fali. Kalafiornia mon amour konstruuje bowiem doświadczenie lekturowe oparte na dynamice emocji i relacji, prowadząc czytelnika przez kolejne napięcia i rozluźnienia fabularne. W tym ujęciu przestrzeń przedstawiona nie jest jedynie tłem zdarzeń, lecz nośnikiem znaczeń, które organizują interpretację utworu. Jak wskazuje teoria literatury, świat przedstawiony stanowi system powiązanych elementów, w którym fabuła, postaci i motywy współtworzą sens dzieła5. W przypadku omawianej książki sens ten koncentruje się wokół problemu bliskości i poszukiwania oparcia w drugim człowieku.

Bezpieczna przystań, do której prowadzi narracja, nie oznacza tutaj zamknięcia ani izolacji, lecz przeciwnie, otwarcie na relację. Jest to przestrzeń definiowana przez obecność drugiego człowieka, jego empatię i gotowość do współodczuwania. Taka konstrukcja znaczenia wpisuje się w szersze tendencje współczesnej literatury dla młodego odbiorcy, która coraz częściej podejmuje tematykę emocji i relacyjności, traktując ją jako centralny element doświadczenia egzystencjalnego.

Przyznam szczerze, że pierwotnie planowałem publikację tej recenzji w dzień deszczowy, niejako w zgodzie z dominantą zdarzeniową książki, w której istotną rolę odgrywa katastroficzne doświadczenie powodzi. Zabieg ten miał w zamierzeniu stworzyć pewnego rodzaju paralelę między aurą rzeczywistą a aurą tekstu, wzmacniając immersyjny charakter lektury. Ostatecznie jednak okazało się to niemożliwe, ponieważ od momentu otrzymania egzemplarza recenzenckiego minął niemal miesiąc, a w mojej okolicy nie spadła ani jedna kropla deszczu. Decyzja o publikacji w tych warunkach staje się więc gestem nieco przewrotnym, być może nawet performatywnym, jeśli przyjąć, że akt pisania i publikowania może symbolicznie przywoływać rzeczywistość, o której opowiada tekst. Potrzeba nam deszczu!

Ten pozornie anegdotyczny wstęp prowadzi jednak do istotnego zagadnienia związanego z konstrukcją świata przedstawionego. Choć kontekst fabularny pozwala stosunkowo łatwo zidentyfikować przestrzeń akcji, a nawet wskazać konkretne miejsca, ich funkcja w utworze nie sprowadza się do realistycznej referencji. W ujęciu teoretycznoliterackim przestrzeń nie jest jedynie tłem zdarzeń, lecz elementem struktury znaczącej, współtworzącym sensy tekstu6. W tym przypadku lokalizacja wydaje się mieć charakter wtórny wobec doświadczenia, które organizuje narrację.

Można zaryzykować tezę, że mamy tu do czynienia z pewnym odrealnieniem przestrzeni, które nie polega na jej fantastyzacji, lecz na przesunięciu akcentu z topografii na egzystencjalny wymiar zdarzeń. Powódź nie jest więc tylko wydarzeniem wpisanym w konkretną geografię, ale staje się figurą doświadczenia granicznego, naruszającego dotychczasowy porządek świata przedstawionego i relacji między bohaterami. W tym sensie miejsce akcji ulega uniwersalizacji, wpisując się w szerszy model literackiego obrazowania katastrofy jako momentu przełomowego.

Nie oznacza to jednak całkowitej rezygnacji z referencyjności. Przeciwnie, tekst oferuje czytelnikowi punkty zaczepienia, które pozwalają zakotwiczyć narrację w rozpoznawalnej rzeczywistości. Jednym z nich jest Most Aleksandra Doby, przywołany jako miejsce symboliczne, w którym bohaterowie po raz ostatni doświadczają stabilności, zanim zostanie ona podważona przez nadchodzącą falę. Tego rodzaju konkret pełni funkcję graniczną, oddzielając porządek znany od tego, co dopiero ma nadejść, a zarazem wzmacnia dramatyzm sytuacji poprzez kontrast między trwałością przestrzeni a jej nagłym zagrożeniem.

Warto zauważyć, że taka organizacja przestrzeni odpowiada mechanizmom komunikacji literackiej, w których tekst pozostawia odbiorcy pewien zakres dookreślenia sensów. Jak pisze Umberto Eco, utwór literacki jest strukturą wymagającą aktywnej współpracy czytelnika w procesie aktualizacji znaczeń7. W tym przypadku czytelnik może zdecydować, czy potraktuje wskazane lokalizacje jako element realistyczny, czy raczej jako pretekst do refleksji nad bardziej uniwersalnym doświadczeniem utraty i zagrożenia.

Zajrzyjmy zatem przez w połowie otwartą bramę kamienicy przy ulicy Zwykłej 4, w której pod numerem 8 mieszka Zoja wraz z rodziną. Zatrzymuję się przy tym obrazie nieprzypadkowo, ponieważ sformułowanie „w połowie otwarta brama” wydaje się znaczące i dalekie od neutralności opisu, nawet jeśli nie było to intencją autorki. Już na poziomie pierwszej lektury rodzi się pytanie o sens tej niepełnej otwartości, o stan zawieszenia pomiędzy dostępnością a zamknięciem. Nie jest to przecież ani zaproszenie do wejścia, jakie niosłaby brama szeroko otwarta, ani jednoznaczna bariera, którą ustanowiłoby jej całkowite zamknięcie.

W perspektywie poetyki taki detal przestrzenny można traktować jako element znaczący, wpisany w strukturę świata przedstawionego i współtworzący jego sensy8. Brama funkcjonuje tu nie tylko jako składnik topografii, lecz jako figura relacyjna, która organizuje sposób postrzegania wspólnoty mieszkańców. Jej połowiczność odsyła do niepełności więzi międzyludzkich, do stanu, w którym kontakt jest możliwy, ale nie w pełni zrealizowany.

Kalifornia mon amour jako opowieść o wspólnocie, empatii i sąsiedzkich relacjach

Kiedy uwzględnimy perspektywę Zoi, interpretacja ta staje się jeszcze wyraźniejsza. Mieszkańcy kamienicy jawią się jej początkowo jako anonimowe jednostki, sprowadzone do numerów mieszkań, pozbawione indywidualnych historii i cech. W tym sensie przestrzeń budynku odzwierciedla strukturę relacji społecznych, które pozostają zamknięte, nieprzeniknione, istniejące obok siebie, lecz nie ze sobą. Brama w połowie otwarta wyznacza więc granicę pomiędzy potencjalnością relacji a ich faktycznym zaistnieniem.

Można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z subtelnym zabiegiem semantycznym, w którym element architektoniczny zostaje przekształcony w znak kondycji wspólnoty. Znaczenia nie są jedynie właściwością pojedynczych elementów tekstu, lecz wyłaniają się w procesie interpretacji dokonywanej przez czytelnika9. To właśnie czytelnik, konfrontując detal opisu z dalszym przebiegiem narracji, odkrywa jego funkcję jako zapowiedzi przemiany, jaka dokona się w obrębie relacji między bohaterami.

W tym kontekście brama nie jest jedynie punktem wejścia do przestrzeni fabularnej, lecz także symbolem procesu otwierania się na drugiego człowieka. Jej stan początkowy zapowiada drogę, którą bohaterowie dopiero mają przebyć, przechodząc od anonimowości do rozpoznania, od izolacji do wspólnoty.

Pierwszą wyraźną zapowiedzią nadchodzących zmian w życiu mieszkańców kamienicy staje się pojawienie się informacji, początkowo funkcjonującej jedynie jako pogłoska, o planowanym otwarciu restauracji. W tym momencie wspólnota, dotąd rozproszona i pozbawiona wyraźnych więzi, zyskuje paradoksalny punkt odniesienia w postaci potencjalnego zagrożenia. Perspektywa pojawienia się obcego elementu uruchamia mechanizmy integracyjne oparte nie na pozytywnym doświadczeniu wspólnoty, lecz na współdzielonym niezadowoleniu.

Zjawisko to można interpretować jako przykład konsolidacji grupy wobec czynnika zewnętrznego. W obrębie świata przedstawionego dochodzi do wytworzenia tymczasowej wspólnoty afektywnej, której spoiwem staje się narzekanie, podejrzliwość i antycypowane poczucie dyskomfortu. Tego rodzaju mechanizm nie jest przypadkowy, lecz odpowiada pewnej prawidłowości funkcjonowania zbiorowości, które często definiują swoją tożsamość poprzez opozycję wobec tego, co zewnętrzne.

Z perspektywy konstrukcji utworu istotne jest jednak to, że owa negatywna jedność stanowi dopiero pierwszy etap przemiany relacyjnej bohaterów. Relacje między postaciami są elementem dynamicznym, podlegającym rozwojowi wraz z przebiegiem fabuły10. Pogłoska o restauracji inicjuje więc proces, który z czasem może prowadzić do głębszego przekształcenia więzi między mieszkańcami.

Warto zauważyć, że autorka wykorzystuje tutaj motyw konfliktu nie jako cel sam w sobie, lecz jako narzędzie uruchamiające interakcje. To, co początkowo funkcjonuje jako źródło lęku i niechęci, staje się impulsem do wyjścia poza dotychczasową anonimowość. W tym sensie wspólny wróg pełni funkcję katalizatora, który umożliwia przejście od izolacji do komunikacji, nawet jeśli jej pierwszą formą jest zbiorowe narzekanie.

Jakie będą dalsze losy restauracji „Kalafiornia” oraz jej właściciela, Tadeusza Podjadka, który zamierza serwować dania oparte na jednym, konsekwentnie eksponowanym składniku, zgodnie z dewizą widniejącą na jego koszulce „Pora na kalafiora”, pozostawiam już samej lekturze. W tym miejscu interesuje mnie bowiem inny wymiar tej opowieści, który decyduje o jej interpretacyjnej głębi i zarazem stanowi o jej sile oddziaływania.

Jednym z kluczowych wyzwalaczy ludzkich zachowań okazuje się w powieści motyw fali, powracający zarówno na poziomie dosłownym, jak i metaforycznym. Fala powodziowa organizuje przebieg zdarzeń, ale równocześnie uruchamia szersze pole znaczeń, związanych z dynamiką emocji i relacji międzyludzkich. W toku lektury motyw ten zaczyna funkcjonować jako figura wspólnotowego doświadczenia, przywodząc na myśl kulturowe reprezentacje zbiorowych przeżyć, choćby takie jak obraz wielkiej fali ludzkich serc, utrwalony w tekstach kultury popularnej. Tego rodzaju skojarzenia nie są przypadkowe, lecz wpisują się w mechanizm intertekstualności, w którym tekst literacki pozostaje w dialogu z innymi tekstami kultury, zarówno wysokiej, jak i popularnej.

Obecność tych odniesień stanowi istotny element strategii pisarskiej Agaty Widzowskiej. Intertekstualność pełni funkcję nie tylko estetyczną, ale także komunikacyjną, angażując czytelnika w proces rozpoznawania i reinterpretacji znanych motywów. W Kalafiornii mon amour odniesienia te nie są eksponowane w sposób nachalny, lecz wymagają uważnej lektury i pewnego rozeznania kulturowego, co czyni odbiór bardziej aktywnym i wielopoziomowym.

Na tym tle szczególnie interesująco rysuje się także obecność motywów autobiograficznych lub przynajmniej silnie związanych z zainteresowaniami autorki. Uważny czytelnik bez trudu dostrzeże powracającą w jej twórczości fascynację światem zwierząt, zwłaszcza psów i koni. Elementy te nie pełnią jedynie funkcji dekoracyjnej, lecz wpisują się w aksjologiczną strukturę utworu, podkreślając znaczenie relacji, empatii i wrażliwości na inne istoty. W tym sensie tekst Agaty Widzowskiej realizuje jedną z podstawowych funkcji literatury, jaką jest modelowanie postaw i doświadczeń odbiorcy.

Wracając jednak do samej fabuły, muszę przyznać, że przez znaczną część lektury towarzyszyło mi wrażenie, iż mieszkańcy kamienicy przy ulicy Zwykłej 4 funkcjonują niczym bohaterowie biblijnej arki. Nie chodzi tu oczywiście o prostą paralelę fabularną, lecz o głębszą strukturę znaczeniową, w której sytuacja zagrożenia staje się momentem selekcji i zarazem próbą odzyskania tego, co najbardziej fundamentalne, czyli człowieczeństwa. W tym sensie wspólnota bohaterów jawi się jako grupa ocalonych, choć owo ocalenie nie ma charakteru wyłącznie fizycznego, lecz także etyczny i egzystencjalny.

Interpretację tę wzmacnia obecność motywu gołębia, silnie zakorzenionego w tradycji kulturowej i biblijnej. W Księdze Rodzaju to właśnie gołąb przynosi znak końca katastrofy i zapowiedź nowego początku. W powieści Widzowskiej jego pojawienie się pełni analogiczną funkcję, stając się impulsem do rozwiązania sytuacji, która wcześniej wydawała się patowa. Mamy tu do czynienia z klasycznym przykładem wykorzystania motywu kulturowego jako nośnika znaczeń, który uruchamia u czytelnika określone skojarzenia i pozwala osadzić wydarzenia w szerszym, uniwersalnym kontekście. Symbole i motywy nie istnieją w izolacji, lecz funkcjonują w obrębie tradycji, która nadaje im rozpoznawalność i interpretacyjną głębię.

Kalafiornia mon amour Agaty Widzowskiej – książka o powodzi, emocjach i odzyskiwaniu człowieczeństwa

Na tym tle szczególnie istotne staje się także ukazanie perspektywy dziecięcej wobec sytuacji zagrożenia. Autorka konsekwentnie eksponuje różnicę między sposobem przeżywania świata przez dzieci i dorosłych, przyznając tym pierwszym szczególny status poznawczy i etyczny. Dziecko nie tylko inaczej interpretuje rzeczywistość, ale również reaguje na nią w sposób bardziej bezpośredni, pozbawiony uprzedzeń i społecznych filtrów. W literaturze dziecięcej jest to zabieg dobrze rozpoznany, ponieważ młody bohater często pełni funkcję nośnika wartości, które ulegają erozji w świecie dorosłych.

W tym kontekście znaczący wydaje się fragment, w którym autorka formułuje wyraźną diagnozę aksjologiczną:

„Mały człowiek to najlepszy człowiek. Ciekawy świata, zachwycony przyrodą, ufny i skory do pomocy. To świat dorosłych psuje dzieci”.

Cytat ten można odczytać jako swoiste credo utworu, wskazujące na kierunek interpretacji całej historii. Dziecięca wrażliwość nie jest tu jedynie etapem rozwoju, lecz wartością samą w sobie, stanowiącą punkt odniesienia dla oceny postaw dorosłych bohaterów.

Nie chcę jednak zdradzać całej fabuły ani wszystkich wątków, ponieważ Kalifornia mon amour jest książką, która wymaga obecności czytelnika. Nie tylko w sensie fizycznego aktu lektury, lecz także w znaczeniu głębszym, interpretacyjnym i emocjonalnym. To opowieść, która zaprasza do współuczestnictwa, do dopełniania sensów, do rozpoznawania ukrytych znaków i do rozmowy o tym, co dzieje się między ludźmi w sytuacji próby. Nieprzypadkowo na końcu książki autorka zamieszcza pytania do dyskusji. Ten gest wydaje mi się szczególnie ważny, ponieważ przesuwa lekturę poza zamknięty obszar fabuły i otwiera ją na rozmowę z dzieckiem, z rodzicem, z nauczycielem, z samym sobą.

W rezultacie powieść Agaty Widzowskiej buduje wielowarstwowy obraz wspólnoty poddanej próbie, w której katastrofa odsłania nie tylko słabości, ale również potencjał odnowy. To książka o lęku, ale także o nadziei. O zamkniętych drzwiach, ale i o bramach, które można uchylić. O fali, która niszczy, lecz zarazem wydobywa na powierzchnię to, co wcześniej pozostawało niewidoczne. Przede wszystkim jednak jest to opowieść o tym, że człowieczeństwo nie jest stanem danym raz na zawsze, lecz zadaniem, które trzeba podjąć wobec drugiego człowieka.

kalafiornia mon amour agata tataczyta logo
  1. Stanley Fish, „Jak rozpoznać wiersz, gdy się go widzi”, przeł. Adam Grzeliński, w: Interpretacja, retoryka, polityka. Eseje wybrane, red. Andrzej Szahaj, przeł. Krzysztof Abriszewski i in. (Kraków: Universitas, 2008). ↩︎
  2. G. Leszczyński, M. Zając, Książka i młody czytelnik: zbliżenia, oddalenia, dialogi, Warszawa 2013. ↩︎
  3. Tamże. ↩︎
  4. A. Kulawik, Poetyka. Wstęp do teorii dzieła literackiego, wyd. 2 poprawione, Antykwa, Kraków 1994. ↩︎
  5. Tamże, część dotycząca świata przedstawionego ↩︎
  6. Tamże. ↩︎
  7. U. Eco, „Czytelnik modelowy”, Pamiętnik Literacki 1987, z. 2, s. 287–305. ↩︎
  8. A. Kulawik, Poetyka. Wstęp do teorii dzieła literackiego, dz. cyt. ↩︎
  9. W. Kostecka, Baśń postmodernistyczna: przeobrażenia gatunku, Wydawnictwo SBP, Warszawa 2014. ↩︎
  10. A. Kulawik, Poetyka. Wstęp do teorii dzieła literackiego, dz. cyt. ↩︎

Biblia, literatura dziecięca i… moje zdziwienie, że wszystko już kiedyś było

Kiedy po raz pierwszy, dość dawno temu, spróbowałem spojrzeć na Biblię nie tylko jako na księgę religijną, lecz także jako na tekst kultury, wydawała mi się czymś bardzo odległym. Stara, poważna, otoczona aurą nienaruszalności, funkcjonująca gdzieś obok mojego codziennego doświadczenia czytelniczego. Dopiero z czasem zacząłem dostrzegać, że to wrażenie wynikało raczej z mojego dystansu niż z rzeczywistej natury tego tekstu. Im więcej czytałem, tym wyraźniej widziałem, że Biblia nie znajduje się na marginesie kultury, lecz stanowi jeden z jej najważniejszych punktów odniesienia. Co więcej, jej obecność nie ogranicza się do literatury wysokiej. Obejmuje także teksty współczesne, popularne, a nawet książki dla dzieci.

To odkrycie było dla mnie zaskakujące, bo podważało moje wcześniejsze przekonanie o prostocie i pewnej odrębności literatury dziecięcej. Okazało się, że również ona funkcjonuje w obrębie długiej tradycji, której jednym z kluczowych źródeł jest właśnie Biblia. Innymi słowy, nawet historie, które czytamy dzieciom jako lekkie, zabawne czy przygodowe, bardzo często wyrastają z dużo starszych sposobów opowiadania.

Samo słowo Biblia pochodzi z greki i oznacza księgę lub książki, choć w rzeczywistości chodzi o cały zbiór bardzo różnych tekstów. W kanonie katolickim jest ich siedemdziesiąt trzy, powstawały przez wiele stuleci i w różnych językach. To sprawia, że Biblia nie jest jednorodnym dziełem, lecz raczej wielowarstwową całością, w której spotykają się różne sposoby opowiadania i różne cele.

Biblia literatura jako źródło motywów i schematów opowieści

Jeśli spojrzymy na nią jak na tekst literacki, znajdziemy tam bardzo różne formy. Są opowieści, modlitwy, przypowieści, listy, teksty prawne czy wizje prorockie1. Każda z tych form działa trochę inaczej i inaczej oddziałuje na czytelnika. Biblia jest o tyle wyjątkowa, że wszystkie te sposoby mówienia spotykają się w jednym miejscu. To właśnie dlatego tak łatwo staje się punktem odniesienia dla późniejszej literatury.

Jej wpływ nie kończy się jednak na formie. Jeszcze ważniejsze są powracające motywy i schematy opowieści. Dobro i zło, wina i odkupienie, wygnanie i powrót, ofiara, przemiana, zdrada, przebaczenie. Te elementy powracają w kulturze nieustannie i przybierają coraz to nowe kształty. Można powiedzieć, że tworzą pewien zestaw opowieści, który był współtworzony przez Biblię i który później był wielokrotnie przekształcany.

W tym miejscu ważną rolę odgrywa czytelnik. Umberto Eco pisał, że tekst to ciąg znaków, które dopiero odbiorca musi zaktualizować2. Oznacza to, że sens nie jest czymś gotowym, lecz powstaje w trakcie czytania. Znajomość Biblii staje się więc jednym z kluczy, które pozwalają zobaczyć w tekstach więcej. Czytelnik, który rozpoznaje nawiązania i schematy, zaczyna dostrzegać powiązania, które wcześniej mogły mu umykać.

W średniowieczu było to szczególnie widoczne. Biblia stanowiła wtedy podstawowy punkt odniesienia dla literatury. Była obecna w kazaniach, pieśniach, misteriach i tekstach apokryficznych. Utwory takie jak Kazania świętokrzyskie i Kazania gnieźnieńskie nie tylko odwoływały się do jej treści, lecz także przejmowały sposób mówienia i argumentowania. Dzięki temu zyskiwały większy autorytet, ale jednocześnie twórcy potrafili rozwijać znane motywy na własny sposób.

Podobnie działo się w tekstach apokryficznych, które próbowały dopowiadać historie znane z Biblii. Dobrym przykładem jest Rozmyślanie przemyskie. Widać w nim potrzebę uzupełniania opowieści, nadawania im bardziej ludzkiego i emocjonalnego wymiaru. Trudno nie dostrzec podobieństwa do współczesnych prób opowiadania znanych historii na nowo.

Ważną rolę odgrywały także psalmy, które dzięki swojej emocjonalności były szczególnie bliskie odbiorcom. Ich przekłady, takie jak Psałterz floriański czy Psałterz puławski, miały duże znaczenie dla rozwoju języka literackiego. Psalmy pokazywały, jak mówić o skrajnych emocjach i stały się jednym z ważnych punktów odniesienia dla późniejszej poezji.

Psałterz floriański zabytek języka polskiego
Psałterz floriański zabytek języka polskiego, zdjęcie z zasobów Biblioteki Narodowej

Przełomowym momentem było przetłumaczenie całej Biblii na język polski, znane jako Biblia królowej Zofii. Powstała w XV wieku z inicjatywy Zofii Holszańskiej i należy do najważniejszych zabytków polszczyzny. Jej znaczenie nie polega tylko na samym przekładzie. Oznacza także przejście od kultury opartej na łacinie do takiej, w której coraz większą rolę odgrywa język narodowy. Dzięki temu tekst stawał się dostępny dla szerszego grona odbiorców.

Biblia literatura w książkach dla dzieci i współczesnym czytaniu tekstów

Biblia królowej zofii
Biblia Królowej Zofii, Księga Rodzaju

Na tym tle literatura dziecięca wygląda szczególnie ciekawie. Często traktuje się ją jako coś prostszego i oderwanego od tradycji, ale w rzeczywistości jest z nią mocno związana. Badacze zwracają uwagę, że dziecko jako czytelnik wymaga innego sposobu mówienia3. Nie oznacza to jednak zerwania z wcześniejszymi wzorcami, lecz raczej ich przekształcenie.

W książkach dla dzieci bardzo ważna jest także forma. Nie tylko to, co się opowiada, ale również jak się to robi. Układ tekstu, ilustracje, kompozycja mogą być dla młodego czytelnika równie istotne jak sama historia4. W tym sensie Biblia, ze swoją różnorodnością form i stylów, dostarcza wielu inspiracji, które można przystosować do młodszego odbiorcy.

Współczesna literatura dziecięca często bawi się tradycją. Wykorzystuje znane motywy, przekształca je i układa na nowo5. Biblia pozostaje jednym z ważnych źródeł tych motywów, nawet jeśli nie zawsze jest to od razu widoczne.

Biblia w Opowieściach z Narni C.S. Lewis

Dobrym przykładem są Opowieści z Narnii C.S. Lewisa. To historia fantastyczna, ale jednocześnie mocno osadzona w symbolice znanej z Biblii. Postać Aslana i związane z nią wydarzenia wyraźnie nawiązują do motywów ofiary i odkupienia. W polskiej literaturze dziecięcej takie odniesienia bywają mniej oczywiste, ale również się pojawiają. Widać to choćby w książkach Justyny Bednarek. W serii o kurach z grubej rury postać Niewidzialnego bywa odczytywana jako figura czegoś większego niż świat przedstawiony, a wątki winy, kary i przemiany wpisują się w znane od dawna schematy opowieści. Podobne rozwiązania pojawiają się w książce Dom numer 5. Są to subtelne nawiązania, ale pokazują, jak silnie zakorzenione są pewne sposoby opowiadania.

Biblia jest źródłem inspiracji także dla autorów literatury dla dzieci - Justyna Bednarek, Kury z grubej rury
Biblia jest źródłem inspiracji także dla autorów literatury dla dzieci – Justyna Bednarek, Kury z grubej rury

Mam świadomość, że ten tekst jest raczej szkicem niż pełnym opracowaniem. Nie próbuję wyczerpać tematu, tylko wskazać pewien sposób patrzenia. Chodzi o to, żeby zobaczyć, jak głęboko kultura zanurzona jest w powracających motywach i jak trudno mówić o całkowitej nowości, kiedy uświadomimy sobie ich skalę.

W naszej rodzinie te motywy są obecne także dlatego, że ważna jest dla nas wiara. Wydaje mi się jednak, że nawet poza tym kontekstem biblijne odniesienia pozostają ważną częścią wspólnego języka kultury. Kiedy czytaliśmy z moimi córkami Opowieści z Narnii, dość łatwo rozpoznawały one główne sensy tej historii. Podobnie było z książkami Justyny Bednarek. Interpretacja postaci Niewidzialnego jako odniesienia do Boga pojawiła się u nich bardzo naturalnie, choć dla dorosłych czytelników nie zawsze jest to tak oczywiste.

To doświadczenie prowadzi mnie do wniosku, że teksty literackie nie istnieją w izolacji. Rozmawiają ze sobą, nawet jeśli nie zawsze to zauważamy. Dlatego omawiając Biblię w szkole, warto odwoływać się także do książek bliższych współczesnym czytelnikom. Takie połączenia mogą pomóc lepiej zrozumieć zarówno dawne, jak i nowe teksty.

Ten wpis traktuję jako początek dłuższej serii. Chciałbym przyjrzeć się wielkim tekstom literatury, które nie były pisane dla dzieci, ale których motywy często do tej literatury trafiają. Interesują mnie właśnie te powiązania, powroty i przekształcenia. Mam świadomość, że to temat bardzo szeroki, więc będzie to raczej wybór niż pełny przegląd.

Dlatego najlepiej traktować te teksty jako zaproszenie do dalszego czytania i szukania własnych tropów. Jeśli ktoś widzi inne przykłady albo chciałby coś dopowiedzieć, bardzo chętnie o tym przeczytam.

Z czasem coraz wyraźniej widzę, że przekonanie, iż wszystko już kiedyś było, nie musi oznaczać braku oryginalności. Raczej pokazuje, jak działa kultura. Nowe teksty powstają w dialogu z wcześniejszymi, przekształcają je i nadają im nowe znaczenia.

W tym sensie Biblia pozostaje jednym z najważniejszych punktów odniesienia dla literatury. Nawet wtedy, gdy nie czytamy jej bezpośrednio, jej ślady są obecne w opowieściach, które znamy. Dotyczy to także literatury dziecięcej, która mimo prostszego języka wciąż czerpie z bardzo głębokich źródeł.

Dziś, kiedy sięgam po kolejne książki, coraz częściej to zauważam. Literatura dziecięca przestaje być dla mnie osobnym światem, a zaczyna być częścią większej całości. A Biblia, choć często ukryta i przetworzona, wciąż pozostaje jej ważnym elementem.

  1. Adam Kulawik, Poetyka. Wstęp do teorii dzieła literackiego, Wydawnictwo Antykwa, Kraków 1994 ↩︎
  2. Umberto Eco, Lector in fabula. Współdziałanie w interpretacji tekstów narracyjnych, przeł. Piotr Salwa, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1994. ↩︎
  3. Hunt, Peter, An Introduction to Children’s Literature, Oxford University Press, 1994. ↩︎
  4. Grzegorz Leszczyński, Michał Zając, Książka i młody czytelnik. Zbliżenia, oddalenia, dialogi, Wydawnictwo SBP, Warszawa 2013. ↩︎
  5. Weronika Kostecka, Baśń postmodernistyczna. Przeobrażenia gatunku, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2014. ↩︎

Kalafiornia mon amour. Więcej niż opowieść dla dzieci

Są książki, które nie próbują nas złapać za rękaw od pierwszego zdania. Nie krzyczą, nie przyspieszają pulsu, nie obiecują natychmiastowej przygody. Zamiast tego stoją trochę z boku i czekają, aż sami do nich podejdziemy. Kalafiornia mon amour Agaty Widzowskiej należy właśnie do tej kategorii. I jeśli ktoś szuka literatury, która od samego początku oferuje fajerwerki, może poczuć się początkowo nieco zawiedziony, chociaż w miarę rozwoju akcji czytelnik będzie mógł się zetknąć z kosmitami, śmigłowcami typu Black Hawk i ratunkowymi gołębiami, dlatego warto dać się porwać tej wyjątkowej książce.

W tej opowieści wszystko dzieje się inaczej. Tak jak należy. Z odpowiednim wprowadzeniem i konsekwentnie prowadzoną narracją, czyli tak, jak powinno być w każdej dobrej książce. Wolniej. Ciszej. Uważniej.

Uważam, że właśnie w tym tkwi siła tej książki.

kalafiornia mon amour książka o dobrych sąsiadach

Kalafiornia mon amour jako opowieść o wspólnocie i relacjach

Kalafiornia mon amour to opowieść, która nie próbuje udowadniać, że dzieci potrzebują ciągłego ruchu, zwrotów akcji i natychmiastowej gratyfikacji. Wręcz przeciwnie. Pokazuje, że młody czytelnik jest kimś znacznie bardziej wymagającym. Kimś, kto potrafi wejść w historię, jeśli tylko ta historia zostawi mu przestrzeń na własne myślenie i przeżywanie.

Na to, by książka była tym, czym według Rudine Sims Bishop powinna być. Oknem, przez które można oglądać świat i czerpać z niego świeżość. Lustrem, w którym można dostrzec własne odbicie. I wreszcie drzwiami, przez które można wejść do literackiego świata. Ten ostatni wymiar wybrzmiewa zresztą w samej książce, kiedy Zoja mówi: „Szkoda, że nie można tak zwyczajnie wchodzić do obrazów”.

To zdanie mówi bardzo dużo. Pokazuje, jak dużą wagę autorka przywiązuje do wyobraźni.

Kiedy czytaliśmy Kalafiornię mon amour z dziećmi, pojawił się ten szczególny rodzaj przyjemności, który daje literatura. Mogliśmy na równym poziomie współuczestniczyć w odkrywaniu tekstu, który tak naprawdę adresowany jest do każdego, bez względu na wiek. Agata Widzowska doskonale to rozumie i ani przez chwilę nie upraszcza świata bardziej, niż to konieczne.

Cała opowieść zaczyna się bardzo zwyczajnie. W kamienicy przy ulicy Zwykłej 4. Już sama nazwa sugeruje coś codziennego, znajomego, niemal przezroczystego, może nawet trochę banalnego. Miejsce, obok którego można przejść i nie zwrócić uwagi. A jednak to właśnie tutaj autorka buduje cały mikrokosmos relacji, napięć i historii, które powoli zaczynają się odsłaniać.

Na początku mieszkańcy tej kamienicy są dla siebie właściwie nikim. Numerami na drzwiach, mijanymi sylwetkami, cichymi obecnościami. Zoja, jedenastoletnia bohaterka, patrzy na nich dokładnie w ten sposób. I trudno się jej dziwić. Współczesne życie często uczy nas właśnie takiego widzenia innych ludzi. Jako tła, nie jako opowieści.

I tutaj pojawia się pierwszy, bardzo ważny moment tej książki. Autorka pokazuje, że relacje nie pojawiają się nagle. One muszą się wydarzyć. Muszą zostać wywołane przez coś, co naruszy dotychczasowy porządek.

Tym czymś jest powódź.

kalafiornia mon amour książka o powodzi tysiąclecia

Motyw żywiołu nie jest tu przypadkowy. W literaturze często pełni funkcję graniczną. Zmusza bohaterów do wyjścia poza schematy i role, które dotąd wydawały się bezpieczne. Można odczytywać tę sytuację jako współczesną wariację na temat potopu, który nie tyle karze, ile ujawnia. Ujawnia to, co było ukryte pod powierzchnią codzienności. Relacje, lęki, samotności, ale też potencjał wspólnoty.

Kamienica zaczyna przypominać arkę. Nie w sensie dosłownym, lecz symbolicznym. Miejsce, w którym ludzie, wcześniej obojętni wobec siebie, zostają zmuszeni do współistnienia. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa historia.

Kalafiornia mon amour i świat widziany oczami dziecka

To, co szczególnie przyciąga w tej książce, to sposób, w jaki autorka konstruuje bohaterów. Nie są oni jednowymiarowi. Każdy z nich nosi w sobie coś, co stopniowo wypływa na powierzchnię. Dziwactwa, które początkowo wydają się jedynie zabawnym elementem, okazują się często maską dla czegoś znacznie głębszego.

Śpiewaczka z kurą na balkonie przestaje być tylko ekscentryczną sąsiadką. Malarz Salwador nie jest wyłącznie artystą z pracownią pełną obrazów. Nawet Tadeusz Podjadek, twórca tytułowej Kalafiorni, zyskuje wymiar, który wykracza poza humorystyczny pomysł restauracji opartej na jednym warzywie.

I właśnie Kalafiornia zasługuje na osobną uwagę.

Na pierwszy rzut oka to koncept absurdalny, niemal dziecięco żartobliwy. Restauracja, której hasło brzmi „Pora na kalafiora”, brzmi jak coś, co ma po prostu rozbawić. Ale z czasem okazuje się, że to miejsce pełni znacznie ważniejszą funkcję. Staje się przestrzenią wspólnoty, o którą początkowo sceptycznie nastawieni mieszkańcy zaczynają walczyć. Próbą stworzenia czegoś wspólnego w świecie, który wcześniej opierał się na izolacji.

W tym sensie Kalafiornia działa jak metafora. Pokazuje, że nawet najbardziej nieoczywiste pomysły mogą stać się początkiem zmiany. Że wspólnota nie musi zaczynać się od wielkich idei. Czasem wystarczy coś małego, niepozornego, żeby ludzie zaczęli się do siebie zbliżać.

Warto zatrzymać się na chwilę przy języku tej książki. Agata Widzowska pisze w sposób niezwykle wyważony. Nie epatuje emocjami, nie narzuca interpretacji. Zostawia miejsce dla czytelnika. Nie podaje wszystkiego na tacy. Zaprasza do współtworzenia znaczeń.

kalafiornia mon amour Black Hawk

I tutaj pojawia się coś, bez czego trudno wyobrazić sobie książkę Agaty Widzowskiej. Jej znak rozpoznawczy. W Kalafiorni mon amour nie mogło zabraknąć wierszy i piosenek, które w naturalny sposób wprowadzają czytelnika w świat przedstawiony, porządkują emocje i nadają opowieści dodatkowy rytm. To nie są jedynie ozdobniki ani przerywniki. Pełnią ważną funkcję. Budują atmosferę, pomagają oswoić trudniejsze momenty, a jednocześnie wprowadzają lekkość, która jest tak charakterystyczna dla twórczości autorki.

Dzięki nim tekst jeszcze wyraźniej otwiera się na młodego odbiorcę. Staje się bliższy, bardziej „do powiedzenia na głos”, do wspólnego czytania, śpiewania, powtarzania. I znów wracamy do tego, co w tej książce najważniejsze. Do wspólnoty. Bo te fragmenty aż proszą się o to, żeby nie zostawiać ich w ciszy, tylko dzielić je z kimś obok.

kalafiornia mon amour piosenka o kurze

Dzięki temu książka działa na kilku poziomach jednocześnie.

Dla młodszego czytelnika będzie to opowieść o przygodzie, o relacjach i o pierwszych emocjach, które trudno nazwać, ale które bardzo się czuje. Wątek pierwszego zauroczenia jest tutaj poprowadzony delikatnie, bez przesady i patosu, co sprawia, że brzmi autentycznie.

Dla dorosłego odbiorcy pojawia się cała sieć odniesień. Imię Salwador przywołuje skojarzenia z surrealizmem i sztuką. Motyw potopu otwiera interpretację biblijną. Kamienica jako arka, mieszkańcy jako wspólnota ocalonych, próba odbudowania relacji po kryzysie.

To wszystko nie jest nachalne. Raczej subtelnie wpisane w strukturę opowieści.

Kalafiornia mon amour jako książka o przetrwaniu i uważności

I tutaj dochodzimy do jednej z najważniejszych cech tej książki. Ona nie upraszcza rzeczywistości. Nie sprowadza jej do prostych morałów. Zamiast tego proponuje przestrzeń do zadawania pytań i konfrontowania się z niejednoznacznością świata.

Powódź nie rozwiązuje wszystkich problemów. Relacje nie stają się idealne. Bohaterowie nie przechodzą nagłej, cudownej przemiany. Zmiana jest procesem. Czasem niewygodnym, czasem trudnym, ale realnym.

I to właśnie sprawia, że ta książka zostaje w głowie.

Nie jako spektakularna historia, którą się szybko zapomina, ale jako doświadczenie. Jako coś, co powoli osiada i zaczyna pracować w czytelniku.

Bo nagle okazuje się, że to nie jest tylko opowieść o kamienicy przy Zwykłej 4. To opowieść o każdym miejscu, w którym ludzie żyją obok siebie, ale niekoniecznie razem.

Można czytać tę książkę jako historię o wspólnocie. Ale można też jako opowieść o samotności. O tym, jak łatwo zamknąć się we własnym świecie i nie zauważyć, że za ścianą ktoś przeżywa coś równie ważnego.

Warto też zwrócić uwagę na humor. To nie jest humor nachalny ani wymuszony. Raczej taki, który pojawia się w odpowiednich momentach i działa jak wentyl bezpieczeństwa. Bo jeśli zamiast diety pudełkowej ktoś zamawia dietę… pudelkową, trudno się nie uśmiechnąć. To właśnie ten rodzaj komizmu, który rozładowuje napięcie, ale nie odbiera powagi sytuacji.

Są też kosmici, piec rakietowy, ratunkowe Black Hawki, zapalenie wyrostka, konie, koty, psy i cała masa niesamowitych zwrotów akcji, które z całą pewnością spodobają się czytelnikom. Jest też tęsknota. Ale za kim lub za czym, odkryjcie sami.

Warto dodać, że Kalafiornia mon amour ma także bardzo praktyczny wymiar. Autorka zamieszcza w książce nie tylko przepisy kulinarne, które świetnie korespondują z tytułową Kalafiornią i całym jedzeniowym humorem tej opowieści, ale również zestaw konkretnych wskazówek dotyczących zachowania w sytuacji zagrożenia. Młody czytelnik dowiaduje się, gdzie należy dzwonić, jak zabezpieczyć żywność, jakie przedmioty mogą okazać się najważniejsze i jak myśleć o bezpieczeństwie wtedy, gdy codzienność nagle przestaje być bezpieczna. Dzięki temu książka nie jest wyłącznie opowieścią o powodzi, wspólnocie i sąsiedzkich relacjach, ale staje się także swoistym przewodnikiem przetrwania dla najmłodszych. Takim, z którego mam nadzieję nigdy nie będą musieli korzystać, ale który może oswoić lęk i pokazać, że wiedza w sytuacji kryzysowej naprawdę daje poczucie sprawczości.

Nie bez znaczenia jest również to, że książka kończy się pytaniami do dyskusji. To gest w stronę czytelnika. Lektura się kończy, ale rozmowa dopiero się zaczyna.

Z perspektywy teorii literatury można powiedzieć, że tekst Agaty Widzowskiej bardzo wyraźnie zakłada aktywnego odbiorcę. Nie takiego, który tylko konsumuje historię, ale takiego, który wchodzi z nią w dialog.

Kalafiornia mon amour to książka, która nie spieszy się z opowiadaniem swojej historii. I dobrze. Bo dzięki temu daje coś znacznie cenniejszego niż szybka rozrywka. Daje doświadczenie bycia w świecie przedstawionym. Doświadczenie powolnego odkrywania innych ludzi. Doświadczenie zmiany, która nie jest spektakularna, ale prawdziwa.

Jeśli więc szukacie książki, która nie tylko opowiada historię, ale też coś w Was porusza, zatrzymuje i zostaje na dłużej, warto sięgnąć właśnie po tę. Nie dla akcji. Nie dla efektów. Dla tego, co dzieje się pomiędzy.

Oczywiście nie mogę pominąć ilustracji Pauliny Płuciennik. Moim zdaniem są one dokładnie tym, czego w wielu książkach brakuje. Dopowiadają i dopełniają tekst, ale nie są nachalne. Nie próbują przejąć opowieści ani prowadzić czytelnika za rękę. Raczej cierpliwie mu towarzyszą, zostawiając miejsce na własne dopowiedzenia.

Są trochę jak mieszkańcy kamienicy przy ulicy Zwykłej 4. Ołówkowe, oszczędne, jakby na pierwszy rzut oka niepozorne. A jednak im dłużej się im przyglądamy, tym więcej zaczynamy dostrzegać. Detale, emocje, napięcia ukryte między liniami. Czasem wystarczy drobny gest, spojrzenie, ustawienie postaci albo pusta przestrzeń, żeby ilustracja zaczęła opowiadać własną historię.

Ogromne znaczenie ma też papier. Szary, lekko surowy, sprawia, że ilustracje nie wyglądają jak osobny element, ale jak naturalna część tego świata. Jakby wyrastały z tej samej materii co opowieść. Dzięki temu książka zyskuje niezwykłą spójność wizualną. Tekst i obraz nie rywalizują ze sobą, lecz oddychają w tym samym rytmie.

Bardzo podoba mi się także to, że te ilustracje nie wygładzają świata przedstawionego. Nie czynią go przesadnie kolorowym, cukierkowym ani łatwym. Ich oszczędność świetnie pasuje do historii o ludziach, których trzeba dopiero zobaczyć naprawdę. Tak jak Zoja uczy się patrzeć uważniej na sąsiadów, tak czytelnik uczy się patrzeć uważniej na obrazy Pauliny Płuciennik.

To ilustracje, które zatrzymują na chwilę. Każą spojrzeć jeszcze raz. Uważniej. Dokładniej. I w tym sensie robią dokładnie to samo, co cała ta książka.

I być może właśnie dlatego, kiedy zamkniecie ostatnią stronę, będziecie mieli poczucie, że ta historia wcale się nie skończyła. Jeśli chcecie się przekonać, jak dzięki wspólnej sprawie mogą zmienić się relacje, a nawet coś więcej… zostawię tę bramę uchyloną.

Jeśli chcecie się dowiedzieć, gdzie znajduje się Zwykła 4 i czy w ogóle można na niej zamieszkać, czy naprawdę można mieć uczulenie na kalafiory i jak się żyje z dwiema śledzionami, ale bez wyrostka, to koniecznie zajrzyjcie do najnowszej książki Agaty Widzowskiej.

Bo kiedy traficie na ulicę Zwykłą 4, może się okazać, że trzeba jej szukać pod nieco innym adresem. A o tym najlepiej przekonać się już podczas lektury.

Jak rozwijać kreatywność u dziecka – 11 prostych sposobów dla rodziców

Jak rozwijać kreatywność u dziecka w świecie, w którym sztuczna inteligencja potrafi coraz więcej?
Wydaje mi się, że jedną z najbardziej cenionych dziś umiejętności, która wciąż wyraźnie odróżnia człowieka od sztucznej inteligencji, jest innowacyjność i kreatywność. Nawet jeśli AI potrafi analizować ogromne ilości danych i generować rozwiązania, to nadal jest to raczej przetwarzanie niż prawdziwe tworzenie.
I właśnie dlatego temat ten jest dziś ważniejszy niż kiedykolwiek wcześniej.

Gdyby człowiek był tylko maszyną obliczeniową, najważniejsze byłoby dla niego zapewnienie sobie energii i miejsca na dane. My jednak mamy zupełnie inne potrzeby.

I właśnie dlatego warto się zastanowić, jak tę zdolność rozwijać u naszych dzieci. I od razu uprzedzam, nie potrzebujecie do tego żadnych wymyślnych zajęć ani drogich kursów. Wystarczy trochę zaangażowania i dobrze spędzony czas z dzieckiem.

Jako tata najwspanialszej piątki dzieci na świecie, i mam nadzieję, że wy myślicie dokładnie tak samo o swoich, z dużą pewnością mogę powiedzieć jedno. Jedną z najlepszych form zabawy rozwijającej kreatywność są klocki.

Nie zamierzam się tutaj wymądrzać, ale mam kilka własnych obserwacji, które mogą być pomocne dla rodziców zastanawiających się, co wybrać. Uprzedzam też, że pojawią się konkretne nazwy. Nikt mi za to nie płaci, po prostu trudno mówić o tych rzeczach inaczej niż używając nazw, które wszyscy znamy.

Jeśli chodzi o klocki, to pewnie wiecie, że na rynku jest ich tyle, że wchodząc do sklepu można naprawdę zgłupieć. Wybór jest ogromny i łatwo się pogubić. Nie wiem, czy moje obserwacje jakoś szczególnie ułatwią wam decyzję, ale postaram się podejść do tematu możliwie obiektywnie.

Najważniejsza rzecz w przypadku młodszych dzieci jest bardzo prosta. Nie kupujcie klocków z dużą liczbą małych elementów. I nie chodzi tylko o wygodę, ale przede wszystkim o bezpieczeństwo. Pomysłowość dzieci nie zna granic i czasami potrafi nas zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie.

Przerabialiśmy to na własnej skórze. Z naszą najstarszą córką musieliśmy jechać kilkadziesiąt kilometrów do specjalistycznego szpitala, żeby wyjąć z ucha mały element, który włożyła zupełnie niepostrzeżenie. Na izbie przyjęć było wtedy kilkanaścioro dzieci z bardzo podobnymi sytuacjami tego samego dnia. To naprawdę nie są rzadkie przypadki.

Druga sprawa jest bardziej przyziemna, ale równie ważna. Małe dzieci zwyczajnie nie mają jeszcze takiej sprawności w palcach, żeby radzić sobie z bardzo drobnymi elementami. Efekt jest taki, że zamiast frajdy pojawia się frustracja, a od tego już tylko krok do zniechęcenia.

I choć klocki to świetny początek, to tylko jeden z elementów. Kreatywność można rozwijać na wiele sposobów, często dużo prostszych, niż się wydaje.

Jak rozwijać kreatywność u dziecka na co dzień?

1. Daj dziecku coś do budowania

W tym artykule wspominałem już o ogromnej roli klocków w rozwijaniu kreatywności, ale warto ten temat trochę rozwinąć.

Klocki towarzyszą naszym dzieciom praktycznie od pierwszych miesięcy życia. Dla najmłodszych najlepszym wyborem są, moim zdaniem, klocki drewniane. Oprócz pierwszych prób budowania często pełnią też funkcję… gryzaków. Dlatego warto zwrócić uwagę na ich jakość. Farba nie powinna odpryskiwać, a materiał musi być bezpieczny, bo prędzej czy później trafi do buzi.

Kiedy dzieci trochę podrosną, pojawiają się pierwsze zestawy z tworzywa. U nas były to zarówno większe, prostsze klocki, jak i Duplo. I tu ciekawa obserwacja — w naszym przypadku lepiej sprawdziły się te prostsze, tańsze rozwiązania. Dzieci bawią się nimi do dziś, podczas gdy duże pudło Duplo stoi gdzieś z boku i zbiera kurz.

Nie sposób nie wspomnieć o LEGO. To oczywiście klasyka, ale mam wrażenie, że gotowe zestawy potrafią trochę ograniczać kreatywność, bo narzucają konkretny schemat budowania. Dlatego u nas LEGO funkcjonuje głównie jako zbiór luźnych klocków. I to działa dużo lepiej. Chłopcy budują z nich najróżniejsze konstrukcje, natomiast dziewczyny częściej sięgają po Playmobil, który daje większe możliwości zabawy w odgrywanie scenek i tworzenie historii.

Na naszej podłodze LEGO to jednak nie wszystko. Prawdziwym hitem okazały się klocki polskiego producenta Marioinex, czyli tzw. waffle. Dzieci budują z nich dosłownie wszystko, co podsunie im wyobraźnia. Czasami korzystają z instrukcji, ale najczęściej działają po swojemu. Naprawdę warto je sprawdzić.

jak rozwijać kreatywność u dziecka z klockami waffle
jak rozwijać kreatywność u dziecka? Przykładowy zestaw waffli z firmy Marioinex
jak rozwijać kreatywność u dziecka
jak rozwijać kreatywność u dziecka, proste konstrukcje wykonane przez czterolatka

Podobnie działają klocki Plus Plus od duńskiego producenta. Proste w formie, a dają ogromne możliwości. U nas chłopcy potrafią się nimi bawić godzinami i trwa to już od kilku lat bez większego znudzenia.

jak rozwijać kreatywność u dziecka z klockami plus plus
„Jamjamki”, które budują moje dzieci i bawią się nimi w smoki
Jak rozwijać kreatywność u dziecka
„Jamjamki” odpoczywające na konarze

I to jest chyba najważniejsze — dobre klocki nie narzucają, co masz zrobić. Dają przestrzeń, żeby dziecko samo na to wpadło.

2. Grajcie w gry, które wymagają myślenia

Szachy, warcaby, Monopoly, Wirus, Smart Games czy nawet zwykłe bierki. To nie są tylko gry i sposób na zabicie czasu. To bardzo konkretny trening myślenia.

Podczas takich rozgrywek dziecko uczy się czegoś, czego nie da się przekazać w formie wykładu. Zaczyna rozumieć, że każdy ruch ma konsekwencje. Że decyzje, które podejmuje teraz, wpływają na to, co wydarzy się za chwilę. W szachach widać to jak na dłoni, ale nawet w prostszych grach mechanizm jest dokładnie ten sam.

Co więcej, dziecko uczy się planowania. Na początku działa impulsywnie, robi pierwszy lepszy ruch. Z czasem zaczyna się zatrzymywać i myśleć: „co będzie dalej?”. To moment, w którym zaczyna się prawdziwa nauka.

Bardzo ważny jest też element przegrywania. Gry uczą, że nie zawsze się wygrywa i że porażka nie jest końcem świata. Wręcz przeciwnie, często jest najlepszą lekcją. Dziecko zaczyna analizować, co poszło nie tak i co można zrobić inaczej następnym razem.

Z mojego doświadczenia wynika też, że gry planszowe świetnie uczą cierpliwości. Trzeba poczekać na swoją kolej, trzeba skupić się przez dłuższy czas, trzeba trzymać się zasad. To wszystko są kompetencje, które bardzo trudno wyćwiczyć w inny sposób.

No i jeszcze jedna rzecz, często niedoceniana. To świetny pretekst do bycia razem. Bez ekranów, bez rozpraszaczy. Zwykła gra przy stole potrafi zrobić więcej dla rozwoju dziecka niż niejeden „edukacyjny” program.

Nie chodzi o to, żeby od razu wprowadzać skomplikowane gry strategiczne. Wystarczy zacząć od prostych i stopniowo podnosić poziom trudności. Najważniejsze, żeby dziecko miało okazję myśleć, próbować i czasem się pomylić. Bo dokładnie na tym polega nauka.

U nas świetnym odkryciem okazały się układanki logiczne Smart Games. Do tego stopnia, że dzieci zaczęły podarowywać je kolegom i koleżankom na urodziny. Co więcej, ostatnio pożyczyły je nawet swojej nauczycielce od wiolonczeli, żeby mogła wykorzystać je podczas zajęć.

Z kolei dziewczyny wkręciły się w szachy na tyle, że dołączyły do szkolnej sekcji i biorą udział w zawodach. Najpierw na poziomie szkoły, a teraz już także w rozgrywkach ogólnopolskich.

I to chyba najlepiej pokazuje, jak takie „zwykłe gry” potrafią przerodzić się w coś znacznie większego.

3. Zadawaj dziwne pytania

Dla dorosłego człowieka, który na co dzień funkcjonuje w dość zerojedynkowym świecie decyzji, wejście w taki abstrakcyjny tryb myślenia może być na początku trudne. Wymaga to przełamania pewnych schematów. Ale kiedy już się na to otworzycie, zobaczycie, jak świetna to może być zabawa.

Od czego zacząć? Najprościej od klasycznego: „co by było gdyby…”. I tutaj możliwości są praktycznie nieograniczone.

Co by było, gdyby w rowerze były trójkątne koła?
Co by było, gdyby nie było grawitacji?
Co by było, gdyby na drzewach rosły parówki?

Albo trochę inaczej:

Jak pokazałbyś coś, gdybyś nie mógł mówić?
Jak pomógłbyś ludziom, gdybyś potrafił skakać na 10 metrów?

To są niby proste pytania, ale uruchamiają w głowie zupełnie inne procesy niż te, z których korzystamy na co dzień.

Najlepsze jest to, że dzieci same bardzo szybko zaczynają w to wchodzić. Na przykład jedna z moich córek zapytała mnie kiedyś, czy dla olbrzyma ręcznik byłby chusteczką do nosa. No i tu zaczyna się prawdziwa zabawa. Od razu podchwyciłem temat i poszliśmy dalej. A może to my jesteśmy olbrzymami dla krasnoludków? Może gdzieś w rogu łazienki jakiś krasnoludek właśnie wyciera się kawałkiem chusteczki, który wypadł ci z kieszeni?

I nagle zwykła rozmowa zamienia się w coś znacznie ciekawszego.

Takie pytania zmuszają do wyjścia poza schemat. A właśnie tam najczęściej pojawiają się najlepsze pomysły.

4. Daj dziecku zadania kreatywne

Prawdopodobnie każdy rodzic doświadcza przynajmniej kilka razy w tygodniu sytuacji, w której dziecko podchodzi i mówi, że się nudzi. I nie ma się co oszukiwać — dzisiejsze dzieci są często przyzwyczajone do ciągłej stymulacji. Oczekują, że coś będzie się działo, że ktoś im tę zabawę zorganizuje.

A to właśnie nuda jest jednym z najlepszych momentów na rozwijanie kreatywności.

Świetnym narzędziem jest rysowanie, ale tu łatwo popełnić podstawowy błąd. Jeśli dziecko pyta: „co mam narysować?”, a my odpowiadamy „cokolwiek”, to wcale mu nie pomagamy. Dla dziecka to często oznacza brak punktu zaczepienia.

Dużo lepiej działa konkret.

Znacie swoje dzieci najlepiej, więc bez problemu znajdziecie temat, który je wciągnie. U nas chłopcy ostatnio wymyślają „jamjamki”. Trudno to nawet dobrze opisać — to takie konstrukcje z klocków przypominające smoki. Kiedy kończą się pomysły, podsuwam im: „narysuj nowego jamjamka”. I nagle wraca energia i zaangażowanie.

Dziewczyny, trochę starsze, chętnie projektują ubrania. Tworzą własne kolekcje, łączą kolory, wymyślają detale. I to też jest świetne ćwiczenie kreatywności.

Jeśli nie macie pomysłu, można zacząć od prostych tematów:
dom marzeń, latający samochód, nowy gatunek zwierzęcia, własny kraj z mapą i nazwami miejsc.

Kiedy dziecko dostaje konkretny kierunek, zaczyna kombinować. Rozwija pomysł, dodaje szczegóły, buduje coś swojego. I dokładnie o to chodzi.

5. Eksperymentujcie w kuchni

Kuchnia to jedno z najlepszych miejsc do rozwijania kreatywności, a przy okazji coś, co i tak robicie na co dzień. I właśnie wtedy dzieciakom najczęściej się nudzi. Wystarczy jednak trochę zmienić podejście, żeby tę nudę przerobić na coś naprawdę wartościowego.

Zamiast dawać dziecku gotowe rozwiązania, warto czasem oddać mu inicjatywę. Niech samo spróbuje coś wymyślić. Nową kanapkę, dziwny deser, własną pizzę albo napój. Może połączyć składniki, które na pierwszy rzut oka do siebie nie pasują.

U nas czasami kończy się to dość… kreatywnie. Powstają koktajle z pomidorków, kurkumy i całej masy innych rzeczy, które finalnie i tak lądują w śmietniku. Ale w tym czasie wszyscy świetnie się bawią — i to jest najważniejsze.

I jasne, czasem wyjdzie coś średniego. A czasem coś naprawdę zaskakującego.

Najważniejsze jest to, że dziecko zaczyna myśleć: co się stanie, jeśli to połączę z tym? Co mogę zmienić? Co dodać? To dokładnie ten sam proces, który później wykorzystuje się przy rozwiązywaniu problemów.

U nas często wygląda to tak, że dzieci wymyślają własne „przepisy”, a potem nadają swoim potrawom nazwy. I to jest w tym wszystkim najlepsze, bo nagle zwykła kanapka staje się „super burgerem mocy” albo „kosmicznym deserem”.

Przy okazji uczą się jeszcze jednej ważnej rzeczy — że nie wszystko musi wyjść idealnie za pierwszym razem. Czasem trzeba spróbować drugi raz, coś poprawić, coś zmienić.

I dokładnie na tym polega kreatywność.

6. Pokazuj, że pomysły mają wartość

Jeśli dziecko coś wymyśli, najgorsze, co możesz zrobić, to od razu to ocenić. „To nie ma sensu”, „tak się nie da”, „to głupie” – takie teksty potrafią bardzo szybko zamknąć dziecko na dalsze próby. Ale uwaga… same pochwały też nie są rozwiązaniem. Oczywiście zachęcają do eksperymentów, które czasem mogą zamienić wasz dom w małe laboratorium chaosu, więc warto znaleźć złoty środek.

Najważniejsze jest to, żeby na chwilę się zatrzymać i wejść w świat dziecka. Zapytaj: „Jak to działa?”, „Co miałeś na myśli?”, „Co byś w tym zmienił?”. Nagle okazuje się, że za tym „dziwnym” pomysłem często stoi całkiem logiczne myślenie, tylko jeszcze nie do końca poukładane.

Dzieci bardzo potrzebują poczucia, że ich pomysły są ważne. Nie chodzi o to, żeby wszystko bezrefleksyjnie chwalić, ale żeby traktować je poważnie. Jeśli dziecko widzi, że naprawdę słuchasz i jesteś zainteresowany, zaczyna myśleć dalej. Rozwija pomysł, poprawia go, kombinuje.

U nas często wygląda to tak, że dzieci przychodzą z czymś zupełnie abstrakcyjnym. Zamiast to uciąć, próbuję pociągnąć temat. „Dobra, a co by było, gdyby…?” – i nagle robi się z tego rozmowa, a nie szybkie zamknięcie tematu.

Warto też czasem pozwolić dziecku sprawdzić swój pomysł w praktyce. Nawet jeśli wydaje się średni. Często właśnie wtedy pojawia się najwięcej nauki, bo dziecko samo dochodzi do tego, co działa, a co nie.

Najważniejsze jest jedno – jeśli dziecko kilka razy usłyszy, że jego pomysły są nieważne albo „bez sensu”, to po prostu przestanie je pokazywać. A tego chyba żaden z nas nie chce.

Bo kreatywność zaczyna się dokładnie w tym miejscu, w którym ktoś traktuje twoje pomysły poważnie.

7. Nie poprawiaj wszystkiego za dziecko

To jest chyba jedna z trudniejszych rzeczy dla nas jako rodziców. Widzisz, że coś jest krzywo zbudowane, niedokończone, źle narysowane, koło odpada, a kwiatki rosną korzeniami do góry. Naturalna reakcja? Poprawić. Pokazać jak trzeba. Zrobić szybciej i lepiej.

Tylko że wtedy zabierasz dziecku najważniejszą część całego procesu.

Bo kreatywność nie polega na tym, żeby coś było idealne. Polega na próbowaniu, poprawianiu i dochodzeniu do własnych wniosków. Jeśli za każdym razem wchodzisz i mówisz „zrób tak”, dziecko przestaje kombinować. Zaczyna czekać na instrukcję.

A przecież nie o to chodzi.

Czasem warto się ugryźć w język i pozwolić, żeby coś było zrobione po dziecięcemu. Krzywo? Trudno. Niesymetrycznie? I co z tego. Ważne, że jest jego.

U nas widać to świetnie przy budowaniu z klocków. Kiedyś miałem odruch, żeby poprawiać konstrukcje, żeby miały sens. Dzisiaj już wiem, że to był błąd. Bo to, co dla mnie nie miało sensu, dla nich było początkiem jakiegoś większego pomysłu.

I jeszcze jedna rzecz. Kiedy dziecko samo coś poprawi, samo wpadnie na lepsze rozwiązanie, daje mu to zupełnie inne poczucie satysfakcji niż wtedy, gdy ktoś zrobi to za nie.

To właśnie w takich momentach buduje się pewność siebie.

Nie chodzi o to, żeby zostawić dziecko bez wsparcia. Chodzi o to, żeby nie zabierać mu przestrzeni do myślenia.

Bo jeśli zawsze będziemy poprawiać, nauczymy jedno. Że ktoś inny wie lepiej. A jeśli damy przestrzeń, nauczymy czegoś znacznie ważniejszego. Że warto próbować samemu.

8. Ucz działania w ramach ograniczeń

To może brzmieć trochę paradoksalnie, ale bardzo często najlepsze pomysły rodzą się wtedy, gdy mamy jakieś ograniczenia. Kiedy wszystko jest możliwe, trudno się zdecydować. Kiedy pojawiają się ramy, nagle trzeba zacząć kombinować.

Możesz powiedzieć dziecku: zbuduj coś tylko z trzech elementów. Albo narysuj coś bez użycia koloru czerwonego. Nagle okazuje się, że trzeba poszukać innych rozwiązań. Trzeba pomyśleć inaczej niż zwykle.

U nas świetnie działały takie „zadania specjalne”. Na przykład budowanie konstrukcji tylko z jednego rodzaju klocków albo rysowanie postaci bez użycia rąk jako głównego elementu. Na początku pojawia się zdziwienie, czasem nawet lekki opór. A potem zaczyna się kombinowanie.

I właśnie o to chodzi.

Ograniczenia zmuszają do myślenia. Wyciągają dziecko ze schematów i pokazują, że zawsze jest więcej niż jedno rozwiązanie. Czasem nawet lepsze niż to pierwsze, najbardziej oczywiste.

To też dobra lekcja na przyszłość. W życiu rzadko mamy idealne warunki. Zwykle działamy w jakichś ramach, z ograniczonym czasem, zasobami czy możliwościami. I wtedy wygrywa nie ten, kto ma najwięcej, tylko ten, kto potrafi najlepiej wykorzystać to, co ma.

A tego naprawdę warto uczyć od najmłodszych lat.

9. Pokazuj własny proces myślenia

Dziecko uczy się przez obserwację. To, co mówimy, ma znaczenie, ale to, co robimy, ma znaczenie dużo większe. Jeśli dziecko widzi, jak kombinujesz, zmieniasz zdanie, szukasz rozwiązania, zaczyna robić dokładnie to samo.

Warto czasem „myśleć na głos”. Powiedzieć: „Nie wiem, jak to zrobić… spróbuję tak… nie działa, dobra, to może inaczej”. Dla nas to nic wielkiego, ale dla dziecka to konkretna lekcja.

Pokazujesz mu, że brak gotowej odpowiedzi to nie problem. Że można próbować, zmieniać podejście, szukać dalej. Że pomyłka nie jest końcem, tylko częścią drogi.

U nas często wychodzi to zupełnie naturalnie. Coś się zepsuje, coś nie działa, coś trzeba ogarnąć. Zamiast zrobić to po cichu i „załatwić temat”, staram się czasem wciągnąć w to dzieci. Pokazać krok po kroku, jak do tego podchodzę.

I nagle okazuje się, że dziecko nie tylko patrzy, ale zaczyna podpowiadać. Ma swoje pomysły. Czasem zupełnie inne niż moje.

To też ważny sygnał. Pokazujesz, że dorosły nie musi wiedzieć wszystkiego. Że można się zastanawiać, szukać, zmieniać zdanie.

A to daje dziecku ogromną swobodę. Bo skoro tata albo mama też czasem nie wiedzą i kombinują, to ja też mogę.

I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwe myślenie.

10. Czytajcie i rozmawiajcie o historiach

To jest coś, co często się pomija, a ma ogromny wpływ na rozwój kreatywności.

Czytanie to nie tylko nauka słów czy poprawnej wymowy. To przede wszystkim kontakt z wyobraźnią. Dziecko, słuchając historii, tworzy w głowie obrazy, których nie widzi. Buduje światy, postacie, sytuacje. I robi to samodzielnie.

To ogromna różnica w porównaniu do gotowych obrazów z ekranów.

Dobra książka zmusza do myślenia. Co bym zrobił na miejscu bohatera? Dlaczego on tak postąpił? Czy można było inaczej? To są dokładnie te same pytania, które pojawiają się przy rozwiązywaniu problemów w realnym życiu.

U nas często wygląda to tak, że czytanie kończy się rozmową. Nie analizą jak w szkole, tylko zwykłym gadaniem. Co było fajne, co dziwne, co byśmy zmienili.

I nagle okazuje się, że książka przestaje być tylko historią, a staje się punktem wyjścia do własnych pomysłów.

Warto też sięgać po historie, w których bohaterowie muszą sobie radzić z trudnościami. Takie opowieści uczą więcej niż gotowe rozwiązania. Pokazują proces, a nie tylko efekt.

I jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko się mówi.

Tekst czytany przez dziecko nigdy nie jest „gotowy”. Jak zauważa Umberto Eco, każda historia potrzebuje aktywnego odbiorcy, który ją dopełnia, dopowiada i interpretuje. To oznacza, że dziecko, słuchając lub czytając, nie jest bierne. Ono współtworzy znaczenie.

To właśnie dlatego czytanie tak mocno rozwija myślenie.

Bo dziecko nie tylko poznaje historię. Ono ją buduje w swojej głowie.

I dokładnie ten sam mechanizm działa później w realnym życiu. Najpierw wyobrażasz sobie rozwiązanie, a dopiero potem próbujesz je zrealizować.

11. Rozmawiaj o tym, co stworzyło

Na koniec dnia warto się na chwilę zatrzymać i po prostu pogadać. Nie o ocenach, nie o obowiązkach, tylko o tym, co dziecko stworzyło. Możesz zapytać: „Z czego jesteś dziś dumny?”

To bardzo proste pytanie, ale robi dużą robotę.

Dziecko zaczyna się zastanawiać. Wraca myślami do tego, co robiło. Uczy się zauważać swoje działania i nadawać im znaczenie. To buduje świadomość i pokazuje, że tworzenie nie jest czymś przypadkowym, tylko czymś ważnym.

Czasem odpowiedzi są oczywiste. „Zbudowałem wieżę”, „narysowałam obrazek”. Ale czasem pojawiają się rzeczy, których byś się nie spodziewał. „Pomogłem koledze”, „wymyśliłem nową grę”, „spróbowałem czegoś trudnego”.

I nagle widzisz, że dla dziecka ważne są rzeczy, których na pierwszy rzut oka mogłeś nawet nie zauważyć.

To też dobry moment, żeby dopytać. „A co było najtrudniejsze?” „Co byś zrobił inaczej następnym razem?” Bez oceniania, bez poprawiania. Po prostu rozmowa.

U nas często kończy się to tak, że jedno pytanie prowadzi do kolejnych i robi się z tego całkiem fajna wymiana myśli. I to nie jest żadna wielka filozofia. Kilka minut, zwykła rozmowa.

Ale właśnie w takich momentach buduje się coś więcej niż tylko kreatywność. Buduje się poczucie, że to, co robię, ma sens.

I że warto próbować dalej.

I może to jest w tym wszystkim najważniejsze.

Nie to, żeby wychować dziecko, które zawsze ma rację.

Tylko takie, które nie boi się myśleć, próbować i szukać własnych rozwiązań.

Bo świat się zmienia. Technologie się zmieniają.

Ale jedno zostaje niezmienne.

Najdalej zajdą ci, którzy potrafią myśleć po swojemu.

I którzy rozumieją, że nie ma jednej gotowej odpowiedzi, tylko wiele możliwych dróg.

Literatura dziecięca a rozwój poznawczy dziecka

Rozwój poznawczy dziecka nie dzieje się sam z siebie i nie zaczyna się dopiero w szkole. Buduje się każdego dnia, w prostych sytuacjach, kiedy dziecko musi coś wymyślić, podjąć decyzję albo poradzić sobie z trudnością.

Do napisania tego artykułu skłoniła mnie pewna sytuacja, której mimowolnie byłem świadkiem, czekając na swoje dzieci. Obok mnie rozmawiały dwie mamy. Jedna z nich była wyraźnie zdenerwowana na potencjalnego pracodawcę swojej córki.

Z tego, co dało się usłyszeć — a rozmowa była na tyle głośna i emocjonalna, że trudno było jej nie słyszeć — wynikało, że około dwudziestoletnia dziewczyna poszła na rozmowę o pracę. Miała dobre CV i referencje, czyli wszystko, co zwykle buduje pozytywny obraz kandydata. Problem polegał jednak na czymś innym. Na rozmowę przyszła… z mamą.

Mama, jak sama tłumaczyła, chciała dopilnować, żeby córka została „sprawiedliwie potraktowana”. Pracodawca nie miał jednak wątpliwości. Skoro kandydatka nie potrafi samodzielnie poradzić sobie z taką sytuacją, to jak poradzi sobie w pracy?

Ta historia dobrze pokazuje coś, co w wychowaniu często umyka albo bywa bagatelizowane. Chodzi o zdolność rozwiązywania problemów. To jedna z kluczowych kompetencji, od której zależy nie tylko proces uczenia się, ale też samodzielność i funkcjonowanie w dorosłym życiu.

Dobre wychowanie nie polega na tym, żeby usuwać dziecku wszystkie przeszkody z drogi. Polega na tym, żeby nauczyć je, jak sobie z nimi radzić.

Ponieważ nie jestem ani pracodawcą, ani nie znalazłem się nigdy w podobnej sytuacji, zacząłem się zastanawiać, jak w ogóle można dojść do takiego rozwiązania i z czego ono wynika. Skąd bierze się przekonanie, że obecność rodzica w takiej chwili jest wsparciem, a nie ograniczeniem samodzielności?

Pamiętam, że już sama obecność rodziców podczas egzaminu maturalnego wydawała mi się czymś problematycznym. W końcu jest to egzamin dojrzałości, który z definicji powinien być momentem samodzielnego zmierzenia się z wyzwaniem. Oczywiście wsparcie było, ale miało ono inny wymiar, bardziej symboliczny niż bezpośredni.

Nie potrafiłem przejść obojętnie obok zasłyszanej rozmowy. Stała się ona dla mnie punktem wyjścia do dalszych przemyśleń, których rozwinięcie — już w szerszym kontekście wychowania, rozwoju dziecka i roli literatury — przedstawiam poniżej.

Literatura tworzona z myślą o najmłodszych odbiorcach pozostaje w ścisłym związku z naukami z pogranicza psychologii i pedagogiki. W niniejszych rozważaniach przyjmuję szerokie rozumienie odbiorcy, uznając, że czytelnikiem jest także dziecko, któremu tekst literacki jest odczytywany przez rodzica. Współczesna literatura dziecięca wydaje się szczególnie silnie wpisywać w tę interdyscyplinarną perspektywę.

Tego rodzaju powiązania nie są przypadkowe, lecz wynikają z określonych założeń funkcjonalnych. Literatura dla dzieci, obok swoich walorów estetycznych, pełni bowiem istotną rolę w procesie wychowania i wspierania rozwoju poznawczego. Można ją traktować jako swoistego przewodnika, który wprowadza dziecko, często przy współudziale dorosłego, w świat wartości, doświadczeń i sposobów rozumienia rzeczywistości. Szczególnie istotne staje się tu kształtowanie samodzielności poznawczej, w tym zdolności do rozwiązywania problemów.

Jak rodzice mogą wspierać rozwój poznawczy dziecka?

Jednocześnie należy podkreślić, że skuteczność oddziaływania literatury dziecięcej nie jest autonomiczna. Rola dorosłego, zwłaszcza rodzica, pozostaje w tym procesie kluczowa. Bez jego wsparcia i zaangażowania książka, nawet najbardziej wartościowa, nie spełni w pełni swojej funkcji wychowawczej. Wspólna lektura oraz rozmowa inspirowana tekstem literackim pozwalają przenieść potencjalnie trudne lub problemowe treści na poziom refleksji, która nie przybiera formy bezpośredniej dydaktyki, lecz staje się analizą sytuacji przedstawionej w utworze.

W tym kontekście szczególnie istotne jest odejście od modelu przekazywania gotowych odpowiedzi na rzecz rozwijania kompetencji umożliwiających dziecku samodzielne dochodzenie do rozwiązań. Jak zauważa Alicja Ungeheuer-Gołąb, literatura dziecięca od początku swojego rozwoju pozostawała ściśle związana z funkcją pedagogiczną i wychowawczą, przekazując określone wzorce postępowania1.

Rozwój dziecka poprzez doświadczenie, zabawę i literaturę

Proces kształtowania kompetencji problemowych rozpoczyna się bardzo wcześnie. Już w najprostszych sytuacjach dnia codziennego dziecko uczy się zależności między działaniem a jego skutkiem. Z perspektywy pedagogicznej istotne jest jednak, aby dorosły nie przejmował całkowicie kontroli nad tym procesem. Nadmierna ingerencja ogranicza bowiem możliwość uczenia się poprzez doświadczenie, które stanowi fundament rozwoju poznawczego.

Jednym z najważniejszych elementów wspierających rozwój umiejętności rozwiązywania problemów jest zabawa. W literaturze przedmiotu podkreśla się, że aktywność twórcza dziecka, szczególnie ta wymagająca wyobraźni i podejmowania decyzji, sprzyja rozwijaniu kompetencji poznawczych i społecznych2. Zabawa staje się przestrzenią eksperymentowania, w której dziecko może testować różne rozwiązania bez ryzyka poważnych konsekwencji.

Przyznam jednak, odwołując się do własnego doświadczenia, że nasze dzieci od kilku dni spędzają czas w stodole, gdzie bawią się doskonale, drążą w sianie tunele i zjeżdżają z góry. Czy jest to zabawa całkowicie bezpieczna? Niekoniecznie. Można nawet powiedzieć, że niesie ze sobą pewne ryzyko. Jednocześnie jednak widać w tej aktywności coś niezwykle istotnego – świadomość tego ryzyka i towarzyszącą jej refleksję.

Dla kontrastu można przywołać współczesne place zabaw, spełniające wszystkie normy bezpieczeństwa: z odkażonym piaskiem, miękkimi nawierzchniami i zaokrąglonymi krawędziami, o które – mówiąc pół żartem – trudno się nawet solidnie uderzyć. Powstaje więc pytanie: w której z tych przestrzeni kompetencje poznawcze dziecka mają większą szansę się rozwijać?

rozwój poznawczy dziecka
Moje dzieci bawiące się w stodole

Istotnym czynnikiem wychowawczym jest także świadome wprowadzanie przez dorosłych umiarkowanych trudności. Dziecko, które nie doświadcza wyzwań, nie ma okazji rozwijać strategii radzenia sobie z problemami. Jak pokazują badania nad edukacją wczesnoszkolną, kontakt z różnorodnymi sytuacjami problemowymi sprzyja rozwijaniu samodzielności oraz kompetencji decyzyjnych3.

W tym kontekście ważne jest również umożliwienie dziecku dokonywania wyborów. Zamiast narzucania jednego rozwiązania, warto prezentować różne możliwości i zachęcać do samodzielnego podejmowania decyzji. Takie podejście buduje poczucie sprawczości oraz odpowiedzialności za własne działania.

Nie bez znaczenia pozostaje także klimat wychowawczy domu rodzinnego. Jeśli trudności traktowane są jako naturalny element życia, dziecko uczy się pozytywnego podejścia do wyzwań. Wspólne rozwiązywanie problemów może stać się ważnym elementem budowania relacji i jednocześnie przestrzenią uczenia się.

Szczególną rolę w tym procesie odgrywa literatura. Jak zauważa Anna Czabanowska-Wróbel, literatura dziecięca jako „instytucja kulturowa” przekazuje określone treści i wartości, dostosowane do możliwości percepcyjnych dziecka4. Bohaterowie literaccy często stają wobec trudności, a ich sposoby działania mogą stanowić dla młodego odbiorcy wzorzec postępowania. Czytanie staje się więc nie tylko formą rozrywki, lecz także narzędziem kształtowania kompetencji poznawczych i emocjonalnych.

Ważnym elementem wychowania jest także uczenie konkretnych strategii rozwiązywania problemów. Proces ten można podzielić na kilka etapów: identyfikację problemu, analizę jego składowych oraz stopniowe poszukiwanie rozwiązania. Tego rodzaju strukturyzacja myślenia ułatwia dziecku radzenie sobie z bardziej złożonymi sytuacjami.

Nieodzownym elementem tego procesu jest również doświadczenie porażki. W literaturze pedagogicznej podkreśla się, że unikanie sytuacji niepowodzenia ogranicza rozwój dziecka, ponieważ uniemożliwia nabycie kompetencji adaptacyjnych5. Porażka, odpowiednio przepracowana, staje się źródłem wiedzy i motywacji do dalszego działania.

Na zakończenie warto zwrócić uwagę na znaczenie włączania dziecka w proces podejmowania decyzji w życiu codziennym. Zadawanie pytań i zachęcanie do wspólnego poszukiwania rozwiązań wzmacnia przekonanie o własnych możliwościach oraz rozwija kreatywność.

Jako rodzice powinniśmy zdawać sobie sprawę, że kształtowanie umiejętności rozwiązywania problemów jest procesem długotrwałym i wieloaspektowym. Obejmuje zarówno codzienne doświadczenia dziecka, jak i jego kontakt z kulturą, w tym z literaturą. Właściwie prowadzony może stać się fundamentem przyszłej samodzielności i kompetencji życiowych.

  1. A. Ungeheuer-Gołąb, O związkach pedagogiki z literaturą dziecięcą w świetle sylwetki Stanisława Jachowicza, „Polska Myśl Pedagogiczna” 2019, nr 5, s. 255–256. ↩︎
  2. A. Ungeheuer-Gołąb, Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji, „Lubelski Rocznik Pedagogiczny” 2020, t. 39, z. 3, s. 173–175. ↩︎
  3. A. Brzuska-Kępa, Dziecko w świecie książki i mediów, „Folia Librorum” 2013, nr 17, s. 261. ↩︎
  4. A. Czabanowska-Wróbel, Ta dziwna instytucja zwana literaturą dla dzieci, „Teksty Drugie” 2013, nr 5, s. 13–14. ↩︎
  5. G. Leszczyński (red.), Książka dziecięca 1990–2005. Konteksty kultury popularnej i literatury wysokiej, Warszawa 2006, s. 66. ↩︎

5 sposobów, by nie być nadopiekuńczym rodzicem

Nadopiekuńczość rodziców to zjawisko, które coraz częściej pojawia się we współczesnych dyskusjach o wychowaniu. Myślę, że podobnie jak wielu rodziców, którzy być może zaglądają na ten blog, z pewną nostalgią wspominam własne dzieciństwo i młodość. I słusznie, choć warto pamiętać, że to, co było, już nie wróci.

Dorastałem w czasach, gdy dzieci po prostu wychodziły z domu rano i znikały na długie godziny. Jeździliśmy po okolicy na rowerach, spędzaliśmy czas nad rzeką, przy stawach, na podwórkach, a czasem nawet na budowach. Potrafiliśmy bawić się bez końca, wymyślając kolejne zajęcia. Nikt nie śledził nas na bieżąco, nie mieliśmy telefonów komórkowych, a jedyną zasadą było wrócić na obiad albo kolację.

Czy było wtedy mniej zagrożeń? Nie jestem o tym przekonany. Być może było ich tyle samo, a może nawet więcej. Różnica polegała raczej na tym, że mieliśmy dobrze rozwiniętą wyobraźnię. Służyła nam nie tylko do wymyślania zabaw, ale także do unikania niebezpieczeństw. Pamiętam ostrzeżenia przed podejrzanymi ludźmi, historie o czarnej wołdze, której nikt z nas nigdy nie widział, a mimo to wszyscy się jej bali. W sklepie nikt nie sprzedałby dziecku zapałek, a jeśli zdarzyło się wpaść do rzeki, robiliśmy wszystko, żeby wyschnąć przed powrotem do domu.

W pewnym sensie to właśnie wyobraźnia i konieczność radzenia sobie samodzielnie uczyły nas życia. Rodzice często nie wiedzieli, z jakimi sytuacjami się mierzymy, więc nie mogli nas w nich wyręczać.

Dziś rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Rodzice wiedzą niemal wszystko o tym, gdzie są ich dzieci i co robią. Telefony pozwalają być w stałym kontakcie, a kontrola staje się czymś naturalnym. Z jednej strony wynika to z troski i realnych zagrożeń, z drugiej jednak prowadzi do nowego problemu, jakim jest nadopiekuńczość rodziców. Choć często ma dobre intencje, w praktyce może ograniczać rozwój samodzielności dziecka i jego zdolność radzenia sobie w codziennych sytuacjach.

Jakiś czas temu postanowiłem dokończyć dawno rozpoczęte studia filologiczne. Muszę przyznać, że choć trafiłem na naprawdę świetną grupę, to dzieliła mnie od większości różnica niemal dwudziestu lat. Byli to już ludzie wychowani po reformach systemu edukacji i w zupełnie innych realiach społecznych, dorastający w świecie mediów społecznościowych i stałego dostępu do informacji.

W rozmowie z jedną z wykładowczyń usłyszałem coś, co dało mi do myślenia. Zwróciła uwagę, że młodzi ludzie trafiają dziś na studia z lepszymi wynikami i większą wiedzą, ale jednocześnie mają mniej umiejętności potrzebnych do samodzielnego życia. Brakuje im zaradności, kompetencji społecznych oraz tego, co można nazwać praktyczną inteligencją życiową. Jedną z głównych przyczyn tego zjawiska jest styl wychowania polegający na stałej kontroli i wyręczaniu dziecka.

Nie jest to tylko intuicja. Psychologia rozwojowa od lat podkreśla, że poczucie sprawczości buduje się poprzez działanie. Albert Bandura wskazywał, że kluczowym czynnikiem rozwoju jest doświadczenie własnej skuteczności, które pojawia się wtedy, gdy jednostka samodzielnie wykonuje zadania1. Z kolei teoria autodeterminacji Edwarda Deciego i Richarda Ryana dowodzi, że autonomia jest jedną z podstawowych potrzeb psychologicznych człowieka2. Jej ograniczanie prowadzi do obniżenia motywacji i zahamowania rozwoju.

Podobną zależność można dostrzec w teorii komunikacji. Jak zauważa Umberto Eco, tekst nie jest strukturą zamkniętą, lecz potencjałem znaczeń, które aktualizują się dopiero w działaniu czytelnika 3. Wychowanie działa według analogicznej logiki. Dziecko nie przyswaja świata przez bierną obserwację, lecz przez aktywne uczestnictwo.

Jak więc wychowywać, by nie odbierać dziecku samodzielności?

Nadopiekuńczość rodziców zaczyna sie od zabawy

1. Ucz podstawowych umiejętności życiowych


Jednym z najprostszych i zarazem najważniejszych kroków jest systematyczne przekazywanie dzieciom konkretnych umiejętności. Nie chodzi o teorię, lecz o praktykę. Dziecko powinno wiedzieć w jaki sposób zrobić proste zakupy, przygotować posiłek czy zadbać o porządek. Każda z tych czynności buduje doświadczenie sprawczości. Brak takich doświadczeń prowadzi do sytuacji, w której młody człowiek posiada wiedzę deklaratywną, ale nie potrafi jej zastosować w praktyce. Psychologia uczenia się opisuje to jako rozbieżność między wiedzą bierną a operacyjną.

2. Ucz bezpośrednich relacji z ludźmi

Współczesna komunikacja coraz częściej odbywa się przez ekran. Tymczasem życie społeczne nadal opiera się na bezpośrednim kontakcie. Dzieci powinny nauczyć się patrzeć rozmówcy w oczy, zadawać pytania, wyrażać swoje zdanie i prowadzić rozmowę. Badania nad komunikacją wskazują, że znaczenie powstaje nie tylko w słowach, lecz także w kontekście sytuacyjnym, tonie głosu i gestach4. Bez praktyki w realnych sytuacjach dziecko nie rozwija pełnych kompetencji społecznych.

3. Odpowiedzialność dziecka a nadopiekuńczość rodziców


Odpowiedzialność nie pojawia się nagle w dorosłości, lecz buduje się stopniowo. Proste obowiązki domowe, samodzielne wstawanie rano czy dbanie o własne sprawy są podstawą tego procesu. Jean Piaget podkreślał, że rozwój poznawczy zachodzi poprzez działanie i konfrontację z rzeczywistością5. Jeśli rodzic stale przejmuje zadania dziecka, ogranicza jego rozwój i osłabia zdolność podejmowania decyzji. W tym kontekście nadopiekuńczość rodziców sprawia, że dziecko rzadziej podejmuje własne działania i nie uczy się ponosić konsekwencji swoich wyborów.

4. Ucz rozwiązywania problemów zamiast wyręczania dziecka


Prędzej czy później dziecko będzie musiało poradzić sobie bez bezpośredniej pomocy rodziców. Dlatego ważne jest, aby nie rozwiązywać za nie każdego problemu. Lew Wygotski opisywał strefę najbliższego rozwoju jako przestrzeń, w której dziecko może działać samodzielnie przy minimalnym wsparciu6. Nadmierna pomoc tę przestrzeń likwiduje. Zamiast gotowych rozwiązań warto kierować dziecko ku samodzielnemu myśleniu i analizie sytuacji.

5. Ucz właściwych relacji z autorytetami

Dzieci powinny wiedzieć, jak rozmawiać z nauczycielami, przełożonymi czy innymi dorosłymi. Relacje społeczne mają charakter normatywny i wymagają praktyki. Nie można nauczyć się ich wyłącznie poprzez instrukcję. Jeśli rodzic w każdej sytuacji występuje jako pośrednik, dziecko nie nabywa kompetencji komunikacyjnych potrzebnych w dorosłym życiu.

Wychowanie do odejścia

Rodzicielstwo można rozumieć jako przygotowanie dziecka do samodzielnego funkcjonowania. Nie chodzi o to, by eliminować wszystkie trudności, lecz by stopniowo przekazywać odpowiedzialność. W tym sensie wychowanie przypomina proces interpretacji. Tak jak tekst staje się pełny dopiero w aktywności czytelnika, tak człowiek staje się samodzielny dopiero poprzez własne działanie. Nadopiekuńczość rodziców, choć często wynika z troski, może ten proces zaburzać i prowadzić do ograniczenia samodzielności w dorosłym życiu.

Paradoks polega na tym, że im więcej robimy za dziecko, tym mniej jest ono przygotowane do życia bez nas. Im więcej pozwalamy mu działać, tym bardziej rozwija się jego autonomia i zdolność podejmowania decyzji.


Jaką jedną zmianę w swoim podejściu do wychowania wprowadziłbyś, aby dać dziecku więcej samodzielności?

Pytanie do przemyślenia:
Porozmawiaj ze swoim partnerem lub partnerką i zapytaj: W jakich sytuacjach jesteśmy nadopiekuńczy i co możemy zrobić, żeby to zmienić?

  1. A. Bandura, Self Efficacy: The Exercise of Control, New York 1997. ↩︎
  2. E. Deci, R. Ryan, Intrinsic Motivation and Self Determination in Human Behavior, New York 1985. ↩︎
  3. U. Eco, Czytelnik modelowy, „Pamiętnik Literacki” 1987 ↩︎
  4. J. Culler, Teoria literatury, Warszawa 1998 ↩︎
  5. J. Piaget, The Psychology of the Child, New York 1969. ↩︎
  6. L. Wygotski, Myślenie i mowa, Warszawa 1989. ↩︎

5 zagrożeń: robienie wszystkiego za dziecko

Kiedy byłem nastolatkiem, nie zdawałem sobie sprawy, że robienie wszystkiego za dziecko może mieć tak duże konsekwencje w dorosłym życiu. W tamtym czasie wiele rzeczy wydawało mi się oczywistych, a przyszłość czymś odległym i mało konkretnym. Dopiero z biegiem lat zrozumiałem, przed jak wieloma wyzwaniami przyjdzie mi stanąć i jak bardzo brak praktycznych umiejętności potrafi to utrudnić.

Nie chodziło jednak o zakładanie rodziny czy wychowanie dzieci, do takich tematów było mi wtedy bardzo daleko. Mam na myśli raczej codzienne, techniczne aspekty życia, takie jak radzenie sobie z prostymi naprawami czy podstawowa wiedza o mechanice. To właśnie tych rzeczy, jak dziś uważam, powinien nauczyć mnie ojciec, zamiast wykonywać wszystko za mnie lub bez mojego realnego udziału.

Niestety tak się nie stało. Ojciec robił wiele rzeczy za mnie albo bez mojego udziału, dlatego w wielu obszarach poruszam się dość nieporadnie, mając jedynie fragmentaryczną wiedzę o elektryce, mechanice i podobnych sprawach.

Ojciec nie pokazał mi, jak zmienić koło w samochodzie ani jak wymienić olej. Mogłem jedynie biernie obserwować jego działania. Pokazywał mi narzędzia, kazał stanąć obok, a potem sprawnie wykonywał kolejne czynności. Problem polegał na tym, że niczego mi nie wyjaśniał, w efekcie nadal nie rozumiałem, co właściwie zrobił i dlaczego.

Tego, jak radzić sobie z samochodem, nauczyłem się dopiero znacznie później, samodzielnie, metodą prób i błędów.

Robienie wszystkiego za dziecko działa właśnie w ten sposób, daje złudzenie nauki, ale nie buduje realnych umiejętności.

1. Uzależnienie: robienie wszystkiego za dziecko prowadzi do zależności


Droga do dorosłości staje się znacznie trudniejsza dla dzieci, którym nie daje się przestrzeni do działania. Jeśli rodzic zawsze naprawia coś samodzielnie, dziecko nie nauczy się nawet podstawowych czynności i pozostaje zależne od innych. W praktyce oznacza to brak elementarnej sprawczości. Młody człowiek nie tylko nie wie, jak coś zrobić, ale często nawet nie próbuje, ponieważ nie wykształcił w sobie przekonania, że jest do tego zdolny. Taka zależność ma charakter nie tylko praktyczny, lecz także psychologiczny. Dziecko przyzwyczaja się, że rozwiązania przychodzą z zewnątrz, a nie z jego własnej inicjatywy.

W efekcie każda sytuacja wymagająca samodzielności, nawet prosta naprawa, zaczyna wydawać się trudna i stresująca. Zamiast stopniowo budować kompetencje i pewność siebie, młody człowiek wchodzi w dorosłość z poczuciem braku przygotowania, co sprzyja dalszemu uzależnianiu się od innych i unikaniu odpowiedzialności.

2. Zanik umiejętności: robienie wszystkiego za dziecko blokuje naukę przez działanie

Umiejętności rozwijają się poprzez praktykę. Samo obserwowanie nie wystarcza, bez działania nie powstaje realna kompetencja, a jedynie złudzenie wiedzy. Dziecko, które tylko patrzy, jak ktoś naprawia samochód, może mieć wrażenie, że rozumie cały proces, jednak w rzeczywistości nie potrafi samodzielnie wykonać nawet prostych czynności. Wiedza pozostaje powierzchowna i szybko okazuje się niewystarczająca w konfrontacji z realnym problemem. Brak okazji do ćwiczenia sprawia, że nie rozwija się myślenie przyczynowo skutkowe ani zdolność reagowania na nieprzewidziane sytuacje. W efekcie młody człowiek nie tylko nie posiada konkretnych umiejętności, lecz także nie potrafi ich samodzielnie zdobywać, ponieważ nigdy nie nauczył się uczyć poprzez działanie i własne doświadczenie.

3. Nieodpowiedzialność jako skutek wyręczania dziecka

Dziecko, które nie musi samodzielnie mierzyć się z obowiązkami, nie uczy się odpowiedzialności za własne działania ani ich konsekwencje. Jeśli ktoś stale przejmuje za nie zadania, znika naturalny związek między działaniem a jego skutkiem. Młody człowiek nie doświadcza ani satysfakcji z dobrze wykonanej pracy, ani konsekwencji błędów, które są przecież ważnym elementem uczenia się. W efekcie może wykształcić się postawa unikania odpowiedzialności, polegająca na przerzucaniu winy na innych lub oczekiwaniu, że ktoś rozwiąże problem. Brak takich doświadczeń sprawia, że w dorosłym życiu trudniej jest podejmować decyzje, brać za nie odpowiedzialność i wywiązywać się z powierzonych zadań.

4. Roszczeniowość: robienie wszystkiego za dziecko zmienia podejście do wysiłku

Stałe wyręczanie prowadzi do przekonania, że pomoc należy się zawsze i bezwarunkowo. Znika związek między wysiłkiem a efektem. Dziecko przyzwyczaja się, że zadania są wykonywane za nie, więc nie widzi potrzeby angażowania się ani podejmowania własnej inicjatywy. W konsekwencji zaczyna traktować wsparcie innych jako coś oczywistego, a nie jako pomoc, na którą trzeba zapracować lub której warto być wdzięcznym. Taka postawa może prowadzić do trudności w relacjach z innymi ludźmi, ponieważ oczekiwania nie są współmierne do wkładu własnego. W dorosłym życiu objawia się to często brakiem motywacji do działania oraz przekonaniem, że obowiązki powinny być przejmowane przez innych.

5. Strach: robienie wszystkiego za dziecko wzmacnia lęk przed działaniem

Brak doświadczenia w rozwiązywaniu problemów wzmacnia lęk przed nowymi wyzwaniami. Dziecko zaczyna wątpić w swoje kompetencje i unika działania. Każda sytuacja wymagająca samodzielności wydaje się trudna, ponieważ nie ma wcześniejszych doświadczeń, które dawałyby poczucie oparcia. Zamiast traktować problem jako coś, co można krok po kroku rozwiązać, młody człowiek odbiera go jako zagrożenie. W efekcie pojawia się tendencja do wycofywania się, odkładania działań lub szukania kogoś, kto przejmie odpowiedzialność. Z czasem lęk ten może się utrwalać i ograniczać gotowość do podejmowania nowych wyzwań, co znacząco utrudnia funkcjonowanie w dorosłym życiu.

robienie wszystkiego za dziecko może generować strach w dorosłym życiu
robienie wszystkiego za dziecko może być w dorosłym życiu źródłem lęków

A Ty co myślisz na ten temat?
Jakie inne zagrożenia widzisz w sytuacji, gdy rodzice robią wszystko za swoje dzieci? Czy zauważasz takie postawy w swoim otoczeniu lub własnym doświadczeniu?


Myślę, że jako tata powinieneś znaleźć odpowiedni moment, żeby porozmawiać ze swoimi dziećmi i zapytać je, dlaczego ważne jest nauczenie się samodzielności, także w takich praktycznych sprawach jak naprawa samochodu, roweru etc.?

Recenzja książki Ireny Małysy Psia Chatka. Szczeniaki w potrzebie

Psia Chatka. Szczeniaki w potrzebie Ireny Małysy to książka dla dzieci, która na pierwszy rzut oka wydaje się prostą historią o psach, ale w rzeczywistości niesie ze sobą wyraźny przekaz emocjonalny i wychowawczy. Trudno się temu dziwić, skoro autorka jest pedagogiem specjalnym oraz autorką cenionych kryminałów. Mam nadzieję, że nie zostanie to odebrane jako ignorowanie jej dorobku literackiego, natomiast przyznam szczerze, że nie czytałem żadnego z kryminałów, które wyszły spod jej pióra, ani w zasadzie żadnego innego, poza Psem Baskerville’ów, dawno temu. Natomiast mam ogromny sentyment do Babiej Góry i jej okolic, a także do wspaniałych mieszkańców tych terenów.

Psia chatka irena małysa
U podnóża Babiej Góry stoi…Psia Chatka

Psia Chatka jako opowieść o empatii i odpowiedzialności

To opowieść o relacjach, zmianie i odpowiedzialności, która ma nie tylko bawić, ale też uczyć. Właśnie takie połączenie funkcji jest charakterystyczne dla literatury, ponieważ, jak pisze Kulawik, „szczególny charakter dzieła literackiego polega na tym, że jest ono tworem […] odpowiadającym na estetyczne oczekiwania odbiorców”1. W przypadku dzieci te oczekiwania są jednak szersze i obejmują także potrzebę bezpieczeństwa, jasnych emocji i czytelnych sytuacji.

Dużym atutem książki jest sposób prowadzenia narracji. Historia opowiadana jest z perspektywy psów, co od razu przybliża ją dziecku. Dżambo i Mamba są bohaterami, z którymi łatwo się utożsamić, bo ich emocje są proste, ale jednocześnie bardzo wyraźne. Dzięki temu dziecko może bez problemu rozpoznać zazdrość, strach czy radość. Nie jest to przypadek. Jak zauważa Umberto Eco, „tekst […] stanowi ciąg środków wyrazu, które muszą zostać zaktualizowane przez adresata”2. W tej książce wszystko jest podporządkowane temu, żeby młody czytelnik mógł łatwo tę aktualizację przeprowadzić.

Fabuła jest prosta i oparta na dobrze znanym schemacie. Mamy spokojny świat bohaterów, który zostaje zaburzony przez pojawienie się nowych szczeniąt. To wprowadza napięcie i zmusza bohaterów do zmierzenia się z nową sytuacją. Taki układ nie jest przypadkowy. Jak pisał Głowiński, gatunek literacki „stanowi swoistą «gramatykę literatury»”, czyli zestaw reguł, które pomagają odbiorcy rozpoznać sens tekstu. Tutaj ta „gramatyka” jest bardzo czytelna, bo wszystko prowadzi do jasnego rozwiązania i przywrócenia równowagi.

Temat książki jest ważny i dobrze dobrany. Autorka porusza problem odpowiedzialności za zwierzęta, pokazując, czym jest dom tymczasowy i jak wygląda opieka nad porzuconymi psami. Co istotne, nie jest to temat wzięty znikąd. W Polsce opieka nad bezdomnymi zwierzętami ma swoją historię. Pierwsze schronisko dla bezdomnych zwierząt powstało w 1958 roku w Pruszkowie i było inicjatywą społeczną osób zaangażowanych w ochronę zwierząt. W 1963 roku jego prowadzenie przejęli Helena i Stanisław Falińscy, a później zostało przeniesione do Celestynowa, gdzie działa do dziś jako Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt imienia Adolfa Dygasińskiego.

Psia Chatka czyli jak opowiedzieć dzieciom o pomaganiu zwierzętom

Ten kontekst sprawia, że książka Małysy nie jest tylko fikcją, ale dotyka realnego problemu. Co więcej, autorka nie opisuje tego z dystansu, ponieważ sama prowadzi dom tymczasowy dla psów Psia Chatka. To doświadczenie wyraźnie przekłada się na wiarygodność przedstawionego świata. Idea domu tymczasowego jest szczególnie cenna, ponieważ pozwala psom uniknąć stresu związanego z pobytem w schronisku. Trafiają one do środowiska bardziej naturalnego i bezpiecznego, co sprzyja ich regeneracji i odbudowie zaufania do człowieka.

W książce dobrze widać również znaczenie relacji między psami. Dżambo i Mamba pełnią ważną funkcję w procesie socjalizacji szczeniąt. Obecność stabilnych, dorosłych psów pomaga młodszym szybciej odnaleźć się w nowej sytuacji i nauczyć właściwych zachowań. Tego typu wsparcie ma duże znaczenie także w rzeczywistości, ponieważ psy uczą się od siebie nawzajem, a ich funkcjonowanie w grupie wpływa na późniejszą łatwość adopcji.

Ciekawym i wartościowym elementem książki są krótkie wstawki edukacyjne umieszczone przy ilustracjach. To właśnie w tych fragmentach autorka przekazuje konkretne informacje dotyczące zachowania psów, ich potrzeb i zasad opieki nad nimi. Te dodatkowe treści nie dominują narracji, ale ją uzupełniają, wprowadzając element wiedzy praktycznej. Dzięki temu książka pełni nie tylko funkcję literacką, ale też poznawczą i edukacyjną.

psia chatka irena małysa

Jednocześnie trzeba zauważyć, że obraz rzeczywistości zostaje w książce złagodzony. Nie ma tu drastyczności ani trudniejszych aspektów związanych z bezdomnością zwierząt. Z jednej strony jest to zrozumiałe ze względu na wiek odbiorcy, z drugiej jednak oznacza, że problem zostaje przedstawiony w sposób uproszczony.

Ważną rolę odgrywają także ilustracje. W książkach dla dzieci obraz nie jest dodatkiem, ale częścią przekazu. Leszczyński trafnie zauważa, że „książka dla młodego czytelnika jest ewenementem kulturowym”3, ponieważ łączy różne elementy w jedną całość. W Psiej Chatce ilustracje wzmacniają emocje, pomagają zrozumieć sytuacje i budują atmosferę bezpieczeństwa.

Jeśli chodzi o odbiorcę, książka najlepiej sprawdzi się dla dzieci od około 3 roku życia. Widać to po prostym języku, przejrzystej fabule i dużym znaczeniu ilustracji. To książka, którą można czytać dziecku na głos, ale też taka, z którą starszy przedszkolak poradzi sobie sam. Historia jest na tyle prosta, że nie przytłacza, ale jednocześnie na tyle angażująca, że utrzymuje uwagę.

Nie oznacza to jednak, że książka nie ma wad. Najbardziej widoczna jest jej dydaktyczność. Przekaz moralny jest bardzo wyraźny, czasami aż zbyt oczywisty. Zamiast zostawić dziecku przestrzeń do samodzielnego wnioskowania, tekst często prowadzi je do konkretnego morału, przez co fabuła bywa przewidywalna.

Przyznam szczerze, że w pewnym momencie poczułem, jako dorosły czytelnik, wyraźne przyspieszenie akcji, które kojarzy się raczej z narracją znaną z produkcji w stylu Psi Patrol. W jednej chwili złapałem się na tym, że jednocześnie martwię się o los szczeniaków oraz o sytuację Dżamba i Mamby. To napięcie jest z jednej strony angażujące, ale z drugiej wprowadza chwilową nerwowość, która niekoniecznie pasuje do wieczornego czytania przed snem. Dlatego sam wybierałem raczej lekturę tej książki w ciągu dnia. Oczywiście jest to subiektywne odczucie i wiele dzieci może właśnie taką dynamikę lubić.

Podobnie wygląda kwestia konfliktów. Pojawiają się, ale szybko zostają rozwiązane i nie są szczególnie pogłębione. Brakuje tu większej złożoności czy niejednoznaczności, która mogłaby bardziej zaangażować czytelnika. W efekcie książka daje raczej gotowe odpowiedzi niż stawia pytania.

Można to też odczytać szerzej, w kontekście literatury popularnej. Badacze zwracają uwagę, że takie teksty bywają „pozornie łatwe w recepcji”4, ponieważ opierają się na sprawdzonych schematach. W Psiej Chatce widać to wyraźnie. Historia jest przystępna i czytelna, ale jednocześnie mało zaskakująca.

Podsumowując, Psia Chatka. Szczeniaki w potrzebie to dobra i wartościowa książka dla najmłodszych czytelników, która skutecznie łączy funkcję literacką, edukacyjną i społeczną, a jednocześnie pozostaje przykładem bezpiecznej, konwencjonalnej narracji, świadomie dostosowanej do możliwości i potrzeb młodego odbiorcy.

Recenzja powstała dzięki otrzymaniu egzemplarza książki od Wydawnictwa Świetlik.

  1. A. Kulawik, Poetyka. Wstęp do teorii dzieła literackiego, Kraków 1994, s. 21. ↩︎
  2. . Eco, „Czytelnik modelowy”, Pamiętnik Literacki 1987, s. 287. ↩︎
  3. G. Leszczyński, Książki pierwsze. Książki ostatnie?, Warszawa 2012. ↩︎
  4. J.Z. Lichański, W. Kajtoch, B. Trocha, Literatura i kultura popularna, Wrocław 2015. ↩︎

„Mulan”, czyli gdzie kończy się bajka, a zaczyna gender?

Mulan jako punkt wyjścia tej refleksji sprawia, że muszę przyznać, iż pisanie o zagadnieniach związanych z teoriami płci jest dla mnie sporym wyzwaniem i mam nadzieję, że środowiska radykalne nie zmiażdżą mnie za poniższe przemyślenia. Tym razem nie sięgam jednak po książkę, ale po film animowany, który przecież również można traktować jako swoisty tekst kultury. Nie dlatego, że mam jakieś ideologiczne uprzedzenia, zupełnie nie. Zresztą pisałem już o rodzinie patchworkowej w jednym z wcześniejszych wpisów. Największą trudność stanowi dla mnie odnalezienie się w emocjonalnym klimacie, który często przypomina wojnę płci. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że jako mąż, ojciec, ale też ktoś aktywnie uczestniczący w życiu rodziny, nie mam poczucia, bym dyskryminował kogokolwiek w naszej rodzinie.

Zanim usiadłem do napisania tego tekstu, zdążyłem powiesić pranie. Za chwilę pewnie obiorę ziemniaki na obiad, bo żona poszła do pracy, żeby realizować się zawodowo. Ja z kolei pracuję zdalnie, więc nasz rozkład dnia i obowiązków wygląda trochę inaczej. Czytam dzieciom książki, kąpię je, ubieram, chodzę na wywiadówki i spacery. Oczywiście to tylko ogólniki, ale trudno mi sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej, że ktoś z nas miałby mniej praw czy więcej obowiązków tylko z powodu płci.

Długo szukałem odpowiedniego tekstu kultury, który pozwoliłby mi odnieść się do kwestii płciowej stygmatyzacji, choć muszę przyznać, że po głębszym namyśle takich tekstów jest całkiem sporo. Z pomocą przyszły moje córki, które nie tylko oglądały, ale też na zajęciach tańca wykonywały układ do piosenki z filmu, o którym piszę poniżej.

„Mulan”, bo to właśnie tę disneyowską produkcję z 1998 roku wybrałem jako punkt odniesienia, na pierwszy rzut oka to klasyczna historia o bohaterstwie, poświęceniu i odwadze. Ale gdy zagłębiłem się w fabułę, pod warstwą humoru i smoków dostrzegłem drugie dno. Czyż nie jest to opowieść o dziewczynie, która musi udawać mężczyznę, by móc być sobą, człowiekiem takim, jakim chce być?

W tej analizie potraktuję „Mulan” jako tekst kultury, który nie tyle opowiada o wojnie, co sam staje się manifestem, prowadzącym walkę z binarnością płci, społecznym konformizmem i ustalonym porządkiem, według którego w Państwie Środka „mężczyzna walczy, a kobieta gotuje ryż”.

Na potrzeby tej pracy zdecydowałem się wykorzystać artykuł Elaine Showalter jako koncept interpretacyjny oraz kategorię gender jako performansu Judith Butler. Spróbuję prześledzić, w jaki sposób Disney, być może nieświadomie, stał się kanałem dla subwersywnej opowieści o kobiecości, która nie mieści się w ramach społecznych ról, a mimo to lub właśnie dlatego odnosi zwycięstwo.

Mulan - nie taka oczywista bajka

Teoretyczne bezdroża Showalter feminizm pluralistyczny

Zanim obejrzałem „Mulan” po raz kolejny, tym razem już nie z dziećmi, ale z notatnikiem w dłoni, sięgnąłem po tekst Elaine Showalter „Krytyka feministyczna na bezdrożach”. Przyznam szczerze, że czytanie teorii feministycznej w roli mężczyzny, który do tej pory nie czuł się częścią „wojny płci”, wywołało we mnie pewien rodzaj intelektualnego dyskomfortu. Nie negatywnego, raczej takiego, jakby ktoś przestawił mi optykę i kazał spojrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy. To było doświadczenie podobne do tego, kiedy nagle orientujesz się, że od lat słuchasz jednej wersji opowieści, a istnieje inna, równie ważna, tyle że nikt ci jej wcześniej nie opowiedział.

Showalter pisze o dwóch podstawowych kierunkach feministycznej krytyki literackiej. Pierwszy to nurt ideologiczny, koncentrujący się na analizie stereotypów płci, schematów, które przez wieki rysowały kobietę jako tę „inną”, „słabszą”, „podporządkowaną”. Drugi nurt to tak zwana ginokrytyka, czyli badanie kobiety jako twórczyni, próba zrozumienia, czym charakteryzuje się kobieca literatura, z jakich doświadczeń wyrasta, jaką ma historię, język i styl.

To, co mnie ujęło, to fakt, że Showalter nie narzuca jednej, jedynej słusznej drogi. Wręcz przeciwnie, podkreśla, że feminizm to raczej pluralizm niż dogmat, otwartość zamiast systemu. Pisze o „bezdrożach”, ale mam wrażenie, że robi to z pewnym spokojem, ale także pewnością, jakby właśnie tam, na tych teoretycznych manowcach, można było spotkać prawdę. To mnie uspokoiło. Uświadomiłem sobie, że nie muszę opowiadać się po żadnej ze stron, że mogę słuchać, rozumieć, analizować, nawet jeśli nie jestem w środku tej opowieści. Czułem, że mogę być uczestnikiem bez poczucia winy.

W kontekście filmu „Mulan” oba nurty dają ciekawe możliwości interpretacyjne. Z jednej strony można przyjrzeć się temu, jakie role płciowe film przedstawia, z czym walczy, co przemilcza, czyli podejście ideologiczne. Z drugiej warto spojrzeć na Mulan jako bohaterkę, która sama tworzy swoją narrację, przestaje być odtwarzanym schematem, a staje się autorką własnej historii, czyli perspektywa ginokrytyczna. I może właśnie dlatego ten film tak mocno wybrzmiewa, nawet po latach, bo daje więcej niż jedną odpowiedź i więcej niż jedną drogę.

Gender jako performance, czyli Mulan udaje mężczyznę, ale kogo naprawdę gra?

Zanim sięgnąłem po interpretację koncepcji Judith Butler zaprezentowaną w artykule Agnieszki Jagusiak, nie zastanawiałem się głębiej nad tym, czym właściwie jest płeć kulturowa. Wydawało mi się, że to po prostu zbiór cech przypisanych do kobiety lub mężczyzny, coś, co się ma. Tymczasem Butler, a za nią Jagusiak, proponują zupełnie inne podejście. Płeć nie jest czymś, co mamy, jest czymś, co robimy.

Mulan, przebierając się za mężczyznę, nie tylko przywdziewa inne ubranie, ona wchodzi w rolę, którą stopniowo zaczyna opanowywać. Zmienia sposób mówienia, poruszania się, reagowania. Jej męskość nie wynika z przekonania, że nią jest, tylko z praktyk, które w oczach otoczenia czynią ją żołnierzem, towarzyszem, obywatelem. Agnieszka Jagusiak pisze:

„Aspektu wewnętrznego konstytucji genderu tożsamości płciowej dokonuje każdy podmiot osobiście, ustanawiając swoją tożsamość poprzez i w praktykach performatywnych.” (Jagusiak, 2013, s. 157)

To zdanie otwiera zupełnie nowy sposób postrzegania Mulan. Ona nie udaje, ona działa, a jej tożsamość formuje się właśnie poprzez to działanie. Im bardziej skutecznie pełni przypisaną rolę, tym bardziej zyskuje prawo do funkcjonowania w przestrzeni, która wcześniej była dla niej zamknięta. Tożsamość nie jest tu punktem wyjścia, jest pewnym efektem dłuższego procesu polegającego na łamaniu ustalonych przez tradycję zasad.

Najbardziej poruszające jest to, że Mulan, mimo konieczności ukrycia swojej biologicznej płci, nie przestaje być sobą. W jednej ze scen śpiewa: „Kiedy zobaczą mnie, kim naprawdę jestem?” i to pytanie nie dotyczy jedynie płci, ale też prawości, odwagi i potrzeby bycia widzianym jako człowiek, nie jako maska. Być może właśnie dlatego jej historia tak mocno rezonuje, bo mówi nie tylko o kobiecie w męskim świecie, ale o każdym z nas, kto kiedyś próbował dopasować się do roli, która nie do końca była jego.

Mulan bajka gender

Kobiecość jako strategia przetrwania, ginokrytyka w akcji

Jednym z najbardziej inspirujących fragmentów tekstu Elaine Showalter było dla mnie to, w którym pisze, że kobiece pisarstwo nie daje się zamknąć w jednym stylu czy gatunku. Jest raczej czymś, co w subtelny sposób odchyla się od normy, jakby pod powierzchnią znanej narracji szukało własnego tonu. Showalter, powołując się na Patricię Spacks, nazywa to „delikatnym odchyleniem”, oporem, który nie zawsze jest krzykiem, ale jest zawsze obecny wobec dominującego języka i schematu.

W tym sensie „Mulan” jako film Disneyowski jest czymś wyjątkowym. Mulan nie mówi językiem klasycznych księżniczek. Nie śpiewa o miłości, nie marzy o ślubie, nie wygląda na zbawienie. Zamiast tego widzimy dziewczynę, która działa. Która rezygnuje z przypisanej jej roli i próbuje odnaleźć własną drogę, niekoniecznie kobiecość, ale własną tożsamość, na własnych zasadach.

To, co mnie uderza, to fakt, że choć Mulan jest postacią fikcyjną, animowaną, mocno osadzoną w popkulturowym kontekście, jej historia brzmi prawdziwie. Bo ilu ludzi, niezależnie od płci, żyje w przekonaniu, że muszą grać czyjąś wersję siebie? Mulan tego nie akceptuje. Jej tekst, czyli jej życie, wybory, działania, nie mieści się w narracji, w której kobieta ma być bierna, cicha i podporządkowana. Ona pisze swoją historię od środka systemu, używając jego języka, ale na własnych warunkach.

Można więc odczytać Mulan jako bohaterkę ginokrytyczną, nie dlatego, że pisze wiersze czy prowadzi dyskurs feministyczny, ale dlatego, że poprzez swoje decyzje tworzy alternatywną narrację. Przetrwanie staje się tutaj nie tylko aktem obrony, ale też twórczym gestem, strategią kobiecej sprawczości, która nie potrzebuje wielkich słów, by była wywrotowa.

Mushu, smok symboliczna kastracja i problem męskiego autorytetu

Wydaje mi się, że warto także wspomnieć o pojawiającym się w opowieści smoku. Mushu to postać komiczna, nieco hałaśliwa, impulsywna, czasami wręcz irytująca, ale czy tylko taka? Gdy przyjrzałem się bliżej, jego obecność w narracji ma znaczenie znacznie głębsze niż tylko rozładowanie napięcia fabularnego. Z perspektywy feministycznej, a nawet psychoanalitycznej, Mushu może być symbolem rozmontowanego autorytetu męskiego.

W klasycznych narracjach bajkowych przewodnicy duchowi są często figurami mędrców, dostojnych, poważnych, niemal boskich. Mushu jest ich odwrotnością. Jest mały, pozbawiony respektu, zdegradowany przez przodków do roli maskotki, której nikt nie traktuje poważnie. Nie uczy Mulan, jak być wojowniczką, raczej sam próbuje odnaleźć swoją utraconą wartość, poklepując swoje ego i kombinując na własną rękę. I choć czasem coś mu się udaje, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Mulan nie wygrywa dzięki niemu, ale mimo jego obecności.

W tym kontekście Mushu staje się interesującym przypadkiem symbolicznej kastracji, nie w dosłownym, biologicznym sensie, ale jako figura rozbrojonej męskości. Elaine Showalter krytykowała androcentryczne modele twórczości, oparte na fallicznym autorytecie, dominującym, hierarchicznym, absolutnym. Mushu jest jego karykaturą. Nie reprezentuje siły, nie buduje, nie przewodzi, raczej błądzi i popisuje się, ostatecznie nie mając większego wpływu na losy głównej bohaterki.

Można więc odczytać Mushu jako alegorię śmierci patriarchalnego przewodnictwa, takiego, które opiera się na władzy z góry, niepodważalnym autorytecie i przekonaniu, że wie się lepiej tylko dlatego, że jest się mężczyzną. I choć jego obecność dostarcza zabawnych momentów, w szerszym kontekście stanowi pozytywną stratę, ustępuje miejsca bohaterce, która nie potrzebuje mistrza, żeby odnaleźć własną drogę.

O ryżu, mieczu i tożsamości

Po obejrzeniu „Mulan” kolejny raz, już nie przez pryzmat bajki dla dzieci, ale przez soczewkę teorii feministycznych, mam wrażenie, że ten film działa trochę jak ukryty manifest. Wcale nie krzyczy, nie domaga się wielkich haseł ani rewolucji. A jednak w subtelny sposób rozsadza to, co zdaje się być nienaruszalne, stereotypy, hierarchie, porządek rzeczy, w którym mężczyzna walczy, a kobieta gotuje ryż.

Mulan, udając mężczyznę, staje się czymś więcej niż tylko przebranym ciałem, staje się dowodem na to, że płeć kulturowa to proces, gra, performance. Ale nie po to, żeby oszukiwać. Raczej po to, by przetrwać, a potem by przemodelować rzeczywistość. Jej ciało, działania i wybory są formą tekstu, który mówi: „Nie jestem tym, kim mi powiedziano, że powinnam być. I to nie znaczy, że jestem nikim”.

Elaine Showalter zachęca do szukania kobiecego głosu nie tam, gdzie jest głośny, ale tam, gdzie jest inny. Cichy, przesunięty, ironiczny, czasem wręcz śmieszny, jak Mushu. Ale może właśnie ten śmiech jest narzędziem rozbrojenia powagi patriarchatu? Może niewielki smok i dziewczyna z mieczem to nowa wersja starej opowieści, tyle że opowiedziana z innej strony?

Nie jestem kobietą. Nie jestem też teoretykiem płci. Ale jestem człowiekiem, który jak każdy próbuje zrozumieć siebie i innych. I jeśli bajka Disneya potrafi mi w tym pomóc bardziej niż niejedna akademicka rozprawa, to być może w tym właśnie kryje się jej siła. I sens.

Bibliografia

1. Jagusiak, A. (2013). Rola ciała w praktykach performatywnych. W: Prace Naukowe Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie. Filozofia, t. 10, s. 147–162.

2. Showalter, E. (1999). Krytyka feministyczna na bezdrożach. Przeł. M. Bucholc. W: A. Nasiłowska (red.), Literatura i feminizm. Warszawa: Wydawnictwo IBL PAN, s. 45–66.

3. Mulan (1998). Reż. Tony Bancroft, Barry Cook. Scen. Rita Hsiao, Philip LaZebnik, Raymond Singer, Eugenia Bostwick-Singer. Walt Disney Pictures.

Kraina idealna w literaturze: od antyku do literatury dziecięcej

Z uwagi na wykształcenie oraz zainteresowania badawcze kraina idealna w literaturze dziecięcej interesuje mnie nie jako element prostych narracji dydaktycznych, lecz jako część złożonej formacji kulturowej i intelektualnej. Literatura dziecięca nie stanowi wyłącznie zasobu norm i wartości przeznaczonych do przekazania młodemu odbiorcy, ale przede wszystkim przestrzeń, w której krystalizują się wielowiekowe tradycje literackie, strategie intertekstualne oraz modele wyobraźni kulturowej. W tym sensie może być ona rozumiana jako swoisty metajęzyk kultury, zdolny do przetwarzania i reinterpretowania dawnych wzorców, w tym również antycznych.

Współczesny rynek wydawniczy oferuje liczne teksty adresowane do dzieci, które funkcjonują jako nośniki trwałych struktur znaczeniowych i wprowadzają odbiorcę w obieg kultury wysokiej. Wspaniałym przykładem jest książka Justyny Bednarek Sekretna historia ludz… skarpetek, naprawdę polecam wszystkim tropicielom literackich toposów, tak na początek. Literatura ta pełni funkcję mediacyjną, sytuując się pomiędzy doświadczeniem dziecka a tradycją literacką, z którą może ono zetknąć się w późniejszym etapie edukacji lub samodzielnej lektury.

Justyny Bednarek Sekretna historia ludz... skarpetek
Justyna Bednarek Sekretna historia ludz… skarpetek, Poradnia K

Znajomość nawiązań, przekształceń oraz tożsamości literackich nie jest jedynie elementem erudycji, lecz warunkiem pełniejszego uczestnictwa w kulturze. Umożliwia ona uchwycenie ciągłości tradycji, która konstytuuje europejską i światową tożsamość kulturową, a zarazem odsłania mechanizmy przekształceń i reinterpretacji tekstów.

Dobrym przykładem tego rodzaju zjawisk jest popularna dziecięca piosenka:

Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
A miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje.
Hejże, dzieci! Hejże-ha!
Róbcie wszystko to, co ja.

W powszechnym odbiorze imię „Wirgiliusz” bywa błędnie kojarzone z rzymskim poetą Wergiliuszem, co prowadzi do uproszczonych interpretacji. W literaturze przedmiotu pojawiają się jednak inne próby identyfikacji tej postaci. Zgodnie z ustaleniami Janiny Pudełek1, „ojciec Wirgiliusz” może odnosić się do Virgilia Caloriego, dziewiętnastowiecznego baletmistrza i pedagoga związanego z Teatrem Wielkim w Warszawie, który w latach 1869–1874 kierował zespołem baletowym oraz szkołą tańca.

W tym ujęciu liczba „sto dwadzieścia troje” interpretowana jest jako odniesienie do liczby tancerzy i uczniów pozostających pod jego opieką. Przykład ten ukazuje, w jaki sposób tekst funkcjonujący w obiegu dziecięcym może podlegać różnorodnym reinterpretacjom oraz jak łatwo dochodzi do nakładania się odmiennych porządków kulturowych i znaczeniowych.

Analiza tego typu zjawisk unaocznia, że literatura dziecięca nie jest przestrzenią znaczeń prostych i jednoznacznych, lecz polem dynamicznych relacji intertekstualnych, w których dawne tradycje ulegają przemieszczeniom, uproszczeniom lub reinterpretacjom. To właśnie w tym kontekście zasadne staje się podjęcie refleksji nad obecnością i przekształceniami antycznych modeli wyobraźni w tekstach kierowanych do młodego odbiorcy.

Podjęcie refleksji nad twórczością Wergiliusza i Owidiusza w kontekście literatury dziecięcej wynika z przekonania o trwałości pewnych struktur wyobraźni, które – choć wywodzą się z literatury antycznej – funkcjonują również w późniejszych formach kultury. Szczególnie istotnym przykładem takiej trwałości jest topos krainy idealnej, który podlega licznym przekształceniom, zachowując jednak swoją podstawową funkcję organizowania doświadczenia i wyobraźni.

Poetyckie spektrum krain idealnych, a także sposób ich kreowania i konceptualizowania, ma dla poetów rzymskich znaczenie fundamentalne. Kraina idealna w literaturze nie jest bowiem wyłącznie konstruktem estetycznym, lecz stanowi jedną z podstawowych figur organizujących wyobraźnię kulturową. W tym sensie kraina idealna w literaturze antycznej ujawnia się jako model świata, który nie tylko przedstawia rzeczywistość, lecz także ją normuje, projektuje i interpretuje.

Pozbawiona trosk doczesnych przestrzeń idealna nie funkcjonuje zatem jako prosta ucieczka od rzeczywistości, lecz jako struktura znacząca, w której ujawniają się napięcia między naturą a kulturą, między pierwotnością a cywilizacją, między harmonią a jej utratą. Jak zauważa Alina Witkowska, odwołując się do refleksji Herdera, Arkadia nie istnieje jako byt przestrzenny, lecz jako pewna dyspozycja egzystencjalna człowieka2. W tym ujęciu kraina idealna w literaturze przestaje być miejscem, a staje się kategorią doświadczenia, uwewnętrznioną i potencjalnie uniwersalną.

W twórczości Wergiliusza i Owidiusza kraina idealna w literaturze zostaje jednak poddana daleko idącej strukturyzacji. Nie jest ona wyłącznie projekcją pragnienia, lecz pełni funkcję modelu aksjologicznego, który wyznacza relację między człowiekiem a światem. Poeci rzymscy konstruują ją jako swoisty mechanizm orientacyjny, który organizuje zarówno doświadczenie jednostki, jak i zbiorową wyobraźnię społeczną. W tym sensie antyczne modele wyobraźni nie zanikają, lecz ulegają przekształceniu i trwają w późniejszych formach kultury, w tym również w literaturze adresowanej do dziecka3.

Kraina idealna - Arkadia
Do krainy idealnej choćby rowerkiem…Park Romantyczny w Arkadii fot. własna

Kraina idealna w literaturze antycznej jako figura utraty i rekonstrukcji

Analiza twórczości Owidiusza pozwala uchwycić szczególny wymiar tego toposu. W Metamorfozach kraina idealna w literaturze zostaje wpisana w narrację o czterech wiekach ludzkości, co nadaje jej charakter temporalny. Złoty wiek stanowi moment absolutnej harmonii, w którym człowiek funkcjonuje w stanie pierwotnej niewinności, a relacja z naturą nie jest jeszcze zapośredniczona przez przemoc ani pracę.

Opis ten ma charakter modelowy. Kraina idealna w literaturze antycznej jawi się tu jako stan, w którym nie istnieje potrzeba prawa ani instytucji regulujących życie społeczne, ponieważ porządek świata ma charakter immanentny. Jednocześnie jednak ten stan nie trwa. Kolejne epoki wprowadzają stopniową degradację, która prowadzi do utraty pierwotnej harmonii.

W tym sensie kraina idealna w literaturze zostaje wpisana w logikę nostalgii. Jest ona obecna jako punkt odniesienia, lecz zarazem nieosiągalna. Jak zauważa Jonathan Culler, literackie konstrukcje znaczenia często funkcjonują jako systemy różnicy, w których sens ujawnia się poprzez to, co utracone lub nieobecne4. Kraina idealna w literaturze antycznej doskonale wpisuje się w tę logikę.

Wergiliusz rozwija ten motyw, wprowadzając istotne przesunięcie. W Georgikach kraina idealna w literaturze nie jest już stanem pierwotnym, lecz projektem, który musi zostać zrealizowany poprzez pracę. Harmonia zostaje tu powiązana z wysiłkiem, co oznacza przejście od modelu naturalnego do modelu kulturowego.

Kraina idealna wg Radziwiłłów Arkadia koło Łowicza
Akwedukt w Parku Romantycznym Radziwiłłów w Arkadii fot. własna

Bukoliki natomiast przywracają wymiar nostalgiczny. Kraina idealna w literaturze pojawia się jako przestrzeń utracona, dostępna jedynie w wyobraźni pasterzy. W tym sensie mamy do czynienia z podwójnym ruchem. Z jednej strony kraina idealna w literaturze zostaje wpisana w projekt cywilizacyjny, z drugiej strony pozostaje przedmiotem tęsknoty.

Kulminacją tej dynamiki jest wizja Elysium w Eneidzie. Kraina idealna w literaturze zostaje tu przeniesiona poza porządek doczesny i nabiera charakteru eschatologicznego. Jest to przestrzeń ostatecznego spełnienia, ale zarazem przestrzeń niedostępna dla żyjących, co potwierdza jej fundamentalną nieosiągalność.

Kraina idealna w literaturze dziecięcej jako przestrzeń inicjacji i doświadczenia

Zestawienie antycznego modelu z literaturą dziecięcą pozwala dostrzec zasadniczą zmianę funkcji, jaką pełni kraina idealna w literaturze. W tekstach adresowanych do młodego odbiorcy nie jest ona już przede wszystkim projektem filozoficznym, lecz narzędziem organizowania doświadczenia.

Dziecko jako odbiorca tekstu literackiego funkcjonuje w sposób odmienny od dorosłego, co podkreślają badania nad recepcją literatury. Jak zauważają Leszczyński i Zając, odbiór dziecka ma charakter silnie zindywidualizowany, emocjonalny i zależny od formy przekazu5. Jednocześnie literatura dziecięca funkcjonuje jako szczególny typ instytucji kulturowej, która określa, co i w jaki sposób może zostać przekazane młodemu odbiorcy6.

W tym kontekście kraina idealna w literaturze dziecięcej pełni funkcję stabilizującą, umożliwiającą oswojenie rzeczywistości. Nie bez znaczenia pozostaje także jej wymiar pedagogiczny, ponieważ literatura dla dzieci od początku swojego rozwoju związana była z projektami wychowawczymi i kształtowaniem postaw odbiorcy7.

Świat przedstawiony zostaje uproszczony, a jego struktura podporządkowana zasadzie czytelności aksjologicznej. Kraina idealna w literaturze dziecięcej staje się przestrzenią bezpieczeństwa, w której możliwe jest doświadczenie ładu i sensu. Jednocześnie jednak nie jest to przestrzeń statyczna.

W przeciwieństwie do antycznego modelu złotego wieku kraina idealna w literaturze dziecięcej ma często charakter przejściowy. Bohater doświadcza jej, lecz nie może w niej pozostać. Opuszczenie świata idealnego staje się warunkiem rozwoju. W tym sensie kraina idealna w literaturze pełni funkcję inicjacyjną, wpisując się w strukturę narracji rozwojowej.

Kluczowe znaczenie ma również rola odbiorcy w procesie konstruowania sensu. Umberto Eco wskazuje, że tekst literacki zakłada istnienie czytelnika modelowego, który aktualizuje jego znaczenia8. W przypadku dziecka proces ten nabiera szczególnej intensywności. Kraina idealna w literaturze dziecięcej nie jest jedynie przedstawiona, lecz współtworzona w akcie lektury.

Kraina idealna w literaturze dziecięcej i jej transformacje w tradycji baśniowej

Baśń stanowi szczególny przypadek realizacji tego toposu. Kraina idealna w literaturze dziecięcej często przyjmuje formę świata baśniowego, w którym obowiązuje wyraźna struktura aksjologiczna. Jak pokazuje Weronika Kostecka, baśń operuje stabilnymi schematami fabularnymi i wartościami, które organizują doświadczenie odbiorcy9.

Jednak współczesne przekształcenia tego gatunku prowadzą do jego problematyzacji. Kraina idealna w literaturze nie jest już przedstawiana jako oczywista i jednoznaczna. W ujęciu ponowoczesnym dochodzi do jej dekonstruowania, co wiąże się z szerszymi przemianami kulturowymi.

Leszczyński wskazuje, że literatura dziecięca coraz częściej podważa uproszczone modele rzeczywistości, ukazując ich umowność i ograniczenia10. W rezultacie kraina idealna w literaturze przestaje być stabilnym punktem odniesienia, a staje się przedmiotem refleksji.

Kraina idealna w literaturze okazuje się strukturą niezwykle trwałą, lecz zarazem podlegającą nieustannym przekształceniom. W twórczości Wergiliusza i Owidiusza stanowi ona wyraz tęsknoty za utraconym porządkiem świata oraz próbę jego rekonstrukcji na poziomie poetyckim i symbolicznym.

W literaturze dziecięcej kraina idealna w literaturze zyskuje natomiast wymiar funkcjonalny i inicjacyjny. Przestaje być jedynie obrazem doskonałości, a staje się narzędziem poznawania świata i samego siebie.

Ostatecznie kraina idealna w literaturze nie jest miejscem, lecz formą myślenia o rzeczywistości. To właśnie ta zdolność do adaptacji sprawia, że pozostaje jednym z najważniejszych toposów kultury europejskiej.

Kraina Idealna Nagrobek w Arkadii fot. własna
Nawet śmierć chciałaby do krainy Idealnej. I ja w Arkadii byłem [ET IN ARCADIA EGO] fot. własna

Jeśli ktoś z Was chciałby się zanurzyć w akadyjskim klimacie, to oczywiście zapraszam do odwiedzenia Parku Romantycznego w Arkadii.

Na zakończenie zamieszczam fragment Metamorfoz…do przemyślenia, całość dostępna w serwisie Wolne Lektury. Proszę się przyjrzeć jak poeta opisuje naszą cywilizacyjną „ewolucję”. Czy uda się kiedyś wrócić do złotego wieku? Kto to raczy wiedzieć…

CZTERY WIEKI LUDZKOŚCI


Złoty najpierw wiek nastał. Nie z bojaźni kary,
Lecz z własnej chęci człowiek cnoty strzegł i wiary.
Kary, trwogi nie znano. W spiżowych tablicach
Groźby praw, i wyroku na sędziego licach
Lud nie czytał: bez sędziów byli bezpiecznemi.
Jeszcze sosna dla obcej odwiedzenia ziemi
Nie zstąpiła do morza ze swych gór rodzinnych,
A człowiek prócz ojczystych nie znał brzegów innych.
Grodów nie otaczano spadzistymi wały,
Proste trąby i surmy zagięte nie brzmiały;
Hełmu, miecza nie było, i bez wojsk narody
Używały w spokoju bezpiecznej swobody.
Jeszcze bronią nie tknięta, od pługa spokojna,
Wszystko z siebie dawała ziemia w dary hojna.
Przestając na pokarmie, zrodzonym bez pracy,
Z drzew owoc, z gór poziomki zbierali wieśniacy,
Tarnki i głóg, rosnący na krzakach ciernistych,
I żołędzie, co spadały z dębów rozłożystych.
Wiosna była wieczysta. Zefiry łagodne
Rozwijały tchem ciepłym kwiaty samorodne.
Zboża na nieoranej rodziły się ziemi
I łan ugorny kłosy połyskał ciężkiemi.
Hojną płynęły strugą i nektar, i mleko,
I z dębu zielonego złote miody cieką.


Gdy strąciwszy Saturna w ciemne piekieł kraje
Jowisz wziął berło świata, wiek srebrny nastaje,
Gorszy niżeli złoty, od spiżu szczęśliwszy.
Wtedy to Jowisz, dawnej wiosny czas skróciwszy,
Na zimę, zmienną jesień, na lata upały
Oraz na krótką wiosnę rok rozdziela cały.
Wtedy jęło powietrze wrzeć skwarnymi spieki,
Wiatry ścięły w lód wodę i zamarzły rzeki.
Szukano domów: były domami gęstwiny,
Pieczary i szałasy z chróstu i wikliny.
Zaczęto w długie skiby ukrywać nasiona
I jękła para cielców, jarzmem uciśniona.


Wiek trzeci był spiżowy, dziki, niespokojny,
A choć wolny od zbrodni, już skory do wojny.
Ostatni jest wiek czwarty, z twardego żelaza.
Z nim wszelkiej zbrodni na świat wyległa zaraza.
Wstyd, niewinność i wiara, i prawda uciekła.
Ich miejsce wzięła chytrość, zdrada, zemsta wściekła,
Przemoc i żądza bogactw, wszech zbrodni przyczyna.
Na wiatry, których nie zna, flis żagle rozpina,
I te, co długo stały na wyniosłej górze
Sosny, płynąc po morzach wyzywają burze.
Wprzód wspólną jak powietrze, jak słoneczna jasność,
Człowiek ziemię pomierzył i zajął na własność.
Nie dość na tym, że zboże rodzić ją zmuszono.
Więcej żądała chciwość: wdarto się w jej łono.
Stąd owe drogie skarby zostały dobyte
Do zła podniety, dotąd blisko piekieł skryte.
Od złota podżegana, a żelazem zbrojna,
Wśród mordów i pożogi wyszła na świat Wojna.
Błysła hartownym mieczem krwią zlana jej ręka.
Żyją z łupiestw. Już gościa gospodarz się lęka,
Teść zięcia, brat własnego syna nienawidzi,
Mąż w żonie, żona w mężu wroga swego widzi.
Macocha swym pasierbom jad gotuje skrycie,
A syn chciałby przed czasem ojcu skrócić życie.
Ginie cnota. Krwią zlane widząc ludzkie plemię,
Ostatnia z bóstw, Astrea, opuściła ziemię.

  1. Janina Pudełek, „Ojciec Wirgiliusz” Calori, twórca baletu „Pan Twardowski” [w:] Pan Twardowski, program premiery Teatru Wielkiego – Opery Narodowej z 27 kwietnia 2008, pod red. Pawła Chynowskiego, s. 11-18. ↩︎
  2. A. Witkowska, Słowiański mit początku, Warszawa 1972, s. 34. ↩︎
  3. A. Czabanowska-Wróbel, [Ta dziwna] instytucja zwana literaturą dla dzieci, „Teksty Drugie” 2013, nr 5, s. 13–14. ↩︎
  4. J. Culler, Teoria literatury, przeł. M. Bassaj, Warszawa 1998, s. 112. ↩︎
  5. G. Leszczyński, M. Zając, Książka i młody czytelnik, Warszawa 2013, s. 9–12. ↩︎
  6. A. Czabanowska-Wróbel, dz. cyt., s. 13. ↩︎
  7. A. Ungeheuer-Gołąb, O związkach pedagogiki z literaturą dziecięcą…, „Polska Myśl Pedagogiczna” 2019, s. 255–256. ↩︎
  8. U. Eco, „Czytelnik modelowy”, „Pamiętnik Literacki” 1987, nr 2, s. 287–305. ↩︎
  9. W. Kostecka, Baśń postmodernistyczna, Warszawa 2014, s. 9–15. ↩︎
  10. G. Leszczyński, Książki pierwsze. Książki ostatnie?, Warszawa 2012, s. 7–11. ↩︎