Dagfrid płynie na Grenlandię, czyli wikingowie też mają problemy z…sukienkami
TataCzyta.com > Książki dla dzieci > Dagfrid płynie na Grenlandię, czyli wikingowie też mają problemy z…sukienkami
Dagfrid jutro będzie futro

Dagfrid płynie na Grenlandię, czyli wikingowie też mają problemy z…sukienkami

Muszę się wam przyznać, że bardzo lubię wracać do Dagfrid. Do tej przesympatycznej małej wikinżki, która sama twierdzi, że jej imię brzmi bardziej jak kichnięcie niż normalne imię. I chyba właśnie za to lubię ją najbardziej. Za cięty język, za uparte spojrzenie na świat dorosłych i za to, że nawet wtedy, gdy wokół niej dzieją się rzeczy absolutnie niedorzeczne, ona potrafi nazwać je dokładnie tak, jak trzeba.

Jutro będzie futro Dagfrid okładka wydawnictwo tatarak

Tym razem Dagfrid i jej rodzina wybierają się na Grenlandię. Brzmi jak fascynująca wyprawa, prawda? I w istocie tak jest. W końcu mówimy o wikingach, a jak wiadomo, jest to lud, który podobno niczego się nie boi. Rozszalałe morze, daleka podróż, ślub kuzynki, rodzinne spotkanie. Wszystko zapowiada się jak wielka przygoda. Tyle że w świecie Dagfrid wielka przygoda bardzo szybko potrafi zamienić się w wielką katastrofę. Zwłaszcza kiedy mama postanawia uszyć córce sukienkę.

I nie jest to zwyczajna sukienka. To sukienka, która wygląda trochę jak żagiel, trochę jak sieć rybacka, a trochę jak dowód na to, że dorośli naprawdę nie powinni się wtrącać do decyzji modowych dzieci.

Jutro będzie futro, czyli ślubna katastrofa zaczyna się od stroju

Już ten punkt wyjścia wystarczyłby, żeby było zabawnie. Ale autorka idzie dalej. Okazuje się, że Dagfrid nie jest jedyną osobą skazaną na ślubną kompromitację. Cała rodzina zostaje wystrojona z taką starannością, że trudno nie podejrzewać, iż ktoś tu bardzo pomylił elegancję z widowiskiem. Brat Odalrik, któremu mama mocno zaplata włosy, dostaje w dodatku wymarzoną zbroję zrobioną z czegoś, o czym musicie doczytać sami. Ojciec próbuje zachować godność mimo choroby morskiej. Dorośli są przekonani, że wszystko robią dla dobra rodziny. Każdy ma tu swoją małą katastrofę. I właśnie z tych małych katastrof powstaje wielka przyjemność czytania.

Dagfrid świetnie sprawdza się jako bohaterka, bo nie jest grzeczną dziewczynką od potakiwania dorosłym. Ona patrzy, komentuje i wyciąga wnioski. Czasem złośliwie, czasem bardzo celnie, ale nigdy pusto. Jej humor nie bierze się z chęci dokuczenia innym, tylko z niezgody na absurd. A absurdów w tej rodzinie nie brakuje. Dorośli traktują przygotowania do ślubu z ogromną powagą. Chcą dobrze wypaść, chcą pokazać ród od najlepszej strony, chcą być godni i eleganccy. Problem w tym, że efekt ich starań jest komiczny.

To właśnie jest jeden z największych uroków tej książki. Autorka nie śmieje się po prostu z wikingów. Ona śmieje się z naszych wyobrażeń o dzielności, powadze i rodzinnej reprezentacji. Wikingowie kojarzą się z odwagą, łodziami, wyprawami i wojownikami. Tymczasem tutaj dostajemy rodzinę, która niby należy do świata wielkich podróży, ale w praktyce mierzy się z zupełnie zwyczajnymi problemami. Ktoś źle znosi rejs. Ktoś nie chce założyć ubrania. Ktoś za bardzo się stara. Ktoś inny najchętniej uciekłby od całego zamieszania.

Jutro będzie futro, Odalrik w warkoczach, wydawnictwo tatarak
Lustereczko powiedz przecie….Jutro będzie futro?

I właśnie dzięki temu ta historia jest taka bliska. Bo czy naprawdę trzeba być wikingiem, żeby znać rodzinne przygotowania do ważnej uroczystości? Wystarczy przypomnieć sobie jakiekolwiek wesele, chrzciny, święta albo wyjazd, przed którym wszyscy nagle mają tysiąc spraw, za mało czasu i za bardzo przejmują się tym, co powiedzą na kreację członkowie rodziny. Dagfrid płynie na Grenlandię, ale jej emocje są bardzo znajome. Wstyd, złość, ekscytacja, ciekawość, niepewność. Wszystko miesza się tutaj tak, jak w prawdziwym życiu.

Bardzo podoba mi się to, że książka zaczyna od stroju. Sukienka może wydawać się drobiazgiem, ale dla dziecka taki drobiazg bywa całym światem. Dorośli często tego nie rozumieją. Mówią, że trzeba założyć, bo wypada. Trzeba uczesać się tak, bo będzie ładnie. Trzeba wytrzymać, bo to tylko jeden dzień. Dagfrid pokazuje, że tylko jeden dzień potrafi być bardzo długi, jeśli spędza się go w czymś, co wygląda jak żagiel i sieć rybacka jednocześnie.

Autorka bardzo dobrze rozumie dziecięcą perspektywę. Nie lekceważy jej i nie zamienia w kaprys. Sukienka jest zabawna, ale pod tym żartem kryje się coś ważnego. Dagfrid nie ma wpływu na to, jak ma wyglądać. Ktoś decyduje za nią. Ktoś uważa, że wie lepiej. Ktoś tłumaczy jej, że tak trzeba. Dziecięcy czytelnik natychmiast rozpozna tę sytuację, bo nie dotyczy ona wyłącznie ubrań. Dotyczy każdej chwili, w której dziecko musi dopasować się do dorosłego planu.

Na szczęście książka nie robi z tego ciężkiego dramatu. Jej żywiołem jest śmiech. Sukienka jest okropna, ale jest okropna w sposób tak obrazowy, że trudno nie parsknąć. Ojciec cierpiący na chorobę morską jest zabawny, ale nie zostaje ośmieszony okrutnie. Rodzina Dagfrid bywa nieznośna, ale nadal pozostaje rodziną, z którą chce się spędzać czas na kartach książki. Ten ton jest bardzo cenny. Autorka potrafi być ironiczna, ale nie złośliwa. Potrafi pokazać śmieszność bliskich, nie odbierając im ciepła.

W całej opowieści świetnie działa kontrast między wielkim i małym. Wielka wyprawa na Grenlandię i mała dziewczynka w fatalnej sukience. Wikiński ślub i rodzinne narzekania. Rozszalałe morze i tata, któremu robi się niedobrze na statku. Ród, honor, tradycja i bardzo praktyczne pytanie, czy naprawdę trzeba tak wyglądać. Ten kontrast jest zabawny, ale też bardzo dziecięcy. Dzieci często widzą świat właśnie w szczegółach. Dorośli mówią o wielkich sprawach, a dziecko pamięta, że ubranie gryzło, włosy były za mocno związane, a podróż trwała stanowczo za długo.

Dlatego Dagfrid trafia tak dobrze. Ona nie musi ratować świata, żeby jej historia była ciekawa. Wystarczy, że musi przetrwać rodzinny wyjazd. A to przecież bywa wyprawa większa niż niejeden morski rejs.

Jutro będzie futro, czyli Grenlandia jako spotkanie z innym światem

Warto też zatrzymać się przy samej Grenlandii. W tej książce nie jest ona tylko miejscem na mapie. Jest przestrzenią spotkania z innymi zwyczajami. Rodzina Dagfrid rusza w drogę przekonana, że wie, jak należy się przygotować do ślubu. Stroje mają być odświętne, godne, rodzinne i zapewne bardzo efektowne. Po dotarciu na miejsce okazuje się jednak, że to, co dla jednych wydaje się właściwe, dla innych może wyglądać zupełnie inaczej. Zaczyna się zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością.

I bardzo dobrze, że autorka opowiada o tym lekko. Nie dostajemy tu lekcji tolerancji wypisanej wielkimi literami. Nie ma moralizowania, które często potrafi zepsuć nawet najlepszy pomysł. Jest za to śmiech, zakłopotanie i odkrywanie. Dagfrid i jej rodzina muszą zobaczyć, że ich własne zwyczaje nie są jedyną możliwą normą. To piękny temat, szczególnie w książce dla młodszych czytelników.

jutro bedzie futro wysokie fale

Podróż w literaturze dziecięcej bardzo często służy właśnie temu, żeby zobaczyć świat inaczej. W opracowaniach o Koziołku Matołku podkreślano, że jego wyprawy stały się sposobem poznawania innych kultur oraz uczenia szacunku wobec innego.1 U Dagfrid skala jest mniejsza, bardziej rodzinna, ale sens pozostaje podobny. Bohaterka nie wyrusza przez pół świata po to, żeby potwierdzić własną wyższość. Wyrusza po to, żeby zderzyć się z tym, czego nie zna. A przy okazji odkryć, że najbardziej komiczni bywają ci, którzy są pewni, że wszystko wiedzą najlepiej.

To zresztą jeden z najładniejszych elementów książki. Grenlandia nie jest tu dziwna sama w sobie. Dziwność rodzi się w spojrzeniu przyjezdnych. To rodzina Dagfrid okazuje się niedopasowana, śmieszna i trochę zagubiona. Dzięki temu opowieść unika prostego egzotyzowania. Nie śmiejemy się z innych zwyczajów. Śmiejemy się raczej z tego, jak łatwo człowiek przywozi ze sobą własne pewniki i jak szybko może się okazać, że te pewniki wcale nie są uniwersalne.

Bardzo dobrze wypada także rodzina Dagfrid. To nie jest zbiór grzecznych postaci, które mają tylko przesuwać fabułę do przodu. Każdy wnosi tu własny rodzaj zamieszania. Mama ma swoją wizję stroju. Ojciec ma problem ze statkiem. Brat Odalrik jest dzieckiem, któremu zapewne za często mówi się, że czegoś mu nie wolno. Krewni na Grenlandii dodają kolejny poziom rodzinnej różnorodności. Razem tworzą galerię osób, które bywają śmieszne, uparte, męczące, kochane i nie do zniesienia. Czyli bardzo prawdziwe.

Literatura dziecięca potrzebuje takich rodzin. Nie idealnych, nie wygładzonych, nie ustawionych do wspólnego zdjęcia. Potrzebuje rodzin, w których ktoś przesadza, ktoś panikuje, ktoś chce dobrze, ale wychodzi mu okropnie. Dziecko nie musi czytać wyłącznie o domach bez konfliktów. Przeciwnie, dobrze jest, kiedy widzi, że bliskość może mieścić także irytację i śmiech. Dagfrid pokazuje, że można kochać rodzinę i jednocześnie uważać, że jej pomysły bywają katastrofalne.

Jutro będzie futro, czyli rytm, humor i świetny przekład Ewy Nicewicz

Właśnie dlatego humor tej książki wydaje się tak udany. Nie jest doklejony. Wynika z charakterów, sytuacji i języka. Każda scena ma w sobie potencjał komediowy, bo bohaterowie zachowują się bardzo serio w okolicznościach, które czytelnik widzi jako absurdalne. To jeden z najlepszych rodzajów śmiechu. Dorośli chcą wypaść dostojnie, a im bardziej się starają, tym bardziej wszystko skręca w stronę komedii.

Ogromne brawa należą się Ewie Nicewicz za doskonały przekład na język polski. W przypadku takiej książki tłumaczenie nie może być tylko poprawne. Ono musi mieć rytm, tempo, lekkość i wyczucie żartu, bo humor Dagfrid opiera się nie tylko na tym, co się dzieje, ale także na tym, jak zostaje to opowiedziane. Tutaj wszystko brzmi naturalnie, swobodnie i bardzo żywo. Zdania mają świetną energię, puenty trafiają tam, gdzie powinny, a komizm pozostaje czytelny zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych czytających książkę na głos.

Mam wręcz poczucie, że dorośli będą bawić się przy tej lekturze równie dobrze, bo przekład wydobywa te wszystkie drobne ironie, rodzinne absurdy i zabawne obserwacje, które najmłodsi odbiorcy przyjmą z radością, a starsi docenią jeszcze mocniej. Ewa Nicewicz nadała polskiej Dagfrid głos, który brzmi lekko, dowcipnie i bardzo przekonująco. To przekład, który nie tylko przenosi treść, ale też niesie całą energię opowieści.

Nie bez znaczenia jest też tempo. To książka, którą można przeczytać szybko, z poczuciem, że historia cały czas pędzi naprzód. Najpierw sukienka. Potem przygotowania. Potem rejs. Potem Grenlandia. Potem ślub i kolejne zderzenia rodzinnych oczekiwań z rzeczywistością. Młody czytelnik nie ma czasu się znudzić, bo co chwilę pojawia się nowy powód do śmiechu albo ciekawości. A jednocześnie opowieść nie jest chaotyczna. Ma jasny cel. Wszyscy jadą na ślub. Pytanie brzmi tylko, ile katastrof wydarzy się po drodze.

W tekście wyjściowym bardzo trafnie podkreślono, że największą siłą książki jest głos Dagfrid i jej sposób komentowania świata. Ja również mam poczucie, że bez tej narratorki cała historia mogłaby być po prostu zabawną opowieścią o rodzinnej wyprawie. Dzięki niej staje się czymś znacznie lepszym. Dagfrid nadaje wydarzeniom rytm. To ona wybiera, co jest ważne. To ona widzi, że ślub może być wielkim wydarzeniem dla dorosłych, ale dla dziecka równie ważna jest sukienka, warkocze, zakazy i to, czy ktoś traktuje jego zdanie poważnie.

Bohaterka ma w sobie energię postaci, które zostają z czytelnikiem po zamknięciu książki. Nie dlatego, że są idealne, ale dlatego, że mają własny ton. W literaturze dla dzieci bohater jest szczególnie ważny, bo to jego losy prowadzą młodego odbiorcę przez świat przedstawiony. Badacze zwracają uwagę, że główny bohater stanowi centrum fabuły, a jego działania i cechy porządkują sposób odbioru opowieści.2 Dagfrid doskonale spełnia tę funkcję. Jest centrum zamieszania, ale także centrum obserwacji. Dzięki niej czytelnik nie tylko śledzi wydarzenia, ale też uczy się patrzeć podejrzliwie na dorosłą powagę.

A dorosła powaga naprawdę dostaje tu za swoje. I bardzo dobrze. Książki dla dzieci powinny czasem pozwalać młodym czytelnikom odetchnąć od przekonania, że dorośli zawsze wiedzą najlepiej. Dagfrid pokazuje, że dorośli mogą mieć dobre intencje i fatalne pomysły. Mogą kochać swoje dzieci i jednocześnie uszyć im sukienkę, której nie da się zapomnieć. Mogą mówić o odwadze, a potem blado patrzeć na fale. Mogą wymagać godności, choć sami wyglądają jak uczestnicy rodzinnego przedstawienia.

To nie jest atak na dorosłych. Raczej czułe przypomnienie, że wszyscy jesteśmy trochę śmieszni. Dzieci też, oczywiście. Ale w tej książce to dorośli częściej tracą grunt pod nogami. I może właśnie dlatego młody czytelnik może poczuć ulgę. Świat dorosłych nie jest tak monolityczny, jak się wydaje. Można go podważyć śmiechem.

Ciekawie zapowiada się także warstwa ilustracyjna, bo przy tak plastycznym pomyśle aż trudno wyobrazić sobie tę książkę bez obrazów. Sukienka jak żagiel i sieć rybacka, ślubne stroje całej rodziny, choroba morska ojca, grenlandzkie zwyczaje. To wszystko prosi się o ilustracje. W książkach dla dzieci obraz nie jest dodatkiem. Bardzo często jest drugim głosem opowieści. Może dopowiedzieć puentę, pokazać minę bohatera, rozciągnąć żart albo stworzyć kontrast z tekstem.

W historii literatury obrazkowej dla dzieci wielokrotnie podkreślano znaczenie układu ilustracji i ich dynamiki. Przy omawianiu Koziołka Matołka, które przywołałem wyżej, zwracano uwagę, że cykl obrazków przypomina kolejne klatki filmowe, co wzmacniało ruch i komizm przygód. W przypadku Dagfrid można spodziewać się podobnej zasady przyjemności, choć oczywiście w innej formie. Dziecko śledzi tekst, ale równocześnie czyta twarze, gesty i ubrania. A tu ubrania są niemal osobnymi bohaterami.

Największy potencjał komiczny ma oczywiście sukienka. To jeden z tych rekwizytów, które pamięta się od razu. Każdy miał chyba w dzieciństwie jakieś ubranie, którego nie chciał założyć. Sweter, który gryzł. Buty, które były zbyt sztywne. Koszulę, która miała być elegancka, a była po prostu straszna. Dagfrid dostaje sukienkę z kategorii najgorszych możliwych, a jednak dzięki literaturze ta przykrość zmienia się w żart. To piękny mechanizm. Książka bierze dziecięcy wstyd i zamienia go w opowieść, którą można oswoić.

Warto też zauważyć, że autorka nie buduje napięcia na wielkim zagrożeniu. Nie trzeba smoka, bitwy ani magicznej klątwy. Wystarczy ślub. Rodzina. Podróż. Strój. Inne zwyczaje. To pokazuje, że literatura dla dzieci nie musi stale podnosić stawek, żeby być ciekawa. Dziecięce życie ma własne dramaty i własne przygody. Czasem najważniejsze wydarzenia rozgrywają się nie na polu bitwy, lecz przed lustrem, kiedy trzeba zobaczyć siebie w czymś, czego absolutnie nie chciało się nosić.

Dagfrid bardzo dobrze wpisuje się w ten rodzaj opowieści, który bawi, ale też dyskretnie wzmacnia czytelnika. Pokazuje dziecku, że jego spojrzenie ma znaczenie. Że można zauważyć absurd. Że można nie zgadzać się z dorosłymi, nawet jeśli ostatecznie trzeba z nimi płynąć na Grenlandię. Że śmiech bywa sposobem obrony, ale nie musi nikogo ranić.

I tu dochodzimy do najważniejszej rzeczy. Ta książka jest po prostu bardzo przyjemna. Nie udaje wielkiej rozprawy o kulturze, rodzinie i tożsamości, choć wszystkie te tematy można w niej znaleźć. Przede wszystkim daje radość. A radość czytania jest w literaturze dziecięcej wartością podstawową. Młody odbiorca szybko wyczuwa, czy książka żyje. Badacze kultury dziecięcej przypominają, że dziecko jest wymagającym czytelnikiem, oczekuje atrakcyjności, inspiracji i szybko odkłada tekst, który go nie przekonuje. Dagfrid ma ogromną szansę przekonać, bo od pierwszych scen proponuje coś bardzo konkretnego: śmiech, tempo i bohaterkę, która nie daje sobie odebrać własnego głosu.

Czy trzeba znać wcześniejsze tomy? Na pewno znajomość serii pomaga, bo łatwiej od razu wejść w rytm opowieści i humor Dagfrid. Ale ta przygoda wydaje się na tyle czytelna, że można ją potraktować jako samodzielne spotkanie z bohaterką. Rodzinny wyjazd na ślub to temat prosty i uniwersalny. Wikińska sceneria dodaje mu smaku, ale nie zasłania emocji.

Czy są jakieś słabsze strony? Można podejrzewać, że schemat serii jest już dość rozpoznawalny. Dagfrid obserwuje absurd, rodzina wpada w zamieszanie, pojawiają się komiczne komplikacje, a wszystko zmierza do pogodnego finału. Ale w przypadku książek humorystycznych schemat nie musi być wadą. Liczy się świeżość zdań, celność porównań i energia narracji. Jeśli autorka potrafi sprawić, że czytelnik śmieje się nie tylko z sytuacji, ale także z pojedynczych sformułowań, to powtarzalność konstrukcji staje się raczej obietnicą niż problemem. Wracamy po znany rodzaj przyjemności.

Dla mnie największą wartością tej książki jest połączenie lekkości z czułością. Można śmiać się z rodziny Dagfrid, ale trudno jej nie polubić. Można śmiać się z sukienki, ale rozumie się wstyd bohaterki. Można śmiać się z ojca, który źle znosi statek, ale nie czuje się wobec niego pogardy. To bardzo dobry humor dla dzieci. Humor, który rozbraja napięcie, ale nie niszczy więzi.

A do tego dochodzi jeszcze spotkanie z innym światem. Grenlandia, kuzynka Helda, ślub, odmienne zwyczaje. Wszystko to sprawia, że książka wychodzi poza rodzinny salon i pokazuje, że przygoda zaczyna się wtedy, kiedy trzeba skonfrontować własne przyzwyczajenia z cudzymi. Nie przez wykład, tylko przez śmiech. Nie przez morał, tylko przez sytuację. Takie książki zostają w głowie dłużej, niż mogłoby się wydawać.

Dagfrid płynie więc na Grenlandię, ale tak naprawdę zabiera czytelnika w kilka miejsc naraz. Do świata wikingów, który okazuje się mniej pomnikowy, a bardziej domowy. Do rodziny, która potrafi narobić więcej zamieszania niż sztorm. Do dziecięcego doświadczenia wstydu, które zostaje zamienione w komedię. I do spotkania z innymi zwyczajami, które uczy, że nie wszystko, co nasze, jest jedyną miarą świata.

To bardzo udana, lekka i inteligentna powieść dla młodszych czytelników. Świetna do czytania samodzielnego i wspólnego. Dzieci będą śmiały się z sukienki, z rodzinnego chaosu i z Dagfrid, która mówi to, co inni może tylko myślą. Dorośli też znajdą tu coś dla siebie, zwłaszcza jeśli pamiętają, że czasem najtrudniejszą częścią wielkiej uroczystości jest nie sama uroczystość, ale przygotowania. A dzięki przekładowi Ewy Nicewicz ta przyjemność działa po polsku naprawdę znakomicie. Humor ma rytm, zdania płyną lekko, a dowcip pozostaje zrozumiały dla wszystkich, szczególnie dla dorosłych, którzy będą czytać tę książkę razem z dziećmi.

Jutro będzie futro..?

Taki podtytuł książki świetnie oddaje jej charakter. Jest zabawny, trochę przewrotny i od razu zapowiada, że nie będzie tu pomnikowej opowieści o dzielnych wikingach, tylko historia pełna futer, strojów, rodzinnego zamieszania i śmiechu. „Jutro będzie futro” brzmi jak obietnica kolejnej katastrofy, ale też jak zaproszenie do zabawy językiem, sytuacją i dziecięcą perspektywą.

Po tej lekturze sukienka Dagfrid nadal pozostaje okropna. Ale przestaje być tragedią. Staje się historią, którą można opowiedzieć z uśmiechem. A to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie literatura może zrobić z dziecięcym doświadczeniem. Pokazać, że wstyd, rodzinne napięcie i poczucie niedopasowania można zamienić w opowieść, która bawi, rozbraja i zostaje w pamięci.

To kolejny bardzo udany tom o Dagfrid. Zabawny, szybki, celny i pełen rodzinnego chaosu. Największe atuty to głos bohaterki, świetne poczucie komizmu, ciepły portret rodziny, lekko pokazany temat spotkania z inną kulturą oraz doskonały przekład Ewy Nicewicz, dzięki któremu polska wersja ma rytm, humor i naturalność. Książka bawi, ale nie jest pusta. Pod warstwą żartów opowiada o wstydzie, samodzielnym spojrzeniu dziecka i o tym, że nawet najdziwniejsza rodzina może być najlepszym materiałem na przygodę.

  1. O podróży jako sposobie poznawania innych kultur oraz uczenia szacunku wobec innego zob. Bator Monika, Gierszewska Barbara, Kępczyk Karolina, red., Koziołek Matołek i inne bajkowe zwierzęta w tekstach literatury i kultury, Pacanów 2016. ↩︎
  2. O znaczeniu bohatera jako centrum fabuły i sposobu organizowania odbioru opowieści pisał min. Jerzy Cieślikowski, Literatura i podkultura dziecięca, Wrocław 1975. ↩︎

Bibliografia

Bator Monika, Gierszewska Barbara, Kępczyk Karolina, red., Koziołek Matołek i inne bajkowe zwierzęta w tekstach literatury i kultury, Europejskie Centrum Bajki w Pacanowie, Instytut Filologii Polskiej Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, Pacanów 2016.

Cieślikowski Jerzy, Literatura i podkultura dziecięca, Wrocław 1975.

Cieślikowski Jerzy, Wielka zabawa. Folklor dziecięcy. Wyobraźnia dziecka. Wiersze dla dzieci, Wrocław 1985.

Huizinga Johan, Homo ludens. Zabawa jako źródło kultury, tłum. Maria Kurecka, Witold Wirpsza, Warszawa 1985.

Michał Wilk

Michał Wilk

Nazywam się Michał Wilk. Jestem tatą czwórki dzieci (a wkrótce piątki) i absolwentem filologii polskiej. Moje zainteresowanie literaturą dla najmłodszych nie jest przypadkowe — wynika z potrzeby uważnego przyglądania się temu wciąż niedocenianemu obszarowi kultury. Tworząc tataczyta.com, przyświecała mi myśl, by książki przestały być traktowane jako dodatek czy ozdoba domowych półek, a stały się realnym narzędziem kształtującym wyobraźnię i wrażliwość przyszłych pokoleń.

W recenzjach szczególnie zwracam uwagę na intertekstualność i dialog międzykulturowy — w literaturze dziecięcej wyjątkowo fascynujące. Na blogu publikuję zapowiedzi, premiery oraz rzetelne rekomendacje dla rodzin i młodych czytelników. Poza czytaniem i pisaniem interesuję się fotografią przyrodniczą, zwłaszcza ptakami, której poświęcam każdą z nielicznych wolnych chwil.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

NAJNOWSZE KOMENTARZE

"Kolejna książka dla dzieci, autorstwa Agaty Widzowskiej, " Kalafiornia mon amour" potwierdza..."
4 maja 2026
"Mega ciekawy artykuł, nie wiedziałem że tak to działa z półkulami mózgu..."
21 marca 2026
"Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła". W. Szymborska w wpisie:
Literatura dziecięca bez protekcjonalności. O książce Bercik i Niuniuch
"Kolejny raz czytam Pana recenzje. Są wyjątkowe! Jestem zbudowana Pana postawą, profesjonalnością..."
26 stycznia 2026
Kamila Nowak - autor bajek
"Dziękuję! Jak przyjdzie czas, będzie link do bajek. Podczas nauki języka bardzo..."
9 października 2025
"No no no, nie przypuszczałem, że narracja jest taka ważna i pozytywnie..."
9 października 2025