Kiedy do naszego zaczytanego domu dotarła kontynuacja opowieści o małej, wielkiej wikinżce, położyłem ją na recenzenckim biurku. Robię tak z każdą książką, którą chcę zrecenzować. Czasami wynika to po prostu z braku czasu, a czasami z potrzeby spokojnego zastanowienia się nad materiałami, które pozwolą mi spojrzeć na lekturę szerzej.
Uważam, że recenzja nie powinna być wyłącznie zapisem osobistych wrażeń po lekturze. Powinna także pokazywać, w jakim kontekście można czytać daną książkę oraz jak źródła i opracowania pomagają dostrzec jej potencjał albo potwierdzić stawianą tezę. A możecie mi wierzyć, że chętnie pisałbym więcej takich tekstów, choć coraz częściej odnoszę wrażenie, że i tak nie są czytane. Ale nie czas i nie miejsce na żale.
Skoro Dagfrid zajęła miejsce na szczycie stosu, niezwłocznie została dostrzeżona przez młodszą z moich córek. W zasadzie bez chwili namysłu zapytała:
„Tatku, mogę nową Dagfrid?”
Powiedzcie sami, czy może być lepsza rekomendacja niż słowa dziecka, które samo chce sięgnąć po książkę?
Dla mnie, czytającego rodzica, zainteresowanego także wieloma aspektami wynikającymi z lektury, ważne jest zwykle to, żeby znaleźć w książce jakiś haczyk. Coś, czego można się uczepić. W przypadku Dagfrid takich haczyków jest przynajmniej kilka. A wszystko rozgrywa się na zaledwie 53 stronach tekstu, poprzetykanego doskonałymi ilustracjami Oliviera Talleca. Sama forma jest tu ważna: krótki tekst, mocny rytm, dużo humoru i ilustracje, które nie tylko uzupełniają opowieść, ale ją dopowiadają.
Warto zatrzymać się przy tej formie trochę dłużej, ponieważ książka dla dzieci bardzo często bywa niesprawiedliwie oceniana jako coś prostszego, lżejszego, mniej wymagającego. Tymczasem dobra literatura dziecięca nie jest literaturą „mniejszą”. Alicja Ungeheuer-Gołąb słusznie przypomina, że literatura dla dzieci podlega takim samym ocenom krytycznym jak literatura dla dorosłych, może być wybitna albo słaba, a przekonanie, że tekst „dla dzieci” jest z zasady gorszy, prowadzi do banalizowania dziecięcej kultury i dziecięcej lektury.1 Właśnie dlatego o Dagfrid warto pisać poważnie, nawet jeśli sama książka jest zabawna, lekka i zbudowana na komizmie.
Ponieważ jest to już kolejna książka z tej serii, mogę napisać nieco więcej o bohaterce, a także o jej stosunku do świata, w którym dorasta. Wiecie, jakie są moje odczucia? Przede wszystkim zadałem sobie pytanie, czy chciałbym mieć taką córkę. Zresztą wam także polecam się nad tym zastanowić.
Bo o ile książkę czyta się naprawdę świetnie, o tyle przy bliższej analizie można odnieść wrażenie, że Dagfrid to przewrotny antyporadnik dla dzieci. To oczywiście ironia, trochę w stylu samej Dagfrid, więc nie zniechęcajcie się do tej książki — jest naprawdę świetna. Nie chodzi tu o instrukcję nieposłuszeństwa ani o pochwałę złych zachowań. To raczej antyporadnik dla tych dorosłych, którzy w książkach dla najmłodszych szukają przede wszystkim potwierdzenia, że dziecko powinno być ciche, ułożone, posłuszne i wdzięczne.
Dagfrid taka nie jest. Ona marudzi, kombinuje, złości się, negocjuje, mówi, czego chce, i nie przyjmuje zbyt łatwo cudzych decyzji. Innymi słowy, zachowuje się jak dziecko, które ma własną osobowość. I właśnie to wydaje mi się szczególnie ważne: literatura dziecięca może pokazywać młodym czytelnikom, że własny głos, nawet jeśli bywa niewygodny dla dorosłych, nie jest wadą charakteru. Jest początkiem sprawczości w świecie, który zbyt często lubi wszystko ujednolicać.
I właśnie tu zaczyna się coś ciekawszego niż zwykła opowieść o nieco zbuntowanej dziewczynce. Dagfrid nie służy temu, żeby dziecko otrzymało gotowy wzór zachowania. Nie jest też modelową lekcją domowej posłuszności. Jest raczej opowieścią o bohaterce, która pozwala młodemu czytelnikowi rozpoznać własną energię, frustrację, gniew i potrzebę wpływu. Literatura dziecięca od dawna pozostaje w związku z wychowaniem, ale współczesne książki dla dzieci nie muszą już działać jak prosta lekcja moralna. Mogą być opowieścią, z której dziecko czerpie wiedzę o życiu społecznym, wartościach, dobru, złu i o sobie samym.2 Dagfrid działa właśnie w taki sposób. Nie mówi: „bądź taka jak ja”. Raczej podsuwa pytanie, czy dorosły porządek naprawdę jest tak oczywisty i niepodważalny, jak twierdzą ci, którzy go ustanawiają.
Nie mam tu na myśli krzykactwa ani walki do upadłego o swoje zdanie. Dagfrid działa inaczej. Zwróćcie uwagę na jej dyplomację: rozmawia z mamą, obserwuje otoczenie, idzie do babci, wyciąga wnioski i wreszcie znajduje rozwiązanie, które — jeśli przyjrzeć się bliżej — okazuje się wyjątkowo kreatywne. To ważne, bo współczesna literatura dziecięca coraz częściej odchodzi od modelu bohatera biernego, który ma jedynie przyswoić gotową lekcję. Dagfrid nie dostaje świata w formie instrukcji obsługi. Ona musi go przetestować.
Ta potrzeba testowania świata zaczyna się zresztą już na poziomie języka. Tłumaczka, Ewa Nicewicz, zaznacza, że w tej książce nie znajdziemy „dziewczynki wiking” ani „kobiety wiking”. Jest za to „wikinżka”. Dlaczego? Bo język również powinien nadążać za zmieniającym się światem.
Przyznam uczciwie, że moja pierwsza językowa intuicja podpowiadała raczej formę „wikingka”. Jest bardziej przejrzysta, bardziej oswojona i brzmi tak, jakby od dawna czekała na użycie. Problem w tym, że ta intuicja okazuje się tu zwodnicza: „wikingka” jest formą nieprawidłową, bo nie uwzględnia regularnej oboczności g : ż. Jeśli więc przyjmujemy ten schemat słowotwórczy, nie należy po prostu dostawiać „-ka” do „wiking-”, lecz wymienić „g” w temacie.
Stąd poprawniejsza byłaby „wikinżka”, obok innych możliwych rozwiązań, takich jak „wikingini”, a także łacińsko brzmiąca „wikingica”, która pokazuje, że pełen obraz nie sprowadza się do jednej konkurencyjnej formy. I im dłużej myślałem o „wikinżce”, tym bardziej widziałem w niej nie tylko słowotwórczą ciekawostkę, lecz także małą deklarację. To „ż” nie jest ozdobą ani arbitralnym dodatkiem, ale śladem działania językowego mechanizmu. A zarazem może działać jak znak przesunięcia: informacja, że nie jesteśmy już w świecie, w którym dziewczynka pojawia się tylko jako dopisek do męskiej przygody.
Podobny problem interesował mnie zresztą przy okazji tekstu o Mulan. Korzystając z narzędzi krytyki feministycznej i refleksji nad performatywnością płci, próbowałem pokazać, jak wiele można wydobyć z bohaterki, jeśli uruchomi się wobec niej określony klucz interpretacyjny. Od razu dopowiem, że nie chodziło mi o przyklejanie łatek ani o zamykanie postaci w jednej teorii. Chodziło raczej o pokazanie, że język interpretacji potrafi otworzyć tekst z zupełnie nieoczywistej strony. To właśnie jego siła. Może wyrazić niemal wszystko, co „pomyśli głowa”, by sparafrazować słynny postulat poetycki Juliusza Słowackiego z Beniowskiego.
Wiking brzmi jak ktoś z sagi. Wikingka brzmi poprawnie i naturalnie. Wikinżka brzmi trochę zadziornie. A Dagfrid właśnie taka jest. Trochę niepasująca do porządku, który ją otacza. Trochę za głośna, trochę za uparta, trochę zbyt pewna, że skoro bogowie mogą mieć swoje zwierzęta, to ona też powinna mieć prawo do własnego. Dla mnie to nie jest wyłącznie zabawa językowa. To sygnał, że bohaterka nie ma być żeńskim dopiskiem do męskiego świata. Ona ten świat przejmuje, komentuje i urządza po swojemu.
W Dagfrid i wymarzonym zwierzątku to przejmowanie świata zaczyna się od bardzo konkretnego pragnienia. Dagfrid, podobnie jak bogowie, chce mieć własne zwierzątko. Najchętniej kota, ewentualnie owcę, a może jeszcze coś innego, byle tylko należało do niej. Problem w tym, że mama odmawia. Brat Odalrik ma alergię, dom ma być czysty, a kolejne propozycje Dagfrid okazują się zbyt brudne, zbyt hałaśliwe albo po prostu zbyt kłopotliwe. Mamy więc klasyczny konflikt: dziewczynka marzy o zwierzęciu, matka odmawia ze względów praktycznych, a bohaterka zaczyna szukać innego rozwiązania.
I tu książka zaczyna być czymś więcej niż tylko opowiastką o dziecku, które chce pupila. Dagfrid żyje wśród wikinżek i wikingów, a więc w rzeczywistości, w której mity, bogowie i wielkie opowieści są właściwie na wyciągnięcie ręki. Odyn ma wilki, kruki i konia o ośmiu nogach. Bogowie mogą otaczać się niezwykłymi zwierzętami. Dagfrid nie może mieć nawet kota.
Ten kontrast jest jednym z najmocniejszych pomysłów książki. Z jednej strony bawi, bo zestawia wielki świat mitów z bardzo codziennym dziecięcym pragnieniem. Z drugiej strony pokazuje coś ważnego: Dagfrid naprawdę umie korzystać z opowieści, które zna. Mitologia nie jest dla niej martwym zbiorem dawnych wierzeń, lecz narzędziem myślenia, argumentowania i wyciągania wniosków. To w mojej ocenie świetnie pokazuje, jak znajomość metatekstów i tekstów kultury pozwala rozwijać argumentację, kojarzenie faktów i sprawność interpretacyjną. Są to umiejętności, których długo jeszcze nie posiądą modele językowe, zwane dziś także AI.
I właśnie dlatego uważam, że takie kompetencje należy pielęgnować i rozwijać także w szkole. Mam wrażenie, że ogólna nazwa przedmiotu „język polski” coraz słabiej mieści wszystko, czego od tego obszaru edukacji oczekujemy. Być może warto byłoby pomyśleć o jego metamorfozie w dwóch kierunkach. Pierwszy byłby literacko-performatywny i skupiałby się na czytaniu, interpretowaniu, mówieniu, sporze, argumentacji oraz kształtowaniu umiejętności oracyjnych. Drugi miałby charakter bardziej techniczny i obejmowałby wiedzę o języku, jego strukturze, ewolucji, historycznych niuansach i praktycznym użyciu. To mógłby być naprawdę świetny przedmiot dla dociekliwych uczniów. A Dagfrid, choć przecież nie jest książką o edukacji, bardzo dobrze przypomina, że dzieci uczą się myśleć także wtedy, gdy biorą znane opowieści i zaczynają używać ich po swojemu.
Wróćmy jednak do książki, bo recenzje zbyt mocno utkane z dygresji łatwo stają się tekstami nie na temat. Przyznam, że w naszym domu pytania o zwierzęta, którymi mogłyby zajmować się dzieci, pojawiają się regularnie. W zeszłym roku mieliśmy cztery mrówkolwy, w tym sezonie coraz częściej słyszę o aksolotlach. Oczywiście mamy psa i kota, ale to nadal za mało.
Skoro już mowa o kotach, muszę wspomnieć o jeszcze jednej książce, która czeka u mnie na recenzję: Dziadek naszego kota Reginy Golińskiej-Barancewicz. Na pewno się pojawi, bo to przezabawna historia o tym, jak… Nie będę jednak zdradzał szczegółów.
Mitologia przy kuchennym stole
W Dagfrid i wymarzonym zwierzątku warto także zwrócić uwagę na literacki kontrast między dekoracją wikińsko-mitologiczną a bardzo zwyczajnym dziecięcym problemem. Dagfrid przywołuje świat Odyna, wilków, kruków i niezwykłych koni, ale sama chce po prostu zwierzątka. To obniżenie mitu do skali codzienności buduje komizm, a jednocześnie wzmacnia dziecięcą perspektywę. Podobny mechanizm często działa w dobrej literaturze dziecięcej: sprawy ogromne są pokazywane przez pryzmat codzienności, a codzienność nagle okazuje się całkiem poważna.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że literatura dla dzieci jest zawsze zanurzona w kulturze, która decyduje, co można dziecku pokazać, jak można do niego mówić i jakie problemy uznaje się za „dziecięce”. Anna Czabanowska-Wróbel pisała, że literatura dla dzieci, zwracając się do tych, których dana kultura uznaje za dzieci, pozwala powiedzieć „to i tylko to”, co ma być dla nich przeznaczone.3 W przypadku Dagfrid widać wyraźnie, że zakres tego, co można powiedzieć dziecku, jest dziś znacznie szerszy niż dawniej. Można pokazać dziewczynkę upartą, zagniewaną, nie do końca podporządkowaną. Można potraktować jej pragnienie nie jak kaprys, ale jak sygnał potrzeby wpływu. Można też pokazać dorosłych nie jako nieomylnych strażników porządku, lecz jako ludzi, którzy czasami zwyczajnie wybierają wygodę.
Ślimak Freki, czyli marzenia pełzną inną drogą
Najważniejsze jest jednak to, że Dagfrid nie dostaje odpowiedzi w rodzaju: nie, bo nie. A właściwie dostaje, tylko nie zamierza uznać jej za ostateczną. Właśnie dlatego tak dobrze działa postać babci Elzy. Babcia wprowadza do opowieści inny typ dorosłości. Nie tej kontrolującej, ustawiającej i pilnującej porządku, ale bardziej otwartej, dziwnej, pogodzonej z tym, że świat nie zawsze musi wyglądać jak wysprzątany pokój. To u niej pojawia się rozwiązanie, czyli ślimak Freki.
Babcia Elza jest w tej opowieści kimś więcej niż sympatyczną postacią drugiego planu. To dorosła, która nie odbiera dziecku prawa do marzenia tylko dlatego, że marzenie jest niewygodne. Nie spełnia go też w najprostszy możliwy sposób. Raczej przesuwa punkt widzenia. Pokazuje, że wymarzone zwierzątko nie musi być takie, jak z obrazka, reklamy albo dziecięcego wyobrażenia o idealnym pupilu. Czasami może mieć muszlę, poruszać się bardzo powoli i zupełnie nie pasować do romantycznej wizji przyjaźni człowieka ze zwierzęciem.
Ślimak jako wymarzone zwierzątko brzmi absurdalnie. I bardzo dobrze. Książka nie idzie w stronę prostego spełnienia marzenia. Nie mówi: dziecko chce kota, więc dostaje kota. Pokazuje raczej, że dziecięce pragnienie może znaleźć inną drogę. Freki jest komiczny, nieoczywisty i trochę niedorzeczny, ale właśnie dlatego pasuje do Dagfrid. Ona sama też nie jest bohaterką wygładzoną. Jest bohaterką z charakterem.
W tym miejscu książka robi coś bardzo sprytnego. Nie wygłasza wykładu o odpowiedzialności. Nie każe czytelnikowi klękać przed wielką ideą szacunku do wszystkich istot. Nie zamienia ślimaka w pluszowy symbol dobra. Zamiast tego pokazuje, że posiadanie zwierzęcia, nawet tak nieoczywistego jak ślimak, wiąże się z relacją. A relacja wymaga uznania, że mamy przed sobą istotę, która nie jest wyłącznie dodatkiem do naszego życia.
To ważne, bo literatura dziecięca bardzo często działa najlepiej wtedy, gdy nie udaje podręcznika. Nie tłumaczy wszystkiego wprost, tylko zostawia czytelnikowi miejsce na rozpoznanie. Ungeheuer-Gołąb podkreśla, że materiał literacki małego dziecka powinien stawać się pretekstem do rozmowy o życiu, ponieważ literatura odzwierciedla świat zrozumiały dla dziecka i w pewnym sensie mu go tłumaczy.4 Dagfrid i wymarzone zwierzątko właśnie taką rozmowę otwiera. Nie tylko o zwierzętach, ale też o odmowie, upartym pragnieniu, rodzinnej hierarchii, nieoczywistych kompromisach i o tym, że czasami rozwiązanie przychodzi z miejsca, którego nikt wcześniej nie traktował poważnie.
Dlatego Freki, choć jest ślimakiem, nie jest wcale mało znaczący. Przeciwnie. Jego powolność, niepozorność i komizm przesuwają uwagę z samego „mieć” na „być z kimś”. Dagfrid chce zwierzątka, ale książka nie zatrzymuje się na konsumpcyjnym pragnieniu posiadania. Ślimak wymusza inny rytm. Nie da się z nim pobiegać jak z psem. Nie da się go przytulić jak kota. Nie da się go użyć do widowiskowej zabawy. Trzeba go zauważyć. Trzeba zwolnić. Trzeba przyjąć, że relacja może być dziwna, niedoskonała i nie taka, jaką sobie wcześniej wyobrażaliśmy.
To właśnie tutaj najmocniej widać wartość tej książki. Dagfrid i wymarzone zwierzątko jest zabawne, lekkie i krótkie, ale nie jest puste. Pozwala dziecku przeżyć bardzo rozpoznawalne napięcie: chcę czegoś, dorośli mówią nie, muszę znaleźć sposób, żeby mój głos został potraktowany poważnie. Jednocześnie pozwala dorosłemu zobaczyć własne odruchy. Ile razy mówimy dziecku „nie”, bo naprawdę trzeba odmówić, a ile razy dlatego, że prościej jest utrzymać porządek? Ile razy alergia Odalrika jest rzeczywistym problemem, a ile razy staje się wygodną metaforą rodzinnej hierarchii, w której potrzeby jednego dziecka automatycznie unieważniają potrzeby drugiego?
Nie chodzi oczywiście o to, żeby każdy dziecięcy pomysł natychmiast realizować. To byłby dopiero prawdziwy antyporadnik. Chodzi raczej o to, żeby w dziecięcej zachciance umieć zobaczyć coś więcej niż kaprys. Dagfrid nie chce zwierzątka wyłącznie po to, żeby coś posiadać. Ona chce mieć wpływ. Chce, żeby jej pragnienie nie zostało zbyte jednym zdaniem. Chce, żeby świat, w którym żyje, zostawił jej choćby małą szczelinę na własny wybór.
Ilustracja, która dopowiada charakter
Warto też zwrócić uwagę na narrację. Dagfrid nie opowiada o sobie językiem wygładzonym, szkolnym, podporządkowanym dorosłej poprawności. To narracja pierwszoosobowa, pełna ironii, przesady i dziecięcego gniewu. Dla mnie działa to świetnie, bo książka nie moralizuje z zewnątrz. Pozwala dziecku rozpoznać własne frustracje. Dzieci przecież nie przeżywają odmowy w sposób elegancki. Przeżywają ją całym sobą. Dagfrid ma prawo być zła, a czytelnik ma prawo uznać, że ta złość jest znajoma.
W tym sensie książka Agnès Mathieu-Daudé jest dobrym przykładem literatury dziecięcej, która ufa odbiorcy. Nie sprowadza go do kogoś, komu trzeba wszystko wyjaśnić, uporządkować i zakończyć morałem. Raczej zakłada, że dziecko rozumie więcej, niż dorosłym czasami się wydaje. Potrafi śmiać się z absurdu, odczytać niesprawiedliwość, kibicować bohaterce i jednocześnie wyczuć, że nie każde marzenie spełnia się tak, jak planowaliśmy.
Nie chcę jednak robić z tej książki traktatu. To przede wszystkim świetnie napisana, krótka i bardzo zabawna opowieść. Dagfrid ma energię, język, charakter i tempo. Jej bunt nie jest buntem przeciwko miłości. To raczej bunt przeciwko temu, żeby w tej miłości nie zgubić własnego głosu.
Osobne słowo należy się ilustracjom Oliviera Talleca. Są znakomite, bo nie próbują robić z tekstu czegoś poważniejszego, niż jest, a jednocześnie nie redukują go do samego żartu. Podbijają karykaturalność świata, łagodzą napięcia i nadają bohaterce fizyczną obecność. Ilustracja nie jest tu przerwą od tekstu. Jest jego partnerką.
Alicja Baluch, pisząc o ilustracji w książce dziecięcej, zauważa, że im młodsze dziecko, tym bardziej skupia uwagę na obrazku i traktuje go jako wskazówkę do rozumienia słowa. Ilustracja prowadzi więc dziecko do uporządkowania świata przedstawionego przez konkretyzację treści widocznych w obrazie.5 W Dagfrid działa to bardzo wyraźnie. Rysunki Talleca nie tylko pokazują bohaterkę, ale dopowiadają jej temperament. Widzimy miny, ruchy, drobne przesady ciała. Widzimy, że ta dziewczynka nie jest figurką z dydaktycznej układanki, ale kimś żywym, energicznym i nie do końca przewidywalnym.
I chyba dlatego tak dobrze rozumiem pytanie mojej córki: „Tatku, mogę nową Dagfrid?”. Dziecko bardzo szybko wyczuwa, czy książka mówi do niego z góry, czy raczej zaprasza je do wspólnej zabawy. Dagfrid tę próbę przechodzi. Przynajmniej u nas w domu.
A „wikinżka”? Nadal pewnie częściej powiedziałbym „wikingka”. Ale po tej lekturze nie mam ochoty poprawiać tłumaczki. W „wikinżce” jest coś z Dagfrid. Trochę językowej przekory, trochę śmiałości, trochę zaproszenia do tego, żeby zobaczyć dziewczynkę tam, gdzie wcześniej odruchowo widzieliśmy chłopca z toporem i hełmem. I chyba właśnie o to chodzi w tej serii: żeby świat, nawet ten dawny, mityczny i wikiński, dało się opowiedzieć na nowo głosem dziewczynki, która bardzo chce mieć swoje zwierzątko. I nie zamierza grzecznie czekać, aż ktoś uzna jej marzenie za wystarczająco rozsądne.
Za możliwość przeczytania książki i otrzymany egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Tatarak.
- Alicja Ungeheuer-Gołąb, „Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur”, „Lubelski Rocznik Pedagogiczny” 2020, t. XXXIX, z. 3, s. 175. Autorka pisze, że literatura dla dzieci podlega takim samym ocenom krytycznym jak literatura dla dorosłych i może być wybitna albo słaba; krytykuje także przekonanie, że tekst dla dzieci jest gorszy, ponieważ jest „dla dzieci”. ↩︎
- Alicja Ungeheuer-Gołąb, „Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur”, s. 183. Badaczka wskazuje, że współczesne utwory literackie dla dzieci nie pełnią już głównie funkcji wychowawczej w dawnym sensie, lecz przypada im rola „opowieści”, z której dziecko czerpie wiedzę o życiu społecznym, wartościach, dobru, złu i sobie samym. ↩︎
- Anna Czabanowska-Wróbel, „[Ta dziwna] instytucja zwana literaturą dla dzieci. Historia literatury dla dzieci w perspektywie kulturowej”, „Teksty Drugie” 2013, nr 5, s. 13. Autorka ujmuje literaturę dla dzieci jako instytucję, która nie pozwala powiedzieć „wszystkiego”, lecz to, co dana kultura uznaje za przeznaczone dla dzieci. ↩︎
- Alicja Ungeheuer-Gołąb, „Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur”, s. 183. Autorka podkreśla, że materiał literacki w kanonie czytelniczym małego dziecka powinien być pretekstem do rozmowy o życiu, ponieważ literatura odzwierciedla świat zrozumiały dla dziecka i w pewnym sensie mu go tłumaczy. ↩︎
- Alicja Baluch, „Ilustracja, która prowadzi”, w: Książka dziecięca 1990–2005. Konteksty kultury popularnej i literatury wysokiej, red. Grzegorz Leszczyński, Danuta Świerczyńska-Jelonek, Michał Zając, Warszawa: Wydawnictwo Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich, 2006, s. 152. Badaczka pisze, że im młodsze dziecko, tym bardziej skupia uwagę na obrazku i traktuje go jako wskazówkę do rozumienia towarzyszącego mu słowa; ilustracja prowadzi więc do porządkowania świata przedstawionego. ↩︎
Bibliografia:
Baluch, Alicja, „Ilustracja, która prowadzi”, w: Książka dziecięca 1990–2005. Konteksty kultury popularnej i literatury wysokiej, red. Grzegorz Leszczyński, Danuta Świerczyńska-Jelonek, Michał Zając, Warszawa: Wydawnictwo Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich, 2006.
Czabanowska-Wróbel, Anna, „[Ta dziwna] instytucja zwana literaturą dla dzieci. Historia literatury dla dzieci w perspektywie kulturowej”, „Teksty Drugie” 2013, nr 5, s. 13–24.
Mathieu-Daudé, Agnès, Dagfrid i wymarzone zwierzątko, tłum. Ewa Nicewicz, il. Olivier Tallec. wydawnictwo Tatarak, 2026
Ungeheuer-Gołąb, Alicja, „Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur”, „Lubelski Rocznik Pedagogiczny” 2020, t. XXXIX, z. 3, s. 173–186.