Czasami zdarzają mi się rozmowy, w których rodzice pytają mnie, w jaki sposób mogą rozbudzić w dziecku zainteresowanie czytaniem. Mam wrażenie, że z podobnym wyzwaniem mierzą się twórcy kampanii „Tata też czyta”, na której miałem przyjemność być w maju. W moim przekonaniu jest to problem znacznie bardziej złożony, niż mogłoby się wydawać. Nie sprowadza się on ani do zakupu atrakcyjnych książek, ani do częstszego powtarzania dziecku, że „warto czytać”. Czytelnictwo jest dziś przedmiotem licznych kampanii społecznych, programów edukacyjnych i działań promocyjnych. Mimo to trudno oprzeć się wrażeniu, że same rozwiązania systemowe nie wystarczają, jeśli nie towarzyszy im zmiana sposobu myślenia o książce.
Najbardziej brakuje mi właśnie tej zmiany jakościowej: odejścia od traktowania czytania jako „musu”, obowiązku albo wyłącznie szkolnej lektury. Uważam, że książka powinna być przedstawiana dziecku nie jako zadanie do wykonania, lecz jako droga, ścieżka rozwoju, przyjemności i stopniowego wchodzenia w kulturę. Nie oznacza to oczywiście rezygnacji z klasyki ani z tekstów dawnych. Mam jednak wątpliwość, czy rozpoczynanie przygody czytelniczej od utworów odległych językowo i kulturowo od współczesnego dziecka zawsze przynosi dobre efekty.
Wydaje mi się, że dzieciom i młodzieży warto najpierw proponować książki świeże, bliskie ich doświadczeniu i wrażliwości, a dopiero później prowadzić je ku tekstom starszym, pokazując, że literatura tworzy ciągłość, do której można wracać coraz dojrzalej.
Przymus może nauczyć techniki, może doprowadzić do przeczytania zadanej liczby stron, może nawet sprawić, że dziecko poprawnie odpowie na pytania dotyczące fabuły. Nie wierzę jednak, że przymus potrafi wzbudzić miłość. Miłość do książek rodzi się inaczej. Powstaje powoli, w codziennych sytuacjach, w atmosferze bliskości, swobody i ciekawości. Dziecko musi poczuć, że książka nie jest przeciwko niemu, że nie jest narzędziem oceny ani kolejnym obowiązkiem, ale może stać się przestrzenią przyjemności, rozmowy, zabawy i własnego odkrywania świata.
W moim przekonaniu najważniejsze jest to, aby oddzielić czytanie od przymusu szkolnego. Oczywiście dziecko musi nauczyć się czytać, a szkoła ma obowiązek rozwijać tę umiejętność. Problem zaczyna się wtedy, gdy książka kojarzy się wyłącznie z odpytywaniem, oceną, streszczeniem i sprawdzianem. Wtedy dziecko nie spotyka się z literaturą jako żywym doświadczeniem, lecz jako z zadaniem do wykonania. Dlatego uważam, że rozbudzanie miłości do książek powinno zaczynać się od atmosfery, a nie od kontroli. Dorosły powinien zapraszać, a nie naciskać. Powinien pokazywać, że książka może być źródłem przyjemności, a nie jedynie obowiązkiem.
W takim rozumieniu literatura dziecięca nie jest dla mnie tylko dodatkiem do wychowania ani prostym narzędziem dydaktycznym. Alicja Ungeheuer Gołąb pisze, że literatura dla dzieci może być ujmowana jako „obszar sztuki, wychowania, piśmiennictwa”.1 To bardzo ważne rozpoznanie, ponieważ pozwala spojrzeć na książkę dziecięcą szerzej. Nie chodzi tylko o to, aby dziecko czegoś się nauczyło. Chodzi także o kontakt ze sztuką słowa, z obrazem, rytmem, humorem, emocją i wyobraźnią. Książka może wychowywać, ale nie powinna być sprowadzana wyłącznie do wychowawczej lekcji. Może uczyć, ale nie musi w każdej chwili udowadniać swojej użyteczności.
Miłość do książek zaczyna się bez presji
Dlatego moim zdaniem jedną z pierwszych rzeczy, od których warto zacząć, jest rezygnacja z presji. Przyznam szczerze, że nigdy nie powiedziałbym dziecku: musisz pokochać książki. To zdanie samo w sobie jest sprzeczne. Czy można wyobrazić sobie miłość z przymusu? Zamiast tego próbowałbym stworzyć takie warunki, w których książka pojawia się naturalnie. Może leżeć przy łóżku, w kuchni, w salonie, w samochodzie, w torbie zabieranej do lekarza. Może być częścią wieczornego rytuału, zabawy, rozmowy albo odpoczynku. Dziecko powinno widzieć, że książka należy do życia, a nie tylko do szkoły.
Oczywiście równie ważna jest dostępność. Książka, która stoi wysoko na półce, zamknięta w regale i wyjmowana wyłącznie za zgodą dorosłego, nie staje się przedmiotem bliskim. Dziecko powinno móc dotykać książek, przeglądać je, wracać do ulubionych stron, oglądać ilustracje, czasem zaczynać od środka, czasem porzucać i wybierać inną. Nie oznacza to braku szacunku do książki. Przeciwnie, prawdziwy szacunek rodzi się z kontaktu, a nie z dystansu. Książka, której nie wolno używać, staje się dekoracją. Książka, po którą można sięgnąć samodzielnie, staje się częścią dziecięcego świata.
W naszym domu dzieci nigdy nie usłyszały, że mają uważać, „żeby nie zniszczyć książki”. Mają pełną zgodę na kartkowanie, oglądanie i samodzielne wybieranie. Oczywiście wiedzą, że przy książkach nie jemy, nie pijemy i nie „poprawiamy” ilustracji. Chodzi jednak o to, aby książka nie była przedmiotem zakazanym, dostępnym tylko pod nadzorem dorosłego.
Warto dodać, że dostępność książek realizowana jest także przez różne instytucje, przede wszystkim biblioteki, ale również przez punkty bookcrossingowe. Specjalne skrzyneczki z książkami można znaleźć w wielu miejskich parkach, szkołach, domach kultury czy osiedlowych przestrzeniach wspólnych. Moim zdaniem są to elementy, które oswajają książkę jako część codzienności, jako przedmiot, po który można sięgnąć niemal tak naturalnie jak po szklankę orzeźwiającej wody.
Równie ważne jest poczucie sprawczości, które zdarza się, że jest przez rodziców bagatelizowane. Przyznam, że sam muszę zagryzać usta, kiedy dziecko chce czytać książkę o Pokemonach, ale chce. Dziecko powinno mieć wpływ na to, co czyta lub czego słucha. Danuta Świerczyńska Jelonek, badając dziecięce kryteria oceny książek, przywołuje wypowiedzi trzecioklasistów, którzy wyraźnie podkreślali własną samodzielność. Jedno z dzieci mówiło: „Ja sam wybieram książki ponieważ nikt nie wie, jakie książki lubię”, inne zaś: „Sama wybieram i nikt mi nie pomaga w wybieraniu”.2 Te słowa są dla mnie bardzo znaczące. Dziecko chce być traktowane jako osoba mająca własny gust, własne zainteresowania i własne powody czytania. Dorosły może doradzać, ale nie powinien zawłaszczać wyboru.
Nie wierzę w jedną książkę, która rozczyta wszystkie dzieci. To, co zachwyci jedno dziecko, dla drugiego może być nudne albo zbyt trudne. Świerczyńska Jelonek zauważa, że nie ma jednej „cud lektury”, która byłaby atrakcyjna dla wszystkich, dlatego potrzebna jest różnorodność doświadczeń czytelniczych.3 Zgadzam się z tym całkowicie. Dorośli często wracają do własnych lektur dzieciństwa i oczekują, że dziecko przeżyje je tak samo. Tymczasem dziecko ma prawo do innej wrażliwości. Może wybrać komiks, książkę obrazkową, atlas dinozaurów, opowieść fantasy, wiersz, książkę popularnonaukową albo audiobook. Każda z tych form może stać się początkiem drogi do czytania.
Miłość do książek rodzi się w rozmowie
Kiedy już rozpoczniecie czytelniczą podróż, warto zadbać o to, aby nie był to dla dziecka samotny rejs przez ocean literatury ani samotna wędrówka po lesie literackich nawiązań. Zachęcam, aby wejść z dzieckiem w relację, którą we współczesnym świecie naprawdę łatwo pominąć albo zignorować. Samo przeczytanie książki nie jest w mojej ocenie aktem wystarczającym. Rodzic jest, moim zdaniem, odpowiedzialny nie tylko za podanie dziecku książki, ale także za rozbudzanie jego zainteresowań, wyobraźni i gotowości do rozmowy. Marta Krasuska Betiuk pisze, że dziecko „nie jest już tylko biernym czytelnikiem utworu, ale jego wykonawcą”, ponieważ może przekształcać gotowy tekst w inny system znaków.4 Właśnie dlatego uważam, że czytanie powinno otwierać dziecko na działanie, opowiadanie i własne interpretacje.
Daleki jestem od tego, by sugerować dydaktyczny stosunek do literatury dziecięcej. Nie zaczynałbym od sprawdzania, czy dziecko wszystko zapamiętało, czy dobrze odnalazło się w fabule i czy potrafi odtworzyć kolejność wydarzeń. Spróbujcie zrobić to trochę inaczej. Zapytajcie, co je rozśmieszyło, co zdziwiło, czego się przestraszyło, której postaci było mu szkoda, czy bohater postąpił dobrze. Takie pytania otwierają rozmowę. Pozwalają dziecku mówić nie tylko o tekście, ale także o sobie. Krasuska Betiuk podkreśla, że inicjowanie kontaktów dzieci z książką pozwala „rozwijać, wzmacniać i pogłębiać zainteresowania książką i czytaniem”, a także dostarcza okazji do wzruszeń, wartościowania i fascynacji tekstem literackim oraz ikonicznym.5
Literatura staje się wtedy bezpiecznym miejscem przeżywania emocji. Dziecko może rozmawiać o strachu poprzez smoka, o zazdrości poprzez bohatera, o samotności poprzez postać z bajki. Nie musi od razu mówić: „ja tak mam”. Może powiedzieć: „ten bohater tak miał”. I często właśnie to wystarcza, aby książka przestała być szkolnym przedmiotem, a stała się narzędziem rozumienia siebie i innych. Rudine Sims Bishop użyła znanej metafory książek jako luster, okien i przesuwanych szklanych drzwi. Książki mogą odbijać doświadczenie dziecka, mogą pokazywać mu świat innych ludzi, a także pozwalać mu wyobraźniowo wejść do innej rzeczywistości.6 Ta koncepcja dobrze pokazuje, dlaczego literatura bywa tak ważna w dziecięcym poznawaniu emocji, relacji i własnego miejsca w świecie.
Nie chcę, aby dziecko było wyłącznie biernym odbiorcą książki. Literatura dziecięca ma ogromny potencjał właśnie wtedy, gdy przestaje być czymś zamkniętym między okładkami. Po przeczytaniu książki można rysować bohaterów, budować ich dom z klocków, wymyślać dalszy ciąg, odgrywać scenki, zmieniać zakończenie albo tworzyć własną książkę. Nie chodzi o to, aby na siłę organizować dziecku kolejne zadanie. Chodzi raczej o to, aby pozwolić mu wejść w opowieść własnym językiem. Wtedy literatura przestaje być przedmiotem do omówienia. Staje się początkiem twórczości.
W przypadku małego dziecka ogromne znaczenie ma także ilustracja. Obraz często poprzedza słowo. Dziecko może jeszcze nie czytać samodzielnie, ale już potrafi oglądać, interpretować, przewidywać, rozpoznawać emocje postaci i opowiadać własną wersję wydarzeń. Ungeheuer Gołąb zwraca uwagę na znaczenie ilustracji i liryki w książkach dla dzieci, a jednocześnie zauważa, że nie zawsze zajmują one należne miejsce w edukacji.7 Dlatego uważam, że dorosły nie powinien traktować ilustracji jako ozdoby. Ilustracja jest częścią opowieści. Czasem mówi więcej niż tekst. Może zachwycić, rozbawić, zaniepokoić, zatrzymać uwagę dziecka i sprowokować pytania. Właśnie od obrazu bardzo często zaczyna się pierwsza dziecięca rozmowa o książce.
Ważne jest również to, aby nie odbierać książce prawa do zabawy. Dziecko poznaje świat przez działanie, ruch, powtarzanie i wyobraźnię. Jeżeli książka zostanie włączona w zabawę, ma większą szansę stać się czymś bliskim. Czytanie może łączyć się z teatrem, plastyką, muzyką, ruchem i tworzeniem własnych opowieści. Nie odbiera to książce powagi. Przeciwnie, pokazuje, że literatura żyje w wielu formach. Dziecko nie musi od razu siedzieć nieruchomo przy stole i analizować tekstu. Może wejść w świat książki poprzez działanie.
Miłość do książek potrzebuje odpowiednich przestrzeni
Nie można też zapominać o bibliotece. Nie chciałbym, aby biblioteka kojarzyła się dziecku wyłącznie z ciszą, zakazami i obowiązkiem wypożyczenia lektury. Grażyna Walczewska Klimczak pisze, że samo czytanie nie musi na początku odgrywać w bibliotece roli pierwszorzędnej, ponieważ biblioteka może być miejscem zabawy, rozmowy, spotkania z rówieśnikami i wspólnych rytuałów.8 To bardzo ważne. Dziecko może najpierw polubić miejsce, a dopiero potem książki. Może przyjść na warsztaty, spotkanie autorskie, zajęcia plastyczne, teatrzyk albo wspólne czytanie. Biblioteka staje się wtedy przestrzenią doświadczenia, a nie tylko magazynem książek.
Walczewska Klimczak przywołuje także ideę biblioteki przyjaznej dziecku, czyli takiej, która jest przygotowana na spotkanie z młodym czytelnikiem i jego emocjami czytelniczymi. To sformułowanie uważam za szczególnie trafne. Dziecko w bibliotece nie powinno być traktowane jak przeszkoda w zachowaniu porządku. Powinno być uznane za pełnoprawnego uczestnika kultury. Bibliotekarz, nauczyciel i rodzic mogą pomóc dziecku w wyborze, ale powinni też dać mu przestrzeń na samodzielne poszukiwanie. W tym sensie biblioteka może być jednym z pierwszych miejsc, w których dziecko doświadcza własnej czytelniczej wolności.
Bardzo ważny jest także przykład dorosłego. Jeżeli chcę, aby dziecko czytało, nie mogę pokazywać mu książki wyłącznie jako dziecięcego obowiązku. Dziecko powinno widzieć dorosłych czytających dla siebie. Nie musi to być zawsze literatura piękna. Może to być reportaż, gazeta, przepis, instrukcja, komiks, poezja, album albo powieść. Ważne, aby dziecko zobaczyło, że czytanie jest częścią codziennego życia. Dorosły nie powinien tylko mówić: czytaj. Powinien pokazać: ja też czytam, mnie też tekst ciekawi, mnie też książka czasem bawi, porusza albo nudzi. Taka autentyczność jest silniejsza niż deklaracje. Dziecko bardzo szybko wyczuwa, czy książka jest w domu żywym przedmiotem, czy tylko rekwizytem wychowawczym.
Trzeba przy tym pamiętać, że samodzielne czytanie jest dla dziecka dużym wysiłkiem. Dorosły często zapomina, że płynna lektura wymaga połączenia wielu umiejętności: rozpoznawania liter, składania sylab, rozumienia słów, zapamiętywania sensu zdań i utrzymania uwagi. Jeżeli dziecko zostanie poprawione po każdym błędzie, może szybko stracić odwagę. Jeżeli będzie porównywane z innymi, książka zacznie kojarzyć się ze wstydem. Dlatego lepiej wspierać małe kroki. Można czytać naprzemiennie, czytać dziecku na głos, pozwalać mu śledzić tekst palcem, wybierać książki z większą czcionką i krótszymi rozdziałami. Najważniejsze, aby dziecko nie poczuło, że książka jest miejscem porażki.
Warto też zgodzić się na powtarzanie. Dzieci często chcą wracać do tej samej książki. Dorosłym może się to wydawać nużące, ale dla dziecka powtórzenie bywa źródłem bezpieczeństwa. Znana historia pozwala przewidywać, cieszyć się ulubionym fragmentem, zapamiętywać słowa i coraz lepiej rozumieć sens. Powtarzanie nie jest brakiem rozwoju. Jest jedną z jego form. Dziecko, które po raz dziesiąty prosi o tę samą opowieść, nie stoi w miejscu. Ono buduje więź z tekstem. Wraca tam, gdzie czuje się dobrze, gdzie zna bohaterów i gdzie może przeżywać historię coraz bardziej świadomie.
Współczesne dziecko funkcjonuje w świecie wielu mediów, dlatego nie uważam, że książka musi z nimi walczyć w sposób agresywny. Ważniejsze jest pokazanie, że literatura może istnieć obok innych form kultury i że różne media mogą prowadzić do opowieści. W tomie Książka dziecięca 1990 2005 Dariusz Grygrowski pisze o publikacjach multimedialnych, które mogą pozwalać użytkownikowi na większą aktywność w kontakcie z utworem, a dobrze przygotowane materiały mogą być wykorzystane w propagowaniu czytelnictwa i edukacji literackiej.9
To pokazuje, że nie każda forma inna niż tradycyjna książka musi być zagrożeniem. Audiobook, słuchowisko, e book, interaktywna opowieść albo książka połączona z działaniem mogą być pomostem do literatury. Nie chodzi o to, aby zastąpić książkę papierową, ale aby nie zamykać dziecku innych wejść do świata opowieści.
Dobór książek również ma ogromne znaczenie. Dziecko potrzebuje tekstów bliskich własnemu doświadczeniu, ale także takich, które otwierają je na inność. W tym miejscu ponownie wróciłbym do metafory Bishop. Książki mogą być lustrami, bo pozwalają dziecku zobaczyć siebie, swoje emocje, rodzinę, lęki i marzenia. Mogą być oknami, bo pokazują inne kultury, inne sposoby życia, inne problemy i inne perspektywy. Mogą być wreszcie drzwiami, bo pozwalają wejść wyobraźnią do świata, którego dziecko jeszcze nie zna. Miłość do książek rodzi się wtedy, gdy literatura jest jednocześnie bliska i poszerzająca.
Nie należy przy tym lekceważyć dziecięcego gustu. Świerczyńska Jelonek pokazuje, że dzieci mówią o książkach własnym językiem. Książka jest dla nich „fajna”, „przyjemna”, „długa i fajna”, ciekawa, bo przygodowa, albo atrakcyjna ze względu na bohatera, który ma dobre pomysły i poczucie humoru. Nie widzę w tym nic złego. Dziecko nie musi od razu posługiwać się kategoriami krytyki literackiej. Jego „fajne” może oznaczać emocjonalne zaangażowanie, przyjemność, identyfikację z bohaterem albo zainteresowanie fabułą. Dorosły może stopniowo wzbogacać ten język, ale nie powinien go wyśmiewać. Jeżeli dziecko mówi, że książka była fajna, to warto zapytać: co dokładnie było fajne? Bohater? Przygoda? Zakończenie? Ilustracje? Humor? W ten sposób zwykłe dziecięce określenie może stać się początkiem rozmowy o literaturze.
Wydaje mi się również, że trzeba odejść od przekonania, że każda książka musi natychmiast wychowywać. Literatura dziecięca ma oczywiście ogromny potencjał wychowawczy, ale dziecko potrzebuje także śmiechu, absurdu, przygody i odpoczynku. Jeżeli każdą lekturę zamienimy w lekcję moralną, dziecko może szybko się zniechęcić. Czasem książka ma po prostu bawić. Czasem ma pomóc zasnąć. Czasem ma zaspokoić ciekawość. Czasem ma dać dziecku poczucie, że może pobyć w innym świecie. Nie wszystko trzeba natychmiast omawiać, podsumowywać i przekładać na morał. Literatura może być pożyteczna właśnie wtedy, gdy pozwalamy jej być także przyjemnością.
W moim przekonaniu miłość do książek rodzi się więc z połączenia wielu elementów: obecności książek, swobody wyboru, rozmowy, zabawy, rytuału, przykładu dorosłych, biblioteki, ilustracji, cierpliwości i różnorodności. Nie ma jednej metody, która zadziała na każde dziecko. Jest raczej sposób myślenia, w którym dziecko traktuje się poważnie jako odbiorcę kultury. Nie jako kogoś, komu trzeba tylko podać właściwy tekst, ale jako osobę, która ma własne emocje, potrzeby i prawo do szukania własnej drogi.
Najważniejsze jest dla mnie to, aby nie oddzielać książki od relacji. Dziecko często pamięta nie tylko treść opowieści, ale także sytuację czytania: głos rodzica, śmiech, wspólne oglądanie ilustracji, rozmowę przed snem, wizytę w bibliotece, pierwszą samodzielnie wybraną książkę. Te doświadczenia budują emocjonalną mapę czytania. Jeżeli mapa ta będzie pełna napięcia, porównań i ocen, dziecko może od książki uciekać. Jeżeli będzie pełna ciekawości, bezpieczeństwa i wolności, dziecko ma szansę do książek wracać.
Dlatego gdybym miał najkrócej odpowiedzieć na pytanie, jak rozbudzić w dziecku miłość do książek, powiedziałbym: nie zmuszać, lecz zapraszać. Nie odpytywać, lecz rozmawiać. Nie narzucać jednego kanonu, lecz proponować różnorodność. Nie poprawiać bez końca, lecz wspierać. Nie traktować książki jak sprawdzianu, lecz jak spotkanie. Dziecko pokocha książki wtedy, gdy odkryje, że literatura może być jego własnym miejscem w świecie.
Przypisy
- Alicja Ungeheuer Gołąb, Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur, „Lubelski Rocznik Pedagogiczny”, t. 39, nr 3, 2020, s. 173. ↩︎
- Danuta Świerczyńska Jelonek, Dziecięce kryteria oceny książki, w: Książka dziecięca 1990 2005. Konteksty kultury popularnej i literatury wysokiej, red. Grzegorz Leszczyński, Danuta Świerczyńska Jelonek, Michał Zając, Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich, Warszawa 2006, s. 234. ↩︎
- Tamże, s.237. ↩︎
- Marta Krasuska Betiuk, Magia słowa, moc wyobraźni, czar ilustracji. Propozycja działań dydaktycznych wokół książki dziecięcej, „Czy/tam/czy/tu. Literatura dziecięca i jej konteksty”, nr 1 i 2, 2016, s. 101. ↩︎
- Tamże, s.102. ↩︎
- Rudine Sims Bishop, Mirrors, Windows, and Sliding Glass Doors, 1990, s. ix. ↩︎
- Alicja Ungeheuer Gołąb, Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur, s. 173. ↩︎
- Grażyna Walczewska Klimczak, Dziecko w bibliotece, w: Książka dziecięca 1990 2005. Konteksty kultury popularnej i literatury wysokiej, red. Grzegorz Leszczyński, Danuta Świerczyńska Jelonek, Michał Zając, Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich, Warszawa 2006, s. 213. ↩︎
- Dariusz Grygrowski, Od literatury audialnej do literatury multimedialnej, w: Książka dziecięca 1990 2005. Konteksty kultury popularnej i literatury wysokiej, red. Grzegorz Leszczyński, Danuta Świerczyńska Jelonek, Michał Zając, Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich, Warszawa 2006, s. 205. ↩︎