Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci

Zabawy głosem to temat piątej części cyklu – i tym razem naprawdę wchodzimy z przytupem. Bo jeśli do tej pory czytaliście dzieciom na głos z umiarkowanym entuzjazmem, to teraz odkryjecie, że literatura to także całe spektrum onomatopei i innych dźwięków, które powinniście wykorzystywać w trakcie czytania. Będziecie gdakać, parskać, bulgotać i naśladować wiertarkę w miarę możliwości oczywiście.

Dzisiejszy temat to język w jego najbardziej pierwotnej, cielesno-dźwiękowej formie. Zapomnijcie na chwilę o fabułach i morałach – dziś liczy się „brum”, „bam”, „ciap-ciap” i cała muzyka codzienności, która dla niemowlęcia, ale także dla młodszych dzieci, brzmi jak symfonia znaczeń.

Bo zanim dziecko zacznie rozumieć co mówicie, uczy się jak mówicie. A to w moim odczuciu jest jedna z najważniejszych najważniejszych lekcji komunikacji, jaką od Was otrzyma. Dlaczego? O tym przeczytacie poniżej.

Zabawy głosem jako narzędzie rozwoju

Już w łonie mamy dziecko słyszy głosy i dźwięki pochodzące ze świata, który dopiero zacznie poznawać. To nie tylko fascynujący etap rozwoju, ale też początek budowania więzi z bliskimi. Głos rodzica, szczególnie matki, staje się dla dziecka czymś znajomym, kojącym i bezpiecznym. Choć jeszcze nie rozumie słów, to właśnie wtedy zaczyna się jego pierwsza lekcja języka, który w przyszłości będzie mu towarzyszył każdego dnia.

To wczesne osłuchanie się z melodią mowy przygotowuje dziecko do dalszego rozwoju. Od trzeciego trymestru ciąży jego mózg rejestruje rytm, tempo i intonację. Po narodzinach rozpoznanie głosu rodzica staje się punktem wyjścia do kolejnych etapów rozwoju komunikacyjnego, to także są zabawy głosem.

Od pierwszych dni życia dziecko reaguje na ton i melodię wypowiedzi, zanim jeszcze zrozumie ich znaczenie. Dlatego ciche nucenie, rytmiczne sylaby jak „ma-ma” czy „ba-ba”, odgłosy zwierząt albo szeptane „szu-szu” potrafią przyciągnąć uwagę niemowlęcia skuteczniej niż niejedna interaktywna zabawka.

Z perspektywy rozwojowej zabawy głosem wspierają tak zwaną świadomość fonologiczną, czyli zdolność dziecka do słyszenia, rozpoznawania i przetwarzania dźwięków języka. To niezwykle ważna umiejętność, która stanowi fundament dla dalszego rozwoju kompetencji językowych. Dziecko, które uczy się różnicować głoski i zauważa powtarzalność dźwięków, łatwiej przyswaja reguły językowe, szybciej zapamiętuje nowe słowa i sprawniej uczy się czytać oraz pisać.

Proste zabawy dźwiękowe, takie jak „hau-hau”, „brum-brum”, rytmiczne klaskanie, rymowanki czy wyliczanki, pomagają rozwijać słuch fonemowy, czyli zdolność do wychwytywania najmniejszych jednostek brzmieniowych mowy. To właśnie one uczą dziecko, jak brzmi język, jak układają się w nim dźwięki i co się z nimi dzieje w wypowiedzi – a wydawać by się mogło, że to tylko zabawy głosem.

Badania pokazują, że dzieci, które od najmłodszych lat są angażowane w takie zabawy, mają lepszy start w nauce czytania, szybciej opanowują alfabet i z większą łatwością rozumieją strukturę języka pisanego. A wszystko zaczyna się od pozornie prostych i zabawnych dźwięków, które dla dziecka są pierwszym krokiem w stronę świadomego i aktywnego używania mowy.

Fonologia stosowana: od „brum-brum” do „bohater”

Dźwięki pojazdów, onomatopeje takie jak „miau”, „hau” czy „bęc”, rytmiczne rymowanki i proste śpiewanki nie są wyłącznie formą rozrywki. To elementy świadomego wsparcia rozwoju fonologicznego dziecka, czyli treningu słuchu fonemowego. Warto pamiętać, że dziś jego kształtowanie bywa zakłócane przez nadmiar bodźców akustycznych obecnych w otaczającym nas środowisku. O skali tego zjawiska mogą świadczyć choćby relacje osób, które po latach życia w wielkomiejskim hałasie wyjeżdżają na odludzie i zderzają się z ciszą. Czasem słyszę, jak mówią, że cisza aż świdruje im uszy. To nie metafora, to znak naszych czasów, który świadczy o tym, jak bardzo nasz system słuchowy został przyzwyczajony do nieustannego szumu.

Tymczasem właśnie dzięki prostym dźwiękonaśladowczym słowom dziecko zaczyna dostrzegać różnice między dźwiękami, rozpoznaje ich rytm i kolejność, a także łączy je z konkretnymi sytuacjami, obrazami i emocjami. Ta wrażliwość na najdrobniejsze elementy języka jest fundamentem nie tylko nauki mówienia, ale też późniejszych umiejętności czytania i pisania.

Dzieci, które od wczesnych miesięcy życia uczestniczą w dźwiękowych zabawach, łatwiej różnicują głoski, szybciej rozumieją wzorce językowe i z większą swobodą przyswajają nowe słowa. Ich mózg uczy się rozpoznawać powtarzalne struktury językowe niemal intuicyjnie, co zmniejsza stres związany z nauką i wzmacnia naturalną ciekawość poznawczą. Takie aktywności wspierają nie tylko zasób słownictwa, ale również rozwój pamięci fonologicznej, która jest kluczowa dla rozumienia i produkcji mowy.

W codziennych sytuacjach warto wplatać dźwięki w narrację. To może być: „Jedzie traktor, pyr, pyr, pyr”, „Słyszysz? Piesek mówi hau-hau” (taka ciekawostka: dzieci oglądające anglojęzyczne kreskówki częściej mówią łuf-łuf) albo „A kuku! Zniknęła mama, a teraz bum, mama jest!”. Tego typu miniopowieści przyciągają uwagę dziecka, pobudzają jego wyobraźnię, rozwijają pamięć roboczą i uczą kojarzenia dźwięku z ruchem, obrazem oraz emocją. W ten sposób powstaje bogaty, synestezyjny obraz rzeczywistości, który dziecko zaczyna rozumieć wszystkimi zmysłami.

To, co z perspektywy dorosłego może wydawać się banalne lub infantylne, dla dziecka stanowi fascynujące doświadczenie sensoryczno-językowe. I co ważne, pomaga mu oswajać się z brzmieniem języka w atmosferze radości i bezpieczeństwa. Zabawy głosem są zatem nie tylko pierwszym krokiem w stronę komunikacji, ale też budują pewność siebie dziecka i jego gotowość do wyrażania się słowem. Kiedy dziecko słucha i powtarza, nie tylko naśladuje. Ono aktywnie konstruuje swój własny językowy świat.

Zabawy głosem jako rytm i muzyka języka

Ekspozycja dziecka na rytm, dźwięk i intonację języka mówionego wpływa bardzo korzystnie na jego zdolności słuchowe i rozwija kompetencje językowe, tworząc solidny fundament do rozumienia struktury języka pisanego:

„Czytanie na głos otwiera przed nami świat rytmu i dźwięku języka, pozwalając zanurzyć się w jego muzyce.”
(Christiansen, 2000, s. 3)

Słowa te intuicyjnie pokazują, jak blisko językowi do muzyki i jak silnie te dwa światy przenikają się już od pierwszych chwil życia dziecka. Nieprzypadkowo więc kołysanki, wyliczanki, rymowanki i proste wierszyki zajmują tak istotne miejsce w tradycji wychowania dzieci niemal w każdej kulturze. Ich rytmiczna, powtarzalna struktura oraz melodyjność nie tylko uspokajają i budują poczucie bezpieczeństwa, ale przede wszystkim przygotowują do oswajania się z brzmieniem języka i jego porządkiem. Dziecko, słuchając takich form, zaczyna intuicyjnie rozumieć, że język – choć giętki i pełen niuansów – posiada wewnętrzną logikę i strukturę.

Można to porównać do pierwszego kontaktu z muzyką: rytm i harmonia pozwalają dostrzec zasady kompozycji, podobnie jak język – dzięki rytmowi, intonacji i strukturze – uczy logicznego myślenia, porządkowania i przewidywania. To swoista „matematyka mowy”, która buduje podstawy dla późniejszych kompetencji, takich jak czytanie, pisanie czy rozumienie tekstów.

Ten muzyczny i intonacyjny wymiar języka widoczny jest również w zjawisku określanym jako „język rodzicielski”, czyli mowie skierowanej do niemowlęcia (infant-directed speech, IDS).

Kamila Wilkosz, Polski Logopeda w Londynie, tak odnosi się do tego zjawiska:

Warto odróżnić dwa zjawiska, negatywne i pozytywne:

Negatywne – zbyt pieszczotliwe mówienie do dziecka, kiedy to zmieniamy brzmienie wyrazów i głosek, zastępujemy „dorosłe” głoski tymi łatwiejszymi (np. „Malusiek źje telaz jedzionko”, „Laś dwa tsi – a telas licimy”)

Pozytywne – stosowanie takiego sposobu mówienia, który przykuwa uwagę małego dziecka (tzw. „język nianiek”, z ang. motherese, IDS – infant-directed speech) czyli podwyższonej intonacji, melodyjnego, wyrazistego tonu, pełnego emocji.
W tym pierwszym przypadku dajemy dziecku błędne wzorce wymowy. To nie jest dla niego dobre. Z tych wzorców dziecko się uczy, to je będzie naśladować. Nie powinniśmy tak robić.

Ale w drugim przypadku ułatwiamy maleńkiemu dziecku słuchanie naszej mowy. Przykuwamy jego uwagę, która na tym etapie rozwoju wymaga takich właśnie środków – wyrazistego mówienia, innego niż do osoby dorosłej. Badania pokazują jednoznacznie, że taki sposób mówienia jest dla niemowlęcia najlepszy.

Badania Patricii Kuhl (2010) potwierdzają, że taka forma komunikacji wspiera rozwój neurologiczny w obszarach mózgu odpowiedzialnych za przetwarzanie języka. Co więcej, „parentese”, jak z angielska określa się język rodzicielski, działa na dziecko jak magnes – skuteczniej przyciąga uwagę dziecka niż neutralna mowa dorosłych, a tym samym wzmacnia proces uczenia się. Jednocześnie pogłębia więź emocjonalną pomiędzy dzieckiem a opiekunem, czyniąc język nie tylko narzędziem poznawania świata, ale też zwierciadłem bliskości i relacji.

Właśnie dlatego warto celebrować codzienne czytanie na głos i wspólne zabawy głosem. Nawet jeśli z początku wydają się jedynie bełkotem, gdakaniem czy brumkaniem – w rzeczywistości są solidnym fundamentem rozwoju językowego. I choć efekty tych działań mogą nie być od razu widoczne, to każde „bam”, „miau” czy „a kuku” jest krokiem w stronę bogatego świata komunikacji, emocji i relacji.

Pozwólcie, że przytoczę przykład z naszego życia: kiedyś czytałem mojej starszej córce opowiadanie o kurce białopiórce. Wpadała w taki zachwyt, że włączała się jej potrzeba zapętlania. Czytałem… i czytałem… długo. Bardzo długo. I choć znała tę historię na pamięć, chciała ją słyszeć jeszcze raz – dla samej melodii, rytmu i brzmienia mojego głosu. Dla dziecka to nie była tylko bajka. To była bliskość. I właśnie o to chodzi, żeby zabawy głosem, prowadziły wprost do rozwoju, którego nie zapewni żaden pedagog czy logopeda.

Zabawy głosem są świetną metodą kształtującą postawy językowe
Bawcie się głosem KOKOKO!

Zabawy głosem: jako przestrzeń bliskości i emocji

Zabawy głosem to aktywność, która daje dziecku znacznie więcej niż tylko okazję do ćwiczenia artykulacji. To momenty, w których rodzi się więź, porozumienie i emocjonalna bliskość. Jako rodzice często jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia o rozwoju dziecka w kategoriach schematów, podręczników i celów edukacyjnych, które wywodzą się z tradycji szkoły pruskiej. Tymczasem rozwój języka, zwłaszcza na najwcześniejszych etapach, nie musi zaczynać się od liter i głosek. Może — i powinien — zacząć się od relacji.

Nie chodzi o to, jak poprawnie dziecko wypowie dane słowo. Chodzi o to, czy czuje, że ktoś mówi do niego z uwagą i czułością. Gdy dorosły zaczyna opowiadać z modulacją głosu, naśladuje odgłosy zwierząt, tworzy zabawne dźwięki albo odgrywa krótkie scenki, buduje nie tylko historię, ale przede wszystkim wspólną przestrzeń zrozumienia. To pomost między światem dorosłych a światem dziecka.

W takich, pozornie nieistotnych momentach, kiedy maluch z napięciem czeka na „bam”, uśmiecha się przy „a kuku” albo w skupieniu nasłuchuje „hau”, kształtuje się coś naprawdę ważnego. To doświadczenie radości, bezpieczeństwa i wspólnego rytmu. To chwile, które zapisują się w pamięci emocjonalnej dziecka, budując zaufanie i poczucie bycia widzianym.

Psycholożka komunikacji Katherine Nelson zauważa, że jakość emocjonalna pierwszych interakcji językowych ma ogromny wpływ na to, jak dziecko będzie w przyszłości postrzegało komunikację. Jeżeli język towarzyszy mu od początku jako coś radosnego, pełnego uważności i bliskości, to rośnie w przekonaniu, że mowa to coś więcej niż narzędzie. To sposób bycia z innymi.

Dlatego warto pamiętać, że nawet najprostsze dźwięki, gesty i słowa, wypowiedziane z czułością, mają ogromną moc. To nie tylko droga do mówienia, ale też do wyrażania siebie, rozumienia emocji i budowania relacji. Gdy powtarzamy z dzieckiem rymowanki, śpiewanki czy onomatopeje, tworzymy mapę językową, która pomoże mu później pisać, czytać, argumentować i być w świecie słów jak w domu.

Co ważne, nie potrzebujemy żadnych specjalnych narzędzi. Wystarczy nasz głos, odrobina czasu i gotowość do zabawy. Jeśli do tej pory postrzegaliście język wyłącznie jako zestaw zasad i struktur, to mam nadzieję, że teraz widzicie w nim również melodię, rytm i emocję. Bo język to muzyka relacji, dźwięk bliskości, radości i wspólnego bycia.

Każde „bam”, „miau” czy „a kuku” może być początkiem cudownej językowej podróży. Wspólny śmiech, zdziwienie i oczekiwanie tworzą pierwsze wersy tej opowieści. To nie jest „zabawa w mówienie” — to budowanie świata pełnego znaczeń.

W kolejnej części naszego cyklu napiszę o śpiewie, bo jak się okazuje, pierwsze formy literackie, jakie dziecko poznaje, nie są drukowane na papierze. One płyną z melodii. Gotowi na wspólne śpiewanie? Ja już rozgrzewam struny głosowe. Do zobaczenia w części szóstej.

Cykl: Opowieść dla niemowlęcia – jak mówić, śpiewać i być blisko

Poznaj wszystkie części cyklu o bliskości, mowie i wspieraniu rozwoju dziecka przez opowieść, dotyk i dźwięk:

Wprowadzenie
👉 Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić
Wprowadzenie do cyklu o mowie, bliskości i rozwoju dziecka.

Część 1
👉 Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo
O sile powtarzalności, rytuałów i wspólnej narracji.

Część 2
👉 Głos, intonacja, mimika – jak opowiadać całym sobą
Jak używać głosu i ciała, by angażować i budować więź.

Część 3
👉 Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść
Książeczki sensoryczne jako pierwszy alfabet zmysłów.

Część 4
👉 Z codziennych historii rodzi się język
Jak proza codzienności staje się fundamentem rozwoju językowego.

Część 5
👉 Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci
O mocy dźwięków, wyrazów dźwiękonaśladowczych i fonologii.

Część 6
👉 Jak śpiewanie dziecku wspiera rozwój, pamięć i relację
Śpiewanie jako opowieść pełna emocji, języka i bliskości.

Część 7 (bonus)
👉 Narracja codzienności: 5 scenariuszy opowieści dla niemowląt
Scenariusze narracyjnych zabaw, które można wpleść w codzienne rytuały.

Bibliografia

Anthony, Jason L., and Christopher J. Lonigan. 2004. „The Nature of Phonological Awareness: Converging Evidence from Four Studies of Preschool and Early Grade School Children.” Journal of Educational Psychology 96(1): 43–55. https://doi.org/10.1037/0022-0663.96.1.43.

Christiansen, Phyllis A. 2000. Reading Aloud: A Pathway to Understanding. Boston: Literacy Partners Press.

Goswami, Usha. 2001. „Early Phonological Development and the Acquisition of Literacy.” In Handbook of Early Literacy Research, edited by Susan B. Neuman and David K. Dickinson, 111–125. New York: Guilford Press.

Kuhl, Patricia K. 2010. „Brain Mechanisms in Early Language Acquisition.” Neuron 67(5): 713–727. https://doi.org/10.1016/j.neuron.2010.08.038.

Nelson, Katherine. 2007. Young Minds in Social Worlds: Experience, Meaning, and Memory. Cambridge, MA: Harvard University Press.

Z codziennych historii rodzi się język

W naszej podróży przez świat dziecięcej narracji nadszedł czas, by zejść z literackich wyżyn i zanurzyć się głęboko w doliny codzienności. Tu, gdzie akcja toczy się między łazienką a lodówką, na kanapie i w parku. Gdzie głównym bohaterem nie jest rycerz ani księżniczka, lecz mały człowiek w zaplamionej piżamie z dinozaurem.

Witajcie w opowieści bez bajkowego tła – ale za to z emocjami tak intensywnymi, że Hitchcock mógłby się uczyć. Bo dla dziecka proza życia wcale nie jest prozaiczna. To serial z elementami thrillera (pies szczeka – a może to wilk?), komedii (zdejmę skarpetkę, a co!), horroru (brak banana?!), a czasem dramatu egzystencjalnego („dlaczego NIE mogę zjeść plasteliny?”).

Jeśli czytaliście poprzednie części, wiecie już, że dziecięcy rozwój nie zaczyna się od „A” jak alfabet, ale od „O” jak opowieść. Bo zanim pojawią się słowa – jest uważność. Obserwacja. A zaraz potem: narracja. Próba uchwycenia i nazwania świata. Tego, który nie dzieje się w bajce, tylko tu i teraz.

Narracja nie musi mieć fabuły – wystarczy, że ma znaczenie. Bo właśnie tak zaczyna się mówienie. Nie od słownika, ale od zdziwienia. Nie od gramatyki, ale od potrzeby zrozumienia: co się tu, u licha, dzieje? I: czy to wszystko naprawdę ma sens?

Mowa dnia codziennego jako pierwsza narracja

Zanim dziecko pozna urok książek pachnących drukiem i szeleszczących stron, jego pierwszymi „lekturami” są… słowa. Ale nie te zebrane w tomikach poezji. Chodzi o codzienne komentarze dorosłych: wypowiedziane z pełnymi ustami przy śniadaniu, zza kubka kawy, w pośpiechu, w łazience, w windzie, w życiu. Znacie to prawda?

Kolaż literackich wycinków i ilustracji z książek dziecięcych z hasłem „Ze skrawków dnia tworzą się historie”. Obrazek oddaje ideę codziennej narracji jako fundamentu rozwoju dziecka – pełnej prostych zdań, emocji i obserwacji świata. To właśnie pierwsza narracja, którą dziecko zapamięta na wiele lat.

To właśnie te krótkie zdania – „teraz umyjemy rączki misia-rysia”, „zaraz założymy czapkę misia-rysia”, „słyszysz? Jedzie karetka” – są dla dziecka czymś znacznie więcej niż zwykłym komentarzem. To narracja rzeczywistości, tłumaczenie świata w czasie rzeczywistym. Dorosły, często nieświadomie, staje się lektorem w filmie edukacyjnym o tym, jak żyć, przeżyć i zrozumieć.

I jeśli przy okazji usłyszycie znajomy cytat z Barei – to świetnie. Bo właśnie w takich prostych, powtarzalnych zdaniach często mieszają się nasze rodzicielskie rytuały, dziecięce zachwyty i kawałki codziennej popkultury. Jestem przekonany, że wielu z was znajdzie w swojej codzienności równie trafne, własne wersje takich „mikro-narracji”.

Z tych powtarzalnych, często niedocenianych komunikatów dziecko tworzy swoją pierwszą językową mapę rzeczywistości. To dzięki nim zaczyna rozumieć, że wydarzenia mają swoje miejsce w czasie, że rzeczy się dzieją, bo coś je poprzedziło, i że mówienie może być sposobem na opanowanie chaosu – a może nawet na jego zrozumienie. (Nie obiecujemy zbyt wiele.)

To fundament rozwoju nie tylko językowego, ale i emocjonalnego oraz społecznego. Bo kiedy dziecko słyszy, że coś się wydarzy – i słyszy to zanim to się stanie – to nie tylko uczy się nowych słów. Uczy się też ufać światu, który da się przewidzieć.

I może właśnie dlatego później tak kocha bajki: bo zna już strukturę opowieści. A wszystko zaczęło się od: „Teraz założymy skarpetkę”.

Codzienna mowa jako trening poznawczy

To właśnie te najprostsze zdania przybliżają dziecku słownictwo, utrwalają struktury gramatyczne, uczą zależności czasowych i logicznych. Co więcej, sprzyjają rozwojowi tzw. teorii umysłu – zdolności do rozumienia intencji, emocji i perspektywy innych ludzi. To niezwykle cenna kompetencja, która buduje fundamenty empatii i relacji społecznych.

Piszę o tym również z osobistej perspektywy. Jedno z naszych dzieci – niezwykle bystre, z fascynującym umysłem analitycznym – idzie przez świat trochę inną ścieżką. I choć nie chcę wchodzić w szczegóły, ta droga nauczyła nas uważności i pokory wobec rozwoju, który nie zawsze przebiega według podręczników. Być może niektórzy z was odnajdą się w tej historii.

Jak pokazują badania z zakresu psycholingwistyki rozwojowej, dzieci, którym często się mówi i z którymi prowadzi się dialog (nawet jeśli one same jeszcze niewiele mówią), osiągają wyższy poziom rozwoju językowego, lepiej rozumieją emocje i szybciej uczą się reguł społecznych (Harris, 2006). To nie są „tylko słowa” – to narzędzia budowania wewnętrznego świata.

Język jako narzędzie myślenia

Zgodnie z koncepcją Lwa Wygotskiego rozwój dziecka zachodzi przede wszystkim w kontekście społecznym, a uczenie się przebiega najefektywniej w tzw. strefie najbliższego rozwoju (zone of proximal development). To przestrzeń między tym, co dziecko potrafi wykonać samodzielnie, a tym, co jest w stanie osiągnąć przy wsparciu bardziej kompetentnej osoby – rodzica, opiekuna, starszego rodzeństwa (Vygotsky, 1978).

Kluczową rolę odgrywa tu język – jako narzędzie pośredniczące w rozumieniu świata i w kształtowaniu sposobu myślenia. Słowa, którymi opisujemy codzienność, stają się dla dziecka ramą poznawczą, umożliwiającą porządkowanie doświadczeń, regulowanie emocji i konstruowanie tożsamości.

A skoro mowa o tożsamości – nie sposób pominąć pochodzenia. Inaczej będzie mówił rodzic z Podlasia, inaczej Ksinżok, jeszcze inaczej góral. I właśnie to jest piękne. W tym miejscu chciałbym was zachęcić: nie maskujcie swoich językowych korzeni. Gwarowe słownictwo, dialekty i regionalizmy to nie wstyd – to skarb kulturowy, który warto pielęgnować i przekazywać dalej.

Wystarczy uświadomić sobie skalę zjawiska: według niektórych szacunków jeszcze w XVIII wieku na świecie funkcjonowało kilka tysięcy języków. Dziś mówi się o nieco ponad 7 tysiącach – a ta liczba nieustannie spada. Języki wymierają szybciej, niż jesteśmy w stanie je zarchiwizować.

I pomyślcie: gdyby nie literatura i kazania głoszone w świątyniach, język polski mógłby nie przetrwać 123 lat zaborów. Ślady tej walki nosimy do dziś – choćby w zapożyczeniach z rosyjskiego, niemieckiego, austriackiego. Dlatego tym bardziej warto pamiętać, że język to nie tylko narzędzie komunikacji. To dziedzictwo. To sposób, w jaki myślimy, czujemy i opowiadamy świat – sobie i naszym dzieciom.

Wspólna narracja jako akt budowania relacji

Wspólne dzielenie doświadczeń – przez mówienie o tym, co dzieje się tu i teraz – to nie tylko codzienna praktyka, ale głęboka forma wsparcia rozwojowego.
Ponieważ poza literackimi mam także szereg innych zainteresowań – na przykład lubię obserwować i zatapiać się w przyrodzie, dlatego na spacerach z dziećmi nigdy nie mówiłem po prostu, że „na gałęzi siedzi ptaszek”, ale zawsze określałem gatunek: „Zobacz, dzięcioł zielony”, „Patrz, grzywacz”, „O, a tam dymówka!”, nie jaskółka, znam ten gatunek, więc mogę go określić.

Prawdopodobnie większość z was czuje się w czymś mocna lub ma pasję. Jeśli jesteś hydraulikiem – nie mów po prostu „rurka”. Powiedz: „To półcalowa rurka miedziana, do ciepłej wody”.
W gruncie rzeczy to jedna z najprostszych, a zarazem najskuteczniejszych strategii budowania relacji z dzieckiem – pokazywanie świata przez pryzmat tego, co dla nas ważne i zrozumiałe. To strategia, która pozwala dziecku krok po kroku przekraczać własne granice możliwości, poszerzać pole rozumienia i bezpiecznie eksplorować świat.

Nie chodzi tu o wielkie narracje – wystarczy wspólne komentowanie codzienności: „Zobacz, gołąb usiadł na parapecie”, „Teraz wlejemy wodę do wanienki”, „Poczekajmy, aż zapali się zielone światło”.
To właśnie w takich chwilach dziecko uczy się, że jego świat ma porządek, rytm i znaczenie – i że jest ktoś, kto ten świat z nim współodczuwa i współopowiada.

Badania Kucirkovej, Sheehy i Messer (2013) pokazują, że codzienne interakcje językowe – także w kontekście wspólnego tworzenia narracji – wspierają nie tylko rozwój słownictwa, ale też kształtowanie tożsamości i poczucia sprawstwa.
Dziecko, które uczestniczy w opowieści o własnym życiu, zaczyna je rozumieć jako ciąg przyczyn i skutków, jako coś, na co ma wpływ. Z czasem przestaje być tylko obserwatorem – staje się współtwórcą historii, której jest głównym bohaterem.

A co najważniejsze – taka narracja nie wymaga specjalnych umiejętności. Wymaga tylko obecności, uważności i gotowości dzielenia się swoją wiedzą. Wystarczy zatrzymać się na chwilę i opowiedzieć świat – razem.
Wtedy mówienie staje się nie tylko aktem komunikacji, ale także więzią. Jedną z tych, które zostają na zawsze.

Rodzic jako narrator i przewodnik

Uważam, że jeśli dotychczas nikt Wam tego nie powiedział, to zrobię to ja. Wiedzcie, że jako rodzic – jako „bardziej kompetentny inny” – nie jesteście tylko kimś, kto wie lepiej. Jesteście pierwszymi, którzy uczą, nawet jeśli sami nie przepadaliście za nauczycielami – nie przez wykład, ale przez obecność. W ten sposób macie realny wpływ na kształtowanie właściwego modelu zachowania, komunikacji i uczestnictwa w świecie społecznym. Jako rodzice, poprzez codzienną narrację tworzymy dla dziecka nie tylko opowieść o rzeczywistości, ale przede wszystkim zrąb relacji.

Wchodząc z dzieckiem w narracyjny dialog – nawet jeśli ono jeszcze nie odpowiada słowami – dajemy mu przestrzeń do wzrastania. Stajemy się dla niego nie tylko tłumaczem otaczającego świata, ale też przewodnikiem, który wyznacza ścieżki rozumienia i odczuwania.

Gdy mówimy: „Najpierw zdejmujemy buciki, potem myjemy rączki”, „Zobacz, pani w sklepie się uśmiecha”, „Ale mocno wieje dziś wiatr!” – nie tylko nazywamy rzeczywistość. Uczymy, że świat ma sens. Że jest uporządkowany, przewidywalny, a także – co moim zdaniem niezwykle ważne – wspólny dla nas wszystkich, choć oglądany z różnych perspektyw.

Być może zabrzmi to jak oczywistość, ale naprawdę pokazujemy, że każda codzienna czynność – od mycia, przez jedzenie, przewijanie, spacer – ma swoje znaczenie. A także, że można o niej opowiadać. Znamy to przecież doskonale z książek, prawda? Czy nie myślicie sobie czasem, że autor opowiada o naprawdę banalnych sprawach? Że sami tworzycie codziennie setki podobnych narracji – choć przecież nie jesteście pisarzami?

Odnieście teraz swoje narracje do świata przedstawionego w literaturze: tam są one bardzo ważne, ponieważ kształtują nasz całościowy pogląd na utwór, pozwalają zrozumieć motywację bohaterów. W życiu realnym jest dokładnie tak samo. A skoro tak, to znaczy, że te nasze codzienne, małe narracje są ważne – dla naszego odbiorcy, dla naszego dziecka.

To właśnie w tych prostych momentach dziecko zaczyna rozumieć, że świat jest nie tylko doświadczany, ale również opowiadany i współtworzony. Że nie jest samo – ponieważ ktoś, kogo kocha i komu ufa, mówi razem z nim.

Bycie narratorem nie oznacza zatem dominacji, ale towarzyszenie. Nie chodzi o to, by narzucać opowieść, ale by ją budować wspólnie – słowo po słowie, gest po geście.
I może właśnie to jest najpiękniejszy wymiar rodzicielstwa: opowiadać świat tak, by dziecko zapragnęło zostać jego współautorem.

Przykład z życia

Żeby przełożyć nieco z powyższej teorii na codzienność, posłużę się przykładem z naszego życia. Mieszkamy na wsi, więc każdego dnia w roku szkolnym – o tej samej porze – autobus zabiera dzieci do szkoły. Wiem, że kiedyś nazywano go „gimbusem”, dziś to po prostu szkolny autobus.

Jest kilka minut po siódmej rano. Właśnie budzi się nasza córka. Od progu zaczyna swoje śpiewki o tym, jak bardzo jej się nudzi. A ja – zamiast od razu sięgać po zabawkę czy ekran – wybieram to, co zawsze działa najlepiej: świat za oknem. Tam zawsze coś się dzieje. O tej porze najlepszym bohaterem opowieści jest wspomniany autobus.

Mówię więc:
„Patrz, jedzie autobus! Kolorowy, z łowicką wycinanką. A kto siedzi w środku? Nasza sąsiadka! Jedzie do szkoły!”

To historia sprzed kilku lat. Nasza córka nie potrafiła jeszcze wtedy zbudować podobnego zdania, ale śledziła wzrokiem, reagowała mimiką – może nawet powtórzyła jakieś słowo, na przykład: „autobus!”

Zwróćcie teraz uwagę, ile się wydarzyło w tych kilkunastu sekundach. W tej krótkiej interakcji zawarty był cały pakiet kompetencji: obserwacja, klasyfikacja, wnioskowanie, empatia, komunikacja.

Z czasem te codzienne „komentarze rzeczywistości” zaczynają układać się w bardziej złożone opowieści:
„Pamiętasz, wczoraj padał deszcz, a dziś świeci słońce. Może znów spotkamy tego psa, którego widzieliśmy przy sklepie?”

Tworzy się ciągłość zdarzeń, buduje się pamięć, pojawia się narracyjna tożsamość – czyli umiejętność postrzegania siebie jako kogoś, kto ma historię, przeżycia, emocje.

Jak mogliście przeczytać w tym artykule, codzienne opowieści to nie „zapchajdziury” między kąpielą a drzemką. To pełnoprawna literatura życia codziennego – i choć nie trafia na listy bestsellerów, zapisuje się w umyśle i sercu dziecka z większą siłą niż niejedna książka noblisty.

Mówienie do dziecka o świecie, który przeżywacie wspólnie, to nie tylko forma miłości, ale też potężne narzędzie rozwojowe.
Nie musicie znać technik narracyjnych ani zasad dramaturgii – wystarczy, że będziecie obecni, uważni i gotowi, by powiedzieć:
„Zobacz, jedzie autobus.”
A potem posłuchać, co na to powie dziecko – nawet jeśli to tylko: „bubu!”

W kolejnej części zajmiemy się zabawami głosem – bo przecież język to nie tylko znaczenie, ale też brzmienie, rytm i cała masa onomatopei, które sprawiają, że mówienie staje się… zabawą.

Brum, brum – jedziemy dalej!

W kolejnym artykule opowiem o tym, jak książeczki dotykowe i sensoryczne uruchamiają zmysły i zamieniają zwykłe czytanie w cielesne doświadczenie.

 Cykl: Opowieść dla niemowlęcia – jak mówić, śpiewać i być blisko

Poznaj wszystkie części cyklu o bliskości, mowie i wspieraniu rozwoju dziecka przez opowieść, dotyk i dźwięk:

Wprowadzenie
👉 Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić
Wprowadzenie do cyklu o mowie, bliskości i rozwoju dziecka.

Część 1
👉 Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo
O sile powtarzalności, rytuałów i wspólnej narracji.

Część 2
👉 Głos, intonacja, mimika – jak opowiadać całym sobą
Jak używać głosu i ciała, by angażować i budować więź.

Część 3
👉 Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść
Książeczki sensoryczne jako pierwszy alfabet zmysłów.

Część 4
👉 Z codziennych historii rodzi się język
Jak proza codzienności staje się fundamentem rozwoju językowego.

Część 5
👉 Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci
O mocy dźwięków, wyrazów dźwiękonaśladowczych i fonologii.

Część 6
👉 Jak śpiewanie dziecku wspiera rozwój, pamięć i relację
Śpiewanie jako opowieść pełna emocji, języka i bliskości.

Część 7 (bonus)
👉 Narracja codzienności: 5 scenariuszy opowieści dla niemowląt
Scenariusze narracyjnych zabaw, które można wpleść w codzienne rytuały.

Bibliografia

Handbook Of Child Psychology Vol 2 Cognition, Perception, and Language.pdf n.d.

Kucirkova, N., Sheehy, K., & Messer, D. (n.d.). A Vygotskian perspective on parent–child talk during iPad story sharing. The Open University.

Vygotsky, Lev S. 1978. Mind in Society: The Development of Higher Psychological Processes. red. Michael Cole, Vera John-Steiner, Sylvia Scribner i Ellen Souberman. Cambridge, MA: Harvard University Press.

Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść

Rozwój dziecka zaczyna się znacznie wcześniej, niż wielu z nas przypuszcza. Na trzecim przystanku naszej opowieści o opowiadaniu trafiamy tam, gdzie słowo spotyka się z dotykiem, a książka przestaje być tylko książką – staje się… ach! Książką!

Jeśli do tej pory myśleliście, że niemowlę jest jeszcze „za małe na czytanie”, pozwólcie, że spróbuję Was wyprowadzić z tego błędnego przeświadczenia. Bo to mit. A mit – jak wiadomo – warto o-ba-lić, najlepiej miękką okładką z pluszu i szeleszczącą stroną.

To w tym okresie dziecko uczy się najwięcej – tyle że nie przez literki, formułki i cyferki, ale przez skórę, palce i… ślinę (tak, dokładnie w tej kolejności).
W tej części zajrzymy do świata książeczek sensorycznych – małych map wielkiego świata, które dla dziecka są czymś więcej niż zbiorem obrazków. To dotykalna opowieść – historia, którą można pogłaskać.
Więc jeśli planowaliście spędzić okres niemowlęctwa swojego dziecka, podglądając znajomych na profilach społecznościowych, to mam złą wiadomość: Wasze dziecko potrzebuje Was – tu i teraz. Zaangażowanych, obecnych, gotowych do wspólnego odkrywania świata.
A świat oczami dziecka… to prawdziwa symfonia zmysłów i doznań.

Niemowlę bawiące się czarno-białą książeczką sensoryczną; obok widoczne ilustracje innych książeczek z różnymi fakturami i grafiką pociągu. Napis: „Uczy rozpoznawać kształty, wspiera edukację sensoryczną Twojego dziecka.”
Książeczki sensoryczne Mom’s care

Jeszcze zanim zostaniemy rodzicami, intuicyjnie czujemy, że rozwój niemowlęcia przebiega równolegle na wielu płaszczyznach. W końcu ten milion połączeń neuronowych na sekundę nie tworzy się bez powodu – trzeba to jakoś zagospodarować. Dziecko uczy się całym sobą: przez słuch, dotyk, wzrok, ale też przez ruch, smak i węch. To pełny wachlarz zmysłów, który w przyszłości stanie się fundamentem funkcji poznawczych: uwagi, pamięci, języka i myślenia abstrakcyjnego.

Właśnie dlatego pierwsze książki dla najmłodszych czytelników powinny odpowiadać na ich potrzeby sensoryczne. Książeczki dotykowe, z różnorodnymi fakturami, tkaninami, wypustkami, klapkami, a czasem nawet z prostymi efektami dźwiękowymi, zapraszają dziecko do eksplorowania – nie tylko oczami, ale przede wszystkim rączkami, buzią i całym ciałem. Dla niemowlęcia to nie tyle „czytanie”, ile doświadczanie treści poprzez działanie. I choć wygląda to czasem jak zwykłe gryzienie rogu książki, w rzeczywistości jest to pełnoprawny akt poznawczy.

Tego rodzaju publikacje pełnią funkcję nie tylko zabawki, ale też narzędzia wspierającego rozwój językowy, motoryczny i sensoryczny. Przeciąganie palcami po miękkim futerku, otwieranie szeleszczących okienek czy naciskanie elementów wydających dźwięki stymuluje małą motorykę, a jednocześnie zachęca do poznawczego zaangażowania.
Współczesna pedagogika rozwojowa nie bez powodu podkreśla znaczenie integracji sensorycznej – dziś to jeden z kluczowych tematów wśród specjalistów. Coraz więcej dzieci wykazuje trudności w tej sferze, często już na etapie przedszkolnym. I niestety, w wielu przypadkach wynika to z naszych dorosłych zaniedbań – z braku czasu, cierpliwości albo zwyczajnego ignorowania dziecięcych potrzeb.

Pozwalacie swoim dzieciom ubrudzić się jedzeniem? Wysmarować podłogę bananem bez nerwowego „po co to robisz?”? A może sprzątacie, zanim dziecko zdąży naprawdę się rozkręcić?
Rozumiem – wasz dom „w kredycie” jest dla Was ważny. Ale z chwilą, gdy stajecie się rodzicami, ten dom przestaje być tylko wasz. To także przestrzeń rozwoju, eksploracji i bałaganiarskiej wolności dla małego człowieka. Więc może warto pozwolić mu być sobą?

Świat zmysłami dziecka, czyli kiedy mniej znaczy więcej

Oczywiście, nie sugeruję, żebyście bombardowali swoje dziecko doznaniami z każdej strony. Warto pamiętać, że więcej bodźców nie zawsze znaczy lepiej. Nadmiar interakcji, dźwięków i efektów wizualnych może prowadzić do przebodźcowania – czyli przeciążenia układu nerwowego.
To temat, do którego jeszcze wrócimy w kontekście narzędzi cyfrowych, ale już teraz warto zaznaczyć: proste formy często działają skuteczniej. Na pewno słyszeliście od innych rodziców, że ich dzieciom wystarcza miska i drewniana łyżka – podczas gdy najnowocześniejsze zabawki topowych producentów kurzą się na półkach.

Okładki dwóch książeczek sensorycznych dla dziecka – „Zwierzęta na łące” z futerkiem do dotykania i „Wesołe dinozaury” z elementem Pop It. Napis: „Poczujcie to razem. Bo pierwsze historie dziecko ‘czyta’ palcami, a nie oczami.”
Przykłady książek sensorycznych wydawnictwa Aksjomat.

Potwierdzeniem takiego stanu rzeczy – a właściwie dziecięcych potrzeb – mogą być badania porównawcze przeprowadzone przez Chiong, Takeuchi i Erickson (2012), w których wykazano, że dzieci lepiej przyswajają treść opowieści z tradycyjnych książek papierowych niż z nadmiernie interaktywnych aplikacji.
Co istotne, kluczowy okazał się jeden czynnik: obecność dorosłego – kogoś, kto podczas czytania komentuje, powtarza, interpretuje emocje i tworzy wspólną przestrzeń narracyjną.

To właśnie ten akt współuczestnictwa – a nie technologia – przynosi najlepsze efekty rozwojowe. I to jest dokładnie to, do czego próbuję Was przekonać w większości moich wpisów: do czytania relacyjnego.
Pamiętam doskonale, jak czytałem naszej córce opowieść o Kurce Białopiórce. Piałem, gdakałem, wyginałem się na wszystkie strony. I wtedy, gdzieś między „ko-ko” a „kukuryku”, poczułem każdy napięty mięsień jej ciała, pełne skupienie – jakby właśnie otworzyły się przed nią drzwi do króliczej nory, prowadzące do nieznanego, tajemniczego świata.
To był ten moment – chwila, kiedy budowała się więź silniejsza niż najmocniejszy klej. Na moich kolanach. W środku opowieści.

Wspólne odkrywanie przez zmysły

Zanim dojdziecie do etapu opowieści fabularnych, podobną funkcję powinny odgrywać książeczki sensoryczne, które można dotykać, gryźć, przesuwać, otwierać i odkrywać. Pełnią one rolę miniaturowych laboratoriów poznawczych. Zaspokajają potrzebę aktywnego, wielozmysłowego poznawania świata – uczą dziecko poprzez zaangażowanie jego ciała, emocji i relacji. To forma nauki, która nie rozgrywa się w oderwaniu od rzeczywistości, ale w bliskości z drugim człowiekiem – rodzicem, opiekunem, lektorem.

W literaturze pedagogicznej podkreśla się, że wartościowe książki dla najmłodszych to takie, które wykraczają poza tekst – oferując całościowe doświadczenie angażujące zmysły, emocje i wyobraźnię. W tym sensie książka staje się nie tylko „obiektem do oglądania”, ale przestrzenią doświadczania, która może rosnąć razem z dzieckiem.

Poezja dziecięcych zmysłów

Jak pięknie pisze Sylvia Baer:

„Słowa i ilustracje unoszą nas niczym dzielne okręty na bezkresne morze duszy. Tam fale kołyszą nas ku brzegom zrozumienia – nieustannie się zmieniającym, a jednak niezmiennie urzekającym.”
(tum. własne, Baer, 2007, s. vi)

To poetyckie sformułowanie trafnie oddaje ideę literatury dziecięcej jako przygody zmysłowej i emocjonalnej – nie tylko jako treści do przyswojenia, ale jako podróży rozwojowej, w której książka staje się przedmiotem bliskości, źródłem bezpieczeństwa i bodźcem do rozwoju.
W tej podróży każde dziecko może być odkrywcą, a każdy dorosły – przewodnikiem, który nie tyle tłumaczy świat, co pozwala go dotknąć, poczuć i przeżyć.

Jak mogliście przeczytać w tym artykule, pierwsze książeczki Twojego dziecka wcale nie muszą być „czytane” w klasycznym sensie – one mają być przeżywane. Gryzione rogi, miękkie futerka, szeleszczące skrzydełka i kolorowe klapki to nie ozdobniki, lecz język zmysłów – szybszy od alfabetu, bardziej bezpośredni niż zdania.
Wspólne dotykanie, komentowanie, śmianie się i powtarzanie tych samych gestów nie tylko buduje relację, ale stwarza zmysłowy kontekst dla przyszłego rozwoju języka, myślenia i emocji.
To moment, w którym Twoja obecność staje się ważniejsza niż jakakolwiek aplikacja – bo żadna zabawka nie powie z czułością:

„Zobacz, tu jest mięciutko – to ogonek króliczka!”

W kolejnej części zanurzymy się w prozę życia – tej najprostszej, codziennej, w której przewijanie zamienia się w teatr, a zwykły spacer staje się podróżą z bohaterem. Czujecie już ten klimat?
Tak właśnie zaczyna się narracja bez książki. Bo opowieść to nie forma – to obecność.

Cykl: Opowieść dla niemowlęcia – jak mówić, śpiewać i być blisko

Poznaj wszystkie części cyklu o bliskości, mowie i wspieraniu rozwoju dziecka przez opowieść, dotyk i dźwięk:

Wprowadzenie
👉 Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić
Wprowadzenie do cyklu o mowie, bliskości i rozwoju dziecka.

Część 1
👉 Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo
O sile powtarzalności, rytuałów i wspólnej narracji.

Część 2
👉 Głos, intonacja, mimika – jak opowiadać całym sobą
Jak używać głosu i ciała, by angażować i budować więź.

Część 3
👉 Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść
Książeczki sensoryczne jako pierwszy alfabet zmysłów.

Część 4
👉 Z codziennych historii rodzi się język
Jak proza codzienności staje się fundamentem rozwoju językowego.

Część 5
👉 Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci
O mocy dźwięków, wyrazów dźwiękonaśladowczych i fonologii.

Część 6
👉 Jak śpiewanie dziecku wspiera rozwój, pamięć i relację
Śpiewanie jako opowieść pełna emocji, języka i bliskości.

Część 7 (bonus)
👉 Narracja codzienności: 5 scenariuszy opowieści dla niemowląt
Scenariusze narracyjnych zabaw, które można wpleść w codzienne rytuały.

Bibliografia:

Baer, Sylvia. Reading with Your Child: A Poetic Approach to Literacy. New York: Bright Horizons Press, 2007.

Brotherson, Sean. (2005). Keys to Enhancing Brain Development in Young Children, 2005.

Chiong, Cynthia, Lori Takeuchi, and Jesse Erickson. “Print Books vs. E-books: Comparing Parent–Child Co-reading on Print, Basic, and Enhanced E-book Platforms.” Joan Ganz Cooney Center at Sesame Workshop, 2012. https://www.joanganzcooneycenter.org/publication/quickreport-print-books-vs-e-books/.

Dlaczego tata czyta inaczej niż mama?

Tata czyta książki dzieciom inaczej niż mama – i właśnie w tej różnicy tkwi siła. Kiedy słońce chowa się za dachami sąsiedzkich zabudowań, wiem, że już tylko chwila dzieli nas od jednego z najważniejszych etapów naszego rodzinnego życia – i nie chodzi wcale o kolację czy mycie, ale o czytanie. W naszym domu traktujemy czytanie dzieciom nie tylko jako cenny rytuał budowania bliskości i wzmacniania więzi emocjonalnych, ale również jako kluczowy element wspierający wielowymiarowy rozwój naszych dzieci.

Regularna ekspozycja na słowo czytane, na dekodowaną przez rodziców treść, wpływa na kształtowanie kompetencji językowych – rozwija zasób słownictwa, umiejętność rozumienia tekstu, strukturę wypowiedzi – oraz stymuluje zdolności poznawcze, takie jak pamięć, koncentracja, wnioskowanie czy wyobraźnia. Istotny jest także aspekt emocjonalny: lektura pozwala dziecku identyfikować i nazywać emocje bohaterów, co sprzyja rozwojowi empatii oraz rozumieniu własnych przeżyć.

Jak zauważa Christiansen (2000):

„czytanie na głos jest jedną z najbardziej znaczących czynności, jakie rodzice mogą wykonywać wspólnie z dziećmi, by wesprzeć ich przyszły sukces edukacyjny”.

Kiedy piszę te słowa, nasze córki mają 8 i 9 lat i w dalszym ciągu z przyjemnością słuchają tego, co tata im czyta – a trwa to już przecież od przynajmniej ośmiu lat i, jak widać, wcale im się nie znudziło.

W ostatnich latach coraz więcej badań podkreśla, że mama i tata różnią się w sposobie, w jaki czytają dzieciom – zarówno pod względem tempa, intonacji, jak i sposobu prowadzenia rozmowy wokół tekstu. Co istotne, te różnice nie są przeszkodą, lecz stanowią wartość dodaną – pozwalają dziecku doświadczać różnorodnych stylów narracyjnych, co poszerza repertuar interpretacyjny i poznawczy. To bardzo ważne obszary, o które moim zdaniem należy szczególnie dbać w czasach tak intensywnego rozwoju technologii związanych ze sztuczną inteligencją, bo kto wie, czy nie będziemy musieli w przyszłości w sposób skuteczny udowadniać naszego człowieczeństwa?

Dlatego chciałbym zaproponować, żeby zamiast postrzegać odmienne podejścia do czytania jako potencjalne źródło niespójności wychowawczej, uznać je za wzajemnie uzupełniające się formy wsparcia rozwojowego. Tata i mama, każde na swój sposób, wnosi coś wyjątkowego do procesu wspólnego czytania – i to właśnie ta różnorodność stanowi fundament pełniejszego, bardziej zrównoważonego rozwoju dziecka. Jak wskazuje Kucirkova opierając się na teorii Wygotskiego, wspólna lektura umożliwia dynamiczne konstruowanie znaczeń w bezpiecznej relacji dorosły–dziecko, co wspiera rozwój poznawczy poprzez dialogiczne współdziałanie w strefie najbliższego rozwoju.

Tata czyta, czyli inne podejścia – różne korzyści

Skoro napisałem, że czytanie przez tatę i mamę stanowi pewien kompleksowy wkład w rozwój dziecka, to wobec tego – gdzie szukać tych subtelnych różnic, które wskazywałyby na to, że jednak ojcowie powinni czytać z dziećmi? Mam nadzieję, że wśród czytających ten artykuł jest wielu tatusiów, którzy za chwilę poczują się docenieni i „urosną” w swoim ojcostwie. Okazuje się bowiem, że to my – ojcowie – czytamy dzieciom w sposób bardziej dynamiczny, trochę nawet nieprzewidywalny, z większą liczbą pytań problemowych i nieoczywistych interpretacji, co – jak sądzę – zauważyliście, czytając moje recenzje. Taki styl czytania, oparty na dynamicznym zaangażowaniu, nierzadko swobodnej improwizacji i podważaniu schematów, może pobudzać u dzieci bardziej złożone procesy myślowe.

Monika Wiśniewska-Kin (2022), analizując działania projektowe w ramach inicjatywy „Skuteczne zdziwienie”, podkreśla, że dialogiczne i emocjonalnie angażujące czytanie – nacechowane zdziwieniem, refleksją i otwartymi pytaniami – sprzyja rozwojowi krytycznego myślenia oraz samodzielnej interpretacji tekstu przez dzieci, zamiast jedynie jego odtwarzania. Moim zdaniem jest to kluczowa umiejętność, niezbędna nie tylko w trakcie szkolnych testów sprawdzających kompetencje, ale przede wszystkim w codziennym życiu.

Dzieci, które choć trochę przesiąkną krytycznym myśleniem, nie będą podążały za tłumem, nie będą ustawiać się w kolejce na promocjach w dyskoncie – będą potrafiły właściwie interpretować docierające do nich sygnały, odróżniać prawdę od dezinformacji. To cenne kompetencje, na które jeszcze kilka lat temu nie zwracaliśmy aż takiej uwagi.

Styl czytania reprezentowany częściej przez mamy nacechowany jest w znacznym stopniu dostrojeniem emocjonalnym, ma bardziej opiekuńczy wydźwięk. Mamy częściej niż tatusiowie dostosowują tempo lektury do potrzeb dziecka – jeśli widzą, że dziecko „przysypia”, zwalniają, ściszają głos, reagują empatycznie i tworzą bezpieczną przestrzeń komunikacyjną. Ten sposób czytania wspiera rozwój inteligencji emocjonalnej, wzmacnia poczucie stabilności oraz buduje zaufanie w relacji dorosły–dziecko. Jak pokazują badania Kucirkovej, Sheehy’ego i Messera (n.d.), to właśnie w tej stabilnej relacji, umożliwiającej wspólne konstruowanie znaczeń, dziecko rozwija zdolność rozumienia emocji – zarówno własnych, jak i literackich bohaterów.

Różne style rodzicielskiego zaangażowania – bardziej poznawczy i wyzywający u ojców oraz emocjonalnie wspierający u matek – wnoszą odmienne, ale dopełniające się wartości do procesu czytelniczego, co znacząco wzbogaca rozwój dziecka.

Głos taty – inna perspektywa poznawcza

Krystyna Sochacka (2004) twierdzi, że rozwój umiejętności czytania u dzieci jest kształtowany nie tylko przez czynniki poznawcze – takie jak pamięć, koncentracja czy rozumienie językowe – ale także przez komponenty emocjonalne, społeczne i sytuacyjne. Jednym z istotnych, a często niedocenianych czynników okazuje się być płeć osoby wspierającej dziecko w procesie formowania kompetencji czytelniczych. Autorka zauważa, że dzieci reagują odmiennie na głos taty i głos mamy – głos taty, ze względu na swoją niższą częstotliwość i zazwyczaj mniejszą codzienną ekspozycję, bywa mniej przewidywalny, a przez to bardziej intrygujący i przyciągający uwagę. Myślę, że wielu ojców doświadcza tego w różnych sytuacjach – nie tylko czytelniczych. Kiedy tata się odezwie, to znaczy, że ma coś ważnego do powiedzenia, że być może trzeba się zatrzymać i wysłuchać.

Tego rodzaju bodziec słuchowy nie tylko wzmacnia koncentrację dziecka, ale może także inicjować inne ścieżki poznawcze – aktywizując procesy analizy, selekcji informacji i elastyczności interpretacyjnej. Innymi słowy, głos taty pełni nie tylko funkcję estetyczną czy emocjonalną, lecz również poznawczą – może być „wehikułem” prowadzącym dziecko ku mniej oczywistym wnioskom czy alternatywnym interpretacjom tekstu. Różne cechy komunikacyjne dorosłych w kontekście czytania – w tym barwa głosu, rytm i ton – wpływają na sposoby, w jakie dzieci przetwarzają i rekonstruują znaczenia podczas wspólnej lektury.

Różnice – naturalna konsekwencja ról rodzinnych

Oczywiście styl czytania właściwy dla mamy i taty nie jest wyłącznie efektem indywidualnych preferencji, ale pozostaje mocno zakorzeniony w uwarunkowaniach kulturowych i psychologicznych, co potwierdzają badania zaprezentowane w pracy Rodzina w cyklu życia – role matki i ojca są konstruowane społecznie w oparciu o wzorce zakorzenione w tradycjach, normach i oczekiwaniach społecznych (Kaźmierczak & Lewandowska-Walter, 2023). W rodzinach ojcowie są częściej postrzegani i funkcjonują jako osoby odpowiedzialne za wprowadzanie elementów zabawy, nowości i ekspresji, co sprawia, że ich styl czytania ma często charakter bardziej performatywny, dynamiczny i twórczy. Taka forma kontaktu może stymulować wyobraźnię, elastyczność poznawczą oraz podejmowanie ryzyka interpretacyjnego przez dziecko.

Jako tata mogę jedynie dodać – być może również jako wskazówkę do przemyślenia dla ojców – że dzieci naprawdę czekają na nasz powrót z pracy. Wiedzą, że na tacie można się pobujać, że można poprosić o zbudowanie kolejki lub jakiegoś pojazdu z klocków. Dlatego, tatusiowie, nie przeciągajcie waszych powrotów do domu – bądźcie dla i z dziećmi jak najdłużej, bo czas naprawdę bardzo szybko płynie, a nasze pociechy zaczynają w pewnym momencie nam „odjeżdżać”.

Mamy, które mają kulturowo przypisaną rolę opiekunki – i nie jest to moim zdaniem żadna stygmatyzacja – częściej koncentrują się na emocjonalnym komforcie dziecka, bezpieczeństwie i rytuale. Ich sposób czytania jest najczęściej bardziej spokojny, rytmiczny, oparty na przewidywalności i dostrojeniu do emocjonalnych reakcji dziecka.

Oba podejścia – choć różne – uzupełniają się wzajemnie. Dzięki tej różnorodności dziecko ma szansę rozwijać się na wielu płaszczyznach: zarówno poznawczej (poprzez stymulację wyobraźni, krytyczne myślenie i eksplorację znaczeń), jak i emocjonalnej (poprzez empatię, regulację emocji oraz rozwijanie więzi z dorosłym). Jak zauważają autorzy, to właśnie komplementarność rodzicielskich stylów oddziaływania stanowi fundament harmonijnego rozwoju dziecka w środowisku rodzinnym.

Grafika z cytatem z „Małego Księcia”: „Dorośli nigdy niczego nie rozumieją sami z siebie…”, promująca projekt „tata czyta”, z książkami i logotypem „tataczyta.com”

Media, stereotypy i ich przełamywanie

Nie bez znaczenia dla sposobu, w jaki rodzice uczestniczą w procesie wychowania i edukacji dzieci, są utrwalone w kulturze stereotypy płciowe. Społeczne oczekiwania wobec ról kobiety i mężczyzny nadal silnie oddziałują na codzienne praktyki wychowawcze – także w obszarze czytania dzieciom. W wielu przekazach medialnych – od reklam po literaturę dziecięcą – to mama przedstawiana jest jako główny opiekun, nauczycielka i emocjonalne centrum rodziny. Taki obraz może nieświadomie wpływać na postawy ojców, zniechęcając ich do aktywnego uczestnictwa w działaniach związanych z edukacją emocjonalną czy literacką dziecka.

Na szczęście, moim zdaniem, można mówić także o pewnych zmianach w tym sposobie postrzegania. Kilka dni temu uczestniczyłem w akcji #tatateżczyta. Po zakończeniu wydarzenia, w siedzibie biblioteki pojawili się elektrycy, żeby przeprowadzić zlecone prace. Zainteresowali się tym, co działo się przed ich przyjściem, więc w telegraficznym skrócie opowiedziałem im o akcji i zapytałem, czy któryś z nich nie chciałby – w ramach kampanii promującej czytelnictwo – poczytać dzieciom. Odpowiedź była jak najbardziej pozytywna. Jeden z panów powiedział nawet, że bardzo dobrze czyta – tak przynajmniej twierdzi jego syn.

Te kulturowe oczekiwania mają też swoje odzwierciedlenie w twardych danych – i nie zawsze są one budujące. Choć coraz więcej mówi się o roli ojców w wychowaniu dzieci, wciąż brakuje konkretnych statystyk, ile czasu rzeczywiście spędzają z dziećmi przy książce. W Polsce nie prowadzi się regularnych badań dotyczących tego, ilu ojców czyta swoim dzieciom, ale warto zauważyć, że np. z urlopów ojcowskich korzysta zaledwie ułamek mężczyzn – w 2021 roku było to ok. 4 000 ojców, podczas gdy urlop macierzyński objął ponad 370 000 matek.

To pokazuje, jak nierówny bywa start w rodzicielskim zaangażowaniu – a przecież właśnie wspólne czytanie może być jednym z najprostszych, ale i najpotężniejszych sposobów budowania relacji. Co ciekawe, badania międzynarodowe jasno wskazują, że kiedy to tata siada z książką, dzieci często zyskują nowe spojrzenie na świat – styl ojców bywa bardziej improwizowany, pełen pytań i zaskakujących interpretacji, co sprzyja rozwojowi wyobraźni i krytycznego myślenia. A skoro w Wielkiej Brytanii czy USA tylko 41% dzieci w wieku 0–4 lat ma dziś kontakt z regularnym, wieczornym czytaniem (w porównaniu do 64% jeszcze dekadę temu), tym bardziej warto zadbać, by głos taty nie cichł po dobranocce – tylko stawał się jej najważniejszym elementem.

Uważam, że w kampaniach promujących czytelnictwo wśród ojców warto pokazywać mężczyzn z różnych środowisk – budowlańców, strażaków, elektryków – takich, których dzieci widzą na co dzień jako silnych, konkretnych, a jednocześnie gotowych usiąść i przeczytać bajkę. Bo właśnie oni mogą pokazać, że troska i książka nie wykluczają się z męskością – a wręcz ją dopełniają.

Jak zauważa Bednarska (2020), w dobie silnego oddziaływania mediów i kultury wizualnej kluczowe staje się promowanie alternatywnych modeli wychowania, które przełamują stereotypowe podziały ról. Ojciec czytający dziecku książkę staje się w tym kontekście postacią kontrkulturową – symbolicznym zaprzeczeniem utartych norm, które przypisują kobietom wyłączność na troskę, empatię i edukację wczesnodziecięcą. Tego rodzaju postawy mają potencjał nie tylko wychowawczy, ale również społeczny – pokazują dziecku, że opieka i zaangażowanie emocjonalne nie mają płci, a różnorodność modeli rodzicielskich jest nie tylko możliwa, ale wręcz pożądana. Świadome wspieranie tej różnorodności – zarówno w mediach, jak i w codziennej praktyce rodzinnej – sprzyja budowaniu bardziej otwartych i równościowych relacji w przyszłości.

Synergia – najlepsze z dwóch światów

Z mojego doświadczenia wynika, że wcale nie chodzi o to, kto czyta lepiej – mama czy tata – tylko o to, że czytają oboje. To właśnie ta różnorodność daje dziecku coś wyjątkowego. Kiedy nasza córka słucha tego samego fragmentu książki raz w wersji mamy, raz mojej, to dla niej jak dwa różne światy, które razem tworzą jedną, bogatszą całość.

Bo mama czyta inaczej – spokojniej, czulej, z większym wyczuciem emocji. Ja – czasem improwizuję, czasem zadam pytanie, które w ogóle nie ma sensu (ale śmiechu co niemiara), czasem przerywam i zaczynam rozmowę o czymś, co wcale nie było w książce. I właśnie w tym tkwi magia – dziecko uczy się, że nie ma jednego „właściwego” sposobu na czytanie. Że książka to nie tylko tekst, ale przestrzeń do przeżywania, pytania, myślenia po swojemu.

Zresztą, Sochacka (2004) też o tym pisała – że dzieci, które mają kontakt z różnymi dorosłymi przy lekturze, uczą się nie tylko treści, ale samego czytania jako procesu. I naprawdę to widzę – kiedy nasze dzieci zadają pytania, których my nigdy byśmy nie wymyślili. Kiedy zatrzymują się przy jakimś zdaniu i chcą o nim pogadać. To nie bierze się znikąd. To efekt wielu wieczorów wspólnego czytania – raz z jednym głosem, raz z drugim.

Myślę, że dzięki temu uczą się nie tylko czytać, ale też myśleć. Po swojemu. I o to przecież chodzi, prawda?

Tata czyta – to nie koniec…

Czytanie dzieciom to coś więcej niż tylko wypowiadanie słów z książki. To codzienna magia, która dzieje się między zdaniem a spojrzeniem, między pytaniem a przytuleniem. I choć mama i tata mogą czytać tę samą historię, to każde z nich robi to inaczej – i właśnie w tej inności tkwi siła.

Tata czyta inaczej, bo jest inny. Jego styl często bywa bardziej swobodny, pełen niespodziewanych pytań, przerywników i eksperymentów. Nie dlatego, że książki mniej zna – ale dlatego, że wchodzi w nie trochę jak w przygodę, którą można przeżyć na własnych zasadach. Mama z kolei częściej wnosi w czytanie spokój, rytm, przewidywalność i empatię. To nie stereotypy, to naturalna konsekwencja różnych ról, doświadczeń i emocjonalnych kodów, które rodzice niosą ze sobą do wieczornego czytania.

Największym darem, jaki możemy dać dziecku, nie jest więc perfekcja jednej metody, ale różnorodność doświadczeń. Gdy książka staje się mostem między dwoma głosami – mamy i taty – dziecko nie tylko poznaje historie, ale uczy się słuchać różnych perspektyw, myśleć samodzielnie, czuć głębiej.

Bo kiedy rodzice czytają dzieciom, to nie tylko opowieść się rozwija. Rozwija się człowiek.

Infografika „Dlaczego tata też powinien czytać dziecku”, z ikonami żarówki, oka, wagi i serca, oraz zdjęciem uśmiechniętej rodziny. Główna fraza kluczowa: tata czyta dziecku.

Bibliografia:

Bednarska, N. (2020). Zamiast wprowadzenia – wychowanie dziecka w otoczeniu mediów. W: Dziecko – Media – Rozwój (s. 9–16). Warszawa: Wydawnictwo Akademii Pedagogiki Specjalnej.

Christiansen, P. A. (2000). Parents and literacy: The importance of reading aloud to children. University of Northern Iowa. https://scholarworks.uni.edu/grp/473

Kaźmierczak, M., & Lewandowska-Walter, A. (red.). (2023). Rodzina w cyklu życia – rozwój, zmiana, kryzysy. Warszawa: Wydawnictwo Liberi Libri. https://doi.org/10.47943/lib.9788363487638

Kucirkova, N., Sheehy, K., & Messer, D. (n.d.). A Vygotskian perspective on parent–child talk during iPad story sharing. The Open University, U.K.

National Responsible Fatherhood Clearinghouse. (n.d.). The benefits of fathers reading to their children: Tips for fatherhood programs and dads. Retrieved from document: Fathers Reading to Kids.pdf

Sochacka, K. (2004). Rozwój umiejętności czytania. Białystok: Trans Humana.

Wiśniewska-Kin, M. (2022). Innowacyjny projekt wdrożeniowy „Skuteczne zdziwienie. Wyzwalająca myślenie nauka czytania”. Edukacja Ekonomistów i Menedżerów, 66(4), 87–103. https://doi.org/10.33119/EEIM.2022.66.5

Głos, intonacja, mimika – czyli jak opowiadać całym sobą

W poprzedniej części pisałem o czytaniu jako rytuale – o sile powtarzalności i bliskości, która wyrasta z codziennych mikroopowieści. Ale nawet najprostsza historia – bez względu na to, czy pochodzi z kart książeczki, czy z własnej wyobraźni – potrzebuje czegoś więcej niż słów. Potrzebuje Twojego głosu. Twojej twarzy. Twojej obecności. Bo to właśnie sposób, w jaki mówisz, decyduje o tym, czy dziecko się wciągnie, czy tylko ziewnie.

Wiem, że wielu rodziców traktuje czytanie jako najlepszy sposób na usypianie – ale nie do końca o to chodzi. W tej części pochylimy się nad językiem emocji, dźwięku i rytmu – czyli nad tym, co dzieje się między słowami… a może trafniej byłoby powiedzieć: nad słowami. Wierzę, że każde dziecko potrzebuje właśnie tej przestrzeni – tworzonej przez obecność, głos i uwagę rodziców oraz opiekunów.

Nie wiem, jak to wygląda u Was, ale w moim przypadku mikropowieści były pewnym etapem przejściowym, kiedy córki miały 2–3 lata. Wówczas – w trakcie kąpieli, a przed wieczornym czytaniem – oczekiwały opowieści. Nie ukrywam, że był to dość uciążliwy czas, ponieważ musiałem wygrzebywać z pamięci interesujące, a jednocześnie dające dobry wzorzec historie. Co nie było wcale takie łatwe – jako chłopak lubiłem raczej pewną nutkę szaleństwa i ryzykanctwa. Robiłem różne „głupie” rzeczy, które mogłyby posłużyć za zły wzorzec (chociaż kilka szalonych opowieści także się pojawiło).

Dziecko jest najważniejsze, sgafika z książką, „Głos rodzica to dla dziecka jedno z najważniejszych źródeł stymulacji.”

Kiedy dziewczyny uznały, że historie z dzieciństwa mogą być ciekawe, zaczęły pytać mamę, a potem także babcie i dziadka. To był dobry czas, który – w moim odczuciu – stał się pewnego rodzaju depozytem międzypokoleniowej pamięci.

Wspominałem już, że dla niemowlęcia słowa nie są jeszcze nośnikami semantycznych znaczeń — ich wartość tkwi przede wszystkim w dźwięku, rytmie i emocjonalnym zabarwieniu. I możecie mi wierzyć: nie zastąpi tego ani suszarka, ani szumiąca zabawka, ani nawet audiobook z aktorem, który wygrał festiwal interpretacji. Głos rodzica to dla dziecka jedno z najważniejszych źródeł stymulacji. Jego barwa, intonacja, tempo mówienia i modulacja mają tak wyrazisty przekaz emocjonalny, że niemowlę rozpoznaje go intuicyjnie — zanim jeszcze zrozumie, co w ogóle znaczą słowa.

Ten rodzicielski „pierwszy teatr głosu” to nie żaden występ pod publiczkę – to biologicznie zakorzeniona forma komunikacji, która tworzy most między światem wewnętrznym dorosłego a jeszcze nieukształtowaną rzeczywistością dziecka. Można powiedzieć, że to właśnie intonacja i melodia mowy są dla malucha tym, czym dla dorosłego światło w tunelu – punktem odniesienia, który organizuje jego doświadczenie.

Domowy teatr – jak budować więź z dzieckiem bez słów

Kiedy czytałem bajki najstarszej córce, miałem ogromną potrzebę interpretacyjną (tak, egoista!). Gdakałem jak kura, szczekałem jak pies, czytałem głosem „dziadunia”. I wiecie co? Mógłbym jej czytać nawet wiadomości sportowe – bo nie przekaz był najważniejszy, ale sposób, w jaki mówiłem. To on utrzymywał uwagę i budował wolę słuchania.

Dziecko wsłuchuje się w zmiany tonu, w pauzy, w rytmiczne powtarzanie wyrazów. Zatrzymanie głosu w odpowiednim momencie potrafi wywołać napięcie większe niż w dobrym thrillerze. Z kolei przyspieszenie rytmu czy zmiana barwy może wywołać wybuch śmiechu lub ciekawości. Wspólne czytanie to zatem mikrospektakl emocjonalny, który nie wymaga sceny – wystarczy kanapa i Twoja obecność.

Co na to badacze?

W badaniach nad wspólnym czytaniem Natalia Kucirkova (2019) zauważa, że właśnie takie elementy jak rytm, powtarzalność i emocjonalny ton głosu są kluczowe dla rozwoju relacji oraz przyswajania wzorców językowych. Niemowlę reaguje na zmiany głosu mimiką, ruchem, spojrzeniem – i to można (a nawet trzeba!) wykorzystać, by budować bardziej angażujące interakcje.

Literatura dydaktyczna również nie pozostawia wątpliwości – niemowlętom warto czytać teksty z naturalną rytmiką: kołysanki, rymowanki, proste wierszyki. Tumim i Brzechwa to duet idealny. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Powtarzalne struktury językowe pomagają dziecku oswajać się z brzmieniem mowy, a obecność rymu i rytmu ułatwia zapamiętywanie i rozpoznawanie (Brotherson, 2009).

Infant-directed speech – melodie, które rozumie każde dziecko

Na zakończenie tej sekcji dodam tylko: nie przejmujcie się tym, co robi z wami wasz dorosły umysł. Mówienie do dziecka z przesadną intonacją, śpiewnym tonem, wyraźnymi gestami – to nie przesada. To właśnie naturalna forma tzw. „mowy matczynej” (infant-directed speech), czyli sposobu mówienia do niemowląt, który wspomaga rozwój mózgu i percepcji słuchowej. Badania pokazują, że dzieci preferują właśnie taki sposób komunikacji i częściej na niego reagują (Christiansen, 2000). To jak dźwiękowy sygnał: „To ważne! Patrz! Czuj!”

Nie chodzi więc o infantylizowanie świata, ale o dostosowanie formy przekazu do możliwości odbiorcy. Gdy mówisz do dziecka z wyraźną mimiką, używając bogatej intonacji i gestów, uruchamiasz całe jego ciało – układ słuchowy, wzrokowy i emocjonalny. Dla niemowlęcia to nauka w stanie czystym, zintegrowana, wielozmysłowa, zakorzeniona w relacji.

Niebieska grafika z megafonem i napisem: „Powtarzalność i emocjonalny ton głosu są kluczowe dla rozwoju relacji” – przesłanie, że to dziecko jest najważniejsze.

Opowieść twarzą i rękami – mimika i gest

Włączenie mimiki i gestów do opowiadania sprawia, że dziecko zaczyna lepiej rozumieć, że komunikacja to nie tylko dźwięki, ale i całe spektrum wyrazów twarzy, emocji i zachowań społecznych. Opowieść staje się wtedy formą wielozmysłowej nauki – połączeniem słów, dźwięków, obrazów i kontaktu emocjonalnego.

Nie potrzeba żadnych gadżetów, zaawansowanych plansz ani aplikacji mobilnych. Wystarczy Twoja twarz, Twoje dłonie, Twój głos. To Ty jesteś najważniejszym narzędziem edukacyjnym swojego dziecka. I – co więcej – jesteś w tym niezastąpiony.

A to wszystko – zrobione między kawą a pieluchą – naprawdę robi różnicę.

Jak widzisz – opowiadanie całym sobą nie wymaga ani dyplomu z aktorstwa, ani niekończących się pokładów energii. Wystarczy intencja, odrobina luzu i świadomość, że dla Twojego dziecka jesteś nie tylko narratorem, ale całym teatrem jednego aktora. Intonacja, rytm, gesty i mimika nie są dodatkami – to właśnie one tworzą opowieść, którą niemowlę chłonie i zapamiętuje całą swoją istotą. I chociaż czasem masz wrażenie, że mówisz do małej, bezzębnej publiki z twarzą jak księżyc w pełni, to zapewniam Cię – jesteś słuchany. A może nawet cytowany – w jakimś mikroskopijnym wnętrzu, które właśnie buduje swój język.

Choć wydawać by się mogło, że opowiadanie to tylko słowa, dla dziecka to tak naprawdę cała symfonia bodźców – dźwięków, emocji i gestów. To właśnie głos, intonacja i mimika tworzą pierwsze pomosty porozumienia. Nie potrzebujesz sceny, rekwizytów ani scenariusza – wystarczą Twoja twarz, dłonie i intencja bycia obecnym. Tak właśnie buduje się język i relacja.

W kolejnym artykule opowiem o tym, jak książeczki dotykowe i sensoryczne uruchamiają zmysły i zamieniają zwykłe czytanie w cielesne doświadczenie.

Cykl: Opowieść dla niemowlęcia – jak mówić, śpiewać i być blisko

Poznaj wszystkie części cyklu o bliskości, mowie i wspieraniu rozwoju dziecka przez opowieść, dotyk i dźwięk:

Wprowadzenie
👉 Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić
Wprowadzenie do cyklu o mowie, bliskości i rozwoju dziecka.

Część 1
👉 Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo
O sile powtarzalności, rytuałów i wspólnej narracji.

Część 2
👉 Głos, intonacja, mimika – jak opowiadać całym sobą
Jak używać głosu i ciała, by angażować i budować więź.

Część 3
👉 Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść
Książeczki sensoryczne jako pierwszy alfabet zmysłów.

Część 4
👉 Z codziennych historii rodzi się język
Jak proza codzienności staje się fundamentem rozwoju językowego.

Część 5
👉 Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci
O mocy dźwięków, wyrazów dźwiękonaśladowczych i fonologii.

Bibliografia

Uniwersytet Pani Bajki Agnieszki Rautman-Szczepańskiej – literatura dziecięca jako klucz do świata dorosłych

W literaturze dziecięcej, niczym w zwierciadle, przeglądają się zmęczone oczy rodziców. Zwierciadła – a może także okna i przesuwane drzwi? Jak pisała Rudine Sims Bishop, dobra literatura dziecięca pełni trzy zasadnicze funkcje: może być lustrem, w którym dzieci rozpoznają siebie i swoje doświadczenia; oknem, przez które spoglądają na inne światy; a także drzwiami, które można otworzyć, by do tych światów wejść. Książki dla najmłodszych to zatem nie tylko źródło przyjemności – to także narzędzia budowania empatii, zrozumienia i poczucia tożsamości.

Ilustracja z dziewczynką patrzącą w lustro i cytatem z książki Uniwersytet Pani Bajki: „Tylko ci, którzy nie mają odwagi być sobą, chcą się za kogoś przebrać” – przykład, którą daje literatura dziecięca

W podobnym duchu wypowiadała się Charlotte Huck, podkreślając, że literatura dziecięca działa transformująco również na dorosłych. Dzięki niej – pisała – „czytelnicy, zarówno młodsi, jak i starsi, mogą lepiej zrozumieć siebie, innych ludzi oraz świat, który dzielą”. Książki, które dzieci czytają – lub którym się przysłuchują – kształtują ich emocjonalną mapę świata. Ale działają też na dorosłych, pozwalając im na nowo odkryć siebie – w świecie, który nie utracił jeszcze koloru.

Dziecko, dorosły i książka – literatura dziecięca pełna znaczeń

Prostota – ale nie prostactwo. Trudne pytania i proste odpowiedzi. Subtelność, zadziwienie. Świat dziecka – jak kufer podróżnika wyruszającego w nieznane – wypełniony jest niezwykłymi przedmiotami, zdarzeniami i sytuacjami, o których dorośli zdają się zapominać. Na szczęście poezja i proza, zwłaszcza skierowana do najmłodszych odbiorców, dzięki wyjątkowej wrażliwości autorów – choć ci pozostają najczęściej niezauważeni – przechowują te skarby i pozwalają cieszyć się nimi na nowo.

Dorosły – a może lepiej powiedzieć: dojrzały – człowiek, widziany z perspektywy dziecka, przypomina nieco wielbłąda sunącego przez pustynię. A rodzice? To już prawdziwa karawana – dosłownie i w przenośni. Czy nie czuliście się nieraz nie jak „mędrcy” ze Wschodu, ale raczej jak szerpowie, bez których niejeden himalaista nie zdobyłby najwyższego szczytu świata? Porzućmy jednak ten nieco pretensjonalny ton, bo dzięki naszym dzieciom mamy szansę sięgnąć do wspaniałego świata wyobraźni. Możemy go odkrywać na nowo, a nasze „garby” doświadczenia okazują się zestawem narzędzi – a może raczej kluczy – do każdej opowieści, do każdej… bajki.

Jak zauważa Sylvia Baer: „Wszelkie poznawanie literatury jest ostatecznie podróżą ku odkrywaniu samych siebie. Słowa i ilustracje niosą nas niczym silne okręty po oceanie duszy, byśmy mogli dobić do brzegów zrozumienia – wciąż się zmieniającego, wciąż fascynującego.”

Dorosły czytelnik – rodzic – jest dla swojego dziecka nie tylko inicjatorem działań czytelniczych, ale także przewodnikiem po zaułkach literackiego labiryntu. Jego rola jest ogromna, szczególnie w czasach postępującego brandingu literatury dziecięcej. Pamiętajmy: to jedyna klasa literatury, która nie jest tworzona przez tych, którzy ją czytają. Podlega natomiast ogromnej presji ze strony „pazernych” dorosłych. Dziecko, które nie potrafi jeszcze czytać w pełni literalnie, wybiera książki instynktownie – ulegając bodźcom z koszulek, plecaków, słodyczy. Staje się odbiorcą przekazu marketingowego, który uderza najmocniej właśnie w rodziców. A przecież literatura nie powinna być źródłem frustracji czy sezonowej mody – lecz konsekwencją dojrzałego wyboru. Książka dla dziecka powinna być jak zaczarowany ogród – wchodzi się do niego z zachwytem, ale nie wychodzi bezrefleksyjnie.

Między Kleksem a Bajką – nowe spojrzenie na klasykę literatury dziecięcej

Ta refleksja zrodziła się z pewnego intertekstualnego doświadczenia, które dotyczyło dzieci – ale chyba jeszcze bardziej dorosłych, zwłaszcza tzw. millenialsów. Mam na myśli nową ekranizację „Akademii Pana Kleksa”, która – przyznaję – zupełnie mnie zaskoczyła, a wywołaną przez nią „kleksomanię” obserwowałem z rosnącym zdziwieniem. Niestety, jak wiele zjawisk we współczesnej kulturze, okazała się ona krótkotrwała. Film w niewielkim stopniu przełożył się na wzrost zainteresowania książką, a już zupełnie nie wpłynął na istotę rzeczy, którą zarówno książka, jak i film próbowały oddać. Zapytajcie kogokolwiek, o czym jest ekranizacja lub sama książka – większość odpowie, że właściwie nie wie. I trudno się temu dziwić. By zrozumieć te dzieła, trzeba naprawdę sporego zestawu narzędzi – takich, które znaleźć można jedynie na coraz bardziej zakurzonych bibliotecznych półkach.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem piosenkę promującą film – nie wiedząc jeszcze, że chodzi o Kleksa – pomyślałem, że to próba mentalnej rewolucji. Nawet napisałem komentarz z takim wydźwiękiem. Ale gdy film trafił już na ekrany, zrozumiałem, że zostałem wciągnięty w pewną bańkę – razem z moimi dziećmi, które na półce odnalazły „Akademię Pana Kleksa” Brzechwy i poprosiły, by im ją przeczytać. I co myślicie – udało się? Oczywiście, że nie. Książka to przecież dość mroczna historia o poszukiwaniu i gubieniu, o walce… Brzechwa daje nam klucz i narzędzia, ale najwięcej zrozumiemy dopiero w dalszych częściach trylogii, szczególnie w mało znanym „Tryumfie Pana Kleksa”. Tam pojawia się wątek walki ze złem w postaci mechanizacji i odczłowieczenia – Kleks jako obrońca wyobraźni w świecie technologicznej nudy. Ale nie zdradzę więcej – bo chodzi przecież o zupełnie inną książkę.

Wszystko powyższe to tylko tło, do którego musiałem nawiązać. Dlaczego? Bo być może do dziś nie przeczytalibyśmy „Akademii Pana Kleksa”, gdyby nie trafiła na naszą półkę książka Agnieszki Rautman-Szczepańskiej: Uniwersytet Pani Bajki. Mam nawet wrażenie, że to właśnie ona zainspirowała Macieja Kawulskiego.

Pozwólcie więc, że po tym – zbyt rozbudowanym, wiem – wstępie oddam głos autorce i bohaterom jej opowieści. A może… oni wcale nie zostali wykreowani? Może autorka naprawdę ukończyła edukację w równie niezwykłym uniwersytecie? Jestem przekonany, że wielu z nas – Barbara, Zosia czy Adaś – chciałoby trafić do miejsca, w którym „Ściany nie trzymały pionu, okna miały wklęsłe framugi, a konstrukcja falowała, jak gdybyśmy patrzyły na żywy organizm, a nie na budowlę.” Ta charakterystyka – przestrzeni, w gruncie rzeczy edukacyjnej – sugeruje coś bardzo istotnego, czego wielu rodziców i pedagogów zdaje się nie zauważać. Dla nich „dom ma dach na górze, drzwi na dole, a okna kwadratowe”. Mam nadzieję, że wyczuwacie intencję autorki: dzieci pragną nieco innych rzeczy niż ich rodzice – ale chcą być z nimi połączone. Niezmienna pozostaje idea miejsca, budynku – cała reszta może być głosem innego pokolenia. Głosem, który rysowaliśmy na kartce, jak bohaterka książki.

Na tym etapie chcę zasygnalizować coś bardzo ważnego – zarówno dla naszych dzieci, jak i dla nas samych, choć być może o tym zapomnieliśmy. Chodzi o poczucie tożsamości i zrozumienia. Przypomnijcie sobie własne dzieciństwo – ale tak naprawdę. Już? Pamiętacie słowa waszych rodziców? „Za moich czasów nie było…”, „Jak byłem/byłam dzieckiem, to…”, itd. Uniwersytet Pani Bajki to opowieść dla dzieci i ich rodziców. Opowieść o próbie zrozumienia siebie i świata. Czy autorce udało się doprowadzić historię do szczęśliwego zakończenia? Sprawdźcie sami.

Biblioteka, bajka, tożsamość – trzy przestrzenie dziecięcego poznania

W jednej z poprzednich recenzji wspominałem o znaczeniu biblioteki w kontekście transgresji, przejścia i doświadczania. Oczywiście żaden szanujący się uniwersytet nie może się obejść bez biblioteki – Uniwersytet Pani Bajki również. Podobnie jak w „prawdziwym” świecie, biblioteka jest miejscem wyjątkowym. Może już to pisałem na blogu, ale zaryzykuję powtórzenie: biblioteka to nie tylko przechowalnia woluminów – to miejsce cywilizacyjnej pamięci i tożsamości. Pomyślcie o bibliotece w Aleksandrii – jej zniszczenie uważa się za jedną z największych tragedii dla kultury i nauki. Dziś, w epoce cyfrowej, możemy zostać strażnikami tych skarbów. Karmić krasnoludki, głaskać mole książkowe, kształtować przyszłość jako kontinuum… Tak jak bohaterka tej książki. Ale o tym – ani mru-mru.

Ilustracja z książki Uniwersytet Pani Bajki z cytatem: „Dobrze jest od czasu do czasu puścić wolno niektóre ze swoich skrzętnie skrywanych myśli i uśpionych emocji” – przesłanie literatury dziecięcej dla dzieci i dorosłych.

Znaleźliśmy się teraz w punkcie, który zdaje się być odpowiedni, by wrócić do idei, a może nawet troszkę ideologii, zaprezentowanej przez Brzechwę, z którym autorka w sposób naprawdę rozsądny i wyważony polemizuje. W opowieści bez trudu znajdziemy odniesienia do Akademii Pana Kleksa, ale są to odniesienia wskazujące na pewne błędy formalne, które dla współczesnego czytelnika mogą być nie do zaakceptowania – być może dlatego Ambroży został w książce tylko… papugą. Odgrywa wprawdzie ważną rolę (o czym przeczytacie na stronie 65), ale jednocześnie wskazuje na potrzebę zmiany perspektywy tworzenia współczesnych opowieści, żeby nie okazało się, że nasze dzieci będą jednymi z ostatnich uczniów uniwersytetu. Dlaczego? Bo może przyjść czas, kiedy „zamkną się każde magiczne drzwi, które Pani Bajka otworzyła nam w głowach, i znów staniemy się zalęknionymi dzieciakami bez wiary w siebie.”

Uważam, że Uniwersytet Pani Bajki jest współczesną opowieścią, która z powodzeniem mogłaby wejść do kanonu lektur szkolnych, zastępując Akademię Pana Kleksa, ponieważ mamy tu do czynienia z aktualizacją systemu wartości i przekonań. A ilość odniesień do wielu dzieł literatury rodzimej i klasyki sprawia, że może to być bardzo dobry punkt odniesienia i zachęta dla poszukiwaczy dobrego świata.

Pozwólcie, że na zakończenie napiszę jeszcze kilka słów o sferze narracyjnej, która jest naprawdę bardzo dobrze prowadzona – dla mnie są to interesujące rozwiązania potwierdzające warsztat literacki autorki.

Narracja Uniwersytetu Pani Bajki czerpie pełnymi garściami z tradycji literatury dziecięcej reprezentowanej przez Jana Brzechwę, w szczególności z jego kultowej Akademii Pana Kleksa. Wykorzystuje strukturę szkatułkową i językową zabawę nie tylko jako estetyczne środki, ale jako wehikuł przeżycia edukacyjnego, emocjonalnego i kulturowego. Zabieg „opowieści w opowieści” nie służy tu wyłącznie budowaniu suspensu – staje się formą myślenia o świecie, tożsamości i uczestnictwie.

Michaił Bachtin, twórca pojęcia dialogiczności i polifonii, pisał: „Żyję w świecie cudzych słów. Całe moje życie polega na orientowaniu się pośród nich, reagowaniu na nie.” Struktura szkatułkowa – centralna także dla Uniwersytetu Pani Bajki – odpowiada tej wizji: każdy głos w bajce, każda historia to odrębna świadomość, która wchodzi w relację z innymi. Jak zauważa Włodzimierz Bolecki: „Wypowiedź […] ma charakter społeczny i dialogowy, a podstawą jej rozumienia jest uwzględnienie aktywnego semantycznie kontekstu.” W świecie wykreowanym w Pani Bajce nie istnieje tylko jeden narrator – to teatr głosów, języków i perspektyw, osadzony w karnawałowej logice, gdzie śmiech i absurd stają się narzędziem poznania.

Gdyby do książki przyłożyć metodologię Michała Głowińskiego, forma narracyjna nie byłaby nigdy przezroczysta – przeciwnie, byłaby ona nośnikiem znaczeń, idei, często wręcz interpretacyjnych przymusów. W Narracji, nowomowie, formie totalitarnej zauważa, że „istnieje pokaźna lista usankcjonowanych form opowiadania, w których wydarzenie […] racją swojego istnienia jest to, że znaczy.” W przypadku literatury dziecięcej – a szczególnie bajki inicjacyjnej – narracja szkatułkowa służy nie tylko tworzeniu fabularnych ram, lecz staje się sposobem wejścia w świat znaczeń, które dziecko współkonstruuje. Głowiński, analizując mechanizmy tekstów tendencyjnych i paraboli, pokazuje, że forma zawsze wspiera lub narzuca interpretację – w Pani Bajce służy ona przekształcaniu dziecka z biernego słuchacza w aktywnego interpretatora.

Inna badaczka, Maria Janion, nie pisała wprawdzie o bajkach w sposób dosłowny – ale jej refleksje nad literaturą fantastyczną, romantyzmem i mitologią duchową pozwalają odczytać bajkę jako przestrzeń rytuału przejścia. Jak zauważa: „Życie jest tym wszystkim, co zostało pokazane w powieści: pracą, zabawą, miłością, orgią, gromadzeniem przedmiotów, ale też jest stałym odniesieniem do końca tekstu.” Bajka – tak jak Akademia Pana Kleksa czy Uniwersytet Pani Bajki – nie jest oderwana od rzeczywistości. Przeciwnie: to świat symboliczny, który przygotowuje młodego odbiorcę na doświadczenia świata dorosłych. W tym sensie postać mistrza – Kleksa, Bajarki, przewodnika – spełnia funkcję „inicjatora podróży w głąb siebie”, jak pisała Janion o mitach romantycznych.

Grzegorz Leszczyński, nawiązując do myśli Zbigniewa Ciślikowskiego, podkreślał, że literatura dziecięca, a szczególnie bajka, musi uwzględniać podmiotowość dziecka. Jak czytamy: „Najnowsza literatura […] naznaczona jest doświadczeniem przemian paradygmatów funkcjonowania jednostki w świecie ‘małych kultur’.” Dziecko nie jest tu biernym odbiorcą – jest interpretatorem, współtwórcą i aktorem. Szkatułkowość w bajce staje się więc nie tylko stylistycznym zabiegiem, ale pedagogicznym narzędziem: dziecko uczy się myślenia, przeżywania, rekonstruowania sensów.

Baśniowy świat ilustracji Pauliny Nechman w Uniwersytecie Pani Bajki

W świecie wykreowanym przez Paulinę Nechman rzeczywistość mówi „dobranoc”, a sen – „dzień dobry”. Jej ilustracje, towarzyszące tekstowi Agnieszki Rautman-Szczepańskiej, nie są jedynie graficznym komentarzem czy ozdobnikiem. To autonomiczne wizualne poematy, współtworzące wielowarstwową narrację książki. Delikatnie, ale stanowczo zapraszają czytelnika: „patrz uważnie – tu wszystko ma znaczenie”.

Cytat z książki Uniwersytet Pani Bajki Agnieszki Rautman-Szczepańskiej: „To właśnie chwile są najcenniejszą rośliną w waszym ogrodzie...” – przykład, jak literatura dziecięca inspiruje do uważności i obecności.

Ilustracje Nechman zanurzone są w estetyce realizmu magicznego dostosowanego do dziecięcej wrażliwości. Jej paleta barw przypomina senne delirium – turkusy, fiolety, róże i zielenie bardziej czuje się sercem niż rejestruje wzrokiem. Kompozycje są intensywne, emocjonalne, nasycone symboliką.

To, co czyni ilustracje Pauliny Nechman tak silnie oddziałującymi, to świadomość, że dzieci widzą więcej – i że obraz może nie tylko dopowiadać, ale czasem wręcz prowadzić narrację. Jej prace nie „upiększają” książki – one ją współtworzą, dając odbiorcy drugi, emocjonalny wymiar lektury. Nierzadko stają się tym elementem, który inicjuje najgłębsze interpretacje – zwłaszcza u tych dorosłych, którzy tylko udają, że czytają dziecku.

Uniwersytet Pani Bajki to zatem książka nie tylko do czytania, lecz także do oglądania, odczuwania i przeżywania – warstwa po warstwie, kreska po kresce.

„Uniwersytet Pani Bajki” to nie tylko opowieść – to przestrzeń spotkania. Spotkania dziecka z dorosłym, wyobraźni z rzeczywistością, słowa z obrazem. W świecie pełnym uproszczeń i schematów, książka Agnieszki Rautman-Szczepańskiej przypomina nam o konieczności pielęgnowania subtelności, zadziwienia i uważności. Przypomina, że edukacja – ta prawdziwa, głęboka – nie odbywa się przez transmisję informacji, lecz przez współdzielenie doświadczenia i sensu.

Literatura dziecięca, jeśli tylko potraktować ją serio, okazuje się nie infantylną rozrywką, lecz przestrzenią duchowego i kulturowego wzrostu. „Uniwersytet Pani Bajki” z jego szkatułkową narracją, symboliką ilustracji i wewnętrzną logiką świata, który nie musi być prosty, ale musi być prawdziwy – jest tego najlepszym dowodem.

To książka, która nie zamyka drzwi za sobą. Ona zostawia je uchylone – tak, byśmy mogli jeszcze przez chwilę zerknąć przez szczelinę… i przypomnieć sobie, kim byliśmy, zanim dorośliśmy. A może: kim nadal możemy być – jeśli tylko pozwolimy sobie wejść do bajki.

Bibliografia

Bachtin, Michaił. Problemy poetyki Dostojewskiego. Przeł. N. Modzelewska, Warszawa: PIW, 1970.

Bishop, Rudine Sims. „Mirrors, Windows, and Sliding Glass Doors.” Perspectives: Choosing and Using Books for the Classroom, vol. 6, no. 3, 1990.

Bolecki, Włodzimierz. „Język. Polifonia. Karnawał.” Teksty, nr 3(33), 1977, s. 7–33.

Głowiński, Michał. „Narracja, nowomowa, forma totalitarna.” Teksty Drugie, nr 1, 1990, s. 127–133.

Głowiński, Michał. „Narratologia – dzisiaj i nieco dawniej.” Teksty Drugie, nr 5(70), 2001, s. 20–30.

Janion, Maria. Transe – Traumy – Transgresje, t. 1: Niedobre dziecię. Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2006.

Janion, Maria. Żyjąc, tracimy życie. Warszawa: Wydawnictwo Sic!, 2001.

Ujma, Martyna. „Polska literatura najnowsza w świetle reinterpretacji założeń polifonicznej teorii literatury Michała Bachtina.” Zagadnienia Rodzajów Literackich, t. LXIII, z. 3, 2020, s. 125–140.

Okładka książki Uniwersytet Pani Bajki Agnieszki Rautman-Szczepańskiej

Podsumowanie recenzji

Tytuł: Uniwersytet Pani Bajki

Autor książki: Agnieszka Rautman-Szczepańska

Ilustracje: Paulina Nechman

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Data publikacji: 2022

Format: Twarda oprawa

ISBN: 978-83-8240-791-4

Autor recenzji: Tata Czyta

Ocena: ⭐⭐⭐⭐⭐ (5/5)

Zalety:

  • Głęboka warstwa literacka i filozoficzna
  • Nawiązania do klasyki i współczesnych problemów
  • Piękne, symboliczne ilustracje Pauliny Nechman

Wady: Brak istotnych wad – książka wymaga jednak uważnego czytelnika

Zdjęcie Agnieszki Rautman-Szczepańśkiej, autorki książek dla dzieci i młodzieży

O autorce – Agnieszka Rautman-Szczepańska

Lekarka z zawodu, poetka i bajarka z powołania. Jej literacka przygoda zaczęła się od przypadkowego spotkania z tomikiem „Wierszy wybranych” Wisławy Szymborskiej znalezionym w rodzinnym regale – nie rozumiała wtedy jeszcze wszystkich słów i odniesień, ale czuła, że chce pisać tak, by słowa zapadały w serce – lekko, bezszelestnie, a jednak na zawsze.

Debiutowała poetycko jako nastolatka, jednak prawdziwa magia baśni pojawiła się w jej życiu dopiero po narodzinach córki. Dziś mieszka w Sztokholmie, w kraju Pippi Langstrumpf i Emila z Lönnebergi, i pisze historie, które łączą dziecięcą wyobraźnię z dojrzałym spojrzeniem na świat.

Prywatnie – była nieśmiałą introwertyczką, która pewnego dnia skoczyła z tureckiej góry Babadag… i postanowiła odważnie zmieniać swoje życie. Dla Agnieszki niebo nie jest granicą – raczej kolejnym zaproszeniem do opowieści.

📘 Obserwuj autorkę:
👉 Lubimyczytać.pl
👉 Instagram
👉 Facebook

Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo

Czytanie jako rytuał – właśnie od tego zaczyna się prawdziwa magia języka. Może dla wielu z Was będzie to oczywista oczywistość, ale zanim dziecko nauczy się mówić, musi się najpierw „czegoś” nasłuchać. I dobrze by było, żeby to nie było byle co – najlepiej, żeby były to rzeczy powtarzalne, melodyjne i wypowiadane z sercem.

W tej części chciałbym zaproponować, żebyście wdrożyli do Waszego grafiku – tak, wiem, nie macie już miejsca – czytanie, które potraktujecie właśnie jak codzienny rytuał: jak poranną kawę czy serial w telewizji. Nie chodzi o wielkie, epickie historie, tylko o tę samą książeczkę powtarzaną sto razy, z tą samą intonacją i tym samym „bam!” na końcu. Bo właśnie tak rodzi się magia języka. A przy okazji – bliskość.

Czytanie jako rytuał wspierający rozwój językowy dziecka

Niemowlęta – i dzieci w ogóle – najlepiej uczą się, kiedy świat wokół nich nabiera rytmu, przewidywalności i emocjonalnego zakorzenienia. W wieku nastoletnim będzie to proces odwrotny: szukanie wyjątkowości, przekraczanie granic, ucieczka od schematów. Ale teraz? Refren jest królem. To nie przypadek, że dzieci tak bardzo kochają powtarzalne formy – rytuały, znane sekwencje, słowa, które wracają jak echo. I choć to raczej rodzic się nudzi, dziecko właśnie z tych „nudnych” elementów tworzy swój pierwszy porządek świata.

Właśnie ta powtarzalność staje się fundamentem asocjacji – skojarzeń, które pozwalają łączyć dźwięki, gesty i słowa z konkretnymi doświadczeniami. „Bam!” po czymś, co spadło. „Papa!” przy machaniu ręką. „Ciiiii…” w ramionach. Dla dorosłego to banał. Dla dziecka – początek języka. To właśnie dzięki takim drobnym rytuałom dźwięk zaczyna znaczyć, emocja nabiera brzmienia, a świat – struktury. A jeśli dodamy do tego drobne potknięcia i upadki, to także faktury.

Tata czytający książkę małej dziewczynce w piżamie, obok hasło „Wszystko zaczyna się w piżamie!” na tle stosu książek. Grafika promująca wieczorne czytanie jako rytuał rodzicielski.

Dziecko nie potrzebuje jeszcze słownika – potrzebuje kontekstu. I to właśnie my – rodzice – poprzez nieustanne powtarzanie (tak, do znudzenia) i nasze emocjonalne reakcje, tworzymy mapę, po której będzie się poruszać coraz pewniej, aż w końcu zacznie stawiać na niej własne znaki.

Powtarzające się czynności dają dziecku poczucie bezpieczeństwa oraz pomagają mu rozpoznawać wzorce i przewidywać zdarzenia w codziennym życiu. Dlatego właśnie warto wprowadzić stały rytuał czytania – np. po kąpieli, przed snem czy w czasie porannego karmienia. Taki nawyk nie tylko wspiera rozwój poznawczy, ale też buduje głęboką więź emocjonalną między dzieckiem a opiekunem.

Zgodnie z obserwacjami Phyllis A. Christiansen (2000), głośne czytanie już od najwcześniejszych miesięcy życia dziecka sprzyja nie tylko wzbogaceniu słownictwa i rozwijaniu zdolności językowych, ale przede wszystkim stanowi fundament relacji opartej na bliskości, trosce i emocjonalnym rezonansie. Rodzic, który regularnie czyta dziecku, tworzy z nim wspólnotę doświadczenia, w której opowieść staje się nie tylko źródłem treści, ale i formą obecności.

Coraz więcej badań sugeruje, że wiele problemów wychowawczych pojawiających się później – w wieku szkolnym czy nastoletnim – nie bierze się z buntu, ale z deficytów wczesnej bliskości i narracyjnej obecności. W mediach sporo mówi się o „szaleństwach” młodego pokolenia, ale może warto zapytać, czego nie dostało ono wtedy, gdy najbardziej potrzebowało ciepłego głosu i uważnego spojrzenia?

I tu nie chodzi tylko o intuicję. Dane są twarde jak betonowy chodnik po upadku. W czasach PRL-u – gdy polityka prorodzinna polegała na szybkim „oddawaniu” dzieci do żłobków, a matki wysyłano do pracy – doszło do zaburzenia pewnej normatywnej kultury wychowawczej. Dzieci traciły kontakt nie tylko z rodzicami, ale i z babciami, ciociami, sąsiedzką siecią wsparcia.

Dziś… niestety, bywa podobnie. Współcześni rodzice to często dzieci wychowane w tamtym systemie – nie zawsze dostrzegają problem. Niedawno rozmawiałem z wychowawczynią mojego syna, która opiekowała się grupą maluchów – i jednocześnie z dumą opowiadała, że jej własne dziecko chodzi do żłobka. Zajmuje się cudzymi dziećmi, a swoje oddała instytucji. Nie oceniam – ale to właśnie ten mechanizm, o którym piszę niżej.

Czytanie jako rytuał wspierający poczucie bezpieczeństwa – co na to nauka?

Ciekawe światło na ten temat rzuca badanie „Poznawcze i pozapoznawcze koszty opieki dziennej 0–2 dla dzieci z rodzin uprzywilejowanych” (Margherita Fort, Andrea Ichino, Giulio Zanella, 2018). Wynika z niego, że każdy dodatkowy miesiąc pobytu w żłobku w wieku 0–2 lat obniża IQ dziecka o 0,5% (czyli 4,7% odchylenia standardowego) w wieku 8–14 lat – i to w relatywnie zamożnej populacji. Co więcej, siła tego negatywnego efektu rosła wraz z dochodem rodziny. Podobne skutki zauważono także w zakresie rozwoju cech osobowości.

Jeszcze ciekawsze są badania terenowe Hart i Risley (1995), którzy przez 2,5 roku nagrywali godzinne fragmenty życia 42 amerykańskich rodzin. Sprawdzali, jak wygląda językowa codzienność dzieci w wieku 0–2 lat. Wnioski były jednoznaczne: im bogatszy język używany przez rodziców, tym większy zasób słownictwa i wyższe wyniki IQ u dzieci. Dziecko, które było „zanurzone” w języku – nawet jeśli jeszcze go nie rozumiało – miało po prostu większe szanse na rozwój intelektualny i emocjonalny.

Podobne wnioski przynoszą badania Rowe i Goldin-Meadow (2009) oraz Cartmill i in. (2013), które pokazują, że jakość interakcji w pierwszych trzech latach życia – gesty, ton głosu, spojrzenia, wspólne narracje – istotnie wpływa na rozwój słownictwa dziecka przed rozpoczęciem szkoły. A Gunderson i in. (2013) dodają, że nawet pozytywne komunikaty i pochwały kierowane do dzieci w wieku 1–3 lat mają realny wpływ na poziom ich motywacji pięć lat później.

Ponieważ temat jest szeroki i gorący, postanowiłem poświęcić mu osobny wpis: czy opieka dzienna szkodzi dzieciom z bogatych rodzin?

Stos książeczek „Słodziak” na okrągłym stole, obok kolorowe komiksowe hasła „BAM!” i „OH!” oraz tekst: „Dla dorosłego banał, dla dziecka – początek języka.” Grafika podkreśla znaczenie dźwięków i powtarzalności w nauce mowy.

To wszystko prowadzi do prostego, ale potężnego wniosku: czytanie, mówienie i bycie blisko od pierwszych miesięcy życia to nie luksus, ale inwestycja w rozwój dziecka – emocjonalny, poznawczy i społeczny.

Czytanie jako rytuał w codziennym chaosie?

A wszystko zaczyna się od opowieści. Najlepiej wieczorem, w piżamie, z książką, którą znasz już na pamięć – ale Twoje dziecko słucha jej, jakby właśnie odkrywało sens istnienia.

Stały rytuał czytania daje niemowlęciu nie tylko radość płynącą z kontaktu z głosem bliskiej osoby, ale też wprowadza je w świat intonacji, rytmu i struktury języka. Dzięki temu dziecko może „słuchać opowieści”, nawet nie rozumiejąc jeszcze słów – jego mózg już wtedy koduje wzorce komunikacyjne i przygotowuje się do późniejszego rozwoju mowy (Anderson et al., 1985). Rytmiczność, przewidywalność i emocjonalne zaangażowanie dorosłego to trzy elementy, które – jak podkreśla Natalia Kucirkova (2019) – wzmacniają proces wspólnego tworzenia znaczeń i budowania poczucia uczestnictwa. Dla niemowlęcia opowieść staje się wówczas formą bycia „razem”, co ma kluczowe znaczenie dla jego rozwoju emocjonalno-społecznego.

Czytanie niemowlęciu nie jest zadaniem dla tych, którzy mają „więcej czasu” albo „lubią książki”. To – moim zdaniem – absolutna podstawa. Możecie mi wierzyć, że ja też czasami miałem dość; zarówno oczy, jak i głowa odmawiały momentami posłuszeństwa – ale wdrożony i praktykowany rytuał czytania dziś przynosi owoce, naprawdę.

Gdybym miał posłużyć się językiem korzyści, to powinienem napisać, że jest to najtańsza inwestycja o najwyższej stopie zwrotu – w rozwój emocjonalny, językowy i poznawczy. Gwarantuję Wam, że jesteście w stanie uniknąć w przyszłości korepetycji (płatnych), jeśli dzisiaj poświęcicie swoim dzieciom trochę czasu i uwagi. Jest to jednak przede wszystkim Wasza lokata, którą można nazwać: dobra relacja.

Bo dziecko, które codziennie słyszy Twój głos, opowieść i intonację, nie tylko szybciej zacznie mówić – szybciej zacznie ufać światu. A wszystko to zaczyna się w piżamie, z książką, którą znasz na pamięć. I którą przeczytasz jeszcze pięćset razy, zanim Twój mały słuchacz sam powie: „ja czytam”.

Cykl: Opowieść dla niemowlęcia – jak mówić, śpiewać i być blisko

Poznaj wszystkie części cyklu o bliskości, mowie i wspieraniu rozwoju dziecka przez opowieść, dotyk i dźwięk:

Wprowadzenie
👉 Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić
Wprowadzenie do cyklu o mowie, bliskości i rozwoju dziecka.

Część 1
👉 Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo
O sile powtarzalności, rytuałów i wspólnej narracji.

Część 2
👉 Głos, intonacja, mimika – jak opowiadać całym sobą
Jak używać głosu i ciała, by angażować i budować więź.

Część 3
👉 Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść
Książeczki sensoryczne jako pierwszy alfabet zmysłów.

Część 4
👉 Z codziennych historii rodzi się język
Jak proza codzienności staje się fundamentem rozwoju językowego.

Część 5
👉 Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci
O mocy dźwięków, wyrazów dźwiękonaśladowczych i fonologii.

Część 6
👉 Jak śpiewanie dziecku wspiera rozwój, pamięć i relację
Śpiewanie jako opowieść pełna emocji, języka i bliskości.

Część 7 (bonus)
👉 Narracja codzienności: 5 scenariuszy opowieści dla niemowląt
Scenariusze narracyjnych zabaw, które można wpleść w codzienne rytuały.

Bibliografia:

Anderson, Richard C., Elfrieda H. Hiebert, Judith A. Scott, i Ian A. G. Wilkinson. 1985. Becoming a Nation of Readers: The Report of the Commission on Reading. Washington, D.C.: National Institute of Education.

Baer, Sylvia. 2007. Children’s Literature: A Guide to Criticism. Boston: Pearson Education.

Christiansen, Phyllis A. 2000. Read to Me: Raising Kids Who Love to Read. Minneapolis: Augsburg Fortress.

Fort, Margherita, Andrea Ichino, i Giulio Zanella. 2020. „Cognitive and Noncognitive Costs of Day Care at Age 0–2 for Children in Advantaged Families.” Journal of Political Economy 128 (1): 158–205. https://doi.org/10.1086/704075.

Hart, Betty, i Todd R. Risley. 1995. Meaningful Differences in the Everyday Experience of Young American Children. Baltimore: Paul H. Brookes Publishing.

Kucirkova, Natalia. 2019. The Future of the Storybook: Digital Innovation in Early Childhood Literacy. Oxford: Oxford University Press.

Rowe, Meredith L., i Susan Goldin-Meadow. 2009. „Differences in Early Gesture Explain SES Disparities in Child Vocabulary Size at School Entry.” Science 323 (5916): 951–953.

Vygotsky, Lev S. 1978. Mind in Society: The Development of Higher Psychological Processes. Cambridge, MA: Harvard University Press.

Wood, David, Jerome S. Bruner, i Gail Ross. 1976. „The Role of Tutoring in Problem Solving.” Journal of Child Psychology and Psychiatry 17 (2): 89–100.

Agata Widzowska: Słodziak.

Agata Widzowska i jej Słodziak – to właśnie ta książka stała się dla mnie punktem wyjścia do refleksji o tym, kim jesteśmy jako ludzie i dokąd zmierzamy. Kiedy siadam do recenzji jakiejkolwiek książki, w moich myślach na pierwszy plan zawsze wysuwa się człowiek. Naprawdę wspaniała istota – niesamowita, niezbadana, nieodgadniona.

Człowiek – Homo sapiens, „człowiek myślący”. Tak określiła nas nauka, przydając temu gatunkowi cechę wyróżniającą – zdolność do refleksji, samoświadomości, tworzenia kultury i systemów wartości. Paradoksalnie jednak, im więcej wiemy o sobie i świecie, tym wyraźniej dostrzegamy również ciemniejsze aspekty naszego istnienia: bezwzględność, egocentryzm, a nierzadko i obojętność wobec cierpienia innych. Ta dychotomia – między potencjałem myślenia a destrukcyjnością działania – staje się punktem wyjścia dla pytania o to, co może ocalić nas jako gatunek przed „lemingizacją”, czyli bezrefleksyjnym podążaniem za masą ku przepaści etycznej i egzystencjalnej pustce.

Rysunkowy pies Słodziak leży na dywanie obok czerwonej poduszki z napisem „Słodziak” – ilustracja z książki Agaty Widzowskiej dla dzieci.

W tym kontekście literatura – a w szczególności literatura przeznaczona dla najmłodszych – jest, lub – może lepiej byłoby napisać – powinna być narzędziem formacyjnym człowieka w jego najbardziej chłonnym, kształtującym się stadium. I nie jest to stadium kijanki – Twoje dziecko to pełnoprawny, myślący człowiek, którego układ nerwowy rozwija się w tempie miliona połączeń neuronowych na sekundę.

Jak słusznie zauważa Maria Janion, „literatura jest nie tylko lustrem rzeczywistości, ale i laboratorium dusz” – przestrzenią, w której rodzą się wartości, tożsamości i obrazy świata. Literatura dziecięca, poprzez metafory, opowieści i symbole, pełni funkcję nie tylko edukacyjną, ale przede wszystkim aksjologiczną: uczy empatii, sprawiedliwości, odpowiedzialności za słowa i czyny. To przecież najważniejsze wartości, które trzeba pielęgnować i wzmacniać.

Kiedy więc wczoraj, w trakcie Dnia Rodziny, widziałem dwóch chłopców w wieku może sześciu lat, spacerujących ze wzrokiem utkwionym w smartfon, pomyślałem, że muszę przysiąść do książki, by skalibrować swoją perspektywę – perspektywę taty, który czyta, który czasami krzyknie, może nawet przeklnie, ale jest. W zasadzie w każdym momencie, ale bez narzucania – z perspektywą bezpiecznej przestrzeni i przystani.

W tym duchu i z takim nastawieniem sięgnąłem po książkę Agaty Widzowskiej: Słodziak. Od razu czuję się zobowiązany, żeby – zanim napiszę kolejne słowa – przeprosić autorkę, ponieważ tytuł wydał mi się nieco odpychający. Nie przepadam za tym słowem, ponieważ w mojej ocenie jest ono podszyte pewnym negatywnym infantylizmem, może nawet ironią. Kiedy jednak zobaczyłem na okładce rudą, potarganą dziewczynę oraz psa, który przypominał mi Niepieska z serii Psierociniec, a w tle budynek biblioteki, uznałem, że być może autorka próbuje mnie nabić w „Słodziaka”.

Słodziak – język obrazu dla najmłodszych

Muszę przyznać, że jednym z największych atutów Słodziaka są ilustracje Marty Rydz-Domańskiej. Nie tylko dopełniają tekst Agaty Widzowskiej, ale też pogłębiają jego przesłanie, znakomicie wpisując się w tradycję literatury formacyjnej. W książkach dla dzieci ilustracja pełni funkcję nie tylko estetyczną, ale – co ważniejsze – poznawczą i emocjonalną. Jest równorzędnym nośnikiem znaczeń, przewodnikiem po świecie wartości i uczuć. Styl Rydz-Domańskiej – miękki, nasycony kolorem, oparty na uproszczonej metaforyce – buduje atmosferę bezpieczeństwa, wrażliwości i czułości. Uważam zresztą, że ilustratorzy wciąż są zbyt rzadko doceniani przez krytyków i recenzentów, choć ich rola – zwłaszcza w literaturze dla najmłodszych – jest fundamentalna. To przecież dzieci słuchając opowieści, równocześnie „czytają” obrazem.

To właśnie dzięki ilustracjom młody czytelnik może wejść w opowieść głębiej, niejako ją poczuć, zanim ją w pełni zrozumie. Symboliczna przestrzeń biblioteki – obecna w tle okładki – odsyła do idei przejścia: od dziecięcego chaosu ku porządkowi refleksji, od intuicji ku świadomości. Literatura – wsparta obrazem – staje się w tym ujęciu nie tylko narzędziem edukacji, ale formowania człowieka.

Zresztą, z własnej perspektywy muszę wam napisać, że dla mnie biblioteka pełniła w dzieciństwie taką właśnie funkcję. Było to miejsce, w którym szukałem przyjaciół, inspiracji, wrażliwości – i nie jest to z mojej strony czcze gadanie.

A zatem:

Rysunkowy pies z książki „Słodziak” mówi „Psień dobry!” – zabawna ilustracja z neologizmem typowym dla stylu Agaty Widzowskiej.

W zasadzie od pierwszych słów wiedziałem, że Agata Widzowska konsekwentnie realizuje własny, wyjątkowy i odrębny styl pisarski. Ponieważ bardzo lubię wszelkie eksperymenty językowe, które wzbogacają nasz polski, ludzki język, z tym większą radością zagłębiałem się w kolejne warstwy, w których Psistojny bohater ukazuje czytelnikowi pewną psią perspektywę relacji międzygatunkowych. Psy, koty i konie – w takiej właśnie kolejności – to przecież najwcześniej udomowione zwierzęta, które znajdziemy w niemal każdej przestrzeni związanej z ludzką aktywnością.

Jak Słodziak buduje most między językiem a emocjami

Ponieważ wychodzę z założenia, że moje recenzje nie mogą być jałowym zestawem refleksji, zajrzyjmy także w pisarski obszar warsztatowy. Słodziak wita się z nami bardzo kulturalnie – na sposób psio-ludzki – co jedynie podkreśla zależność między psem a człowiekiem. Słowa: „Psień dobry”, „Psistojny”, a także „Psianel nr 5” to świetne przykłady neologizmów językowych, a ściślej: zoo-neologizmów lub animalizmów stylistycznych.

A teraz uwaga, bo będzie jeszcze trudniej – to zoonimizowane neologizmy leksykalne. Brzmi pięknie i fachowo, prawda? Innymi słowy: to nowe określenia tworzone przez połączenie elementu językowego odnoszącego się do zwierząt – tak jak w tym przypadku „psi-” – z istniejącym słowem.

Jeśli chcielibyście się pochwalić w towarzystwie znajomością językoznawczej terminologii, możecie powiedzieć, że Agata Widzowska często stosuje kontaminacje językowe (zlepki wyrazowe):

  • „psień dobry” = „psi” + „dzień dobry”
  • „psistojny” = „psi” + „przystojny”

Jeśli chodzi o zabiegi stylistyczne, to godne uwagi jest także imię, które Słodziak chciałby nosić – Fetor Wspaniały to przykład słowotwórstwa emocjonalnego, ironiczne przeciwstawienie do „Słodziak”.

Jest jeszcze jeden ciekawy zabieg językowy związany z lekarzem weterynarii, którego obawia się Słodziak: Lukrecjusz Kocimiętek. Prawdopodobnie powinienem teraz uważać na to, co piszę – zwłaszcza że moja żona jest lekarzem weterynarii – ale nie mogę się oprzeć.

Postać doktora Lukrecjusza Kocimiętka z książki „Słodziak” Agaty Widzowskiej – ilustracja weterynarza z tabliczką imienną i strzykawką w dłoni.

Otóż w tym imieniu autorka zastosowała bardzo ładny zabieg, który aż prosi się o językoznawczą interpretację.
Imię pochodzi od Tytusa Lukrecjusza (łac. Lucretius), rzymskiego filozofa i poety, autora dzieła De rerum natura. Wprawdzie etymologicznie nie jest do końca jasne pochodzenie imienia, ale przypuszczalnie wywodzi się ono z łaciny i może być związane ze słowem lucrum – „zysk”, „korzyść”. W odniesieniu do profesji weterynarza wydaje się to mieć dość szczególne znaczenie.

Z kolei nazwisko wspomnianego lekarza – Kocimiętek – to przykład onomastycznej kontaminacji i gry słów:

  • koci + mięta → kocimiętka, roślina o szczególnym działaniu na koty (ale niekoniecznie na psy),
  • końcówka „–ętek” nadaje nazwisku słowiańsko-ludowe brzmienie i humorystyczną pseudorealność.

W efekcie powstaje kontrastowy i komiczny pseudonim, typowy dla literatury dziecięcej. Podobnych przykładów możemy znaleźć w literaturze co najmniej kilka, np.: Ambroży Kleks, doktor Dolittle.

Dlaczego autorka tak zrobiła? Zakładam, że po to, by uzyskać bardzo przyjemny efekt humorystyczny, który wpisuje się w potrzebę językotwórczą dzieci. Każdy rodzic jest w stanie przywołać przynajmniej kilka „niesamowitych” słów stworzonych przez dzieci. Te słowa świadczą także o pewnej rodzinnej wspólnocie – zazwyczaj nie spotkamy takich samych dziecięcych neologizmów w innych rodzinach. Zapamiętujcie je, a jeśli chcecie się nimi pochwalić – zróbcie to w komentarzu.

Na szczególną uwagę w twórczości Agaty Widzowskiej zasługuje, moim zdaniem, umiejętność łączenia prozy z poezją i odwrotnie. Wspomniałem już o serii Psierociniec, w której zetkniecie się z psim poetą – w Słodziaku jest podobnie. Pozwólcie, że w ramach ćwiczeń z poetyki przeprowadzę ekspresową analizę dwóch wierszy – ale robię to także z pewnym nastawieniem interpretacyjnym, ponieważ jest to, w mojej ocenie, bardzo ważny zabieg.

Wiersz Słodziak, niejako inicjujący, prowadzony jest w pierwszoosobowej narracji z psiej perspektywy. Pełen humoru, przerysowanej logiki i pytań retorycznych. Czterowersowy, regularny układ strof, w których prawie każda zbudowana jest z ośmiu sylab. Rymy w układzie parzystym (aabb), często dokładne, żeńskie.

Drugi, a właściwie trzeci (bo w książce znajdziemy jeszcze jeden wiersz zbudowany na tej samej zasadzie co „Słodziak”), utwór, który moim zdaniem zasługuje na uwagę, to „Kotka Lusia”. Charakteryzuje się narracją trzecioosobową – to już bardziej opowieść z elementami współczucia i wzruszenia. Można ją uznać za mini-bajkę z morałem, co – obok onomatopeicznego refrenu – doskonale wpisuje się w styl Agaty Widzowskiej. Na marginesie dodam, że autorka chyba rzeczywiście darzy dźwiękonaśladowcze słowa szczególną sympatią, skoro jej profil na Facebooku nosi nazwę „Onomatopejka”. Wiersz składa się z sześciu strof, napisanych również ośmiozgłoskowcem, z regularnym układem rymów.

Dlaczego zwróciłem na to uwagę? Otóż możemy zaobserwować pewne wyjście ze świata poezji, właściwego dla psiej i kociej perspektywy, do świata prozy. Z prozą łączy się nam od razu pewien frazeologizm – a ściślej: metafora idiomatyczna – „proza życia” – i w istocie coś na rzeczy jest. Kot i pies mają szansę na zawiązanie relacji dzięki wysiłkowi człowieka oraz ich wspólnej pracy, z jego racjonalnym nastawieniem i perspektywą rozwiązywania sporów, zawiązywania przyjaźni. Tego byśmy przecież wszyscy pragnęli.

Jest jeszcze jedna bardzo ciekawa rzecz, na którą zwróciłem uwagę – i być może niektórzy tatusiowie również zwrócą:

„Spójrz tylko na mój wilczy nos! Składa się z dwóch otworów, tak samo jak twój, ludzki, ale działa sześćdziesiąt razy mocniej. Rzeczy, które kojarzą mi się pozytywnie, czuję prawym nozdrzem, a te, których się boję, nie rozpoznaję lub nie lubię – lewą stroną nosa.”

Muszę wam napisać, że od razu włączyło mi się męskie myślenie: sprawdzam.
Wyobraźcie sobie, że znalazłem potwierdzenie słów, które przeczytałem w książce dla dzieci! Otóż w badaniu opublikowanym w 2016 roku przez Marcello Siniscalchiego i współpracowników zaobserwowano, że psy wykazują preferencję w używaniu jednego nozdrza nad drugim, w zależności od emocjonalnego znaczenia zapachu.

Na przykład:

  • prawe nozdrze było częściej używane do wąchania zapachów wywołujących stres lub niepokój, takich jak zapachy innych psów w stresujących sytuacjach,
  • lewe nozdrze było preferowane przy wąchaniu zapachów ludzi w sytuacjach wywołujących strach – co sugeruje różne ścieżki przetwarzania emocjonalnych sygnałów chemicznych w zależności od ich źródła.

To zjawisko wskazuje na lateralizację funkcji mózgu u psów – różne półkule mogą być zaangażowane w przetwarzanie różnych typów emocjonalnych bodźców zapachowych. Niesamowite, prawda?

Intertekstualna perspektywa recepcji

Oczywiście nie będę zdradzał fabuły tej naprawdę doskonałej do rozważań z dzieckiem książki, ponieważ mogłoby się zdarzyć, że wtedy po nią nie sięgniecie. Gdybyście mnie natomiast zapytali, o czym jest ta konkretnie książka, to bez dłuższego zastanowienia odpowiedziałbym wam, że to historia o zabliźnianiu. Brzmi intrygująco? Już wyjaśniam.

Po pierwszym czytaniu niemal automatycznie wychwyciłem istotne – w mojej ocenie – warstwy, co sugerowałem już wyżej. Mamy sferę i perspektywę psią, kocią i ludzką, które w pewnych momentach zaczynają na siebie nachodzić, zaczynają się przenikać. Kluczem do recepcji Słodziaka stał się dla mnie wiersz Edwarda Stachury, który w całości zamieszczam poniżej, ponieważ dobrej poezji nigdy za wiele:

Edward Stachura – Człowiek człowiekowi

Człowiek człowiekowi wilkiem
Człowiek człowiekowi strykiem
Lecz ty nie daj się zgnębić
Lecz ty nie daj się spętlić

Człowiek człowiekowi szpadą
Człowiek człowiekowi zdradą
Lecz ty nie daj się zgładzić
Lecz ty nie daj się zdradzić

Człowiek człowiekowi pumą
Człowiek człowiekowi dżumą
Lecz ty nie daj się pumie
Lecz ty nie daj się dżumie

Człowiek człowiekowi łomem
Człowiek człowiekowi gromem
Lecz ty nie daj się zgłuszyć
Lecz ty nie daj się skruszyć

Człowiek człowiekowi wilkiem
Lecz ty nie daj się zwalczyć
Człowiek człowiekowi bliźnim
Z bliźnim się możesz zabliźnić

(Stachura, 1978, s. 60–61)

Być może zapytacie, dlaczego kluczem interpretacyjnym uczyniłem wiersz Stachury, wszak przysłowie „człowiek człowiekowi wilkiem” pochodzi z literatury antycznej, a zostało spopularyzowane przez Thomasa Hobbesa w XVII wieku. Podstawą takiego tropu były jednak słowa wypowiedziane przez samego Słodziaka: „Moim praprapradziadkiem był słynny wilk Dziki Zgryz, a prapraprababcią wilczyca Gryzelda Łapczywa”.

Wydarzenia, które następują w dalszej części książki, stanowią niejako potwierdzenie idei zabliźniania. Najpierw Słodziak zabliźnia się ze swoją opiekunką, tworząc relację opartą na trosce i zaufaniu. Następnie dochodzi do zabliźnienia kota z psem – choć nie jest to ukazane wprost, można uznać, że skoro Słodziak planuje zachować się jak psientelmen, to proces pojednania jest w toku. W kolejnych partiach obserwujemy powstawanie więzi na linii pies–człowiek–pies, w której to zwierzę staje się medium relacji. Finalnie następuje symboliczne połączenie między dwoma psami, wraz z obietnicą kontynuowania tej ścieżki – ścieżki budowania wspólnoty.

Zarówno klasyczne baśnie, jak i współczesne opowieści dla dzieci stanowią przestrzeń, w której młody czytelnik konfrontuje się z problemem dobra i zła, uczy się rozumienia emocji – własnych i cudzych – oraz nabywa kompetencje narracyjne, niezbędne do tworzenia spójnego obrazu świata i siebie w tym świecie. Jak trafnie zauważył Bruno Bettelheim w książce Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni, to właśnie literatura dziecięca, poprzez symboliczną opowieść, pozwala dziecku „uporządkować wewnętrzny chaos” i odnaleźć sens w świecie często niezrozumiałym i sprzecznym.

Wobec kryzysów współczesności – ekologicznych, społecznych, duchowych – powrót do literatury jako formy kształtowania młodego człowieka nie jest jedynie estetycznym wyborem, ale etycznym imperatywem. Tylko człowiek wychowany w duchu wartości może realnie sprostać wyzwaniom przyszłości. A literatura – jako dziedzina myślenia, przeżywania i opowiadania – ma moc nie tylko opisywać świat, ale również go zmieniać.

Projekt bez nazwy 15

Bibliografia:

  • Janion, M. (1980). Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś. Warszawa: PIW.
  • Siniscalchi, M., d’Ingeo, S., & Quaranta, A. (2016). The dog nose “KNOWS” fear: Asymmetric nostril use during sniffing at canine and human emotional stimuli. Behavioural Brain Research, 304, 34–41. https://doi.org/10.1016/j.bbr.2016.02.011
  • Stachura, E. (1978). Człowiek człowiekowi. W: Missa pagana (s. 60–61). Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy.
  • Bettelheim, B. (1985). Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni. (Tłum. D. Danek). Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy.
Okładka książki Słodziak Agaty Widzowskiej

Podsumowanie recenzji

Tytuł: Słodziak

Autor książki: Agata Widzowska

Ilustracje: Marta Rydz-Domańska

Wydawnictwo: BIS

Data publikacji: 10 maja 2024

Format: Twarda oprawa

ISBN: 978-83-7551-810-8

Autor recenzji: Tata Czyta

Ocena: ⭐⭐⭐⭐⭐ (5/5)

Zalety:

  • Piękny język i wartościowe przesłanie
  • Oryginalne neologizmy i psia perspektywa
  • Ilustracje pełne czułości i emocji

Wady: Brak istotnych dla odbioru wad

Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić

To pierwszy z siedmiu artykułów z cyklu „Jak zachęcić niemowlę do słuchania opowieści? Techniki i proste zabawy”. Jeśli jesteś tu po raz pierwszy – witaj w miejscu, gdzie duch prawdziwej literatury i zapach farby drukarskiej ma większe znaczenie niż aplikacje edukacyjne, a mówienie do niemowlęcia nie jest oznaką szaleństwa, tylko budowaniem międzypokoleniowego mostu, inwestycją w ludzkie zdolności do tworzenia sensu.

W kolejnych częściach opiszę jak za pomocą głosu, mimiki, codziennych rytuałów i zabaw zbudować połączenie między Twoim światem a tym dopiero kształtującym się w umyśle Twojego dziecka. A wszystko to bez konieczności sięgania do portfela, bo jak napisał Mickiewicz w Romantyczności – Miej serce i patrzaj w serce!

Opowieść to część rodzicielstwa

Kiedy dorosły – tak naprawdę już nieco oderwany od dziecięcego świata przez bagaż doświadczeń zawodowych, społecznych i codziennego absurdu – zostaje rodzicem, świat staje na głowie. Dosłownie i w przenośni. Dziecko nie jest pieskiem ani kotkiem, który po kilku tygodniach stanie się w dużej mierze samodzielny, gotowy do wyjścia na spacer, a potem cierpliwego czekania na swojego opiekuna. Ludzkie „szczenię” potrzebuje lat, by zbudować swoją tożsamość, a po drodze – niezliczonej liczby opowieści, powtarzanych gestów, rytuałów i słów, które z początku nic nie znaczą.

Opowieść to część rodzicielstwa – budowanie więzi przez czytanie

I tak – całkowicie rozumiem tych, którzy nie decydują się na to największe wyzwanie, na które tak naprawdę nie da się przygotować. Stając się rodzicem, wchodzisz jakby w drugi krąg życia – i bywa to zaskakująco przyjemne, zwłaszcza dla ojców. Można znów bawić się zabawkami, oglądać kreskówki, snuć plany o wędkarskich wyprawach i wspólnym „grzebaniu” w kilkuletnim samochodzie (o nowym lepiej zapomnieć na parę lat). Rodzicielstwo to także czas słuchania i opowiadania. Sporo tego, prawda? A nawet się jeszcze dobrze nie rozkręciłem!

Dlatego serio – zero pretensji do tych, którzy wybierają inną ścieżkę. Ale z drugiej strony… rodzice Marii Curie, Kopernika, Leonardo da Vinci… też mogli się nie zdecydować na posiadanie dzieci, kto wie może właśnie Wasze geny niosą w sobie potencjał geniuszu? Wiem, że rodzicielstwo nie jest drogą dla każdego, a już na pewno nie dla tych, którzy cenią sobie regularny sen i niezachwiany stan umysłu. Jeśli jednak drzemie w Was potrzeba zrobienia w życiu czegoś naprawdę wyjątkowego, to nie obawiajcie się roli rodzica.

Skoro jednak czytasz dalej, to prawdopodobnie jesteś – albo w niedalekiej przyszłości zostaniesz – jednym z najlepszych nawigatorów na świecie. Będziesz wskazywał kierunek, podnosił w razie upadku, przewijał i robił te wszystkie „obrzydliwe” rzeczy, które ja też robiłem. Zanim jednak nadasz swojemu odrzutowcowi trochę ciągu, zastanawiasz się zapewne, jak to wszystko ogarnąć.

Muszę przyznać: czterokrotnie wchodziłem w ten stan umysłu i za każdym razem odkrywanie tych wszystkich małych rzeczy napawało mnie mega optymizmem i dawało zastrzyk dopaminy.

Być może już czytałeś na moim blogu, jak bardzo czekałem na moment, kiedy wreszcie będę mógł poczytać swoim dzieciom. Być może Ty też masz takie potrzeby – ale za każdym razem, albo przynajmniej często, trafiasz na barierę… ze strony dziecka.

Co zrobić, gdy dziecko nie reaguje na opowieść?

To teraz uważaj. Wszystko postaram się wyjaśnić, opierając się na mądrych księgach, które mnie także „otwierały” oczy.

Wprawdzie niemowlę nie rozumie jeszcze słów w sposób dorosły, jego mózg od pierwszych dni życia intensywnie reaguje na wszelkie bodźce językowe. Już w brzuchu mamy oswaja się z jej głosem – i z Twoim, tato, też powinno – z jego rytmem, melodią, obecnością. Po narodzinach nie chodzi jeszcze o rozumienie, tylko o rezonans.

Widzieliście kiedyś pływające po wodzie żaby, które zaczynają rechotać, a po chwili dołączają kolejne i kolejne? Tak właśnie działa wasz głos – rezonuje w rozwijającym się umyśle, tworząc kręgi, które rozchodzą się, wprowadzając nowe znaczenia, rozbudzając wyobraźnię i potrzebę komunikacji.

Mowa – nawet jeśli to tylko monolog powstający w trakcie wrzucania ubrań do pralki – buduje fundamenty jego przyszłego świata. Nie martw się, nie zwariowałeś, jeśli mówisz swojemu dziecku o każdej najdrobniejszej czynności. Ono potrzebuje każdej głoski. Każdej! To właśnie z tych dźwięków, opowieści i powtarzanych fraz formują się podstawy języka, myślenia, a nawet poczucia bezpieczeństwa.

Jedną z pierwszych rzeczy, z których warto zdawać sobie sprawę jako rodzic, jest to, że rozwój czytania i rozumienia tekstu zaczyna się znacznie wcześniej niż formalna nauka w szkole. Moim zdaniem to właśnie umiejętność snucia opowieści jest jedną z najbardziej zapomnianych i niedocenianych kompetencji rodzicielskich.

Cywilizacyjnie mamy to wpisane w DNA – skoro równolegle rozwijały się różne kultury, które stopniowo dążyły do utrwalenia tego, co wcześniej było przekazywane ustnie. Możemy zacząć od eposu o Gilgameszu – jednego z najstarszych znanych utworów literackich – poprzez historie biblijne, Wedy indyjskie, aż po mity greckielegendy słowiańskie. Każda z tych opowieści zaczynała się od głosu, od kogoś, kto opowiadał, zanim ktokolwiek to zapisał.

Zobaczmy, co się dzieje u Lewisa w Opowieściach z Narnii – tam tekst jest tylko punktem wyjścia. To nie litery na papierze budują świat, ale opowieść, która je ożywia. To właśnie opowieść daje ocalenie, chroni, niesie sens, pozwala zapomnieć o złych doświadczeniach – albo je przetworzyć. Dziecko nie potrzebuje na początku czytania – potrzebuje opowieści, która ma rytm, emocje i znaczenie.

Dlatego warto rozwijać od pierwszych chwil u dziecka umiejętność słuchania i reagowania na mowę – zanim jeszcze wypowie pierwsze słowo. To tzw. wczesna alfabetyzacja, obejmująca rozumienie intonacji, rytmu i struktury języka (Anderson, Hiebert, Scott & Wilkinson, 1985).

Do podobnych wniosków dochodzi także Christiansen (2000), który w swoim opracowaniu podkreśla, że głośne czytanie już od okresu niemowlęctwa przyczynia się nie tylko do wzbogacenia słownictwa i rozwoju językowego, ale również wspiera tworzenie silnej więzi emocjonalnej między rodzicem a dzieckiem. Codzienne rytuały lektury sprzyjają poczuciu bezpieczeństwa i przewidywalności – a to są fundamenty, o które warto dbać bardziej niż o czyste ręce w czasie covid-19.

Otwarta książka dziecięca, wokół której unoszą się niebieskie i różowe motyle – wizualna metafora, że każda opowieść otwiera świat wyobraźni dziecka.

Inni badacze, m.in. Kucirkova, Sheehy i Messer (2012), zwracają uwagę, że jakość wspólnych interakcji, szczególnie tych opartych na opowieści i narracji, ma ogromne znaczenie dla przyswajania przez dziecko języka oraz struktur poznawczych. W duchu teorii Wygotskiego dziecko uczy się najefektywniej wtedy, gdy dorosły angażuje je w dialog oparty na współtworzeniu znaczeń.

W literaturze pedagogicznej i psychologicznej można spotkać się z terminem „scaffolding”(rozwojowy), który odnosi się do sposobu wspierania dziecka w uczeniu się i rozwoju. Brzmi dość technicznie – trochę jak coś, co wymaga tablicy, wykresów i kawy w kubku z napisem „nauczyciel roku”. Ale w rzeczywistości ten termin doskonale opisuje to, co wielu rodziców robi zupełnie intuicyjnie – towarzyszy, podpowiada, ułatwia i… stopniowo się wycofuje.

Jak wyjaśniają badacze:

„Scaffolding” – to tymczasowe, elastyczne wsparcie udzielane dziecku przez dorosłego, które umożliwia mu wykonanie zadania przekraczającego jego aktualne możliwości. Gdy dziecko staje się bardziej samodzielne, wsparcie jest stopniowo wycofywane, jak rusztowanie po zakończonej budowie.”
(na podstawie koncepcji rozwoju L. Wygotskiego, rozwiniętej przez D. Wooda, J. Brunera i G. Rossa)

W praktyce? To rozmowa podczas spaceru, kiedy dziecko nie zna jeszcze słów, ale Ty je dla niego znajdujesz. To wspólne czytanie, w którym zadajesz pytania, zanim ono nauczy się je zadawać. To dokładnie to, co robisz codziennie – często nieświadomie, a jednak bardzo skutecznie.

Brzmi to może skomplikowanie, ale prawdopodobnie wielu z was robi to intuicyjnie. Bo większość dzieci – prędzej czy później – zaczyna opowiadać niestworzone historie. Często nie rozumieją jeszcze znaczenia słów, których używają, ale to właśnie na tym polega magia. Pozwólcie im na to. Wspierajcie, fantazjujcie, mówcie w dziecięcej nowomowie razem z nimi. To nie jest język obcy – to wasz wspólny kod. A każda opowieść, nawet jeśli zaczyna się od rechotu żaby, może kiedyś zakończyć się w sali noblowskiej.

Właśnie takie środowisko – wspólne czytanie, mówienie do dziecka, opowiadanie historii – stanowi podstawę tego, co w literaturze fachowej nazywane jest prawdziwym wsparciem rozwojowym. To koncepcja oparta na teorii Wygotskiego o strefie najbliższego rozwoju – czyli przestrzeni między tym, co dziecko potrafi zrobić samo, a tym, co może osiągnąć z pomocą dorosłego.

W skrócie:

dorosły nie wyręcza, ale towarzyszy, podpowiada, sugeruje, aż dziecko samo zrobi kolejny krok – trochę jak przy budowie rusztowania: jest obecne tylko tak długo, jak długo jest potrzebne.

Przykład z życia:

Dziecko jeszcze nie potrafi opowiedzieć, co widziało na spacerze, ale Ty mówisz:
– „Widziałeś pieska, prawda? Jakiego miał koloru obrożę? Czerwoną? Tak! A piesek był…? Duży czy mały?”
I nagle bach – ono się włącza, zaczyna próbować, opowiadać na swój sposób.

Właśnie tak tworzysz wsparcie rozwojowe – nie wykonujesz zadania za dziecko, ale dajesz mu strukturę, dzięki której może sięgnąć wyżej, niż potrafiłoby samo.

Brzmi mądrze? Może, ale w praktyce to po prostu codzienna, czuła obecność, kilka dialogów z pralką i mnóstwo, dziesiątki powtórzeń. A to wszystko – choć wygląda zwyczajnie – ma moc budowania świata, w którym dziecko czuje się bezpieczne, ciekawe i gotowe do mówienia, a w przyszłości – do samodzielnego czytania, pisania i rozumienia świata.

Co więcej, kontakt z literaturą dziecięcą – nawet w formie książeczek kontrastowych czy prostych, rytmicznych wierszyków – pobudza zmysły, rozwija pamięć słuchową oraz umiejętność rozpoznawania emocji. Pierwsze doświadczenia lekturowe wpływają na sposób, w jaki dziecko będzie w przyszłości postrzegać świat, siebie i relacje z innymi (Baer, 2007).

To dopiero początek naszej opowieści – i uwierz mi, naprawdę warto czytać dalej. W kolejnych częściach cyklu przyjrzymy się, jak opowieść staje się codziennym narzędziem budowania więzi, języka i wyobraźni. Zaczniemy od czytania jako rytuału (część 1), potem zanurzymy się w świat głosu, intonacji i mimiki – czyli opowiadania całym sobą (część 2). Pokażę Ci także, jak działają książeczki sensoryczne (część 3) i jak codzienne sytuacje – nawet przewijanie – mogą stać się opowieścią (część 4). Zbadamy rolę zabawy głosem i śpiewu jako fundamentów języka (część 5), a także śpiewu jako pierwszej formy literatury (część 6). Na koniec zaproszę Cię do tworzenia narracyjnych zabaw w ruchu i rutynie – z gotowymi pomysłami do wykorzystania (część 7).

Bo zanim dziecko przeczyta swój pierwszy wyraz, musi usłyszeć setki opowieści – najlepiej w Twoim wykonaniu.

Cykl: Opowieść dla niemowlęcia – jak mówić, śpiewać i być blisko

Poznaj wszystkie części cyklu o bliskości, mowie i wspieraniu rozwoju dziecka przez opowieść, dotyk i dźwięk:

Wprowadzenie
👉 Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić
Wprowadzenie do cyklu o mowie, bliskości i rozwoju dziecka.

Część 1
👉 Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo
O sile powtarzalności, rytuałów i wspólnej narracji.

Część 2
👉 Głos, intonacja, mimika – jak opowiadać całym sobą
Jak używać głosu i ciała, by angażować i budować więź.

Część 3
👉 Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść
Książeczki sensoryczne jako pierwszy alfabet zmysłów.

Część 4
👉 Z codziennych historii rodzi się język
Jak proza codzienności staje się fundamentem rozwoju językowego.

Część 5
👉 Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci
O mocy dźwięków, wyrazów dźwiękonaśladowczych i fonologii.

Część 6
👉 Jak śpiewanie dziecku wspiera rozwój, pamięć i relację
Śpiewanie jako opowieść pełna emocji, języka i bliskości.

Część 7 (bonus)
👉 Narracja codzienności: 5 scenariuszy opowieści dla niemowląt
Scenariusze narracyjnych zabaw, które można wpleść w codzienne rytuały.

Biblliografia:

w trakcie pisania artykułu wykorzystałem następujące materiały:

Anderson, Richard C., Elfrieda H. Hiebert, Judith A. Scott, and Ian A. G. Wilkinson. Becoming a Nation of Readers: The Report of the Commission on Reading. Washington, DC: National Institute of Education, 1985.

Baer, Sylvia. Thematic Literature and Literacy Activities for Young Children. Beltsville, MD: Gryphon House, 2007.

Christiansen, Phyllis A. Reading Aloud: Building a Foundation for Literacy. St. Paul, MN: University of Minnesota Extension, 2000.

Fort Margherita, Andrea Ichino, i Giulio Zanella. 2020. „Cognitive and Noncognitive Costs of Day Care at Age 0–2 for Children in Advantaged Families.” Journal of Political Economy 128 (1): 158–205. https://doi.org/10.1086/704075.

Kucirkova, Natalia. How and Why to Read with Your Toddler. Oxford: Oxford University Press, 2019.

Kucirkova, Natalia, Kieron Sheehy, and David Messer. „Reading Together: A Program for Parent–Child Shared Reading Using Interactive E-books.” Journal of Early Childhood Literacy 13, no. 4 (2013): 503–528.

Vygotsky, Lev S. Mind in Society: The Development of Higher Psychological Processes. Edited by Michael Cole, Vera John-Steiner, Sylvia Scribner, and Ellen Souberman. Cambridge, MA: Harvard University Press, 1978.

Wood, David, Jerome S. Bruner, and Gail Ross. „The Role of Tutoring in Problem Solving.” Journal of Child Psychology and Psychiatry 17, no. 2 (1976): 89–100.

Książka, która krzyczy: Strajk, Eduarda Lima

Nie ocenia się książki po okładce. Chyba że ta okładka krzyczy: STRAJK. Nie od dziś wiadomo, że nie szata zdobi człowieka – tak samo jak nie powinno się oceniać książki po okładce. A jednak… trudno przejść obojętnie obok ilustracji, która od razu przykuwa wzrok: Strajk. Sięgnąłem po tę książkę niemal odruchowo. Dlaczego?

Bo to słowo niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny i społeczny. Strajk to bunt. Zbiorowy sprzeciw. Wołanie o zmianę. W polskiej historii mamy całe archiwum takich momentów: strajk dzieci we Wrześni, protesty lat 60., kopalnia Wujek, stoczniowcy, nauczyciele, rolnicy, górnicy, a w najnowszym wydaniu – strajk kobiet. Strajk to nie tylko narzędzie polityczne. To język. Emocja. Narracja. Literatura uwielbia takie chwile.

I nawet jeśli nie mówimy o „strajku” dosłownie, wiele arcydzieł polskiej literatury opowiada o buncie – w najróżniejszych formach. Oto kilka przykładów, które jako dorośli możecie pamiętać jeszcze ze szkolnych ławek:

1. Adam Mickiewicz – Dziady cz. III (1832)
To nie strajk w sensie dosłownym, ale atmosfera oporu wobec zaborczej władzy przenika każdą scenę. Konrad, więziony przez cara, staje się symbolem duchowego sprzeciwu. To literacki protest, który odbywa się nie na ulicy, lecz w sercu i duszy narodu.

2. Juliusz Słowacki – Kordian (1834)
Kordian nie organizuje strajku, ale buntuje się przeciwko konformizmowi, fałszywemu patriotyzmowi i bierności elit. Jego przeciwnikiem jest car, ale prawdziwym wrogiem – narodowa apatia.

3. Stefan Żeromski – Przedwiośnie (1924)
Scena marszu robotników zakończona masakrą to jeden z najbardziej przejmujących literackich obrazów protestu. Cezary Baryka patrzy, jak ideały zderzają się z brutalnością rzeczywistości.

4. Witold Gombrowicz – Ferdydurke (1937)
Ferdydurke to protest przeciwko Formie – szkole, rodzinie, językowi, tożsamości. To odmowa udziału w „narodowym teatrze powagi”. Młodość mówi: nie.

5. Sławomir Mrożek – Tango (1964)
Artur nie buntuje się przeciwko opresji, lecz przeciwko… nadmiarowi wolności, chaosowi, bezideowości. To intelektualny strajk przeciwko bezładnej rewolucji.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo Strajk – ta niepozorna, a jednocześnie wyrazista książka obrazkowa dla dzieci – wpisuje się w długą tradycję opowieści o sprzeciwie. Dzieci od najmłodszych lat czytają świat poprzez obrazy. Zanim nauczą się liter, rozumieją emocje ukryte w kresce, kolorze i kompozycji. Ilustracja to ich pierwszy język – także język buntu.

Obraz nie jest tu dodatkiem. To integralna część przekazu – często bardziej pierwotna i instynktowna niż słowo. Dzieci nie tylko patrzą – one „czytają” ilustracje: rozpoznają emocje postaci, napięcia między kolorami, symbolikę przestrzeni. Książka staje się architekturą wyobraźni – z oknami do innych światów i drzwiami, które można otwierać wciąż na nowo.

I choć to „tylko” książka dla dzieci – a może właśnie dlatego – jej ilustracja przypomina transparent niesiony w tłumie. A może to właśnie dzieci, zanim nasiąkną dorosłymi kompromisami, najlepiej rozumieją, czym naprawdę jest bunt?

To prowadzi mnie do myśli Charlotte Huck:

„Książki są czasem oknami, oferującymi widoki na światy – realne lub wyobrażone, znajome lub obce. Te okna są też przesuwanymi drzwiami: wystarczy wyobraźnia, by wejść do środka i stać się częścią stworzonego świata.”

I oto wreszcie otwieram Strajk, zerkając po raz ostatni na okładkę. Widzę zwierzęta – domowe i dzikie – odwrócone plecami do mnie. Pierwsze słowa, czerwone, wyraźne, mocne, brzmią:

„Wszystko zaczęło się od tego, że pewien ptak przestał śpiewać…”

„Jesteś częścią tej układanki”. Fragment książki „Strajk” Eduarda Lima
Jesteś częścią tej układanki – podobnie jak każde dziecko, które widzi więcej, niż nam się wydaje. Fragment książki Strajk (wyd. Babaryba)

Dlaczego przestał? I co jego milczenie wywołało u innych zwierząt? O tym dowiecie się podczas lektury książki. Ale zanim ją otworzycie, chciałbym zaprosić Was do krótkiej, lecz – moim zdaniem – ważnej refleksji.

Czy potraficie wyobrazić sobie świat bez śpiewających ptaków? Bez denerwujących komarów i irytujących much? Wiem – to nie są najbardziej charyzmatyczni przedstawiciele fauny, ale – cóż – są częścią świata, który znamy. I choć czasem przynoszą więcej zgrzytów niż zachwytów, ich obecność tworzy codzienną symfonię życia.

Moje dzieci, kiedy wiosną pojawia się pierwsza mucha, traktują ją z niemal religijnym szacunkiem – większym niż dla świętego Mikołaja, którego przecież też wyczekują cały rok. Ta pierwsza mucha jest nie do ruszenia. Obserwują ją, cieszą się, że jest. To nie skowronek, nie bocian – ale to też zwiastun odradzającego się świata.

Żyjemy na wsi, więc ten świat – z jego całym pięknem i niedogodnościami – jest wokół nas, kształtuje rytm naszego życia. Rolnik orze pole, sieje, zbiera… Dzieci wyczuwają znaczenie tych zjawisk. Martwią się, gdy spóźniają się bociany. Kiedy po kilku dniach ciepła wraca mróz, a bogatki niemal pukają dziobami w szyby, prosząc o jedzenie – widzą i czują, że coś jest nie tak.

Strajk to książka, której dziecięca wrażliwość bardzo dobrze posłucha. One naprawdę wiedzą, czym jest kryzys klimatyczny. Widzą, jak ludzie niszczą świat, w którym przyszło im żyć. Może nie potrafią jeszcze nazwać tego naukowo – ale ich intuicja jest niewiarygodnie trafna. Potrafią czuć zmiany, których dorośli niekiedy wypierają.

Nawiasem mówiąc – nawet nie zauważyłem, kiedy jedno z moich dzieci wypożyczyło z biblioteki Atlas stworzeń wymarłych Nikoli Kucharskiej. To kolejna ważna książka, która zagościła w naszym domu. Dzięki niej dzieci zrozumiały, że znikanie gatunków nie wynika jedynie z naturalnych cykli przyrody, lecz często jest bezpośrednim skutkiem ludzkiej działalności. Zachęcam, by i do tej pozycji zajrzeć. To nie tylko wiedza – to przebudzenie.

Okładki książek „Zwierzęta, które zniknęły” Nikoli Kucharskiej i „Strajk” Eduarda Lima leżące obok siebie. Obie pozycje poruszają temat ochrony przyrody i wymierających gatunków.
„Strajk” i „Zwierzęta, które zniknęły” – dwie książki, jedno ważne przesłanie: świat potrzebuje naszej troski.

Kryzys klimatyczny i dzieci jako sygnaliści zmian

Kryzys klimatyczny to zjawisko wielowymiarowe – dotyka nie tylko środowiska i gospodarki, ale także edukacji, kultury i etyki. W tym kontekście dzieci i młodzież przestają być jedynie „ofiarami przyszłości” – coraz częściej stają się jej aktywnymi uczestnikami i rzecznikami. Ich głos – emocjonalny, bezpośredni, wyrazisty – wybrzmiewa dziś w debacie publicznej jako sygnał ostrzegawczy i moralny imperatyw do działania, który należy pielęgnować i mądrze wspierać.

Jako rodzice nie możemy krytykować wszystkich tez stawianych przez młodych – ta planeta to ich przestrzeń do życia i rozwoju. Nie w zamkniętych salach zabaw, ale w parkach, gdzie kawki grzebią w śmietnikach, i w lasach, w których „ktoś” zostawił swoje ślady w postaci butelek i worków po grillu. Dzieci to widzą. I nie, to nie one wyrzucają śmieci do rowów.

Symbolem tego dziecięcego przebudzenia stała się Greta Thunberg, która jako piętnastolatka rozpoczęła samotny strajk klimatyczny przed siedzibą szwedzkiego parlamentu. Nie chcę tutaj oceniać jej postawy czy osobowości – przywołuję ją jako ikonę pewnego ruchu, jako twarz dziecięcego buntu, który poruszył miliony młodych ludzi na całym świecie.

Jak pisze Dymel-Trzebiatowska:

„Zainteresowanie Gretą rozpoczął w sierpniu 2018 tzw. klimatyczny strajk szkolny, a reakcja w świecie książki nastąpiła już po kilku miesiącach.”
(2023, s. 71)

Ta reakcja nie ograniczyła się jedynie do przedstawiania faktów o kryzysie klimatycznym – przybrała formę literackiej, ikonograficznej i edukacyjnej refleksji. Książka taka jak Nie jesteś zbyt mały by robić rzeczy wielkie nie tylko opowiadają historię młodej aktywistki – zachęcają również dzieci do własnych działań: lokalnych, symbolicznych, a czasem bardzo konkretnych.

Jak zauważa autorka:

„Postulat trzeciej fali ekokrytyki konfrontuję z wyobrażeniami o współczesnej literaturze dla dzieci, która od XX wieku odżegnuje się od działań ofensywnie dydaktycznych na rzecz estetyki i rozrywki.”
(tamże, s. 70)

W publikacjach Szwedzkiego Instytutu Książki Dziecięcej temat klimatu to dziś jedno z wiodących zagadnień. Raport Bokprovning 2020 wyodrębnia osobną kategorię: „Miljöfrågan i barn- och ungdomslitteraturen 2019”, podkreślając, że:

„Zmiany klimatyczne, ochrona środowiska, zwierzęta zagrożone wyginięciem oraz ekstremalne zjawiska pogodowe są centralnymi tematami i powracają we wszystkich formach literatury: od książek obrazkowych i powieści dla nastolatków po zbiory wierszy i literaturę faktu.”
(Svenska barnboksinstitutet 2020, s. 9; cyt. za: Dymel-Trzebiatowska 2023, s. 71)

Dzieci stają się zatem sygnalistami zmian – nie tyle „przyszłością ludzkości”, co jej najczulszymi czujnikami. One ostrzegają, pokazują skutki zaniechań, domagają się konkretnych działań. Ich bunt wobec bezczynności dorosłych ma charakter zarówno etyczny – jako apel o odpowiedzialność, jak i polityczny – jako domaganie się prawa do bycia wysłuchanym.

Gdy dzieci krzyczą, że niszczymy nasz świat – nie pytają o nasze pozwolenie. One po prostu mówią prawdę. A może… krzyczą za nas wszystkich?

Drugie spojrzenie na Strajk

Kiedy po raz pierwszy przeczytałem książeczkę obrazkową Strajk, wydała mi się skierowaną do dzieci, nieco naiwną opowieścią, która – z perspektywy dorosłego człowieka, z pewnym bagażem doświadczeń – niewiele wnosi. I to był mój błąd, który uświadomiłem sobie dopiero po kilku dniach od lektury.

Bo żeby w pełni zrozumieć przekaz tej książki, potrzeba nie tylko dziecięcej wrażliwości, ale i dorosłych narzędzi analitycznych. Co paradoksalne – dzieci, nieobciążone jeszcze schematami i cynizmem, zdają się posiadać instynktowną zdolność do traktowania świata z należnym mu szacunkiem.

Aby właściwie odczytać Strajk, trzeba zejść do poziomu symboliki – zarówno tekstu, obrazu, jak i odbiorcy. I tutaj z pomocą przychodzi klasyczna zasada: omne trium perfectum – wszystko, co potrójne, jest doskonałe. Ta książka również opiera się na triadzie:

1. Warstwa obrazu
Autorka i ilustratorka w sposób świadomy operuje kolorem. Chłodne błękity i turkusy, skontrastowane z energetycznymi czerwieniami, tworzą napięcie emocjonalne i budują wizualną dychotomię: natura vs zagrożenie. To nie tylko estetyka – to język symboli.

  • Błękity i zielenie: przyroda, harmonia, życie.
  • Czerwienie: niepokój, gniew, energia protestu.

Ten kontrast przyciąga wzrok młodego odbiorcy, a dorosłemu pozwala odsłonić głębszy sens – ukrytą symbolikę świata przedstawionego. Ilustracja nie jest tu tłem, ale częścią narracji. Tak działa obraz, który chce być transparentem.

2. Warstwa tekstu
Proste, krótkie zdania, które nie prowadzą za rękę. Nie tłumaczą. Zamiast tego – prowokują. Zmuszają do myślenia. Pojawia się wiele zdań otwartych, często zakończonych wielokropkiem… który zostawia miejsce na refleksję, interpretację, osobisty odbiór.

W mojej ocenie – mistrzowska forma przekazu. Minimalizm słów, maksymalizm treści. Tekst nie konkuruje z obrazem – wspólnie budują przekaz, który jest bardziej pytaniem niż odpowiedzią.

3. Odbiorca – czyli dziecko i dorosły
W tej książce dziecko nie jest biernym słuchaczem, a dorosły – wszechwiedzącym narratorem. Strajk działa jak katalizator dla rozmowy o kondycji świata, o miejscu człowieka w wielkim kręgu życia. Czasem ta rozmowa może być niewygodna, czasem intuicyjna, ale zawsze prawdziwa.

To nie jest książka, którą czyta się „dla dzieci”. To książka, którą dzieci czytają z dorosłymi. A dorośli – jeśli potrafią zejść z piedestału wyjaśniaczy świata – mogą usłyszeć coś, co dawno ucichło w ich własnym wnętrzu.

Bo kto tu jest bardziej przygotowany na protest? Na otwartość na świat z całym jego dobrobytem inwentarza, jeśli nie dziecko, które czuje niesprawiedliwość całym sobą, zanim jeszcze potrafi ją nazwać? Czy dorosły, który zdążył już przywyknąć, zracjonalizować, wyciszyć?

Strajk rozgrywa się więc także między pokoleniami. Wspólna lektura to przestrzeń wymiany: dorosły może pomóc dziecku nazwać emocje, a dziecko – pomóc dorosłemu je odzyskać.

W tej relacji nie ma dominacji – jest współuczestnictwo. I to właśnie czyni ze Strajku nie tylko książkę, ale manifest międzypokoleniowej rozmowy o świecie, który przecież dzielimy – i niestety także niszczymy.

Strajk to moim zdaniem nie tylko książka obrazkowa – to kulturowy sejsmograf, który wychwytuje drżenia wrażliwości, etyki i relacji międzypokoleniowych. To opowieść o buncie, który nie niszczy, lecz domaga się wysłuchania. O głosie, który nie krzyczy dla samego hałasu, ale próbuje zatrzymać świat na moment – byśmy mogli zobaczyć, że coś się zmienia. Że coś się kończy. Albo zaczyna.

W tej opowieści dzieci nie są przyszłością. Są teraźniejszością. Są sumieniem, którego dorośli często próbują zagłuszyć logiką, zmęczeniem, terminami. A jednak to dzieci – z całym swoim bezkompromisowym poczuciem sprawiedliwości – pokazują, że o świat trzeba dbać, że może warto pewne relacje kształtować i opowiedzieć na nowo bijąc się w człowieczą pierś – Mea culpa, nostra culpa, nostra maxima culpa. (Moja wina, nasza wina, nasza największa wina.) Książka Strajk daje nam szansę na refleksję. Pytanie tylko, czy zechcemy ją w sobie usłyszeć.

Bibliografia i źródła inspiracji

  1. Rudine Sims BishopMirrors, Windows, and Sliding Glass Doors (1990)
    Kultowy esej o tym, że książki mogą być lustrem, oknem lub drzwiami do świata – zwłaszcza dla dzieci.
  2. Elena Carbó-Catalan & Diana Roig-SanzCulture as Soft Power: Bridging Cultural Relations, Intellectual Cooperation, and Cultural Diplomacy (2022)
  3. Hanna Dymel-TrzebiatowskaEkokrytyka w literaturze dla dzieci (2023)
  4. Charlotte Huck, Susan Hepler & Janet HickmanChildren’s Literature in the Elementary School (1993, 5. wyd.)
  5. Svenska barnboksinstitutetBokprovning 2020: Miljöfrågan i barn- och ungdomslitteraturen 2019
Okładka książki Strajk Eduarda Lima

Podsumowanie recenzji

Tytuł: Strajk

Autorka książki: Eduarda Lima

Ilustracje: Eduarda Lima

Wydawnictwo: Babaryba, 2023

Format: Twarda oprawa

ISBN: 978-83-65087-85-4

Autor recenzji: Tata Czyta

Ocena: ⭐⭐⭐⭐⭐ (5/5)

Zalety:

  • Silne, emocjonalne przesłanie ekologiczne
  • Ilustracje jako forma protestu
  • Współczesna narracja dla dzieci i dorosłych