Pyszna Środa Procházkovej: nie naprawiaj?!

Przy okazji, jeśli ktoś z Was zna Narnię głównie z filmowych ekranizacji, to naprawdę zachęcam do sięgnięcia po książki Lewisa. Kino, nawet gdy bywa efektowne, naprawdę zubożyło fabułę pierwszych trzech części i spłaszczyło wiele sensów, które na papierze wybrzmiewają mocniej właśnie dzięki metaforze, niedopowiedzeniu i rytmowi opowieści. A warto pamiętać, że Srebrnego Krzesła, czyli czwartej części, a także kolejnych tomów, nie zekranizowano, więc bez lektury ten świat po prostu zostaje urwany w połowie.

Dlatego książkę Pyszna Środa czytam (i odczytuję) jako opowieść stojącą po stronie świata zabawy. Taką, która z tego, co drobne i codzienne, potrafi zbudować przestrzeń znaczeń, w której metafora nie jest ozdobą, tylko sposobem widzenia, a wyobraźnia działa jak mięsień, nie jak kaprys.

Być może niektórzy z Was zapytają, co łączy współczesną czeską literaturę dziecięcą z Lewisem i takim postrzeganiem świata. Otóż bardzo wiele. Także dlatego, że w dobrych tekstach dla młodych odbiorców symbol i metafora nie muszą oznaczać ucieczki od realności. W analizach poświęconych strategiom symbolicznego mówienia o świecie przypomina się, że utwory paraboliczne, alegoryczne czy symboliczne mogą być czytane krytycznie i świadomie, bez redukcjonizmu, z jednoczesnym ujawnianiem, na czym polega instrumentalizacja sensów i zawłaszczanie tego, co nie mieści się w prostym, jednowymiarowym odczytaniu.1 Właśnie to interesuje mnie w książce Pyszna Środa: nie prosta metafora do odhaczenia, tylko wieloznaczność, która pracuje w czytaniu wspólnym, powracającym, rozmownym.

Pyszna Środa jako opowieść o przejściu

Zaproszeniem do takiego postrzegania książki jest sam sposób zawiązania akcji, który znamy z literatury dziecięcej bardzo dobrze, i który zwykle wskazuje na pewne przejście, na przekroczenie granicy. Chodzi mianowicie o pociąg. Ekspres Polarny, druga część Narnii, Harry Potter, to tylko niektóre przykłady, które w pierwszej kolejności przychodzą mi na myśl. Pociąg staje się niejako furtką do innego świata.2 W przypadku książki Pyszna Środa ten środek lokomocji nabiera podobnego wymiaru, staje się wyraźnym sygnałem, krokiem uruchamiającym cały ciąg zdarzeń, które rozegrają się w dalszej części książki. To także element pięknej kompozycji kolistej z motywem powrotu, o której jeszcze napiszę w dalszej części artykułu, bo jest to zabieg porządkujący fabułę.

Pozwólcie, że na chwilę zatrzymam się przy scenie, w której konduktor Młynek robi obchód po zakończeniu biegu pociągu. Jak można się spodziewać, znajduje wówczas różne rzeczy, które roztargnieni podróżni zostawiają na siedzeniach, pod siedzeniami, gdziekolwiek. Co tym razem znajduje? Kapelusz z rozprutą poszewką, koszyk z robótką ręczną, w którym były także dwie czerwone rękawiczki, ale obie na lewą rękę, oraz pluszowego pieska, który „gdy się go nakręciło, mógł machać ogonkiem i robić fikołki, ale brakowało mu kluczyka, więc tylko się gamoniowato uśmiechał”3.

Być może nie zwrócilibyście na te elementy uwagi, ale pozwólcie, że kierując się wewnętrzną potrzebą dekonstrukcyjną, zatrzymam na nich Waszą uwagę, zanim przejdę do ostatniego „znaleziska”, ponieważ w moim odczuciu jest to kolejny doskonały zabieg artystyczny autorki. Spójrzcie na te przedmioty jak na swoistą symbolikę braku, przez pryzmat metaforyki niekompletności, synekdochy świata dorosłych: drobny element materialny odsłania tu większy porządek aksjologiczny.4 To pod względem interpretacyjnym bardzo ważny trop, który będzie się też łączył ze wspomnianym ostatnim „znaleziskiem”. Moja propozycja odczytania tych symboli, w które obfituje Pyszna Środa jest następująca:

  1. Szary kapelusz z podartą podszewką

Szary kolor kapelusza wskazuje na jego nijakość, bezbarwność, przeciętność. Kapelusz był dla kogoś być może mało ważny, a może ten ktoś był w ogóle mało ważny. Jeśli dodamy podartą poszewkę, czyli tak naprawdę wnętrze, uzyskamy pewien ukryty obraz rozpadu pod pozorem porządku. Czyż nie jest to doskonały symbol, w który można wpisać wielu z nas, dorosłych?5 Taka zewnętrzna poprawność, pod którą skrywają się wewnętrzne zaniedbania. Dostrzegam tu także pewne zużycie, być może zmęczenie światem. Trochę jak u Van Gogha malującego buty.

Pyszna Środa i jej symbolika, czyli podarty kapelusz i buty van gogha
Vincent van Gogh, „Para butów”, olej na płótnie, 1886, Muzeum Vincenta van Gogha w Amsterdamie

Jest to także przejaw braku troski o to, co niewidoczne. Może jakaś relacja? Może życie wbrew wyznawanym ideałom? Nie jestem psychologiem, żeby opisać ten stan zgodnie z naukową terminologią, ale dla mnie jest to po prostu bardzo subtelny obraz hipokryzji połączonej z obojętnością, jakby znak naszych czasów.

2. Koszyk z robótką ręczną a w nim dwie lewe rękawiczki koloru czerwonego

Bardzo mocny obraz i świetnie zbudowany kontrast, to metafora niekompetencji wpisana w rekwizyt. Pomyślcie proszę, ile tu jest głębi! Jakie są Wasze skojarzenia z koszykiem z robótką ręczną? Dla mnie to ewidentne skojarzenie z domowością, troską, tradycyjną kobiecą opieką, pamiętam doskonale, jak moja mama robiła na drutach bambosze z akrylowej (!) włóczki, a babcia specjalizowała się w szalikach. Jak myślicie, dlaczego robótkami ręcznymi częściej zajmowały się kobiety? Ponieważ miały do tego cierpliwość i pewną właściwość, którą nazwałbym naprawianiem świata, łaty na spodniach, cerowane pończochy, skarpety.

Dzisiaj to oczywiście zajęcia niepopularne, choć robótki ręczne od wielu lat są w kręgu zainteresowań wielu osób, ale bardziej jako hobby niż konieczność. Ten koszyk jest wobec tego pewną przestrzenią porządku i opieki. I w tej, jakbyśmy tego chcieli, harmonii, bam! Flesh! Dwie lewe czerwone rękawiczki. Jakby nagle w tym porządku pojawił się pewien błąd. Rękawiczki są czymś, co ma za zadanie chronić dłonie, ale w szerszym kontekście nie tylko, a tu okazuje się, że mamy do czynienia z brakiem dopasowania, niespójnością, niedbalstwem.

Dwie lewe rękawiczki nabierają moim zdaniem wręcz idiomatycznego znaczenia z ironicznym przesłaniem. Jeśli jeszcze dodam, że rękawiczki są koloru czerwonego, to myślę, że bez trudu dostrzeżecie emocjonalną nadmiarowość zamiast realnej troski. A może jako całość miały stworzyć ironiczną dekonstrukcję domowej troski? A może mamy tu zasygnalizowane elementy, z którymi zetkniemy się w dalszej części fabuły, czyli pewien obraz świata dorosłych, którzy chcą naprawiać, ale robią to źle? A może to po prostu błąd „systemu”? Zostawiam Was z tymi pytaniami, na które mam nadzieję znajdziecie odpowiedź w książce Pyszna Środa.6

3. Nakręcany piesek bez kluczyka
Na koniec zostawiłem chyba najmocniejszy symbol. Zaznaczam, że nadal jesteśmy na pierwszej stronie książki Pyszna Środa, ale naprawdę uważam, że warto poświęcić chwilkę, żeby tę książkę objąć i przytulić, bo naprawdę jest tego warta. Wróćmy do pieska. Ewidentne skojarzenie z dzieciństwem, prawda?

Nakręcany piesek to przecież zabawka, o której kiedyś można było pomarzyć, dzisiaj dostępne są sterowane zdalnie, robiące siku, szczekające etc., ale dzieci nadal marzą o „nakręcanych pieskach”. To przejaw pewnej mechanizacji, braku autonomii. Dziecko samo nie stanie się posiadaczem takiej zabawki. Najczęściej będzie to prezent od kogoś dorosłego, mamy, taty, cioci… Zabawka zapewne ucieszy każde dziecko, ale gdy zabraknie kluczyka? Kiedy nie będzie baterii?

Mimo przeznaczenia to jednak w pewnym sensie dorosły nadaje sens i pomaga wprawić zabawkę w ruch. Bez kluczyka, bez baterii, świat przestaje działać, dzieciństwo jest pozbawione opieki, pojawia się bezradność. Dostrzegam tu potencjał, bo w moim odczuciu dzieciństwo to wielki potencjał, ale „bez kluczyka”, bez dorosłego, ten potencjał nie ma wsparcia i nie może się rozwijać. Dzieci potrzebują dorosłych, także do tego, by towarzyszyli im w lekturze książki Pyszna Środa.7

Mam nadzieję, że nie zamęczyłem Was jeszcze, ponieważ zostało nam wspomniane ostatnie „znalezisko”.

Co znalazł konduktor Młynek w ostatnim przedziale? „A w ostatnim przedziale ostatniego wagonu znalazł dzidziusia”8. Zobaczcie, co tu się nawyprawiało! Pamiętacie, jak pisałem o tych pociągach w literaturze? Teraz mamy ten moment! Podejrzewam, że ogromna zasługa tłumaczki Julii Różewicz w zbudowaniu tej figury.

Pod względem konstrukcyjnym otrzymaliśmy bardzo ładną kulminację przestrzenną, podkreśloną podwojeniem przymiotnika „ostatni”. Czy nie brzmi to Wam jak dojście do pewnej granicy… świata?9 Ostatni wagon, kres trasy (i jeszcze konduktor nazywa się Młynek! Pomieszanie!). I właśnie na tym końcu pewnej struktury znajduje się początek, życia. Mamy tu naprawdę bardzo mocny układ znaczeń: ostatni przedział, ostatni wagon, koniec pociągu, koniec trasy i nagle niemowlę, które będzie tworzyło kiedyś kompozycję kolistą. Jeszcze wrócimy jako czytelnicy do pociągu, do zaniedbań, teraz jednak dziecko staje się symboliczną figurą odrodzenia.10

Pyszna Środa i świat naprawiania: urzędowa machina

Jeśli potraktujemy pociąg jako metaforę życia, drogi, może społeczeństwa (?), dorosłego świata (?), może w ogóle człowieka dorosłego jako takiego, to ten ostatni wagon jest jego krańcem, peryferią, miejscem zapomnienia, a tam znajduje się dziecko. Czyżby zatem życie zaczynało się na marginesie? Może jako dorośli porzucamy albo gubimy na jakiejś stacji nasze wewnętrzne dziecko? Jest o czym myśleć w trakcie lektury… a my nadal jesteśmy na pierwszej stronie!

Nie będę oczywiście zdradzał całej fabuły książki Pyszna Środa, natomiast chciałbym jeszcze napisać kilka słów o dalszych losach znalezionego dziecka, które tak naprawdę trafia od razu w tryby urzędowej machiny.11 Wiek, waga, długość, „mam ją odłożyć na półkę?” pyta urzędnik, „co za czasy, co za ludzie!” konstatuje wreszcie. Moim zdaniem to kolejny przykład świetnej pracy Julii Różewicz, od razu miałem skojarzenia ze słowami wypowiedzianymi przez Cycerona w rzymskim Senacie, gdy demaskował spisek Katyliny planującego obalenie republiki. Jest to jednocześnie zwrot oburzenia wobec upadku moralności w antycznym Rzymie. Prawda, że znamienne i jakże pasujące do tej historii?

Jak już wspomniałem, „znalezisko”, dziewczynka, wpada w tryby urzędniczej machiny. Punkt rzeczy znalezionych, biuro dyrektora, komisariat policji, izba dziecka, pogotowie opiekuńcze, ośrodek dla niemowląt, i „choć tyle razy przenoszono ją z miejsca na miejsce, dziewczynka cały czas była spokojna, w ogóle nie marudziła i ani razu się nie rozpłakała. Oczywiście pojawił się kolejny problem, który trzeba było rozwiązać. Dziecko trzeba wpisać na listę sierot pod jakimś imieniem… Hiacynta? Elżbieta? Sylwia? Izabela? Anna?… a może po prostu akronim, Hesia. I takie imię się przyjęło”.12

Pyszna Środa, czyli książka o znajdowaniu
Pyszna Środa, wydawnictwo Afera, fragment.

Kiedy Hesia miała już odpowiedni wiek, została przeniesiona do domu dziecka Słonecznik, który mieścił się na peryferiach dużego miasta. Panował tam, chyba mogę tak napisać, artystyczny nieład, nad którym (nie)panowała dyrektorka zwana przez wszystkich Pralinką. „Wyobraźnia dziecka musiała się więc mieć tam doskonale!”.13 Czy potrzeba lepszej rekomendacji dla placówki opiekuńczej, do której Hesia trafia jako osiemdziesiąte czwarte dziecko?

Skoro placówka była miejscem sprzyjającym wyobraźni, to możecie sobie jedynie wyobrazić, że dopóki w ośrodku była dyrektorka sprzyjająca rozwijaniu tego najpiękniejszego kwiatu, działy się tam naprawdę dobre rzeczy. W pewnym jednak momencie dochodzi do nieoczekiwanej zmiany, w każdym obszarze. Chciałbym napisać, że ośrodkiem zaczął zarządzać ktoś dorosły, ktoś, kto chciał wszystko zmienić i naprawić. Czy mu się udało? Czy może efekt przypominał nieco zepsuty kapelusz i pieska bez kluczyka? O tym powinniście przekonać się sami w trakcie lektury książki Pyszna Środa. Oczywiście bez trudu rozszyfrujecie wtedy także sam tytuł.

Chciałbym teraz wrócić na chwilę do wspomnianej przeze mnie już wolty związanej ze stacją kolejową, na której w pewnych okolicznościach, o których dowiecie się z książki, znowu znajduje się Hesia, już nie niemowlę, lecz dziewczynka prowadzona przez tego samego konduktora. Dziewczynka zostaje zauważona przez dyrektorkę Pralinkę, która nie może pozwolić, by Hesia przeżyła po raz kolejny historię swojego dzieciństwa, „bo ta dziewczynka to moje dziecko!”.

I teraz sytuacja się jeszcze bardziej komplikuje, prawda? Żeby zostawić Was z jeszcze większą chęcią sięgnięcia po książkę, przywołam słowa Pralinki:
„Są na tym świecie rzeczy i dzieci, które odnajdują się same, bez pomocy PUNKTU RZECZY ZANLEZIONYCH.(…) Bo tak naprawdę nigdy się nie zgubiły!”

Pyszna Środa Iva Prochazkova Afera
Iva Prochazkova „Pyszna Środa”, wydawnictwo Afera

Pyszna Środa to w mojej ocenie książka dla dzieci i rodziców, każdy znajdzie w niej coś ważnego: dziecko dość zabawną historyjkę, która u mojej córki wzbudziła przynajmniej kilka razy salwy śmiechu, a dla dorosłych to filozoficzny wykład pedagogiki współistniejącej, takiej, która nie dąży do naprawiania, ale stara się zrozumieć, że dzieci powinny być przede wszystkim dziećmi, natomiast dorośli powinni pełnić w ich życiu rolę kluczyka, który będzie napędzał marzenia i wyobraźnię. Jeszcze raz, na zakończenie, chciałbym pogratulować tłumaczce doskonałego wyczucia i kunsztu translatorskiego Julii Różewicz.

Ilustracje i wydanie Pysznej Środy: kolory jabłka i papier

Warto jeszcze wspomnieć o ilustracjach, które wyszły spod ręki Kasi Michałkiewicz-Hansen, ponieważ nie są tu wyłącznie ozdobą, ale dopełniają kompozycyjnie cały utwór i w pewnym sensie prowadzą czytelnika przez ten świat tak samo konsekwentnie jak narracja. Znamienna jest ich spójność kolorystyczna: żółty, czarny i czerwony. To ograniczenie palety nie zubaża, tylko porządkuje znaczenia, jakby ilustracje od początku ustawiały ton opowieści i pilnowały, żebyśmy nie czytali jej wyłącznie dosłownie.

Ta triada kolorów daje się czytać jak jabłko rozumiane jako proces, a nie martwy znak. Żółć przywodzi na myśl etap wzrastania i niedojrzałości, moment „jeszcze nie”, w którym potencjał dopiero się zbiera, a jednocześnie niesie energię, światło, dziecięcą żywotność i ruch, czyli to wszystko, co w Pysznych Środach wiąże się z wyobraźnią i otwieraniem świata.

Czerwień to dojrzałość, gotowość i smak, konkretny czas, kiedy można już sięgnąć, zjeść i dzielić się z innymi, o czym przekonacie się w trakcie lektury, a więc także wejść w doświadczenie, zamiast tylko się do niego przymierzać, ale równocześnie jest to barwa emocjonalnego napięcia, ciepła, pragnienia, impulsu, czasem ostrzeżenia. Czerń natomiast wiąże ten cykl z tym, co najpierwotniejsze: z ziemią, drewnem, naturą, z tym, co stanowi tło i warunek wzrostu, ale też działa jak kontrapunkt, przypominając o cieniu, rygorze i mechanizmach „domykania”, które lubią wkładać rzeczy w rubryki i na półki.

W efekcie ilustracje pracują jak kolejna warstwa opowieści: nie dopowiadają sensów wprost, tylko ustawiają emocjonalne i symboliczne pole, w którym czytelnik zaczyna widzieć więcej. To bardzo pysznośrodowe, bo niewielkim gestem, ograniczoną paletą i prostym motywem uruchamia się wyobraźnię i sprawia, że codzienność nagle zaczyna znaczyć, a dojrzewanie nie wygląda jak linia prosta, tylko jak cykl, w którym coś nabiera barwy, osiada w świecie i dopiero wtedy staje się naprawdę „do wzięcia”.

Na koniec chcę jeszcze podziękować wydawnictwu Afera za jakość wydania. Doceniam doskonały papier, bardzo lubię jego szorstkość i brak „świecenia”. To detal, ale w lekturze dla mnie ważny, bo papier nie narzuca się czytelnikowi, nie odbija światła, nie krzyczy, tylko daje spokój oku i dłoni. I znów, w dziwny, ale trafny sposób, ten materialny wybór idealnie współgra z przesłaniem książki Pyszna Środa: mniej efektu, więcej sensu, mniej błysku, więcej wyobraźni.

  1. Anita Jarzyna, omawiając „utwory alegoryczne czy symboliczne”, podkreśla, że nie należy ich z góry pomijać ani sprowadzać do jednego, „przezroczystego” sensu. Nawet jeśli takie przedstawienia są umowne i nie dają nam dostępu do „rzeczywistości” wprost, to wciąż można i warto czytać je krytycznie na poziomie dyskursywnym i imagologicznym, bo właśnie tam ujawniają się zbiorowe wyobrażenia, językowe nawyki oraz mechanizmy zawłaszczania i instrumentalizacji znaczeń. Jarzyna proponuje w tym kontekście „plan minimum wyobraźni”, który pozwala uniknąć redukcjonizmu, a jednocześnie odsłania to, co tekst robi z sensem i jak go organizuje. ↩︎
  2. M. Hedegaard, Imagination and emotion in children’s play: A cultural-historical approach, „International Research in Early Childhood Education” 2016, Vol. 7, No. 2, s. 65, pisze o tym, że dzieci tworzą play-worldy także na podstawie motywów zaczerpniętych z literatury i mediów, a tematy takie jak podróż mogą wejść do świata zabawy jako element organizujący scenariusz działań. Zob. też tamże, s. 70, o doświadczeniach Elkonina, gdzie wizyta w miejscach takich jak stacja kolejowa i obserwacja ról, na przykład konduktora, wpływa na to, jakie role i jakie ciągi czynności dzieci włączają do zabawy. ↩︎
  3. Iva Procházková, Pyszna Środa, tłum. Julia Różewicz, ilustr. Kasia Michałkiewicz Hansen, Wydawnictwo Afera, 2018, s. 7. ↩︎
  4. M. Hedegaard, Imagination and emotion in children’s play: A cultural-historical approach, „International Research in Early Childhood Education” 2016, Vol. 7, No. 2, s. 61, w omówieniu Wygotskiego: w zabawie dziecko uczy się oddzielać znaczenie od przedmiotu, a „inny przedmiot” działa jako pivot umożliwiający przeniesienie nazwy i sensu, dzięki czemu rzecz staje się nośnikiem znaczenia. ↩︎
  5. M. Hedegaard, Imagination and emotion in children’s play: A cultural-historical approach, „International Research in Early Childhood Education” 2016, Vol. 7, No. 2, s. 61: o tym, że w zabawie dziecko zaczyna oddzielać znaczenie od przedmiotu, a sens może zostać „przeniesiony” dzięki pivotowi, czyli innej rzeczy, która pozwala „ukraść nazwę” i uruchomić sferę semantyczną. To stanowi zaplecze dla odczytywania rekwizytów jako nośników znaczeń, a nie wyłącznie przedmiotów użytkowych.

    ↩︎
  6. A. Guzy, Dziecięce wyobrażenia paidii, „Paidia i Literatura” 2019, nr 1, s. 43: opis etapów tworzenia nowego obrazu umysłowego, w tym dysocjacji, czyli rozkładania elementów na mniejsze, którym przypisywane są nowe znaczenia, oraz syntezy jako momentu powstania wytworu wyobraźni. To dobrze koresponduje z Twoim „rozbieraniem” rekwizytów na znaczące detale i budowaniem z nich sensu.

    ↩︎
  7. M. Hedegaard, Imagination and emotion in children’s play: A cultural-historical approach, „International Research in Early Childhood Education” 2016, Vol. 7, No. 2, s. 70: o tym, że rodzice i edukatorzy są ważni w kierowaniu uwagi dzieci na działania i role oraz w towarzyszeniu im w zabawie, co wpływa na to, jak dzieci włączają obserwowane role i czynności do własnych scenariuszy. To wzmacnia Twoją intuicję o „kluczyku” jako figurze dorosłego, który nie odbiera autonomii, tylko umożliwia uruchomienie działania i sensu. ↩︎
  8. Pyszna Środa, s.7 ↩︎
  9. M. Hedegaard, Imagination and emotion in children’s play: A cultural-historical approach, „International Research in Early Childhood Education” 2016, Vol. 7, No. 2, s. 71: autorka podkreśla, że tematy wyobraźni i fantazji „rozszerzają się” poza codzienność, gdy dzieci wchodzą w kontakt z literaturą i mediami, a to pozwala rozumieć motywy przejścia i przekroczenia jako element organizujący sposób widzenia świata, także w narracjach.

    ↩︎
  10. A. Guzy, Dziecięce wyobrażenia paidii, „Paidia i Literatura” 2019, nr 1, s. 45: w charakterystyce stadium wyobraźni twórczej i spontanicznej pojawia się teza, że dziecko żyje równolegle w świecie realnym oraz wyobrażonym, a świat „na niby” bywa dla niego równie ważny jak realny. To daje mocne zaplecze dla odczytania niemowlęcia jako figury początku i „odrodzenia” wpisanego w logikę końca oraz powrotu, a nie jako jedynie fabularnej niespodzianki. ↩︎
  11. A. Guzy, Dziecięce wyobrażenia paidii, „Paidia i Literatura” 2019, nr 1, s. 45: w charakterystyce stadium wyobraźni twórczej i spontanicznej pojawia się teza, że dziecko żyje równolegle w świecie realnym oraz wyobrażonym, a świat „na niby” bywa dla niego równie ważny jak realny. To daje mocne zaplecze dla odczytania niemowlęcia jako figury początku i „odrodzenia” wpisanego w logikę końca oraz powrotu, a nie jako jedynie fabularnej niespodzianki. ↩︎
  12. D. Brzostek, referując S. Fisha, pokazuje, że procedury interpretacyjne i wytwarzanie znaczeń mogą zostać uruchomione przez instytucjonalny autorytet, a „przedmioty” sensu są w praktyce tworzone poprzez strategie interpretacyjne wprawiane w ruch. To dobrze tłumaczy, że „wpisanie na listę” i nadanie imienia działa jak akt ustanowienia, a nie neutralna czynność. D. Brzostek, Tekst (uczyniony) z kontekstu. Jak rozmawiamy o książkach, które nie istnieją?, „Litteraria Copernicana” 2016, nr 3(19), s. 170.

    ↩︎
  13. M. Hedegaard pisze o potrzebie programów i praktyk, które wspierają w szkole dziecięce wejście w działania wyobrażeniowe i eksploracyjne oraz o tym, że wyobraźnia i eksploracja są ważne w instytucjonalnych warunkach uczenia się. Ten trop dobrze podpiera Twoją intuicję o „artystycznym nieładzie” jako środowisku sprzyjającym wyobraźni. M. Hedegaard, Imagination and emotion in children’s play: A cultural-historical approach, „International Research in Early Childhood Education” 2016, Vol. 7, No. 2, s. 72. ↩︎

Bibliografia

Brzostek Dariusz, Tekst (uczyniony) z kontekstu. Jak rozmawiamy o książkach, które nie istnieją?, „Litteraria Copernicana” 2016, nr 3(19), s. 163–176.

Guzy Anna, Dziecięce wyobrażenia paidii, „Paidia i Literatura” 2019, nr 1, s. 41–53.

Hedegaard Mariane, Imagination and emotion in children’s play: A cultural-historical approach, „International Research in Early Childhood Education” 2016, Vol. 7, No. 2, s. 59–72.

Jarzyna Anita, O czym myślę, kiedy myślę o zwierzętach w edukacji polonistycznej? Siedem odpowiedzi, „Polonistyka. Innowacje” 2020, nr 11, s. 64–76.

Lewis C. S., Srebrne krzesło, przeł. Andrzej Polkowski, Media Rodzina, Poznań 2022, ISBN 978-83-8265-181-2.

Procházková Iva, Pyszna środa, tłum. Julia Różewicz, ilustr. Kasia Michałkiewicz Hansen, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2018.

Ungeheuer Gołąb Alicja, Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur szkolnych, „Lubelski Rocznik Pedagogiczny” 2020, t. XXXIX, z. 3, s. 173–186.

Zapchlony kundel: między śmiechem a poniżeniem

Książka Colasa Gutmana Zapchlony Kundel wywołała niejednoznaczną reakcję odbiorców, co widać w recenzjach publikowanych w popularnym serwisie poświęconym literaturze. W Polsce Zapchlony kundel ukazał się nakładem wydawnictwa Wytwórnia.[1] Wśród zarzutów najczęściej powraca kwestia języka: dosadnego, oceniającego, miejscami opartego na obelgach i ośmieszaniu bohatera.

Taka ocena może dziwić, jeśli pamiętać, że współczesna literatura dla najmłodszych chętnie sięga po trudne tematy oraz emocje, kierując się przeświadczeniem, że dziecko należy wyposażyć w odpowiednie „narzędzia” rozmowy zamiast ochronnej ciszy i przemilczeń. Jednocześnie rosnące znaczenie psychologii rozwojowej i pedagogiki dzieciństwa wytworzyło oczekiwanie, że jedną z funkcji książek jest oswajanie i regulowanie emocji, a nie jak ma to miejsce w przypadku tej książki, ich komplikowanie.

W tym kontekście warto zapytać, czy Zapchlony Kundel rzeczywiście przekracza granice tego, co odpowiednie dla najmłodszych, czy raczej ujawnia napięcie między literacką transgresją, komizmem i prowadzoną lekturą, a współczesnym ideałem literatury bezpiecznej.

Moim zdaniem na odbiór książki w pierwszej chwili wpływa sam tytuł, a właściwie jego przekład, który uruchamia określone skojarzenia kulturowe. Dla części czytelników słowo „kundel” może przywoływać postać Trampa z disneyowskiej animacji Zakochany kundel, a więc figurę sympatycznego outsidera wpisaną w konwencję familijnej opowieści. Spodziewam się, że część czytelników sięgnęła po tę książkę z takim właśnie ładunkiem emocjonalnym.

Zapchlony kundel Colas Gutman
Zapchlony Kundel, wydawnictwo Wytwórnia, Colas Gutman, Marc Boutavant, tłum. Paweł Łapiński

Taki trop wstępnie oswaja potencjalną kontrowersję i ustawia oczekiwania wobec tonu narracji. Jednocześnie decyzje translatorskie, w tym dobór rejestru i brzmienia tytułu w przekładzie Pawła Łapińskiego, nie są neutralne: współtworzą ramę interpretacyjną, w której dosadność i komizm książki będą odczytywane albo jako przygoda w znanej konwencji, albo jako świadome przesunięcie granic języka dopuszczalnego w lekturze dla najmłodszych. Uważam, że tłumacz doskonale żongluje słowem, stosuje frazy, które łatwo odnaleźć w języku potocznym, naprawdę wielki szacunek za tłumaczenie.

Zapchlony kundel (niezbędna) rola dorosłego pośrednika

Ewentualne kontrowersje o rzekomą nieodpowiedniość Zapchlonego Kundla warto potraktować nie jako prostą kwalifikację tekstu, lecz jako pytanie owarunki lektury. Jak słusznie zauważa Alicja Ungeheuer Gołąb, już na etapie wczesnej edukacji należy uświadamiać dziecku, że słowa w literaturze nie służą wyłącznie do przekazywania komunikatów wprost, lecz nabierają znaczeń zależnie od koncepcji autora, a sama literatura może być pretekstem do rozmowy o życiu i relacjach.[2] Ta uwaga pozwala odczytywać dosadne określenia, których nie brakuje w książce Zapchlony Kundel, takie jak: parchata psina, bęcwał, śmierdzi sardynkami, bezużyteczny bałwan i nierób, nie tylko jako narzędzie komizmu i stylizacji, ale również jako pewien potencjalny koszt w kontakcie z najmłodszym odbiorcą, który należy w odpowiedni sposób zbilansować.

wydawnictwo wytwórnia, Zapchlony Kundel

Z perspektywy kulturowo historycznej, inspirowanej Lwem Wygotskim, kluczowe jest moim zdaniem to, że dziecko dopiero uczy się rozdzielać słowo od rzeczy i operować znaczeniem jako czymś umownym. Mariane Hedegaard podkreśla, że w rozwoju wyobraźni decydujący jest moment, w którym dziecko zaczyna oddzielać obiekt od znaczenia i operuje znaczeniami słów, które zastępują obiekty.[3] Dla dzieci w wieku około czterech czy pięciu lat oznacza to większą skłonność do dosłownego traktowania słów i łatwiejsze przenoszenie ich do codziennej mowy.

Hedegaard zwraca uwagę, że zabawa oraz fikcja uczą dziecko operowania znaczeniami i radzenia sobie z napięciem emocjonalnym, ale jako aktywność społeczna, uczona w interakcji, zależna od wsparcia otoczenia.[4] W tym sensie powtarzanie obraźliwych określeń może być dla dziecka nie tyle aktem intencjonalnego ranienia, ile formą testowania granic, siły słowa i reakcji dorosłych.[5]

Zapchlony Kundel, książka nie dla każdego

Gdyby postawić pytanie, czy taki język rani uczucia dziecka, to prawdopodobnie nie znajdziemy jednej odpowiedzi. Ryzyko rośnie, gdy dziecko silnie identyfikuje się z bohaterem, na przykład z powodu przywiązania do zwierząt, albo gdy w jego środowisku pojawia się doświadczenie wyzwisk i etykietowania. Wtedy komizm oparty na poniżeniu może budować poczucie, że ośmieszanie jest normą relacji. W tym miejscu szczególnie widoczna staje się rola pośrednictwa: dorosły powinien moim zdaniem dopowiedzieć, że w tekście jest to zabieg narracyjny, ale w realnym świecie podobny język rani i wyklucza.

Dopełnieniem tej perspektywy jest wątek etyczny związany z językiem wobec zwierząt. Anita Jarzyna pokazuje, że potoczna mowa potrafi utrwalać przemoc symbolicznie, między innymi przez słowa, które odmawiają zwierzętom podmiotowości, a praca z lekturą może być ćwiczeniem rozpoznawania mechanizmów manipulacji językowej.[6] W Zapchłonym kundlu epitety czynią z psa przede wszystkim obiekt do obśmiania, a nie partnera relacji. Nie przesądza to o wartości literackiej książki, ale czyni ją bardziej wymagającą w odbiorze, ponieważ bez rozmowy łatwo ją odczytać jako przyzwolenie na poniżanie.

Zapchlony kundel na tle innych psich bohaterów

Warto zobaczyć Zapchlonego Kundla na tle innych rozpoznawalnych w kulturze dziecięcej figur psiego bohatera, bo dopiero w takim zestawieniu widać, że spór o nieodpowiedniość nie dotyczy wyłącznie brzydkich słów, lecz modelu relacji i sposobu budowania podmiotowości zwierzęcia. Innymi słowy, pytanie brzmi nie tylko: czy dziecko usłyszy przezwisko, ale także: jakiego psa ma się nauczyć widzieć w literaturze.

W najbardziej klasycznym wariancie, reprezentowanym na przykład przez Lampo u Pisarskiego, pies funkcjonuje w pewnej logice afirmacji i etycznego oswojenia. Taki pies ma pewną moc sprawczą, jest wierny, dzielny, a jego relacja z ludźmi ma charakter wspólnotowy i emocjonalny. Podobnie jest z Lessie, Szarikiem i wieloma innymi psimi bohaterami.

Zapchlony Kundel, Lampo i Tramp
Psi bohaterowie: Zapchlony Kundel, Lampo i Tramp

Tak skonstruowany bohater zachęca czytelnika do solidarności, a ryzyko moralnej dwuznaczności jest ograniczane przez to, że cierpienie i krzywda psa są wprost rozpoznawalne jako zło. Stanowisko takie można opisać językiem krytycznej edukacji animalistycznej. Rąbkowska pokazuje, że w wielu kanonicznych tekstach ujawnia się ambiwalencja w traktowaniu zwierząt, ale jedne gatunki, postrzegane jako użyteczne dla człowieka, bywają wyraźnie dowartościowane, wśród nich wymienia właśnie psy, konie i koty.[7] Lampo jest blisko tego schematu: pies jako ktoś bliski człowiekowi, a więc wart troski, ochrony i empatii.

Inny, równie silny wzorzec prezentuje popkultura, w tym disneyowski Tramp z Zakochanego Kundla. Tramp jest kundlem, ale kundel nie działa tu jak obelga, tylko jak swoista tożsamość charakteryzująca sympatycznego outsidera, którego cechuje temperament, humor i własna etyka. Różnica wobec podejścia zaproponowanego przez Gutmana jest zasadnicza: Disney zwykle nie buduje komizmu na obrzydzaniu psa i jego degradacji językowej, tylko na kontrastach środowiskowych, obyczajowych i na romantycznym napięciu. To ważne także z perspektywy edukacyjnej. Jarzyna podkreśla duże znaczenie dowartościowania pozaludzkich podmiotów oraz rolę literatury jako medium umożliwiającego dostęp do zwierzęcej perspektywy, także w ujęciach, które są umowne lub antropomorfizujące.[8]

Jeszcze inny model, bardzo mocny emocjonalnie, daje współczesna opowieść o bezdomności psa, jak Remik z Psierocińca Agaty Widzowskiej. Tu pies nie jest komediowym bohaterem, lecz narratorem i świadkiem utraty domu, a cała konstrukcja opiera się na przywracaniu godności zwierzęciu, które jest zależne od ludzi i narażone na ich przemoc. Ten typ narracji szczególnie dobrze ujawnia potencjał literatury jako narzędzia rozmowy, bo temat jest trudny, ale jednocześnie wyraziście prowadzi emocje dziecka ku empatii.

W takim ujęciu lektura działa jak sytuacja wspólna, w której dorosły może pomóc dziecku nazwać lęk, współczucie i odpowiedzialność. Z perspektywy Hedegaard, która inspirowała się Wygotskim, kluczowe jest właśnie to, że dziecko uczy się przetwarzać napięcia emocjonalne w aktywności wyobrażeniowej, ale w sposób społeczny, w interakcji i przy wsparciu otoczenia. Remik jest zatem przykładem literatury wymagającej, ale w innym sensie niż Gutman. W Psierocińcu trudna dla dziecka może okazać się sama treść, natomiast język i konstrukcja etyczna wzmacniają mimo wszystko podmiotowość psa, co jest zabiegiem pożądanym przez młodego czytelnika.

Na tym tle Zapchlony Kundel Gutmana wypada jako projekt świadomie odmienny: pies oraz jego podmiotowość są konsekwentnie obniżane językiem, kundel funkcjonuje w książce w pewnej antyestetyce brudu, zapachu, a także nieporadności. Mechanizm komiczny opiera się tu w dużej mierze na degradacji, a więc na czymś, co można nazwać językowym biciem. I tu wraca podstawowa różnica między transgresją fizjologiczną, typową dla książek o kupach, o czym już pisałem, a transgresją relacyjną. Ta pierwsza narusza tabu obyczajowe, ale nie musi uderzać w godność konkretnej postaci. Ta druga działa przez etykietę i wyśmianie, a więc dotyka norm mówienia o słabszym. Dlatego w przypadku Gutmana rośnie znaczenie pośrednictwa dorosłego.

Ungeheuer Gołąb przypomina, że już we wczesnej edukacji warto uświadamiać dziecku, iż słowa w literaturze nie muszą działać wprost, lecz nabierają znaczeń zależnie od koncepcji autora. Bez takiej ramy dziecko może potraktować przezwiska jako gotowe narzędzia codziennej komunikacji, tym bardziej że, jak pokazuje Hedegaard, młodsze dzieci potrafią używać słów obscenicznych po to, by sprowokować dorosłych i wejść w grę społeczną, testując granice. Podobnie mogą działać mocne epitety o bohaterze z książki Gutmana – nie muszą świadczyć o chęci ranienia, ale mogą stać się atrakcyjnym repertuarem, bo działają.

Wobec tego, co napisałem wyżej, gdyby zestawić Lampo, Trampa i Remika z psem Gutmana, widać, że różnica dotyczy nie tylko poziomu języka, ale również kierunku emocjonalnego treningu. Lampo i Remik zapraszają do solidarności i współczucia, Tramp do identyfikacji z outsiderem, natomiast Gutman prezentuje dzieciom w swojej konwencji degradujący śmiech. Moim zdaniem to nie musi automatycznie czynić książki złą – przeciwnie, czyni ją bardziej wymagającą, ponieważ łatwo o odczytanie jej jako przyzwolenia na poniżanie, jeśli zabraknie rozmowy, która rozdzieli zabieg literacki od normy relacji.

Zapchlony Kundel i transgresja językowa

Uważam, że w tym miejscu konieczne jest doprecyzowanie, jakiego typu transgresję uruchamia książka Gutmana. W tradycji tekstów dziecięcych transgresja często dotyczy tabu cielesności i tego, co niskie, brudne, wstydliwe, a jej funkcją bywa ocalanie przez śmiech i odwrócenie porządku świata. Weronika Rąbkowska, opisując dziecięcy folklor i jego literackie przekształcenia, podkreśla osłaniającą siłę śmiechu oraz wywrócenia norm, a także fakt, że elementy potencjalnie trudne bywają neutralizowane przez parodię. Książki o kupach wpisują się zazwyczaj w taki model, ponieważ ich fabuła, a także ilustracje, przekraczają normę obyczajową, natomiast raczej nie są skierowane w godność konkretnej postaci.

Zapchlonym Kundlu transgresja częściej ma charakter relacyjny i językowy, bo opiera się na etykietowaniu i ośmieszaniu bohatera poprzez przezwiska oraz obrzydzające porównania. Komizm jest tu częściowo komizmem degradującym. Przykłady takie jak parchata psina czy bęcwał są etykietami pogardliwymi, które dziecko może skopiować jako gotowe narzędzia ranienia innych, zwłaszcza jeśli czytanie odbywa się bez komentarza.

Z kolei porównania w rodzaju stary wydeptany dywanik czy śmierdzi sardynkami korzystają z mocnej, cielesnej obrazowości: mogą bawić, ale też uczą, że obrzydzanie jest akceptowalnym sposobem mówienia o kimś. Określenie nie odróżnia łapy prawej od lewej ośmiesza niekompetencję i daje model wyśmiewania słabszego. Dlatego pytanie o odpowiedniość książki dla najmłodszych należy rozumieć nie jako zakaz, lecz jako postulat lektury prowadzonej. W duchu Wygotskiego i Hedegaard chodzi o takie prowadzenie, aby dziecko było o krok dalej niż potrafi samo, ale nie zostało samo z napięciem i nie wyniosło z książki wyłącznie repertuaru obelg.

Praktyka rozmowy może być prosta: nazwać, że dane słowa są przezwiskami lub obrzydzaniem, zapytać, co one robią bohaterowi i po co narrator ich używa, a na końcu postawić granicę między językiem literackim a normą relacji w świecie realnym. Wtedy nawet ostry rejestr staje się materiałem do ćwiczenia empatii i świadomości językowej, zamiast wzmacniać zgodę na poniżanie.

POST SCRIPTUM

Impulsem do tej lektury była wzmianka zamieszczona na profilu Powiatowej Biblioteki Publicznej w Łowiczu, która sprawiła, że po książkę sięgnąłem, a zderzenie oczekiwań z intensywnością języka i sposobem prowadzenia komizmu doprowadziło do powstania niniejszego elaboratu. W tym sensie tekst jest nie tylko recenzją, lecz także próbą uchwycenia, jak działa rekomendacja i jak szybko potrafi przerodzić się w pytanie o granice literatury dziecięcej oraz o rolę lektury prowadzonej.

Jednocześnie ta sytuacja przypomina, jak ważną rolę pełnią biblioteki w promowaniu dobrej literatury. Bibliotekarka i bibliotekarz nie są jedynie „wydającymi książki”, lecz kuratorami czytania: podsuwają tytuły, które poszerzają repertuar poza to, co akurat modne, reklamowane albo najłatwiej dostępne, i pomagają dopasować lekturę do wrażliwości, wieku oraz potrzeb dziecka. Dzięki temu biblioteka staje się realnym pośrednikiem między tekstem a rodziną, a jej rekomendacje mogą inicjować rozmowy o języku, emocjach i granicach, czyli o tym, czego nie da się załatwić samym hasłem „książka dla dzieci”.

Na koniec dodam jeszcze, że celowo nie wspomniałem w tej recenzji o przyjacielu Zapchlonego Kundla, czyli Płaskocie, ani o przygodach, które spokojnie można nazwać tarapatami. Nie zrobiłem tego wyłącznie po to, by nie odbierać czytelnikom przyjemności odkrywania fabuły i zachęcić do sięgnięcia po książkę oraz wyrobienia sobie własnego zdania na jej temat.

Zapchlony Kundel i jego przyjaciel kot Płaskot
Zapchlony Kundel i jego przyjaciel kot Płaskot

Przypisy:

  1. C. Gutman, Zapchlony kundel, tłum. P. Łapiński, Wytwórnia, 2024. ↩︎
  2. A. Ungeheuer Gołąb, Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur, „Lubelski Rocznik Pedagogiczny” 2020, t. 39, z. 3, s. 177. ↩︎
  3. M. Hedegaard, Imagination and emotion in children’s play: A cultural historical approach, „International Research in Early Childhood Education” 2016, vol. 7, no. 2, s. 61. ↩︎
  4. M. Hedegaard, tamże, s. 62. ↩︎
  5. M. Hedegaard, tamże, s. 71. ↩︎
  6. A. Jarzyna, O czym myślę, kiedy myślę o zwierzętach w edukacji polonistycznej? Siedem odpowiedzi, „Polonistyka. Innowacje” 2020, nr 11, s. 68–69. ↩︎
  7. Rąbkowska E., Dzieci, zwierzęta i wielka zabawa. Przekształcenia wątków zwierzęcego folkloru w polskiej literaturze dla dzieci…, „Polonistyka. Innowacje” 2017, nr 5, s. 99. ↩︎
  8. A. Jarzyna, tamże, s. 73 ↩︎

Bibliografia

Gutman C., Zapchlony kundel, tłum. P. Łapiński, Wytwórnia, 2024.

Hedegaard M., Imagination and emotion in children’s play: A cultural historical approach, „International Research in Early Childhood Education” 2016, vol. 7, no. 2, s. 55–74.

Jarzyna A., O czym myślę, kiedy myślę o zwierzętach w edukacji polonistycznej? Siedem odpowiedzi, „Polonistyka. Innowacje” 2020, nr 11, s. 65–79.

Rąbkowska E., Dzieci, zwierzęta i wielka zabawa. Przekształcenia wątków zwierzęcego folkloru w polskiej literaturze dla dzieci…, „Polonistyka. Innowacje” 2017, nr 5, s. 91–106.

Ungeheuer-Gołąb A., Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur, „Lubelski Rocznik Pedagogiczny” 2020, t. 39, z. 3, s. 171–182.

Mysia Ferajna i sztuka uważnego patrzenia

Mysia Ferajna Zuzanny Trojnackiej-Dasiak otwiera się dla mnie dialogiem znalezionym w innej książce. W Berciku i Niuniuchu, którą niedawno recenzowałem, natrafiłem na wymianę zdań, która nie daje mi spokoju i którą chcę uczynić kluczem do tej opowieści.

„Gdybyś istniał naprawdę, dawno ktoś by cię odkrył, jakiś naukowiec”.
„To trochę skomplikowane”.
„Chcę wiedzieć”.
„To nie jest odpowiedni moment”.
„Niby dlaczego?”
„No dobra. Widzą nas tylko dzieci. Dorośli nie”.

Na pierwszy rzut oka to tylko żartobliwa wymiana zdań, drobny błysk w dialogu. A jednak kryje się w niej coś istotnego. Prosta i trochę bolesna obserwacja, że dzieci widzą więcej nie dlatego, że wiedzą więcej, lecz dlatego, że ich uważność nie zdążyła jeszcze stępieć. Dorośli zaś często przestają dostrzegać to, co nie mieści się w rubrykach, definicjach i racjonalnych wytłumaczeniach.

Możecie zapytać, dlaczego robię z tego dialogu myśl przewodnią tekstu o książce tak innej niż Bercik i Niuniuch. Właśnie dlatego, że świetnie otwiera drzwi do świata dziecięcej wrażliwości, której dorośli coraz częściej nie chcą albo nie umieją traktować poważnie. Dotyczy to nie tylko czytelników, ale czasem także twórców. Jakby w XXI wieku zapomnieli o fantastycznych istotach, krasnoludkach, faunach, wróżkach, gadających myszach. Jakby nie pamiętali, że w bajkach zwierzęta potrafią mówić, a niemożliwe potrafi być całkiem blisko.

Mysia Ferajna i tradycja opowieści, które dojrzewają z czytelnikiem

A przecież nie trzeba długo szukać dowodów na to, że dziecięce historie są potrzebne również dorosłym. Mały Książę, Opowieści z Narnii, Alicja w Krainie Czarów to lektury, które dojrzewają razem z czytelnikiem i za każdym razem przypominają, że dorosłość nie musi oznaczać ślepoty na cud. Wystarczy odrobina odwagi, by znów zacząć widzieć.

Mysia Ferajna Zuzanna Dasiak Trojanowska

I właśnie w tym duchu dostrzegłem jednego z bohaterów Mysiej Ferajny, Pioruna, który nosi w sobie coś z narnijskiego Ryczypiska. Choć to tylko mysz, emanuje odwagą, lojalnością i szlachetnością, które przywodzą na myśl tego małego, ale wielkiego w sercu wojownika. To kolejny dowód na to, że literatura dla najmłodszych potrafi budować postaci inspirujące niezależnie od wieku i rozmiaru.

Zanim przejdę do samej recenzji, muszę przyznać, że nie byłbym sobą, gdybym nie rozejrzał się w literackim półświatku w poszukiwaniu znaczeń. Czasem tropy przychodzą od razu, czasem dopiero po czasie, kiedy tekst osiada w głowie. A czasem działa to jeszcze inaczej. Najpierw czytamy opowieść, a dopiero potem okazuje się, że stoi za nią cała tradycja, całe stado dawnych obrazów, które gdzieś już widzieliśmy, tylko nie zawsze potrafimy je od razu nazwać.

Myszy w literaturze, od heroikomicznej wojny do szkolnej lektury

Zwierzęta w literaturze bywają jednocześnie bliskie i obce. Bliskie, bo należą do codziennego otoczenia, do dziecięcej obserwacji, do języka porównań, do domowych historii, które opowiada się przy stole albo przed snem. Obce, bo literatura często czyni z nich figury, znaki ludzkich lęków, pragnień i stereotypów. W nowszych ujęciach coraz mocniej wybrzmiewa jednak myśl, że opowieści o zwierzętach nie muszą sprowadzać się do mówienia o człowieku. Mogą stać się ćwiczeniem w wyobraźni nieantropocentrycznej, w której zwierzę nie jest tylko dekoracją ani pretekstem do morału. Wtedy nie pytamy wyłącznie o to, co mysz mówi o człowieku, ale także o to, jaką sprawczość otrzymuje w świecie przedstawionym i co literatura robi z jej zwierzęcością.

Państwowa Szkoła Muzyczna I i II st. im prof. Józefa Świdra w Jastrzębiu-Zdroju
„Bryła lodu”, czyli sala koncertowa Państwowej Szkoły Muzycznej I i II st. im prof. Józefa Świdra w Jastrzębiu-Zdroju (zdjęcie ze strony szkoły)

A jednak odruchowo wracamy do stereotypu. Być może dlatego tak długo pierwszym, niemal automatycznym skojarzeniem myszy i literatury pozostają obrazy bardzo konkretne i przyziemne, jak choćby pogryzione książki, które jakiś czas temu musiałem przenieść do garażowej biblioteki.

Kiedy jednak wróciłem do właściwego dyskursu, zacząłem myśleć o myszach, skądinąd bohaterkach Mysiej Ferajny, jak o istotach wyjątkowo pojemnych znaczeniowo. Szybko dotarło do mnie, że mysz potrafi być jednocześnie słaba i sprytna, wycofana i uparta, cicha i uporczywa. Potrafi budzić czułość, ale też lęk, bo jest intruzem, pojawia się po cichu, w nocy, pod podłogą, w spiżarni. Ambiwalencję tej relacji widać także w tym, że to, co dorosłym wydaje się odrażające, dla dziecka bywa po prostu ciekawe i nawet piękne, oglądane bez odruchu wstrętu przejętego od innych1.

Nie bez powodu właśnie myszy tak często trafiają do opowieści w zasadzie od zarania dziejów, z naszego podwórka wystarczy przypomnieć choćby Popiela, którego podobno myszy zjadły. W tym zwierzęciu jest więc coś, co idealnie pasuje do dziecięcego doświadczenia świata, świata dużych ludzi, wielkich reguł, obcych pomieszczeń, drzwi, których nie wolno otwierać, spraw, których się nie rozumie.

Zwierzęta w opowieściach dziecięcych są dziecku bliskie nie tylko jako część otoczenia, ale też jako istoty w pewien sposób zbieżne z jego wrażliwością, dzięki czemu łatwiej nimi opowiedzieć to, co trudne do wypowiedzenia wprost2. Do tego dochodzi perspektywa, w której język i kultura produkują hierarchie między ludźmi i zwierzętami, a razem z nimi gotowe stereotypy gatunkowe, więc mysz może działać jak swoista soczewka, przez którą można dostrzec, jak łatwo zdarza się nam przypisać komuś miejsce gorsze, niechciane, podejrzane3.

Patrząc przez mysi pryzmat, możemy dostrzec wszystkie rozsypane na podłodze w filharmonii okruchy, ale prawdopodobnie nie dostrzeżemy ich braku. Ot, taka ludzka perspektywa. Wreszcie literatura dla dzieci bywa traktowana jako przestrzeń wczesnej edukacji, w której tekst staje się pretekstem do rozmowy o życiu i sposobem tłumaczenia świata, a mysz, mała i uparta, pozwala ten świat zobaczyć z dołu, z miejsca, gdzie reguły są najbardziej dotkliwe4.

mysia ferajna i inne książki zuzanny trojnackiej-dasiak
Zuzanna Trojnacka-Dasiak: Mysia Ferajna, Głodne Buty, Jastuś

Myszy w wysokiej formie

Warto też pamiętać, że myszy w literaturze mają tradycję znacznie starszą niż nasze współczesne książeczki dla dzieci. Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów jest Batrachomyomachia, poemat o wojnie żab z myszami, zbudowany według schematu właściwego dla eposu heroicznego, ale przestawiony w tryb heroikomiczny. Uderza w nim konsekwencja antropomorfizacji. Myszy mają genealogie i tytuły, prowadzą narady, wypowiadają wojnę, zbroją się i walczą w pojedynkach. Nie są więc gryzoniami, które tylko udają herosów, ale postaciami, które wewnątrz świata przedstawionego naprawdę wchodzą w rolę wojownika.

Gdyby ktoś chciał przeczytać poemat, załączam pdf z poematem Batrachomyomachia, str. 204

I właśnie ta spójność uruchamia komizm inny niż prosty dowcip z samego pomysłu zwierzęcego eposu. Śmieszność rodzi się z napięcia między tym, kim zwierzę jest w porządku realnym, a kim staje się w porządku literackim, kiedy dostaje wysoką formę i jej reguły5. W efekcie zwierzęcy kostium okazuje się narzędziem poważnym, bo prowadzi wprost do pytań o granice interpretacji i o to, gdzie kończy się sens, a zaczyna nadinterpretacja, zwłaszcza wtedy, gdy sam tekst świadomie gra z konwencją6.

Mysz jako sąsiad

Zuzanna Trojnacka Dasiak zastosowała w swojej książce podobną konwencję, jeśli chodzi o antropomorfizację. Jej bohaterowie to istoty z krwi i kości. Autorka nie sięga jednak po kategorię komizmu, tutaj wszystko dzieje się naprawdę. Nie chcę zbytnio zdradzać fabuły, jednak w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że ferajna przechodzi swoistą ekspiację za cały mysi ród. Nie tyle w sensie spektakularnej przemiany, ile przez serię prostych, konkretnych działań. Myszy zaczynają pomagać ludziom, odśnieżają chodnik, sprzątają, pomagają znaleźć zaginionego królika.

Te gesty odwracają typową sytuację intruza i uruchamia możliwość innego spojrzenia na gryzonie. Nie jest to proces tak widowiskowy jak u Jacka Soplicy czy Kmicica, ale sądzę, że część czytelników może po lekturze zmienić swój stosunek do myszy, choćby na poziomie odruchu. Polecam także doskonały artykuł z myszami w tytule, który na potrzeby bloga napisała Kamila Nowak.

Naturalnie, być może to moja nadinterpretacja, nieco naciągana, ale uważam, że każdy powód sprzyjający poszerzeniu horyzontów interpretacyjnych wart jest tego, by go przywołać. W moim odczuciu literatura jest pod wieloma względami wyjątkowa, ponieważ potrafi rozszczelnić kulturowe nawyki myślenia o gatunkach i o tym, komu przypisuje się miejsce gorsze lub podejrzane7. Właśnie dlatego materiał zwierzęcy, także u Trojnackiej-Dasiak, staje się po prostu materiałem literackim. Staje się Mysią Ferajną.

Zwierzęta w szkole, narzędzie czy zagadka?

W trakcie lektury pojawiła się u mnie jeszcze jedna refleksja i bardzo ważne pytanie o to, co szkoła robi z literaturą, skoro zwierzęta w opowieściach potrafią działać tak mocno. W refleksjach o edukacji podkreśla się, że literatura dla dzieci jest przestrzenią wczesnej edukacji i wychowania literackiego, a dobór lektur powinien inicjować rozmowy nie tylko o zjawiskach literackich, lecz także o życiu8. Zwierzęta są tu naturalnym sprzymierzeńcem, bo pozwalają przechodzić od opisu świata do rozmowy o wartościach, relacjach i odpowiedzialności.

Problem zaczyna się wtedy, gdy szkolna lektura chce to przejście wymusić zbyt szybko i zbyt prosto, zamieniając opowieść w serię oczywistych wniosków. Jarzyna zauważa, że praca ze zwierzętami na lekcjach łatwo osuwa się w natrętnie moralizatorski ton i powtarzanie frazesów, które niewiele zmieniają w sposobie myślenia uczniów, a raczej uspokajają dorosłych9.

Stąd ważne rozróżnienie między literaturą dla dzieci a literaturą dziecięcą. W tej pierwszej mocniej ciąży funkcja dydaktyczna i pozycja nadawcy, wpisana już w samo dla, które łatwo ustawia dziecko jako obiekt wychowywania. W tej drugiej mocniej dochodzi do głosu artyzm i traktowanie młodego odbiorcy jako równoprawnego uczestnika lektury, a nie adresata pouczeń10. W wariancie czysto dydaktycznym zwierzę bywa narzędziem, które ma kogoś czegoś nauczyć. W wariancie bardziej artystycznym zwierzę może pozostać zagadką, osobnym bytem, który stawia opór łatwym morałom i nie daje się od razu zamknąć w jednej tezie.

W nowszych propozycjach czytania coraz częściej mówi się o przesunięciu językowym i interpretacyjnym, które osłabia opozycję człowiek i zwierzę oraz uruchamia perspektywę nieantropocentryczną. Kluczowe jest uświadomienie sobie, jak bardzo podziały gatunkowe i potoczne kategorie są kulturowe, a przez to często opresyjne, i jak łatwo język redukuje zwierzę do stereotypu. Dla czytania literatury o myszach oznacza to prostą czujność. Czy mysz jest tylko figurą biedy, strachu i brudu, czy też ma w tekście jakąś sprawczość, własną logikę istnienia, choćby w ramach umownej bajki albo parodii.

Współczesnym polem, na którym zwierzęta wyjątkowo często stają się protagonistami, jest też komiks dla najmłodszych. W analizach tego medium podkreśla się dwa sposoby konstruowania zwierzęcych postaci. Pierwszy zwraca się w stronę człowieka, zwierzęta pomagają opowiadać o ludzkich emocjach i zachowaniach. Drugi kieruje uwagę czytelnika ku naturze i edukacji przyrodniczej, co wpisuje się w biocentryczne myślenie o człowieku jako jednym z elementów wspólnoty biologicznej11. To ważne rozszerzenie także dla tematu myszy. Gryzoń w komiksie może działać jako mały bohater o wielkiej energii, detektyw, sąsiad, przyjaciel, postać komiczna, ale też jako punkt wejścia w opowieść o ekosystemie. W obu przypadkach stawka jest podobna. Czy zwierzę ma służyć wyłącznie jako maska dla człowieka, czy ma szansę stać się centrum opowieści.

Po co nam te dygresje

I po co nam to wszystko w recenzji Mysiej Ferajny. Po to, żeby zobaczyć, że mysz w literaturze nie jest drobnym gadżetem. Ona potrafi unieść ciężar bardzo różnych opowieści. Od heroikomicznej wojny, przez folklor i szkolną lekturę, po współczesną narrację o rodzinie, bezpieczeństwie i budowaniu domu. Myszy są wyjątkowe, bo łatwo przenoszą napięcie między małością a heroizmem, między tym, co ukryte, a tym, co publiczne, między strachem a śmiechem. I dlatego w tej małej książce, o której za chwilę, pojawiają się w samym centrum, a nie na marginesie.

Z taką myślą wracam do Mysiej Ferajny.

W pierwszym szeregu stawiam rodzinę myszy, a właściwie ferajnę, jak określa tę zbiorowość autorka. Dla mnie, mieszkańca centralnej Polski, słowo to miało początkowo nieco pejoratywny wydźwięk. Kojarzyło mi się przede wszystkim z filmem Martina Scorsesego Chłopaki z ferajny albo z głośną swego czasu książką Jacka Harłukowicza Chłopcy z ferajny. Okazuje się jednak, że dla mieszkańców Śląska, a ściślej Górnego Śląska, skąd pochodzi autorka, ferajna funkcjonuje naturalnie w odniesieniu do rodziny, zwłaszcza wielopokoleniowej. Zatem Mysia Ferajna to piykno łopowieść ô rodzinie (proszę o ewentualną korektę w komentarzu). I jest to w mojej ocenie klucz do tej książki.

Mysia Ferajna
Mysią ferajnę poznajemy w dość dramatycznych okolicznościach…jak potoczą się jej losy?

Mamy więc bohaterów nieoczywistych. Myszy, zwierzęta niewielkie, które w kulturze funkcjonują gdzieś na peryferiach ludzkiego świata. Tymczasem tutaj zajmują miejsce centralne. Nie są dekoracją, nie są też prostą figurą do morału, tylko wspólnotą, która ma własne potrzeby, własny rytm i własną wrażliwość. I właśnie temu chcę się w tej recenzji przyjrzeć najdokładniej, temu, jak autorka buduje mysz jako postać z krwi i kości oraz jak przestawia utrwalone wyobrażenia o gryzoniach w stronę opowieści o bezpieczeństwie, trosce i budowaniu domu.

Przyjrzyjmy się zatem ferajnie, którą zastajemy w dość dramatycznych okolicznościach. Jest zima, a bohaterowie znajdują się w sytuacji bezdomności, choć być może to określenie jest nieco na wyrost. Od pierwszych zdań, mimo patowej sytuacji, przez opowieść przebija się światło, które uważny czytelnik z pewnością dostrzeże. Zwracam uwagę na metaforyczne ciepłe promienie zimowego słońca. W książkach zawsze szukam detalu, haczyka, na który pozwolę się złapać autorowi. W tym przypadku jest nim poetycki kontrast, który już w pierwszym zdaniu nadaje narracji emocjonalny i zmysłowy ton. Dla mnie to także sygnał, że opowieść będzie prowadzona z optymizmem, a tego w literaturze dla dzieci bardzo potrzeba i tego oczekuję po dobrej książce dla najmłodszych.

Kolejne zdania potwierdzają to przypuszczenie. Ferajna, skazana na bezdomność, doświadcza mimo wszystko dobra ze strony człowieka, pewnej łaski, bo oto zamiast trutki za dokonane przez gryzonie zniszczenia pojawia się żywołapka. Powraca więc klasyczny bajkowy motyw winy i kary, ale w wersji, która daje nadzieję na nowy początek. Mysia Ferajna okazuje się silną wspólnotą, rodziną, która próbuje na nowo ułożyć sobie życie.

Prezes Mysiej Ferajny, Teodor, postanawia, że już nigdy nie dopuści do sytuacji, w której jego bliscy będą musieli spać w takich warunkach. Po krótkim spacerze trafia do miejsca wyjątkowego, do bryły, która przypomina górę lodową. Autorka buduje tu ciekawy kontrast. Z jednej strony potrzeba ciepła i schronienia, z drugiej monumentalność lodowej bryły. Świat małych gryzoni spotyka się z wielkością ludzkich budowli. To moment, w którym baśniowa opowieść styka się z rzeczywistością także dosłownie.

Jeśli spojrzymy na tekst przez pryzmat lokalności, bez trudu rozpoznamy miejsce, do którego zmierza Mysia Ferajna, salę koncertową Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia imienia profesora Józefa Świdra w Jastrzębiu Zdroju. A polana, na której poznajemy mysią rodzinę, to najprawdopodobniej Park Zdrojowy w tym samym mieście. I to jest świetna okazja, by porozmawiać z dziećmi o muzyce. Nie tej z aplikacji, lecz prawdziwej, obecnej tu i teraz. Muzyka, choć często niedostrzegana, jest jedną z muz, które kształtują nasze człowieczeństwo, porządkuje emocje, buduje wrażliwość. A przecież właśnie o to chodzi w dobrej literaturze dziecięcej.

Na osobne zatrzymanie zasługują także ilustracje autorstwa Pauliny Chrapek, które nie pełnią w Mysiej Ferajnie funkcji czysto dekoracyjnej. To obrazy prowadzące własną narrację, subtelnie dialogujące z tekstem, a momentami wręcz go dopowiadające. Widać w nich wrażliwość artystki, która swobodnie porusza się między różnymi estetykami i nie boi się eksperymentu. Ilustracje Chrapek są czułe, ale nie przesłodzone. Poetyckie, lecz nie infantylne. Budują atmosferę bezpieczeństwa i bliskości, a jednocześnie pozostawiają miejsce na niepokój i tajemnicę, dokładnie tam, gdzie literatura dziecięca bywa najciekawsza. Dzięki nim świat mysiej ferajny nabiera materialności i emocjonalnej głębi, stając się przestrzenią, w której młody czytelnik może się zatrzymać, a dorosły może odnaleźć zapomniane sposoby patrzenia.

Mysia Ferajna - ilustracje Pauliny Chrapek
Paulina Chrapek stworzyła piękne ilustracje do opowieści o Mysiej Ferajnie

Z ogromną przyjemnością oprowadziłbym was po kolejnych przestrzeniach stworzonych przez autorkę, zarówno tych fizycznych, które można odnaleźć w nowym domu Mysiej Ferajny, jak i tych symbolicznych, budujących świat mysich wartości. Obawiam się jednak, że gdybym to zrobił, zdradziłbym wszystkie mysie sekrety, a tych w tej niewielkiej książeczce naprawdę nie brakuje.

Dlatego zamiast prowadzić was wyłącznie moim tropem, zachęcam, żebyście sami poszukali Mysiej Ferajny w księgarni, w bibliotece, a jeśli tam się nie uda, to być może pomocna okaże się strona autorki w serwisie Facebook.

Naprawdę warto sięgnąć po tę książkę. To opowieść ciepła, przyjazna i zaskakująca, a jednocześnie taka, która przywraca wiarę w dziecięcą uważność i w to, że niemożliwe potrafi być całkiem blisko. I jeśli miałbym tę książkę wpisać w szerszy porządek, to powiedziałbym tak. Mysia Ferajna przypomina, że zwierzęcy bohater nie musi być tylko przebraniem dla człowieka. Może być prawdziwą postacią, z własnym rytmem, własnym lękiem i własną odwagą. A my, czytelnicy, mali i duzi, możemy się od tej małej ferajny uczyć czegoś, co wcale nie jest małe. Uważności, wspólnoty i umiejętności zaczynania od nowa.

Przypisy:

  1. Ewelina Rąbkowska, „Dzieci, zwierzęta i wielka zabawa. Przekształcenia wątków zwierzęcego folkloru w polskiej literaturze dla dzieci i młodzieży w perspektywie kulturowych studiów nad zwierzętami (cultural animal studies)”, „Polonistyka. Innowacje”, nr 5, 2017, s. 96 do 97, DOI: 10.14746/pi.2017.1.5.8 ↩︎
  2. Tamże, s. 86. ↩︎
  3. Anita Jarzyna, „O czym myślę, kiedy myślę o zwierzętach w edukacji polonistycznej? Siedem odpowiedzi”, „Polonistyka. Innowacje”, nr 11, 2020, s. 72, https://doi.org/10.14746/pi.2020.11.6. ↩︎
  4. Alicja Ungeheuer-Gołąb, „Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur”, „Lubelski Rocznik Pedagogiczny”, t. XXXIX, z. 3, 2020, s. 183, 10.17951/lrp.2020.39.3.173-186 ↩︎
  5. Jakub Zbądzki, „Alternatywne odczytania Batrachomyomachii. W poszukiwaniu tradycji i kontekstów poematu”, „Facta Ficta. Journal of Theory, Narrative & Media”, 2022, s. 22, https://doi.org/10.5281/zenodo.8389943 ↩︎
  6. Tamże, s. 23. ↩︎
  7. Anita Jarzyna, „O czym myślę, kiedy myślę o zwierzętach w edukacji polonistycznej? Siedem odpowiedzi”, s. 72. ↩︎
  8. Alicja Ungeheuer-Gołąb, „Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur”, s. 183. ↩︎
  9. Anita Jarzyna, „O czym myślę, kiedy myślę o zwierzętach w edukacji polonistycznej? Siedem odpowiedzi”, s. 64. ↩︎
  10. Alicja Ungeheuer-Gołąb, „Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur”, s. 175–176. ↩︎
  11. Kamil Wrzeszcz, „Gdy ludzi nie ma, zwierzęta harcują. Motywy zwierzęce w polskim komiksie dziecięcym”, „Paidia i Literatura”, 2022, nr 4, s. 8, https://doi.org/10.31261/PiL.2022.04.05. ↩︎

Bibliografia

Jarzyna, Anita. (2020). O czym myślę, kiedy myślę o zwierzętach w edukacji polonistycznej? Siedem odpowiedzi. Polonistyka. Innowacje, nr 11, 72, 64. https://doi.org/10.14746/pi.2020.11.6

Rąbkowska, Ewelina. (2017). Dzieci, zwierzęta i wielka zabawa. Przekształcenia wątków zwierzęcego folkloru w polskiej literaturze dla dzieci i młodzieży w perspektywie kulturowych studiów nad zwierzętami (cultural animal studies). Polonistyka. Innowacje, nr 5, 86, 96–97. https://doi.org/10.14746/pi.2017.1.5.8

Ungeheuer Gołąb, Alicja. (2020). Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur. Lubelski Rocznik Pedagogiczny, t. XXXIX, z. 3, 175–176, 183. https://doi.org/10.17951/lrp.2020.39.3.173-186

Wrzeszcz, Kamil. (2022). Gdy ludzi nie ma, zwierzęta harcują. Motywy zwierzęce w polskim komiksie dziecięcym. Paidia i Literatura, nr 4, 8. https://doi.org/10.31261/PiL.2022.04.05

Zbądzki, Jakub. (2022). Alternatywne odczytania Batrachomyomachii. W poszukiwaniu tradycji i kontekstów poematu. Facta Ficta. Journal of Theory, Narrative & Media, 22–23. https://doi.org/10.5281/zenodo.8389943

Literatura dziecięca bez protekcjonalności. O książce Bercik i Niuniuch

Kiedy sięgam po kolejną książkę dla dzieci, często towarzyszy mi wrażenie, że literatura dziecięca próbuje „zaprojektować” swojego czytelnika. Tworzy figurę odbiorcy modelowego, podporządkowaną dorosłym wyobrażeniom o dzieciństwie, rozwoju i potrzebach poznawczych. W tym sensie literatura dziecięca wyjątkowo często realizuje figurę czytelnika modelowego: takiego, którego reakcje, emocje i wnioski zostają zaprogramowane jeszcze zanim padnie pierwsze zdanie. Tymczasem dziecięca percepcja świata nie jest prostym przeciwieństwem percepcji dorosłych. Przeciwnie, bywa jej zaskakująco bliska, choć wyrażana innym językiem.

Literatura dziecięca jako przestrzeń doświadczenia

Redukowanie dziecka do roli socjologicznego konstruktu, ukształtowanego przez normy wychowawcze i dydaktyczne, grozi stworzeniem obrazu, który nie przystaje do rzeczywistych doświadczeń, emocji i problemów młodego odbiorcy. Stawką nie jest tu jedynie estetyka czy literacka jakość, lecz sposób, w jaki dziecko uczy się rozumieć siebie i innych.

Czy robi to poprzez gotowe odpowiedzi, czy poprzez doświadczenie niejednoznaczności. A przecież tekst literacki, także dziecięcy, nie jest „skończony” bez czytelnika. Jak przypomina Umberto Eco, „tekst (…) stanowi ciąg środków wyrazu, które muszą zostać zaktualizowane przez adresata”, a „ponieważ tekst ma być dopiero zaktualizowany, jest (…) niekompletny”1. W tym kontekście szczególnego znaczenia nabierają książki, które rezygnują z protekcjonalnego tonu i zamiast narzucać gotowe interpretacje traktują dziecko jako pełnoprawnego uczestnika komunikacji literackiej. To właśnie one pozwalają czytelnikowi podążać za bohaterem w sposób harmonijny, we własnym tempie, bez dydaktycznego przymusu i sztucznego zadęcia.

Literatura dziecięca w Polsce

W mojej ocenie dyskusja o kondycji literatury dziecięcej w Polsce niemal nie istnieje w głównym nurcie. A przecież to właśnie kontakt z książką przez dziesięciolecia kształtował, i nadal kształtuje, sposób postrzegania świata i zjawisk, które w nim zachodzą. Nie brakuje u nas znakomitych badaczek i badaczy literatury dziecięcej, jednak ich głos zbyt często ginie w populistycznym szumie uproszczeń, marketingowych haseł i przelotnych trendów. A to wielka strata.

Współczesna literatura dziecięca a schematy dorosłych

Nie chodzi mi oczywiście o to, by traktować współczesną literaturę dziecięcą jako zbiór gotowych scenariuszy czy instrukcji rozwiązywania problemów. A jednak, jako rodzice, dostrzegamy zapewne, że nasze reakcje w sytuacjach wychowawczych bywają żywcem zaczerpnięte z poradnikowego nurtu obecnego w książkach dla najmłodszych. To właśnie tam odnajdujemy wzorce zachowań dorosłych, modele relacji i schematy radzenia sobie z emocjami. W moim przekonaniu dobra literatura dziecięca powinna przede wszystkim otwierać się na czytelnika, a nie próbować go modelować.

Jak zauważa Rudine Sims Bishop:

Kiedy dzieci nie widzą siebie w książkach, jakie czytają, lub gdy obrazy, które widzą, są zniekształcone, uczą się, że są niewidzialne w społeczeństwie, w którym żyją. Z drugiej strony, książki mogą poszerzać horyzonty dzieci, pomagając im lepiej rozumieć innych. Wszyscy czytelnicy zasługują na to, by widzieć siebie w książkach – i jednocześnie by zaglądać przez okna do innych światów”.”2

Czeska literatura dziecięca jako ważny kontekst

Ta, być może wymagająca, teoretyczna podbudowa wydaje mi się konieczna, by wprowadzić Was w świat współczesnej czeskiej literatury dziecięcej. Muszę przyznać, że bardzo mnie ona zaskoczyła. Spodziewajcie się, że na blogu pojawi się jeszcze więcej recenzji książek od naszych południowych sąsiadów. To za sprawą wydawnictwa Afera, które konsekwentnie popularyzuje czeską literaturę w Polsce.

Przyjrzyjmy się więc jednej z takich pozycji, niezwykłej książce Petry Soukupovej Bercik i Niuniuch. Aby zrozumieć bohatera i jego motywacje, wystarczy, a może nawet nie trzeba się specjalnie wysilać, wyobrazić sobie sytuację, w której jako dziecko powoli wkraczające w okres młodzieńczego buntu doświadczacie rozpadu rodziny. Rodzice przestają tworzyć wspólnotę, a mama, ta pierwsza i najważniejsza kobieta w życiu chłopca, wchodzi w nowy związek z innym mężczyzną, Richardem. W takiej właśnie rzeczywistości musi odnaleźć się Bercik.

Warto przy tym pamiętać o skali zjawiska jakim są rozwody. W 2024 roku w Polsce odnotowano 57,5 tysiąca rozwodów, z czego 57% dotyczyło rodzin wychowujących przynajmniej jedno dziecko. Oznacza to, że co najmniej 32 tysiące dzieci doświadczyło rozpadu rodziny i jest to liczba minimalna, przyjęta przy założeniu jednego dziecka na rozwód. W rzeczywistości była ona zapewne znacznie wyższa3.

W tej opowieści nic nie jest jednoznaczne ani przewidywalne, być może dlatego, że nie znamy całej historii. Wkraczamy w nią, podobnie jak Bercik, niejako z marszu. Po prostu jedziemy na wakacyjny wyjazd z chłopcem, jego mamą i jej nowym partnerem. To klasyczny motyw drogi, która ma doprowadzić do… no właśnie. Do czego?

Bercik jako bohater literatury dziecięcej

Docieramy do domku w górach, gdzie czekają już dwie inne rodziny z dziećmi, w tym siostra Słonia Morskiego, jak Bercik nazywa Richarda. Mimo że „wszyscy lecą się witać z Richardem, jakby był najfajniejszym facetem na świecie”, Bercik nie potrafi zdobyć się nawet na najmniejszy gest. Nie udaje uśmiechu, nie ukrywa niechęci. Pozostaje sobą: zbuntowanym, rozgoryczonym chłopcem, który wolałby pojechać do swojego taty. Tatę, którego imienia nie wymienia przez całą opowieść. A mimo to jego obecność, a właściwie nieobecność, ciąży nad każdą sceną i pozostaje dla chłopca niezwykle istotna.

Soukupová z wielką sprawnością porusza się w przestrzeni emocjonalnej. Buduje historię z wielu perspektyw, co ma kluczowe znaczenie zarówno dla głębi tej opowieści, jak i jej odbioru przez młodego czytelnika. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, więc to oczywiście Bercik jest naszym przewodnikiem.

Siła opowieści tkwi jednak również w tym, jak wpływa on na innych. Początkowo budzi sympatię. Współczujemy mu i rozumiemy jego opór. Ale z czasem pojawia się irytacja oraz potrzeba postawienia granicy. Chcielibyśmy powiedzieć: „Dość, opamiętaj się. Krzywdzisz innych, robisz źle”. I właśnie ta irytacja jest doświadczeniem formacyjnym. Zmusza czytelnika do wyjścia poza prosty mechanizm identyfikacji. To jedna z najważniejszych cech dobrej literatury. Pozwala nam wejść głęboko w emocje bohatera, nie odbierając przy tym zdolności do refleksji, oceny i empatii.

Jeśli przyjrzymy się uważnie bohaterom tej rozwodowej opowieści, dostrzeżemy bez trudu, że niemal całe otoczenie Bercika stara się pomóc mu zrozumieć sytuację, dojrzeć, spojrzeć na nią z innej perspektywy. Ale to nie jest rzeczywistość, którą młody, zbuntowany chłopiec jest w stanie tak po prostu zaakceptować. Nawet gra komputerowa, którą otrzymuje od nowego partnera mamy, nie stanowi wystarczającego „wkupnego”. Próba nawiązania relacji ze strony Richarda kończy się gniewną pretensją:

„Co ty niby możesz rozumieć?! Bo co to za teksty, że rozumie, że mi ciężko.”

„Więcej, niż ci się wydaje. Moi rodzice też się rozstali.”

Literatura dziecięca Bercik i niuniuch
Jedziemy, chociaż nie chcę…

Richard jest dla chłopca tak odrzucający, że postrzega go oraz innych tatusiów w sposób, którego trudno szukać w rodzimej literaturze dziecięcej. To jest jedno z tych zdań, które mnie zaskoczyły w sposób pozytywny, ze względu na autentyzm przekazu. Dodatkowo podkreśla go doskonała ilustracja Petra Korunki:

„Wyłażę przed dom. Ale tu siedzi Richard i reszta tatusiów, palą, mają otwarte piwa i omawiają wycieczkę rowerową, na którą chcą się wybrać po obiedzie.”

Bercik i niuniuch - richard
Richard oczami Bercika

Zwróćcie uwagę na pięknie opisaną odrazę wobec człowieka. Naprawdę wielki szacunek dla autorki i tłumaczki Julii Różewicz. Czytaliście w jakiejś polskiej książce dla dzieci podobne zdania? Mam wrażenie, że palenie tytoniu i spożywanie alkoholu w rodzimej literaturze dziecięcej skończyło się wraz z erą wierszyka „opowiem ci bajkę itd.”

Wspomniałam już, że autorka operuje wieloma perspektywami, by jak najpełniej oddać emocjonalny obraz cierpiącego Bercika. Mamy zatem relacje: syn i mama, syn i tata (choć nieobecny), mama i partner, partner i Bercik, Bercik i inni uczestnicy wyjazdu, i wreszcie Bercik i Niuniuch. Jako odbiorcy dostajemy pełny garnitur relacji, z kieszeniami i wypustką, pełen odniesień do tego, co może czuć młody człowiek zawiedziony przez swoich najbliższych.

Nie zdradzę Wam całej fabuły ani jej rozwiązania, ponieważ nie to jest istotą tej recenzji. Nie chcę też psuć przyjemności płynącej z odkrywania naprawdę dobrej książki.

Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na jeszcze jeden, bardzo ważny element tej historii. Chodzi o obecność dwóch światów: realistycznego, z opisanymi już relacjami, i fantastycznego, który dla dziewięcioletniego chłopca jest równie ważny, a może nawet ważniejszy. Czytając książkę, warto przyjrzeć się sposobowi kreowania przestrzeni. Bercik jedzie z mamą i Richardem na wakacje do domku w górach, gdzie przebywają „normalne” rodziny. O swojej mówi: „My nie jesteśmy normalną rodziną, więc nie mamy jednego nazwiska.” Mama nosi nazwisko po babci, Bercik po ojcu, a Richard, jak łatwo się domyślić, jeszcze inne.

Bercik i niuniuch
Rodzina Patchworkowa

To świat naturalistyczny, surowy i ludzki. Patchworkowa, jeszcze nie do końca scalona rodzina trafia do domku, miejsca, które może być laboratorium relacji. Wszyscy bliscy Bercika chcieliby, żeby było normalnie. Naprawdę chcieliby. Ale ich dorosłe interesy są rozbieżne z tym, czego pragnie chłopiec. Bo przecież poprzednie wakacje z rodzicami były fajne, nawet jeśli się kłócili.

I teraz moment kluczowy. Domek znajduje się w górach, w lesie. A las to nie tylko drzewa, lecz także tajemnica, plątanina i niewiadoma. Las w literaturze dziecięcej od dawna bywa przestrzenią inicjacyjną, miejscem, w którym porządek świata ulega zawieszeniu, a sens musi zostać dopiero wypracowany. Czytając książkę, odebrałem ją jako obraz paraboliczny, nasycony symboliką. Las emocji, las niewiadomych, to właśnie stan, w którym znajduje się Bercik. To przestrzeń, w której może się ukryć, by w świecie fantazji znaleźć sens. Żeby odnaleźć drogę do domu, tego, który nie zawsze wyznaczają ściany i adresy, ale ludzie.

Tytułowy Niuniuch to oczywiście istota fantastyczna, jak krasnoludki, elfy czy trolle. Ale jednocześnie jest kimś więcej. Niuniuch nie pełni funkcji prostego „bezpiecznego przyjaciela” ani mechanizmu kompensacyjnego. Jest raczej językiem, którym Bercik może nazwać to, czego nie da się jeszcze wypowiedzieć wprost. Fantazjowanie i budowanie świata symbolicznego nie są tu ucieczką od rzeczywistości, lecz sposobem jej rozumienia. W moim przekonaniu właśnie ten obszar powinien odgrywać szczególną rolę w kształtowaniu dziecięcej wrażliwości. Na realizm i naturalizm dzieci będą miały jeszcze czas. Zdążą dorosnąć. A wtedy drzwi do Narnii mogą się przed nimi zamknąć… ale czy na zawsze?

Zwróćcie także uwagę, jak zmienia się dystans między Niuniuchem a domem letniskowym. W pewnym momencie dochodzi do zbliżenia. To symboliczne i bardzo wymowne.

Zachęcam do lektury. Bercik i Niuniuch to książka, która nie obiecuje ukojenia, ale oferuje coś ważniejszego: uczciwe towarzyszenie w doświadczeniu, które nie ma prostych odpowiedzi. Na pewno nie będziecie żałować.

Na koniec zachęcam również do odwiedzenia zakładki Książki, gdzie znajdziecie fragment Bercika i Niuniucha oraz scenariusz lekcji poświęcony tej książce – przygotowany z myślą o pracy z tekstem i rozmowie o emocjach, relacjach i doświadczeniu dziecka.

  1. Umberto Eco, „Czytelnik modelowy”, Pamiętnik Literacki 1987, z. 2, s. 287–305: „Tekst (…) stanowi ciąg środków wyrazu, które muszą zostać zaktualizowane przez adresata (…)”; „Ponieważ tekst ma być dopiero zaktualizowany, jest z dwu powodów niekompletny.” ↩︎
  2. R. S. Bishop, Mirrors, Windows, and Sliding Glass Doors, „Perspectives: Choosing and Using Books for the Classroom” 1990, t. 6, nr 3, s. IX. ↩︎
  3. źródło danych: https://ssgk.stat.gov.pl/04.2025/Ludnosc.html ↩︎

Pluszek. Opowieść o bliskości, języku i powrotach

„Pluszek” to bajka, która przypomina, jak ważna jest bliskość i uważność w świecie zdominowanym przez logikę efektywności i pośpiechu. W epoce ponowoczesnej, zdominowanej przez logikę efektywności i pragmatyzmu, akt czytania literatury coraz częściej bywa postrzegany jako nieproduktywne zajęcie, luksusowy relikt minionych form życia intelektualnego.

Ryszard Koziołek w książce Maski czytania podejmuje próbę obrony tego aktu, ukazując lekturę nie jako bierny odbiór treści, lecz jako złożony i dynamiczny proces komunikacyjny, w którym książka i czytelnik tworzą intymną relację. Nie chodzi o zwykły przekaz informacji, lecz o dialog pełen masek, ukrytych znaczeń, przyjemności i namiętności, o spotkanie dwóch wrażliwości, które wzajemnie się przekształcają.

Ta perspektywa współbrzmi z myślą Ryszarda Nycza, który zauważa, że czytanie jest aktem współtworzenia sensu, procesem wpisanym w sieć relacji między tekstem, doświadczeniem i światem. Podobnie pisał Umberto Eco o „czytelniku modelowym”, który uaktualnia potencjał wpisany w tekst i dopiero dzięki temu dzieło staje się komunikatem. W tym świetle obrona lektury, o której pisze Koziołek, jest zarazem obroną ludzkiej zdolności dialogu i uczestnictwa w kulturze znaczeń.

Plueszek to wyjątkowa książka dla dzieci wspierająca rozwój emocjonalny. Na zdjęciu grafiki pochodzące z wnętrza książki.
Piękne, estetyczne ilustracje nadają książce wyjątkowy charakter.

Dlaczego Pluszek?

Z tą myślą, inspirowany refleksjami o rzekomym marnowaniu czasu na lekturze, sięgnąłem po książkę, którą otrzymałem bezpośrednio od autora, Tadeusza Syski, pragnącego opowiedzieć najmłodszym czytelnikom bajkę. To pozycja wyjątkowa, wartościowa literacko, a przy tym mogąca znaleźć zastosowanie w pracy terapeutycznej. Autor przygotował także audiobook, który w wersji dźwiękowej świetnie sprawdzi się przed snem, tworząc pomost między literaturą a sferą emocji dziecka.

Książka została napisana w dwóch pełnoprawnych wersjach językowych, polskiej i angielskiej, a także nagrana w obu językach. Autor nie korzystał z narzędzi tłumaczeniowych, przekład wykonał samodzielnie, opierając się na niemal czterdziestoletnim doświadczeniu jako lektor języka angielskiego. To gest samowystarczalności artystycznej i świadectwo zrozumienia mechanizmów języka i komunikacji. Dwujęzyczna forma otwiera przy tym pole interpretacji. Tłumaczenie nie jest tu prostym odwzorowaniem, lecz przenikaniem sensów między językami. Każdy język wnosi własny rytm, emocję i gest kulturowy. Obie wersje Pluszka można więc czytać jako równoprawne warianty tej samej opowieści.

Książka jako medium relacyjne

W moich wędrówkach po świecie literatury dziecięcej szczególną uwagę zwracam na aspekt komunikacji. Książka jest czymś więcej niż zbiorem zadrukowanych stron, które czasem pełnią jedynie funkcję ozdobną w domowej biblioteczce. To medium, które wprowadza dziecko w świat narracji, a więc w świat myślenia, odczuwania i relacji. Jak pisze Grzegorz Leszczyński w Książce i młodym czytelniku, literatura dla dzieci jest „przestrzenią dialogu, w której spotykają się wyobraźnia autora i doświadczenie odbiorcy”. W tym sensie Pluszek działa jak lustro empatii. Nie tylko opowiada historię, ale tworzy przestrzeń do emocjonalnego uczestnictwa.

Pluszek doskonale wpisuje się w tę tradycję. To nie tylko książka, to przyjaciel młodego czytelnika. Już od pierwszego zdania „Cześć! Jestem Pluszek” autor buduje most bliskości. Zaczyna się rozmowa, a wraz z nią rodzi się więź – podstawowy warunek wszelkiego czytania i rozumienia.

Pluszek to wyjątkowa książka, którą chce się przytulić, na zdjęciu okładka
Pluszek Tadeusz Syska

Indie, które są blisko

Akcja Pluszka toczy się w Indiach, choć te Indie wcale nie są tak dalekie, jak mogłoby się wydawać. Dla czytających rodziców może to być ciekawy punkt odniesienia do refleksji nad tym, co dziś nazywamy globalizacją. W gruncie rzeczy nieustannie próbujemy wracać do korzeni, także do korzeni języka. Istnieją więzi głębsze niż geografia – więzi języka, kultury i duchowości. Polski, podobnie jak hindi czy sanskryt, należy do rodziny języków indoeuropejskich. Łączy je wspólny praprzodek, język praindoeuropejski sprzed kilku tysięcy lat. W tych odległych od siebie językach wciąż pobrzmiewają te same słowa: matka – mā, brat – bhāī, trzy – tri, nowy – nava. To echo dawnej wspólnoty, która nie zniknęła, lecz przekształciła się w różnorodność.

Gra z tradycją i przekraczanie granic

Weronika Kostecka, pisząc o współczesnych baśniach, zauważa, że wiele z nich wykorzystuje intertekstualność jako grę z tradycją. Pluszka można czytać właśnie w tym duchu, jako baśń łączącą różne porządki kulturowe i językowe, która zaprasza młodego odbiorcę do przekraczania granic. Odwołania do Indii oraz wspólnego dziedzictwa języka nie są tu tylko tłem fabularnym. Stają się znakiem uniwersalizmu wpisanego w ludzkie opowieści.

Symbolika i żywioły

W samej budowie utworu można odnaleźć symbole, które dla mnie stały się źródłem refleksji, a dla innych mogą być inspiracją do rozmowy. Pluszek i Klara, główna bohaterka, spotykają się w chaosie jarmarcznego tygla bombajskiego targu. Pluszek zostaje wyłowiony, aby stać się najlepszym przyjacielem na zawsze. Jak w każdej dobrej opowieści, dochodzi do rozdzielenia. Nie zdradzam szczegółów, bo przyjemność odkrywania jest częścią tej lektury. Ten motyw zna każdy rodzic: zgubiona w parku maskotka, dramat małego serca, który uruchamia wszystkie emocje dorosłych.

Pluszku rozłączenie jest prawdziwe i bolesne, zarówno dla misia, jak i dla dziewczynki. Co ważne, to Pluszek staje się narratorem, przewodnikiem po świecie emocji. Z jego perspektywy poznajemy głębię doświadczenia i znaczenie utraty. W tej historii dostrzegam ścieżki symboliczne: ogień jako żywioł miłości i przywiązania, ziemię i powietrze jako sfery doświadczeń oraz wodę, która przynosi oczyszczenie.

Książka, która uczy bliskości

Pluszek jest w moim odczuciu książką o tym, czego czasem brakuje we współczesnej literaturze dziecięcej – o bliskości, poszukiwaniu i cieple. Grzegorz Leszczyński przypomina, że dobra książka dziecięca uczy „rozumienia, współodczuwania i bliskości”. Właśnie te wartości uruchamia bajka Tadeusza Syski. Staje się czymś więcej niż literaturą – narzędziem wspólnego przeżywania.

Perspektywa terapeuty

Na ten wymiar zwraca uwagę dr n. med. Marta Pawełczak-Szatok, psycholog i psychoterapeutka rodzinna, która wykorzystuje w pracy z dziećmi metodę bajkoterapii:

„Dwujęzyczna bajka dziadka Tadka nie tylko rozwija znajomość języka angielskiego, ale także wspiera rodziców w przepracowywaniu trudnych sytuacji oraz kształtowaniu umiejętności psychospołecznych dzieci, które są fundamentem szczęśliwego dzieciństwa. Książka ta ma potencjał, aby wywrzeć trwały, pozytywny wpływ na rozwój emocjonalny i psychologiczny dzieci, szczególnie tych, które potrzebują dodatkowego wsparcia w odnalezieniu swojego głosu”.

Obraz i technologia

Warto wspomnieć o warstwie graficznej, która już przy pierwszym kontakcie robi duże wrażenie. Ilustracje utrzymane są w tonacji bliskiej dzieciom i przywołują ciepło klasycznych obrazków z dzieciństwa. Autor posłużył się jednym z modeli sztucznej inteligencji, co widać przy uważnej lekturze obrazu. Jak sam uzasadnił swój wybór:
„Skorzystałem z AI, dlatego że książka z założenia miała być pod względem estetycznym ładna i wyjątkowa. Chciałem, aby wyróżniała się pięknymi, realistycznymi ilustracjami, ponieważ uważam, że niewiele jest dziś książek ilustrowanych w ten sposób, a z dzieciństwa pamiętam te, które miały właśnie takie obrazki”.
Dzieciom drobne niedoskonałości nie przeszkadzają. Ja sam wykorzystałem je, aby bawić się z młodszym synem w znajdź różnicę.

Osobista rekomendacja

Kiedy moja córka po raz pierwszy zobaczyła okładkę, nie mogła się od niej oderwać. Jej oczy dosłownie promieniały szczęściem. Po przeczytaniu i po wysłuchaniu audiobooka zachwyt tylko się pogłębił. Trudno o lepszą rekomendację.
Jak przypomina Ryszard Nycz, literatura zachowuje funkcję poznawczą i etyczną – jest formą poznania świata i samego siebie. Pluszek potwierdza tę prawdę w postaci czystej i przejrzystej. To nie tylko bajka o przyjaźni. To przypomnienie, że każda dobra opowieść zaczyna się tam, gdzie ktoś postanawia wysłuchać drugiego.

Czy Pluszek zaprzyjaźni się z kubusiem puchatkiem? Zdjęcia książek
Czy misiowi ze stumilowego lasu rośnie konkurent?

Bibliografia

Bednarska, K. (2020). Dyfuzja tłumaczeniowa w literaturze dla dzieci. Warszawa: Wydawnictwo UW.
Eco, U. (1987). Czytelnik modelowy. Pamiętnik Literacki, 78(2), 287–305.
Kostecka, W. (2014). Baśń postmodernistyczna. Przeobrażenia gatunku. Warszawa: Wydawnictwo Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich.
Koziołek, R. (2015). Maski czytania. Katowice: Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego.
Leszczyński, G. (2015). Książka i młody czytelnik. Warszawa: Wydawnictwo Stentor.
Nycz, R. (1993). Tekstowy świat. Poststrukturalizm a wiedza o literaturze. Kraków: Universitas.

Narracja codzienności: 5 scenariuszy opowieści dla niemowląt na zakończenie cyklu

Dlaczego warto opowiadać niemowlętom? Narracja od pierwszych miesięcy życia wspiera rozwój językowy, emocjonalny i społeczny. Codzienne czynności: przewijanie, kąpiel, spacer, stają się doskonałą okazją do snucia mikroopowieści, które nie tylko budują więź, ale też wspierają integrację sensoryczną.

Narracja jako codzienność, nie spektakl

To już ostatni, choć w żadnym razie nie mniej istotny akcent naszego cyklu poświęconego opowiadaniu niemowlętom. Po wcześniejszych częściach, które miały charakter przede wszystkim teoretyczny i refleksyjny, nadszedł czas na część praktyczną, w której rodzicielska narracja odgrywa kluczową rolę.

Chciałbym, żebyście zanurzyli się w Waszej codzienności – tej najzwyklejszej, utkanej z przewijania, kąpania, spacerów, usypiania i zabawy. Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy, że właśnie w tych mikro-sytuacjach kształtuje się przestrzeń dla najlepszych narracji. Może się Wam wydawać, że nie ma w nich nic spektakularnego, że brakuje profesjonalizmu czy literackiej formy. Ale chcę, żebyście uświadomili sobie coś bardzo ważnego: dla swoich dzieci jesteście najlepszymi specjalistami, najczulszymi aktorami i najbliższymi lektorami. Wasza codzienność, choć czasami przytłaczająca, jest idealną sceną do budowania czułości i zrozumienia.

Czy trzeba być specjalistą, żeby opowiadać dziecku historie?
Nie. Twoja uważna obecność, ciepły głos i odrobina wyobraźni wystarczą, by budować bliskość i rozwój dziecka przez codzienną narrację.
Tym wpisem chcę Wam przypomnieć, że nie musicie być psychologami czy pedagogami (chyba że z zawodu nimi jesteście, choć i wtedy warto czasem odłożyć teorię na bok). Przede wszystkim bądźcie rodzicami – czasami nieidealnymi, czasami zmęczonymi, popełniającymi błędy. Ale kto ich nie popełnia? Naprawdę nie potrzebujecie podręczników do psychologii rozwojowej ani akademickiej teorii. Zamiast tracić czas na szukanie odpowiedzi na pytania wychowawcze w poradnikach, bądźcie po prostu dostępni dla swoich dzieci.

Wasza uważna obecność, ciepły głos i odrobina wyobraźni w zupełności wystarczą, by opowiadać dziecku historie, które budują jego język, emocje i więź z Wami.

Jeśli jesteście gotowi, możecie już dziś zamienić przewijanie w pełną napięcia opowieść detektywistyczną, a spacer w magiczną baśń drogi. Pamiętajcie – dla dziecka nie istnieje opowieść zbyt błaha. Każda narracja, nawet ta najprostsza, buduje jego kompetencje językowe, emocjonalne i społeczne.

Zabawa jako narracja

Zanim dziecko wypowie swoje pierwsze słowo, zanim zrozumie strukturę klasycznej bajki i zanim pojmie ciąg przyczynowo-skutkowy, już uczestniczy w budowaniu zasobu językowego. Zanurza się w nim poprzez codzienną rutynę, melodię mowy, powtórzenia, rytm, emocje, a przede wszystkim przez kontakt fizyczny z rodzicem.

Jeśli jeszcze nie jesteście rodzicami, być może zdarzyło się Wam obserwować zachowania rodzicielskie u znajomych lub przyjaciół. Czy zwróciliście uwagę, jak wielka zmiana dokonuje się w umysłowości i wrażliwości rodzica? Zauważyliście, że rodzice niemal instynktownie mówią do niemowląt, które przecież nie odpowiadają, nie podejmują rozmowy? Dla obserwatora z zewnątrz może to wyglądać jak „gadanie do siebie”, ale dla dziecka staje się to pierwszą mapą znaczeń. W tych prostych formach komunikacji ukryty jest zalążek późniejszych umiejętności opowiadania i rozumienia świata.

W refleksji nad strukturami literatury dziecięcej Alicja Baluch odwołuje się do koncepcji Hermana Northropa Frye’a, kanadyjskiego teoretyka literatury i twórcy krytyki archetypowej. Frye postrzegał literaturę jako przestrzeń uniwersalnych symboli i mitologicznych struktur, które powracają w dziejach kultury w różnych wariantach i konfiguracjach. W jego ujęciu wszystkie formy literackie, niezależnie od poziomu skomplikowania, są przejawem tej samej wyobraźni symbolicznej, której źródła tkwią w pradawnych rytuałach i opowieściach mitycznych.

Baluch, przywołując tę teorię, zauważa, że droga ewolucji literackiej prowadzi od form prostych do arcydzieła – od dziecięcych rytuałów językowych do wyrafinowanych tekstów kultury wysokiej. Pisze wprost: „to, co najprostsze, wcale nie jest banalne – przeciwnie, to tam zawarte są pierwotne wzorce opowiadania” (Od form prostych do arcydzieła, s. 8). Kołysanki, wyliczanki, rymowanki i zabawy językowe to nie tylko dziecięca rozrywka. Są one echem dawnych struktur kultury, które aktywują w dziecku emocjonalny odbiór świata i przygotowują je do uczestnictwa w kulturze symbolicznej.

Uważam, że jako rodzice – a szerzej: jako dorośli – jesteśmy zanurzeni w pewien krąg mitotwórczy, który zawiera wiele warstw, odniesień i wpływów. Niezależnie od naszego wykształcenia, wrażliwości czy światopoglądu, nosimy w sobie ślady różnych tradycji. Nie sposób pominąć tu biblijnych przypowieści, które od pokoleń powracają jako motywy w literaturze dziecięcej – często nawet nieświadomie przywoływane przez autorów. Równocześnie, szczególnie w naszym kręgu kulturowym, silnie obecna pozostaje słowiańska wyobraźnia, wypełniona zjawiskami niezwykłymi, tajemniczymi i nieodgadnionymi. Gdy opowiadamy dzieciom historie, nawet te najprostsze, stajemy się uczestnikami tej samej przestrzeni mitotwórczej, której elementami są baśń, rytuał i wyobraźnia.

W podobnym tonie wypowiada się Monika Janusz-Lorkowska, która analizując funkcje książek-zabawek, podkreśla ich wielowymiarowe działanie – edukacyjne, emocjonalne i ludyczne. Według niej książka-zabawka może prezentować zjawiska i pojęcia, wzbogacać wiedzę, wspierać rozwój sensoryczno-motoryczny, a przy tym zaspokajać potrzebę zabawy i dostarczać rozrywki (Książki-zabawki jako typ książki dla dzieci, s. 32).

Do tego interdyscyplinarnego ujęcia doskonale pasują obserwacje Elżbiety Zarych, zawarte w jej opracowaniu poświęconym książkom wzbogaconym, ożywionym i zabawkowym. Badaczka zwraca uwagę na ich wymiar performatywny i materialny. W jej ujęciu książka to nie tylko zbiór stron, lecz także przedmiot sztuki – efektowny, zmysłowy, stworzony z wyobraźni i zręczności. Zarych zauważa, że współczesna książka dla najmłodszych czerpie z rozwiązań teatru, filmu animowanego, gier analogowych i komputerowych (Piękne książki, książki ożywione, książki wzbogacone, s. 31). W tym sensie wchodzimy już w obszar metatekstu – książka, podobnie jak opowieść rodzica, wchodzi w dynamiczne relacje z odbiorcą i otaczającym światem, przekraczając granice tradycyjnego czytania.

To właśnie ta teatralność, obecna nawet w najprostszych interakcjach z niemowlęciem, może stać się podstawą narracyjnej zabawy. Bo czym innym jest przewijanie z wymyśloną historią o zagubionej skarpetce, jeśli nie domowym spektaklem, z jednym aktorem i najczulszą widownią?

Wszystkie te głosy naukowe – Baluch, Lorkowska i Zarych – łączy przekonanie, że dziecięcy odbiór literatury, obejmuje słowo, obraz, ruch i rytuał, jest głęboko zmysłowy i emocjonalny. Zanim dziecko stanie się czytelnikiem, jest słuchaczem i uczestnikiem narracyjnych rytuałów dnia codziennego. Przewijak, łóżeczko, kąpiel czy wózek mogą stać się sceną mikroopowieści, które nie tylko bawią i uczą, ale przede wszystkim budują więź.

Dlatego właśnie chciałbym Wam zaprezentować pięć scenariuszy narracyjnych, które powstawały w trakcie kąpieli, zmiany pieluch, spacerów czy ubierania. To moje autorskie propozycje – stworzone z codziennych doświadczeń, ale zanurzone (czasami dosłownie) w świecie literackiej i zmysłowej wyobraźni. Każdy z nich możecie potraktować jako punkt wyjścia do własnych improwizacji, eksperymentów i wspólnego teatru codzienności, w którym słowo i gest znaczą więcej niż najbardziej wyrafinowana scenografia.

1.  Narracja kąpielowa

Przykładowy tytuł narracji: „Plusk i Pupil”
Wiek dziecka: od 2. miesiąca życia
Czas trwania: 5–7 minut
Cel: rozwijanie wrażliwości słuchowej i wzrokowej, wspieranie koncentracji, inicjowanie kontaktu z narracją

narracja w trakcie kąpieli, dwie książeczki kąpielowe z serii „Wesoły Plusk”.

 Opis:

Z własnej praktyki mogę Wam napisać, że kąpiel to jeden z najlepszych momentów na wprowadzenie pierwszych narracyjnych rytuałów. Woda działa kojąco, a powtarzalność czynności daje dziecku poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności. Mam też nieodparte wrażenie, że w kontakcie z wodą niemowlęta doświadczają czegoś więcej – jakby powracały do miejsca, w którym spędziły sporo czasu przed narodzinami.

W tym scenariuszu kluczową rolę odgrywają książeczki kąpielowe, które w naszym domu stały się nieodłącznym elementem wieczornego rytuału. Jedną z ulubionych była „Wesoły Plusk. Pupile”, książeczka, która pod wpływem wody odsłaniała kolorowe ilustracje. I właśnie ten moment zaskoczenia, ta zmienność i magiczne „pojawianie się” obrazków, stawały się osią narracji rozwijanej wokół wyłaniających się z bohaterów: kota, psa, króliczka i innych domowych zwierzątek.

Książeczka kąpielowa przestaje być tylko materiałem edukacyjnym, staje się interaktywną scenografią opowieści, a rodzic jej narratorem. Dziecko za pomocą dotyku, wzroku i słuchu uczestniczy w opowieści, która dzieje się tu i teraz, w wodzie, w bliskości, w czułym głosie.

Należy jednak pamiętać, że kąpiel, mimo całej narracyjnej magii, wymaga od dorosłego pełnej uważności. Dziecko, niezależnie od wieku, nie powinno zostawać w wodzie bez kontroli. Narracja może być swobodna, ale czujność powinna być absolutna.

Chociaż scenariusz ten dedykowany jest głównie niemowlętom, forma narracji kąpielowej świetnie sprawdza się także u starszych dzieci. Trzylatek, który zna już postacie z książeczki, może aktywnie uczestniczyć w opowieści, a nawet sam ją współtworzyć: wymyślać nowe przygody zwierzątek, przewidywać, co pojawi się na kolejnej stronie, czy imitować głosy bohaterów. Woda staje się wtedy nie tylko przestrzenią relaksu, ale sceną dla dziecięcej wyobraźni i językowej ekspresji. Moim dzieciom szczególnie podobała się strona z rybką, która „w wodzie się pluskała, wszystko wokół ochlapała”… możecie się domyślać jaki był finał tej opowieści.

Przykładowa narracja:

„Plusk! Ooo, kto się tu pojawił? To kotek Mruczuś! Mruczy, bo lubi ciepłą wodę: mrrr… mrrr… A teraz zobacz – coś się zmienia! Kotek robi się… niebieski?! Ale niespodzianka! Kto jeszcze pływa w wannie? Króliczek Hop-Hop! Skacze przez pianę… hop! hop! hop! I też zmienia kolor!”

 Wskazówki narracyjne:

  • Staraj się budować narrację opartą na zaskoczeniu. W książeczkach kąpielowych każda postać może być pretekstem do rozwinięcia mikroopowieści.
  • Używaj onomatopei i rytmicznych powtórzeń. Małe dzieci reagują na melodię języka bardziej niż na jego znaczenie.
  • Jeśli masz w domu książeczkę z serii zmieniających kolor, to wyorzystaj zmianę kolorów jako element dramaturgiczny. Każda zmiana może sygnalizować nowy rozdział w historii. Wiem, że są także książeczki piszczące i inne oferujące element interaktywności.
  • Nie obawiaj się szaleńczej przesady, ponieważ wyrazista mimika, entuzjazm i modulacja głosu mają ogromny wpływ na emocjonalną głębię narracji.
  • Dziecko może dotykać książeczki, próbować ją „czytać” lub reagować gestem, nie zabraniaj mu wchodzić w interakcje, to także forma współtworzenia narracji.

Kontekst rozwojowy:

Książeczki kąpielowe takie jak „Wesoły Plusk” nie tylko wspierają rozwój sensoryczny, lecz także inicjują pierwsze doświadczenia narracyjne. Dzięki prostym rymowankom, zmianom kolorystycznym i rozpoznawalnym postaciom, książka ta staje się materialnym nośnikiem narracji. Jak pisze Elżbieta Zarych, tego typu publikacje „łączą w sobie cechy teatru, ilustracji i zabawy” i tworzą nowe konteksty dla opowieści, które są „nie tylko czytane, ale też przeżywane, dotykane i ożywiane” (Zarych, Piękne książki, książki ożywione…, s. 31–35).

 Słowo kluczowe w praktyce:

W tym scenariuszu narracja nie jest tylko opowiadaniem historii – to struktura doświadczenia, która angażuje zmysły, emocje i relację z rodzicem. Kąpielowa opowieść to pierwsza lekcja słuchania, współuczestnictwa i rozumienia zmienności świata.

2. Kołysankowa narracja: „Czarny Koniku, gdzie ty spisz?”

Wiek dziecka: od 1. miesiąca życia
Cel: wyciszenie, budowanie poczucia bezpieczeństwa, wprowadzenie wieczornego rytuału
Czas trwania: 5–10 minut przed snem

Kołysankowa narracja – ilustracja z księżycem, śpiącą owieczką i cytatami z klasycznych kołysanek, promująca wieczorne rytuały opowieści i śpiewu dla dzieci.

Opis scenariusza:

Wieczór to naturalna przestrzeń dla wyciszenia – pragną go nie tylko zmęczeni rodzice, ale też dzieci. Niestety, maluchy bywają przebodźcowane dniem: dźwiękami, światłem, nowymi doświadczeniami. I właśnie wtedy kołysząca narracja może okazać się najlepszym lekarstwem. Działa jak opowieść w półśnie – otula, uspokaja i prowadzi ku zasypianiu.

Kołysanki to nie tylko melodie – to także narracje w formie śpiewanej, które dzieją się tu i teraz. Możesz oczywiście korzystać z gotowych tekstów, ale jeszcze lepiej sprawdzają się piosenki tworzone spontanicznie. Jedną z nich wymyśliłem dla swojej córki – miała prosty, powtarzalny refren, który działał jak emocjonalna kotwica:

Koniku, czarny koniku,
gdzie ty mieszkasz, gdzie ty śpisz?
Ach powiedz, czarny koniku,
czy tam dobrze było ci?

To właśnie ta struktura – pytanie otwierające opowieść i refren powtarzany jak mantra – stawała się osią całej wieczornej narracji. Zwrotki były improwizowane, tworzone na bieżąco. Czasami śpiewałem o grzywie jak las, innym razem o komarach na ścianie, cieknącej wodzie w łazience albo… dziurawej skarpetce. Naprawdę, śpiewałem o wszystkim. Zdarzało się, że trwało to ponad godzinę – bo inspiracja czai się wszędzie, wystarczy dobrze się rozejrzeć po sypialni.

Był sobie mały konik,
z grzywą bujną niczym las.
W galopie go nie dogonił
nawet szybki leśny wiatr.

Takie wersy można modyfikować każdego wieczoru, rozbudowując opowieść o nowe obrazy. Dzięki temu narracja nie nudzi się – przeciwnie, dziecko zaczyna czekać, co „dziś wydarzy się w konikowym śnie”.

Dlaczego to działa:

Narracja przed snem w formie śpiewanej działa jak emocjonalna kołderka. Powtarzalny refren, rytmiczna fraza i ciepły głos rodzica regulują napięcie, pomagają się wyciszyć i ułatwiają zasypianie. Co więcej, śpiewając własne teksty, pokazujesz dziecku, że język to żywe tworzywo – coś, czym można się bawić, opowiadać i kreować własne historie.

Wskazówki dla rodzica:

  • Śpiewaj powoli i rytmicznie, kołysząc delikatnie dziecko lub siebie.
  • Zakończ każdą zwrotkę refrenem – to stały punkt narracji, który daje dziecku poczucie bezpieczeństwa.
  • Wprowadzaj do tekstu elementy z codzienności: „konik widział dziś misia”, „konik spał obok ciebie”, „konik słyszał, jak padał deszcz”…
  • Po zakończeniu piosenki kontynuuj narrację szeptem:
    „A teraz konik śni, że frunie po chmurach…”,
    „Śni o łące, na której spotkał motyla…”.

Możliwości są nieograniczone – Twoja opowieść może trwać tyle, ile potrzeba.

PS. Zdarzało się, że kiedy śpiewałem tę kołysankę mojej 2-letniej córce, i byłem przekonany, że Morfeusz już zabrał ją w objęcia, słyszałem ciche:
„Śpiewaj, tato…”
I śpiewałem dalej – bo właśnie taka narracja buduje więź.

Taka narracyjna forma wieczornego rytuału może towarzyszyć Wam przez wiele miesięcy. Im starsze dziecko, tym chętniej będzie reagować na zmieniające się obrazy, a może z czasem… samo zacznie dopowiadać wersy do „swojej” piosenki o koniku.

3. Skarpeciana narracja: „Skarpciaki i tajemnica znikających skarpetek”

Wiek dziecka: od 3. miesiąca życia
Cel: rozładowanie napięcia podczas przewijania, rozwój słuchu i poczucia humoru, oswajanie ciała poprzez dotyk
Czas trwania: 3–5 minut (lub dłużej, jeśli dziecko się zaangażuje)

Opis scenariusza:

Przewijanie nie musi być momentem napięcia i płaczu, ale może stać się miniaturowym teatrzykiem narracyjnym, którego głównymi aktorami są… skarpetki! W moim domu tę funkcję pełnią „Skarpciaki” – czyli skarpetki naciągnięte na dłoń, które zyskują własną osobowość, głos, ruchy i nastroje. Zmieniając głos na śmieszny (piskliwy, gruby, jęczący…), tworzę postać, która gada, narzeka, marudzi albo się chichra. Skarpciaki pojawiły się w naszym domu jeszcze przed odkryciem serii książek Justyny Bednarek, więc możecie sobie wyobrazić, co było później.

Skarpetka mówi:
„Ej, ja tu sobie spałam na stópce! Co to za porwania!? Niech mnie ktoś odda mojemu króliczkowi!”

Albo:
„Uwaga, uwaga! Tajna misja! Musimy odnaleźć drugą skarpetkę, która zniknęła w czeluściach pieluchowej krainy!”

Taka narracja skarpetkowa pozwala dziecku wejść w tryb zabawy – nawet w sytuacji potencjalnie nieprzyjemnej. Humor, przesadna mimika, niespodziewane zwroty akcji i zabawne dźwięki czynią z przewijania rytuał, który dzieci lubią i którego się spodziewają.

Dlaczego to działa?

Narracja oparta na humorze i zaskoczeniu uczy dziecko rozpoznawania emocji, rytmu mowy i intonacji. Skarpetkowy teatrzyk pozwala również oswoić dotyk – dziecko, które śmieje się podczas przewijania, rozluźnia napięcia mięśniowe i buduje pozytywne skojarzenia z ciałem. Dodatkowo, „Skarpciaki” to forma performatywnej narracji: słowo, gest i dźwięk działają razem i budują bezpośrednią relację z maluchem.

Wskazówki dla rodzica:

• Naciągnij skarpetkę na rękę i „ożyw ją”, nadaj jej głos, imię i charakter.
• Stosuj przesadną mimikę, zaskakuj dźwiękami: „O nieee!”, „Ajajaj!”, „Gdzie jestem?!”.
• Wplataj pytania narracyjne: „Czy to Ty zabrałeś drugą skarpetkę?”, „A może to był… miś?”.
• Obserwuj reakcje dziecka i dostosuj opowieść do jego uśmiechu, zdziwienia, gaworzenia.
• Jeśli chcesz, możesz dodać stały refren-skandowanie:
„Skarpciak! Skarpciak! On się nie zgubi,
Skarpciak! Skarpciak! On wszystko odkryje!”

PS: Starsze dzieci z czasem same zaczynają „odgrywać” skarpetki, powtarzać zabawne frazy albo dopytywać: „A co mówi druga skarpetka?”. Wtedy narracja zmienia się w wspólną improwizację – czyli najpiękniejszy rodzaj zabawy rodzinnej.

4. Narracja sensoryczna: „Pan Akuku i zaginiona mama Tygryska”

Wiek dziecka: od 5. miesiąca życia
Cel: rozwój wielozmysłowy, integracja dotyku, słuchu i wzroku, budowanie napięcia narracyjnego
Czas trwania: 5–10 minut

Opis scenariusza:

Narracja sensoryczna to nie książka – to interaktywne doświadczenie, w którym zmysły dziecka stają się głównymi bohaterami. W naszym domu taką opowieść często rozpoczynał Pan Akuku – różowy potworek przypominający Ciasteczkowego Potwora z Ulicy Sezamkowej. Wystarczyło, że „pojawił się” zza rogu, a opowieść zaczynała się sama. Dodawaliśmy pieluszki, miękkie maskotki, kawałki tkanin – wszystko, co można dotknąć, ukryć, odnaleźć. Każdy element był częścią domowego teatru, a narracja prowadziła dziecko przez kolejne sensoryczne „sceny”.

Niestety, nie mogę już pokazać Wam Pana Akuku, bo moja córka postanowiła przekazać go dzieciom z Ukrainy podczas zbiórek pomocowych. To był jej pomysł – i przyznam, że do dziś mnie to porusza. Wierzę, że Pan Akuku żyje teraz w innej opowieści, w nowym domu. I to jest właśnie najpiękniejsze w narracji – może przemieszczać się z przedmiotami, przekraczać granice, a nawet budować wspólnotę.

Narracja przykładowa:

„Mały Tygrysek wstał rano i… o nie! Nie widzi mamy!
Szuka pod poduszką… szur, szur – nie ma…
Zagląda za pieluszkę… szuuuuu – też pusto!
Nagle… pojawia się Pan Akuku!
– Akuku! – mówi śmiesznym głosem.
– Tygrysku, widziałem twoją mamę!
– Gdzie?! – pyta tygrysek.
– Za wielką górą z kocyka! – odpowiada Pan Akuku.
Tygrysek wspina się… i BACH! Jest mama!
Przytulił się mocno i już wszystko było dobrze.”

5. Opowieść w ruchu: „Na spacerze z Panem Listkiem”

Wiek dziecka: od 6 do 12 miesięcy
Cel: integracja sensoryczna, rozwój językowy, budowanie narracji z elementów otoczenia
Czas trwania: ok. 10 minut podczas spaceru

Opis scenariusza:

Mam nadzieję, że z dotychczasowych scenariuszy zaczyna się wyłaniać myśl, że narracja nie musi czekać w książce, może maszerować z Wami przez park, wyglądać z trawy, skrzypieć pod butem albo chlupać w kałuży. W naszej rodzinie bardzo często wracamy ze spacerów z „przyjaciółmi” – patyczkami, kamykami, listkami, które bywają bohaterami kolejnych historii. Te małe przedmioty stają się pretekstem do snucia opowieści: czasem śmiesznych, czasem czułych, czasem absurdalnych.

Wystarczy listek, który właśnie opadł z drzewa – to Pan Listek. Patyczek może być jego parasolką albo rakietą, a kamyczek – podróżnikiem z innej ulicy. Opowiadając historię w trakcie spaceru, tworzysz żywą narrację, osadzoną w realnym świecie. Dziecko nie tylko słucha, ale też obserwuje, dotyka, reaguje.

Narracja przykładowa:

„Ooo, Pan Listek płynie po chodniku… ale nagle spotyka Kałużę! Plask!
Nie może jej przeskoczyć… więc płynie. Dalej spotyka Pana Kamyczka.
– Cześć! – mówi Pan Listek. – Idziemy razem?
Szur, szur, szur… teraz już razem idą przez park.
Patyczek dołącza do nich… i zaczynają tańczyć w wietrze.
A potem… hop! – do kieszeni dziecka. I wracają do domu.”

Dlaczego to działa:

To nie musi być wielka fabuła. Najważniejsze, że narracja powstaje tu i teraz, w odpowiedzi na otoczenie, gesty dziecka, kolory i tekstury. Spacer staje się przestrzenią dialogu, a Ty – narratorem świata, który dziecko dopiero poznaje. Ta forma opowieści rozwija język, uwagę, ale przede wszystkim uczy dostrzegać sens i emocje w codziennych rzeczach.

Wskazówki dla rodzica:

• Mów o tym, co dziecko widzi: listek, trawa, kałuża – to materiały narracyjne.
• Wprowadzaj emocje i napięcie: „O nie! Listek się zgubił!”, „Czy znajdzie drogę do drzewa?”
• Zmieniaj głos dla różnych postaci (nawet jeśli to kamień).
• Nie oceniaj „jakości” opowieści – liczy się Wasze wspólne przeżywanie.
• Możesz zabrać „bohaterów” do domu i opowiadać im dalsze historie np. w kąpieli, przy kolacji, przed snem.

Zakończenie cyklu: Narracja jako codzienność

Nie potrzebujesz teatru, studia nagraniowego ani biblioteki w wersji deluxe. Wystarczy łazienka, przewijak, łóżeczko, książeczka i Twoja obecność. Narracyjne zabawy z niemowlęciem to nie show – to mikrohistorie, które dzieją się tu i teraz. Pamiętajcie, że codzienne gesty i słowa, powtarzane z czułością i zaangażowaniem, tworzą fundament pod język, emocje i relacje społeczne.

Dla dziecka każda opowieść jest jak pierwszy kontakt z sensem. A dla rodzica to niepowtarzalna szansa, by stać się narratorem dziecięcego świata. I choć ono nie zapamięta fabuły, zapamięta Twoją obecność, głos i emocje.

Opowieść nie kończy się na bajce. Ona się dopiero zaczyna – w kąpieli, w wózku, przy przewijaku. I będzie trwać, jeśli tylko zechcesz mówić, śmiać się i opowiadać. Codzienność jest sceną. Ty jesteś narratorem. A dziecko – najbardziej chłonnym słuchaczem, jakiego kiedykolwiek miałeś.

Cykl: Opowieść dla niemowlęcia – jak mówić, śpiewać i być blisko

Poznaj wszystkie części cyklu o bliskości, mowie i wspieraniu rozwoju dziecka przez opowieść, dotyk i dźwięk:

Wprowadzenie
👉 Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić
Wprowadzenie do cyklu o mowie, bliskości i rozwoju dziecka.

Część 1
👉 Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo
O sile powtarzalności, rytuałów i wspólnej narracji.

Część 2
👉 Głos, intonacja, mimika – jak opowiadać całym sobą
Jak używać głosu i ciała, by angażować i budować więź.

Część 3
👉 Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść
Książeczki sensoryczne jako pierwszy alfabet zmysłów.

Część 4
👉 Z codziennych historii rodzi się język
Jak proza codzienności staje się fundamentem rozwoju językowego.

Część 5
👉 Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci
O mocy dźwięków, wyrazów dźwiękonaśladowczych i fonologii.

Część 6
👉 Jak śpiewanie dziecku wspiera rozwój, pamięć i relację
Śpiewanie jako opowieść pełna emocji, języka i bliskości.

Część 7 (bonus)
👉 Narracja codzienności: 5 scenariuszy opowieści dla niemowląt
Scenariusze narracyjnych zabaw, które można wpleść w codzienne rytuały.

Bibliografia

Baluch, Alicja. Od form prostych do arcydzieła. Wykłady, prezentacje, notatki, przemyślenia o literaturze dla dzieci i młodzieży. Kraków: Wydawnictwo Naukowe Akademii Pedagogicznej, 2008. (Prace Monograficzne nr 485). ISBN 978-83-7271-462-6.

Frye, Northrop. Anatomy of Criticism: Four Essays. Princeton: Princeton University Press, 1957.
(przywoływany pośrednio przez Alicję Baluch w interpretacji archetypicznej rozwoju literatury dziecięcej)

Janusz-Lorkowska, Monika. „Książka-zabawka – ciągle nierozstrzygnięty problem z definicją pojęcia i wyodrębnieniem podtypów gatunku”. Przegląd Biblioteczny, z. 4 (2020): 494–512. ISSN 0033-202X.

Zarych, Elżbieta. „Piękne książki, książki ożywione, książki wzbogacone – o nowych zjawiskach w kulturze książki dla dzieci”. Z Teorii i Praktyki Dydaktycznej Języka Polskiego, nr 30 (2021): 27–41. DOI: 10.31261/TiPDJP.2021.30.02.

Jak śpiewanie dziecku wspiera rozwój, pamięć i relację

Śpiewanie dziecku to znacznie więcej niż tylko wieczorna rutyna przed snem. To jedna z najstarszych i najbardziej skutecznych metod wspierania rozwoju emocjonalnego, językowego i poznawczego.

Na jednej z późnobabilońskich tabliczek klinowych odkryto zbiór pieśni i rytuałów, których mieszkańcy Mezopotamii używali, by uspokajać swoje pociechy. W tych kołysankach rodzice błagali dzieci, aby były spokojne i napojone, prosząc, by „dano im sen jak śpiącemu jeleniowi gazeli”. Wierzono, że niemowlęta są szczególnie narażone na niebezpieczeństwa – choroby, złe duchy, a nawet demony – dlatego pieśni często łączyły w sobie elementy modlitwy i zaklęcia, mające chronić dziecko.

Śpiewanie dziecku - tabliczka z okresu nowobabilońskiego (ok. 626–539 r. p.n.e.
tekst literacki w języku akadyjskim – „rytuał uspokajania dziecka

W tej części cyklu postanowiłem przyjrzeć się bliżej temu, jak śpiew, będący przecież formą narracji, wpływa na relację, pamięć i rozwój dziecka.

To ostatni akt naszej dźwiękowo-literackiej podróży. Choć zamykamy główny cykl, będzie jeszcze mały bonus – ale o tym na końcu artykułu. Mam jednak cichą nadzieję, że dla wielu z Was to dopiero początek melodii, która już teraz pobrzmiewa w Waszych głowach.

Bo jeśli dotąd mówiliśmy o opowieściach budowanych przez głos, mimikę i dotyk, to teraz nadszedł czas, by spojrzeć na najstarsze i najbardziej intuicyjne narzędzie ludzkiej narracji. Śpiewanie dziecku nie wymaga dyplomu z wokalistyki ani znajomości nut – wystarczy głos, emocje i chęć budowania relacji.

Z własnego doświadczenia mogę dodać, że każde z moich dzieci miało swoją ulubioną muzyczną opowieść. Najstarsza córka zasypiała przy kołysance o czarnym koniku, która nieraz rozrastała się do godzinnych improwizacji. Młodsza „jeździła po polu” z traktorkiem. Chłopcy ukochali „Kołysankę dla Okruszka”.

Naprawdę – nie wstydźcie się własnego głosu. Jestem pewien, że większość z Was potrafi śpiewać na całe gardło na rodzinnych imprezach albo przy goleniu. Dajcie się ponieść. Zobaczcie, jak śpiewanie dziecku zmienia rodzicielską perspektywę.

Dlaczego śpiewanie dziecku ma taką moc?

Śpiewanie dziecku pełni funkcję znacznie głębszą niż tylko kojenie przed snem czy zabawianie malucha w trakcie ząbkowania. Wspominałem już o antycznych tabliczkach, które potwierdzają, że cywilizacyjnie niesiemy tak naprawdę te same potrzeby i w podobny sposób dbamy o nasze dzieci, bo przecież każdy rodzic od zarania dziejów pragnie dla swojego dziecka wszystkiego, co najlepsze.

W badaniach, które analizowałem, przygotowując ten tekst, wyłania się pewna bardzo ważna konkluzja. Otóż wynika z nich, że melodie, szczególnie te proste, powtarzalne, śpiewane głosem znanej i bliskiej osoby, wpływają na wiele obszarów rozwoju dziecka jednocześnie.

Już w pierwszych tygodniach życia niemowlęta potrafią odróżniać śpiew od mowy i wykazują większe zainteresowanie tym pierwszym (Trehub i Trainor, 1998). Co więcej, śpiew budzi u dzieci silniejszą reakcję emocjonalną. Uspokaja, wycisza, a jednocześnie przyciąga uwagę i wspiera kontakt wzrokowy oraz mimiczny. Można zatem powiedzieć, że w zasadzie każdy z nas wyssał śpiew z mlekiem matki.

Oczywiście nie pamiętamy naszego okresu życia płodowego i pewnie jest to mechanizm obronny przed doświadczeniem mimo wszystko traumatycznym. Myślę tu o porodzie. Jednak to zamiłowanie do melodii, do pewnego szumu, kojarzy się nam we wczesnym dzieciństwie z tą bezpieczną „jaskinią”, w której rozwijaliśmy się przez dziewięć miesięcy. Myślę, że ten okres oddziaływania na nasz obszar słuchu można porównać do przykładania muszelek do uszu. Któż z nas nie lubi zasłuchać się w „morskim szumie”?

Pod względem neurologicznym śpiewanie dziecku bardzo efektywnie pobudza zarówno prawą półkulę mózgu, odpowiedzialną za emocje, rytm i melodię, jak i lewą, związaną z językiem i strukturą mowy. Ta symultaniczna stymulacja wspomaga integrację międzypółkulową, która odgrywa kluczową rolę w przetwarzaniu informacji, uczeniu się i zapamiętywaniu (Shenfield, Trehub i Nakata, 2003).

Rytmiczne, melodyjne powtarzanie znanych zwrotów nie tylko uspokaja dziecko, ale przede wszystkim stanowi trening pamięci słuchowej, która jest podstawą rozwoju językowego i fonologicznego. Co istotne, melodie działają jak emocjonalna kotwica. Stabilizują nastroje, nadają rytm codziennym czynnościom i ułatwiają przewidywanie zdarzeń. Śpiew staje się w ten sposób jednym z pierwszych kodów narracyjnych, które porządkują dziecięcy świat.

Z punktu widzenia relacji śpiewanie dziecku to także silny sygnał obecności, zaangażowania i bliskości. Głos rodzica niesie emocje, intencję i rytm, które budują poczucie bezpieczeństwa. Tego rodzaju kontakt sprzyja budowaniu więzi emocjonalnej i synchronizacji. To fundament zdrowej więzi przywiązania.

Wreszcie nie bez znaczenia jest fakt, że śpiew pełni rolę kulturową. Kołysanki i piosenki przekazywane z pokolenia na pokolenie niosą wartości, językowe struktury i wspólne rytuały. Dzięki nim dziecko zanurza się nie tylko w dźwięku, ale też w historii i tradycji swojego środowiska.

Śpiewanie a mózg dziecka

Śpiewanie dziecku to nie tylko wyraz czułości i bliskości, ale również działanie o wyjątkowym znaczeniu dla rozwoju jego mózgu. Badania neurologiczne potwierdzają, że regularna ekspozycja na śpiew wspiera dojrzewanie obszarów odpowiedzialnych za przetwarzanie mowy, rytmu, melodii oraz regulację emocji. Co szczególnie istotne, śpiewanie dziecku angażuje jednocześnie obie półkule mózgu — prawą, związaną z emocjami i muzyką, oraz lewą, odpowiadającą za język i myślenie logiczne. Ta równoczesna aktywność sprzyja integracji międzypółkulowej, która odgrywa kluczową rolę w procesach uczenia się, koncentracji i zapamiętywania.
Gdy uświadomimy sobie, że układ nerwowy niemowlęcia tworzy nawet milion nowych połączeń neuronowych na sekundę, trudno nie dostrzec, jak wielką wartość ma tak pozornie prosta czynność, jak śpiewanie.

Psycholożka rozwojowa Sandra Trehub zwraca uwagę, że niemowlęta są biologicznie przygotowane do odbierania śpiewu. Od pierwszych tygodni życia dzieci rozpoznają różnice między śpiewem a mową i reagują silniej na melodię. Śpiew jest dla nich bardziej emocjonalny, uporządkowany i przewidywalny niż zwykła wypowiedź. W efekcie śpiewanie dziecku staje się nie tylko źródłem przyjemności, ale również skutecznym narzędziem regulowania napięcia emocjonalnego, budowania uwagi i wspierania relacji między dzieckiem a opiekunem.

Z badań prowadzonych przez François i współpracowników wynika, że dzieci, które są regularnie eksponowane na śpiew, lepiej rozróżniają dźwięki, szybciej przyswajają nowe słowa oraz skuteczniej rozwijają pamięć słuchową. Melodia staje się więc pomostem między dźwiękiem a znaczeniem i pomaga dziecku zrozumieć, że język to nie tylko zbiór słów, ale także sposób wyrażania emocji, opowieści i rytmu życia.

Śpiewanie dziecku wpływa zatem na wiele poziomów jednocześnie. Wzmacnia funkcje poznawcze, emocjonalne, społeczne i językowe. Nic dziwnego, że w niemal każdej kulturze na świecie rodzice intuicyjnie sięgają po śpiew, aby komunikować się z dzieckiem. Mózg małego człowieka po prostu potrzebuje melodii, by rozwijać się harmonijnie i bezpiecznie.

Śpiew jako opowieść

Śpiewanie dziecku to znacznie więcej niż tylko element wieczornego rytuału czy sposób na urozmaicenie codziennych czynności. To pełnoprawna forma opowieści, która dociera do dziecka poprzez dźwięk, rytm i emocję. Gdy spojrzymy na rozwój cywilizacji z szerszej perspektywy, zobaczymy, że w niemal każdej kulturze śpiew był sposobem przekazywania historii i tożsamości. Jestem przekonany, że niejedna mama czy tata w zamierzchłych czasach śpiewali swoim dzieciom opowieści o przodkach. W ten sposób kształtowała się zbiorowa pamięć, przekazywana z pokolenia na pokolenie, niosąca wartości i światopogląd danej społeczności.

Ojciec trzymający noworodka w ramionach. Na koszulce logo „tataczyta.com”. Na dole tekst: „Głos rodzica to pierwsza opowieść” oraz cytat o wartości śpiewania dziecku.

Każda melodia, nawet ta najprostsza, staje się dla dziecka drogowskazem w świecie języka i znaczeń. Dla malucha to nie tylko zabawa, ale również doświadczenie głęboko rozwijające — zarówno poznawczo, jak i emocjonalnie.

Śpiewanie dziecku pozwala mu wkroczyć w narracyjny świat w sposób naturalny i intuicyjny. Dzięki powtarzalnym frazom i rytmicznej strukturze, dziecko uczy się, że każda opowieść ma swój początek, środek i zakończenie. Śpiew staje się zatem bramą do późniejszego rozumienia bajek, książek i dialogów. I co najważniejsze — nie musisz śpiewać perfekcyjnie. Prawdziwa wartość tkwi w Twojej obecności, emocjonalnym zaangażowaniu i bliskości. Dzieci nie oceniają jakości wykonania. Liczy się dla nich Twój głos, Twój oddech, ciepło Twojego ciała i wspólnie spędzony czas.

Śpiewanie dziecku buduje więź, która pozostaje na całe życie. Kiedy śpiewasz, przekazujesz nie tylko słowa, ale też uczucia. Tworzysz przestrzeń pełną bezpieczeństwa, uważności i wspólnego rytmu. Takie chwile zostają w pamięci emocjonalnej dziecka na długo. Nawet jeśli konkretna melodia z czasem się zatrze, w sercu zostanie echo relacji, jaką zbudowaliście razem.

To nie jest występ ani egzamin. Nie musisz mieć sceny ani mikrofonu. Wystarczy Twoja obecność. Każda zaśpiewana zwrotka, każda zmyślona rymowanka, każdy powtórzony refren to kolejna mała opowieść, która wpisuje się w historię Waszej relacji.

Zachęcam Cię, byś dziś wieczorem sięgnął po śpiew. Nieważne, czy będzie to znana kołysanka, piosenka z dzieciństwa czy zupełnie improwizowana melodia. Podnieś głos, rozgrzej struny i zanuć razem ze swoim dzieckiem. Śpiewanie dziecku to pierwszy krok do opowieści, które zostają w sercu na zawsze.

Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego wpisu, śpiewanie dziecku stanie się dla Was czymś więcej niż tylko codzienną rutyną. To uniwersalna forma opowieści, która łączy język, emocje, bliskość i kulturę. Od czasów starożytnych po współczesne pokoje dziecięce śpiew pełnił rolę nośnika emocji, historii i więzi. Dziś wiemy, że wpływa nie tylko na samopoczucie dziecka, ale także na rozwój jego mózgu, pamięć, zdolności językowe oraz społeczne.

Każde śpiewanie dziecku to nie tylko muzyczny gest, ale również komunikat. Kiedy śpiewasz, mówisz: jestem przy Tobie, słyszę Cię, chcę być blisko. Właśnie dzięki temu drobnemu rytuałowi dziecko uczy się słuchać, rozumieć, przeżywać i opowiadać. Zanim jeszcze wypowie swoje pierwsze zdania, już uczestniczy w historii, którą tworzycie razem.

Nie musisz być wokalistą ani znać nut. Wystarczy Twój głos i intencja, aby śpiewanie dziecku stało się fundamentem jego rozwoju oraz mostem między Wami. Wspólny śpiew to pierwsza opowieść, jaką dziecko poznaje i często ta, która zostaje z nim na zawsze.

Mam nadzieję, że śpiewanie dziecku stanie się dla Was czymś więcej niż tylko codzienną rutyną. Śpiewanie jest bowiem uniwersalną forma opowieści, która łączy język, emocje, bliskość i kulturę. Od czasów starożytnych po współczesne pokoje dziecięce śpiew pełnił rolę nośnika emocji, historii i więzi. Dziś wiemy, że wpływa nie tylko na samopoczucie dziecka, ale także na rozwój jego mózgu, pamięć, zdolności językowe oraz społeczne.

Każde śpiewanie dziecku to nie tylko muzyczny gest, ale również komunikat. Kiedy śpiewasz, mówisz: jestem przy Tobie, słyszę Cię, chcę być blisko. Właśnie dzięki temu drobnemu rytuałowi dziecko uczy się słuchać, rozumieć, przeżywać i opowiadać. Zanim jeszcze wypowie swoje pierwsze zdania, już uczestniczy w historii, którą tworzycie razem.

Nie musisz być wokalistą ani znać nut. Wystarczy Twój głos i intencja, aby śpiewanie dziecku stało się fundamentem jego rozwoju oraz mostem między Wami. Wspólny śpiew to pierwsza opowieść, jaką dziecko poznaje i często ta, która zostaje z nim na zawsze.

I choć to koniec części szóstej, przed nami jeszcze bonusowa część siódma. Będzie to praktyczny zbiór scenariuszy narracyjnych zabaw. Pokażę Ci pięć pomysłów na to, jak zamienić codzienne czynności w opowieści pełne ruchu, rytuału i relacji. Bez aplikacji, bez podręczników. Tylko Ty, Twoje dziecko i wyobraźnia. Do zobaczenia w ostatniej części cyklu. Będzie inspirująco.

Cykl: Opowieść dla niemowlęcia – jak mówić, śpiewać i być blisko

Poznaj wszystkie części cyklu o bliskości, mowie i wspieraniu rozwoju dziecka przez opowieść, dotyk i dźwięk:

Wprowadzenie
👉 Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić
Wprowadzenie do cyklu o mowie, bliskości i rozwoju dziecka.

Część 1
👉 Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo
O sile powtarzalności, rytuałów i wspólnej narracji.

Część 2
👉 Głos, intonacja, mimika – jak opowiadać całym sobą
Jak używać głosu i ciała, by angażować i budować więź.

Część 3
👉 Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść
Książeczki sensoryczne jako pierwszy alfabet zmysłów.

Część 4
👉 Z codziennych historii rodzi się język
Jak proza codzienności staje się fundamentem rozwoju językowego.

Część 5
👉 Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci
O mocy dźwięków, wyrazów dźwiękonaśladowczych i fonologii.

Część 6
👉 Jak śpiewanie dziecku wspiera rozwój, pamięć i relację
Śpiewanie jako opowieść pełna emocji, języka i bliskości.

Część 7 (bonus)
👉 Narracja codzienności: 5 scenariuszy opowieści dla niemowląt
Scenariusze narracyjnych zabaw, które można wpleść w codzienne rytuały.

Bibliografia

Baer, S. (2007). The Wonder of Reading: A Teacher’s Guide to Teaching Language through Literature. New York: HarperCollins.

Christiansen, P. A. (2000). Reading Aloud: A Path to Sharing. Glenview, IL: GoodYearBooks.

François, C., Chobert, T., Besson, A., & Besson, M. (2017). Musical and linguistic rhythms: A review of perceptual and neurological correlates. Frontiers in Psychology, 8, 892. https://doi.org/10.3389/fpsyg.2017.00892

Shenfield, T., Trehub, S. E., & Nakata, T. (2003). Maternal singing modulates infant arousal. Psychology of Music, 31(4), 365–375.

Trehub, S. E., & Trainor, L. J. (1998). Singing to infants: Lullabies and play songs. Advances in Infancy Research, 12, 43–77.

Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci

Zabawy głosem to temat piątej części cyklu – i tym razem naprawdę wchodzimy z przytupem. Bo jeśli do tej pory czytaliście dzieciom na głos z umiarkowanym entuzjazmem, to teraz odkryjecie, że literatura to także całe spektrum onomatopei i innych dźwięków, które powinniście wykorzystywać w trakcie czytania. Będziecie gdakać, parskać, bulgotać i naśladować wiertarkę w miarę możliwości oczywiście.

Dzisiejszy temat to język w jego najbardziej pierwotnej, cielesno-dźwiękowej formie. Zapomnijcie na chwilę o fabułach i morałach – dziś liczy się „brum”, „bam”, „ciap-ciap” i cała muzyka codzienności, która dla niemowlęcia, ale także dla młodszych dzieci, brzmi jak symfonia znaczeń.

Bo zanim dziecko zacznie rozumieć co mówicie, uczy się jak mówicie. A to w moim odczuciu jest jedna z najważniejszych najważniejszych lekcji komunikacji, jaką od Was otrzyma. Dlaczego? O tym przeczytacie poniżej.

Zabawy głosem jako narzędzie rozwoju

Już w łonie mamy dziecko słyszy głosy i dźwięki pochodzące ze świata, który dopiero zacznie poznawać. To nie tylko fascynujący etap rozwoju, ale też początek budowania więzi z bliskimi. Głos rodzica, szczególnie matki, staje się dla dziecka czymś znajomym, kojącym i bezpiecznym. Choć jeszcze nie rozumie słów, to właśnie wtedy zaczyna się jego pierwsza lekcja języka, który w przyszłości będzie mu towarzyszył każdego dnia.

To wczesne osłuchanie się z melodią mowy przygotowuje dziecko do dalszego rozwoju. Od trzeciego trymestru ciąży jego mózg rejestruje rytm, tempo i intonację. Po narodzinach rozpoznanie głosu rodzica staje się punktem wyjścia do kolejnych etapów rozwoju komunikacyjnego, to także są zabawy głosem.

Od pierwszych dni życia dziecko reaguje na ton i melodię wypowiedzi, zanim jeszcze zrozumie ich znaczenie. Dlatego ciche nucenie, rytmiczne sylaby jak „ma-ma” czy „ba-ba”, odgłosy zwierząt albo szeptane „szu-szu” potrafią przyciągnąć uwagę niemowlęcia skuteczniej niż niejedna interaktywna zabawka.

Z perspektywy rozwojowej zabawy głosem wspierają tak zwaną świadomość fonologiczną, czyli zdolność dziecka do słyszenia, rozpoznawania i przetwarzania dźwięków języka. To niezwykle ważna umiejętność, która stanowi fundament dla dalszego rozwoju kompetencji językowych. Dziecko, które uczy się różnicować głoski i zauważa powtarzalność dźwięków, łatwiej przyswaja reguły językowe, szybciej zapamiętuje nowe słowa i sprawniej uczy się czytać oraz pisać.

Proste zabawy dźwiękowe, takie jak „hau-hau”, „brum-brum”, rytmiczne klaskanie, rymowanki czy wyliczanki, pomagają rozwijać słuch fonemowy, czyli zdolność do wychwytywania najmniejszych jednostek brzmieniowych mowy. To właśnie one uczą dziecko, jak brzmi język, jak układają się w nim dźwięki i co się z nimi dzieje w wypowiedzi – a wydawać by się mogło, że to tylko zabawy głosem.

Badania pokazują, że dzieci, które od najmłodszych lat są angażowane w takie zabawy, mają lepszy start w nauce czytania, szybciej opanowują alfabet i z większą łatwością rozumieją strukturę języka pisanego. A wszystko zaczyna się od pozornie prostych i zabawnych dźwięków, które dla dziecka są pierwszym krokiem w stronę świadomego i aktywnego używania mowy.

Fonologia stosowana: od „brum-brum” do „bohater”

Dźwięki pojazdów, onomatopeje takie jak „miau”, „hau” czy „bęc”, rytmiczne rymowanki i proste śpiewanki nie są wyłącznie formą rozrywki. To elementy świadomego wsparcia rozwoju fonologicznego dziecka, czyli treningu słuchu fonemowego. Warto pamiętać, że dziś jego kształtowanie bywa zakłócane przez nadmiar bodźców akustycznych obecnych w otaczającym nas środowisku. O skali tego zjawiska mogą świadczyć choćby relacje osób, które po latach życia w wielkomiejskim hałasie wyjeżdżają na odludzie i zderzają się z ciszą. Czasem słyszę, jak mówią, że cisza aż świdruje im uszy. To nie metafora, to znak naszych czasów, który świadczy o tym, jak bardzo nasz system słuchowy został przyzwyczajony do nieustannego szumu.

Tymczasem właśnie dzięki prostym dźwiękonaśladowczym słowom dziecko zaczyna dostrzegać różnice między dźwiękami, rozpoznaje ich rytm i kolejność, a także łączy je z konkretnymi sytuacjami, obrazami i emocjami. Ta wrażliwość na najdrobniejsze elementy języka jest fundamentem nie tylko nauki mówienia, ale też późniejszych umiejętności czytania i pisania.

Dzieci, które od wczesnych miesięcy życia uczestniczą w dźwiękowych zabawach, łatwiej różnicują głoski, szybciej rozumieją wzorce językowe i z większą swobodą przyswajają nowe słowa. Ich mózg uczy się rozpoznawać powtarzalne struktury językowe niemal intuicyjnie, co zmniejsza stres związany z nauką i wzmacnia naturalną ciekawość poznawczą. Takie aktywności wspierają nie tylko zasób słownictwa, ale również rozwój pamięci fonologicznej, która jest kluczowa dla rozumienia i produkcji mowy.

W codziennych sytuacjach warto wplatać dźwięki w narrację. To może być: „Jedzie traktor, pyr, pyr, pyr”, „Słyszysz? Piesek mówi hau-hau” (taka ciekawostka: dzieci oglądające anglojęzyczne kreskówki częściej mówią łuf-łuf) albo „A kuku! Zniknęła mama, a teraz bum, mama jest!”. Tego typu miniopowieści przyciągają uwagę dziecka, pobudzają jego wyobraźnię, rozwijają pamięć roboczą i uczą kojarzenia dźwięku z ruchem, obrazem oraz emocją. W ten sposób powstaje bogaty, synestezyjny obraz rzeczywistości, który dziecko zaczyna rozumieć wszystkimi zmysłami.

To, co z perspektywy dorosłego może wydawać się banalne lub infantylne, dla dziecka stanowi fascynujące doświadczenie sensoryczno-językowe. I co ważne, pomaga mu oswajać się z brzmieniem języka w atmosferze radości i bezpieczeństwa. Zabawy głosem są zatem nie tylko pierwszym krokiem w stronę komunikacji, ale też budują pewność siebie dziecka i jego gotowość do wyrażania się słowem. Kiedy dziecko słucha i powtarza, nie tylko naśladuje. Ono aktywnie konstruuje swój własny językowy świat.

Zabawy głosem jako rytm i muzyka języka

Ekspozycja dziecka na rytm, dźwięk i intonację języka mówionego wpływa bardzo korzystnie na jego zdolności słuchowe i rozwija kompetencje językowe, tworząc solidny fundament do rozumienia struktury języka pisanego:

„Czytanie na głos otwiera przed nami świat rytmu i dźwięku języka, pozwalając zanurzyć się w jego muzyce.”
(Christiansen, 2000, s. 3)

Słowa te intuicyjnie pokazują, jak blisko językowi do muzyki i jak silnie te dwa światy przenikają się już od pierwszych chwil życia dziecka. Nieprzypadkowo więc kołysanki, wyliczanki, rymowanki i proste wierszyki zajmują tak istotne miejsce w tradycji wychowania dzieci niemal w każdej kulturze. Ich rytmiczna, powtarzalna struktura oraz melodyjność nie tylko uspokajają i budują poczucie bezpieczeństwa, ale przede wszystkim przygotowują do oswajania się z brzmieniem języka i jego porządkiem. Dziecko, słuchając takich form, zaczyna intuicyjnie rozumieć, że język – choć giętki i pełen niuansów – posiada wewnętrzną logikę i strukturę.

Można to porównać do pierwszego kontaktu z muzyką: rytm i harmonia pozwalają dostrzec zasady kompozycji, podobnie jak język – dzięki rytmowi, intonacji i strukturze – uczy logicznego myślenia, porządkowania i przewidywania. To swoista „matematyka mowy”, która buduje podstawy dla późniejszych kompetencji, takich jak czytanie, pisanie czy rozumienie tekstów.

Ten muzyczny i intonacyjny wymiar języka widoczny jest również w zjawisku określanym jako „język rodzicielski”, czyli mowie skierowanej do niemowlęcia (infant-directed speech, IDS).

Kamila Wilkosz, Polski Logopeda w Londynie, tak odnosi się do tego zjawiska:

Warto odróżnić dwa zjawiska, negatywne i pozytywne:

Negatywne – zbyt pieszczotliwe mówienie do dziecka, kiedy to zmieniamy brzmienie wyrazów i głosek, zastępujemy „dorosłe” głoski tymi łatwiejszymi (np. „Malusiek źje telaz jedzionko”, „Laś dwa tsi – a telas licimy”)

Pozytywne – stosowanie takiego sposobu mówienia, który przykuwa uwagę małego dziecka (tzw. „język nianiek”, z ang. motherese, IDS – infant-directed speech) czyli podwyższonej intonacji, melodyjnego, wyrazistego tonu, pełnego emocji.
W tym pierwszym przypadku dajemy dziecku błędne wzorce wymowy. To nie jest dla niego dobre. Z tych wzorców dziecko się uczy, to je będzie naśladować. Nie powinniśmy tak robić.

Ale w drugim przypadku ułatwiamy maleńkiemu dziecku słuchanie naszej mowy. Przykuwamy jego uwagę, która na tym etapie rozwoju wymaga takich właśnie środków – wyrazistego mówienia, innego niż do osoby dorosłej. Badania pokazują jednoznacznie, że taki sposób mówienia jest dla niemowlęcia najlepszy.

Badania Patricii Kuhl (2010) potwierdzają, że taka forma komunikacji wspiera rozwój neurologiczny w obszarach mózgu odpowiedzialnych za przetwarzanie języka. Co więcej, „parentese”, jak z angielska określa się język rodzicielski, działa na dziecko jak magnes – skuteczniej przyciąga uwagę dziecka niż neutralna mowa dorosłych, a tym samym wzmacnia proces uczenia się. Jednocześnie pogłębia więź emocjonalną pomiędzy dzieckiem a opiekunem, czyniąc język nie tylko narzędziem poznawania świata, ale też zwierciadłem bliskości i relacji.

Właśnie dlatego warto celebrować codzienne czytanie na głos i wspólne zabawy głosem. Nawet jeśli z początku wydają się jedynie bełkotem, gdakaniem czy brumkaniem – w rzeczywistości są solidnym fundamentem rozwoju językowego. I choć efekty tych działań mogą nie być od razu widoczne, to każde „bam”, „miau” czy „a kuku” jest krokiem w stronę bogatego świata komunikacji, emocji i relacji.

Pozwólcie, że przytoczę przykład z naszego życia: kiedyś czytałem mojej starszej córce opowiadanie o kurce białopiórce. Wpadała w taki zachwyt, że włączała się jej potrzeba zapętlania. Czytałem… i czytałem… długo. Bardzo długo. I choć znała tę historię na pamięć, chciała ją słyszeć jeszcze raz – dla samej melodii, rytmu i brzmienia mojego głosu. Dla dziecka to nie była tylko bajka. To była bliskość. I właśnie o to chodzi, żeby zabawy głosem, prowadziły wprost do rozwoju, którego nie zapewni żaden pedagog czy logopeda.

Zabawy głosem są świetną metodą kształtującą postawy językowe
Bawcie się głosem KOKOKO!

Zabawy głosem: jako przestrzeń bliskości i emocji

Zabawy głosem to aktywność, która daje dziecku znacznie więcej niż tylko okazję do ćwiczenia artykulacji. To momenty, w których rodzi się więź, porozumienie i emocjonalna bliskość. Jako rodzice często jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia o rozwoju dziecka w kategoriach schematów, podręczników i celów edukacyjnych, które wywodzą się z tradycji szkoły pruskiej. Tymczasem rozwój języka, zwłaszcza na najwcześniejszych etapach, nie musi zaczynać się od liter i głosek. Może — i powinien — zacząć się od relacji.

Nie chodzi o to, jak poprawnie dziecko wypowie dane słowo. Chodzi o to, czy czuje, że ktoś mówi do niego z uwagą i czułością. Gdy dorosły zaczyna opowiadać z modulacją głosu, naśladuje odgłosy zwierząt, tworzy zabawne dźwięki albo odgrywa krótkie scenki, buduje nie tylko historię, ale przede wszystkim wspólną przestrzeń zrozumienia. To pomost między światem dorosłych a światem dziecka.

W takich, pozornie nieistotnych momentach, kiedy maluch z napięciem czeka na „bam”, uśmiecha się przy „a kuku” albo w skupieniu nasłuchuje „hau”, kształtuje się coś naprawdę ważnego. To doświadczenie radości, bezpieczeństwa i wspólnego rytmu. To chwile, które zapisują się w pamięci emocjonalnej dziecka, budując zaufanie i poczucie bycia widzianym.

Psycholożka komunikacji Katherine Nelson zauważa, że jakość emocjonalna pierwszych interakcji językowych ma ogromny wpływ na to, jak dziecko będzie w przyszłości postrzegało komunikację. Jeżeli język towarzyszy mu od początku jako coś radosnego, pełnego uważności i bliskości, to rośnie w przekonaniu, że mowa to coś więcej niż narzędzie. To sposób bycia z innymi.

Dlatego warto pamiętać, że nawet najprostsze dźwięki, gesty i słowa, wypowiedziane z czułością, mają ogromną moc. To nie tylko droga do mówienia, ale też do wyrażania siebie, rozumienia emocji i budowania relacji. Gdy powtarzamy z dzieckiem rymowanki, śpiewanki czy onomatopeje, tworzymy mapę językową, która pomoże mu później pisać, czytać, argumentować i być w świecie słów jak w domu.

Co ważne, nie potrzebujemy żadnych specjalnych narzędzi. Wystarczy nasz głos, odrobina czasu i gotowość do zabawy. Jeśli do tej pory postrzegaliście język wyłącznie jako zestaw zasad i struktur, to mam nadzieję, że teraz widzicie w nim również melodię, rytm i emocję. Bo język to muzyka relacji, dźwięk bliskości, radości i wspólnego bycia.

Każde „bam”, „miau” czy „a kuku” może być początkiem cudownej językowej podróży. Wspólny śmiech, zdziwienie i oczekiwanie tworzą pierwsze wersy tej opowieści. To nie jest „zabawa w mówienie” — to budowanie świata pełnego znaczeń.

W kolejnej części naszego cyklu napiszę o śpiewie, bo jak się okazuje, pierwsze formy literackie, jakie dziecko poznaje, nie są drukowane na papierze. One płyną z melodii. Gotowi na wspólne śpiewanie? Ja już rozgrzewam struny głosowe. Do zobaczenia w części szóstej.

Cykl: Opowieść dla niemowlęcia – jak mówić, śpiewać i być blisko

Poznaj wszystkie części cyklu o bliskości, mowie i wspieraniu rozwoju dziecka przez opowieść, dotyk i dźwięk:

Wprowadzenie
👉 Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić
Wprowadzenie do cyklu o mowie, bliskości i rozwoju dziecka.

Część 1
👉 Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo
O sile powtarzalności, rytuałów i wspólnej narracji.

Część 2
👉 Głos, intonacja, mimika – jak opowiadać całym sobą
Jak używać głosu i ciała, by angażować i budować więź.

Część 3
👉 Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść
Książeczki sensoryczne jako pierwszy alfabet zmysłów.

Część 4
👉 Z codziennych historii rodzi się język
Jak proza codzienności staje się fundamentem rozwoju językowego.

Część 5
👉 Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci
O mocy dźwięków, wyrazów dźwiękonaśladowczych i fonologii.

Część 6
👉 Jak śpiewanie dziecku wspiera rozwój, pamięć i relację
Śpiewanie jako opowieść pełna emocji, języka i bliskości.

Część 7 (bonus)
👉 Narracja codzienności: 5 scenariuszy opowieści dla niemowląt
Scenariusze narracyjnych zabaw, które można wpleść w codzienne rytuały.

Bibliografia

Anthony, Jason L., and Christopher J. Lonigan. 2004. „The Nature of Phonological Awareness: Converging Evidence from Four Studies of Preschool and Early Grade School Children.” Journal of Educational Psychology 96(1): 43–55. https://doi.org/10.1037/0022-0663.96.1.43.

Christiansen, Phyllis A. 2000. Reading Aloud: A Pathway to Understanding. Boston: Literacy Partners Press.

Goswami, Usha. 2001. „Early Phonological Development and the Acquisition of Literacy.” In Handbook of Early Literacy Research, edited by Susan B. Neuman and David K. Dickinson, 111–125. New York: Guilford Press.

Kuhl, Patricia K. 2010. „Brain Mechanisms in Early Language Acquisition.” Neuron 67(5): 713–727. https://doi.org/10.1016/j.neuron.2010.08.038.

Nelson, Katherine. 2007. Young Minds in Social Worlds: Experience, Meaning, and Memory. Cambridge, MA: Harvard University Press.

Z codziennych historii rodzi się język

W naszej podróży przez świat dziecięcej narracji nadszedł czas, by zejść z literackich wyżyn i zanurzyć się głęboko w doliny codzienności. Tu, gdzie akcja toczy się między łazienką a lodówką, na kanapie i w parku. Gdzie głównym bohaterem nie jest rycerz ani księżniczka, lecz mały człowiek w zaplamionej piżamie z dinozaurem.

Witajcie w opowieści bez bajkowego tła – ale za to z emocjami tak intensywnymi, że Hitchcock mógłby się uczyć. Bo dla dziecka proza życia wcale nie jest prozaiczna. To serial z elementami thrillera (pies szczeka – a może to wilk?), komedii (zdejmę skarpetkę, a co!), horroru (brak banana?!), a czasem dramatu egzystencjalnego („dlaczego NIE mogę zjeść plasteliny?”).

Jeśli czytaliście poprzednie części, wiecie już, że dziecięcy rozwój nie zaczyna się od „A” jak alfabet, ale od „O” jak opowieść. Bo zanim pojawią się słowa – jest uważność. Obserwacja. A zaraz potem: narracja. Próba uchwycenia i nazwania świata. Tego, który nie dzieje się w bajce, tylko tu i teraz.

Narracja nie musi mieć fabuły – wystarczy, że ma znaczenie. Bo właśnie tak zaczyna się mówienie. Nie od słownika, ale od zdziwienia. Nie od gramatyki, ale od potrzeby zrozumienia: co się tu, u licha, dzieje? I: czy to wszystko naprawdę ma sens?

Mowa dnia codziennego jako pierwsza narracja

Zanim dziecko pozna urok książek pachnących drukiem i szeleszczących stron, jego pierwszymi „lekturami” są… słowa. Ale nie te zebrane w tomikach poezji. Chodzi o codzienne komentarze dorosłych: wypowiedziane z pełnymi ustami przy śniadaniu, zza kubka kawy, w pośpiechu, w łazience, w windzie, w życiu. Znacie to prawda?

Kolaż literackich wycinków i ilustracji z książek dziecięcych z hasłem „Ze skrawków dnia tworzą się historie”. Obrazek oddaje ideę codziennej narracji jako fundamentu rozwoju dziecka – pełnej prostych zdań, emocji i obserwacji świata. To właśnie pierwsza narracja, którą dziecko zapamięta na wiele lat.

To właśnie te krótkie zdania – „teraz umyjemy rączki misia-rysia”, „zaraz założymy czapkę misia-rysia”, „słyszysz? Jedzie karetka” – są dla dziecka czymś znacznie więcej niż zwykłym komentarzem. To narracja rzeczywistości, tłumaczenie świata w czasie rzeczywistym. Dorosły, często nieświadomie, staje się lektorem w filmie edukacyjnym o tym, jak żyć, przeżyć i zrozumieć.

I jeśli przy okazji usłyszycie znajomy cytat z Barei – to świetnie. Bo właśnie w takich prostych, powtarzalnych zdaniach często mieszają się nasze rodzicielskie rytuały, dziecięce zachwyty i kawałki codziennej popkultury. Jestem przekonany, że wielu z was znajdzie w swojej codzienności równie trafne, własne wersje takich „mikro-narracji”.

Z tych powtarzalnych, często niedocenianych komunikatów dziecko tworzy swoją pierwszą językową mapę rzeczywistości. To dzięki nim zaczyna rozumieć, że wydarzenia mają swoje miejsce w czasie, że rzeczy się dzieją, bo coś je poprzedziło, i że mówienie może być sposobem na opanowanie chaosu – a może nawet na jego zrozumienie. (Nie obiecujemy zbyt wiele.)

To fundament rozwoju nie tylko językowego, ale i emocjonalnego oraz społecznego. Bo kiedy dziecko słyszy, że coś się wydarzy – i słyszy to zanim to się stanie – to nie tylko uczy się nowych słów. Uczy się też ufać światu, który da się przewidzieć.

I może właśnie dlatego później tak kocha bajki: bo zna już strukturę opowieści. A wszystko zaczęło się od: „Teraz założymy skarpetkę”.

Codzienna mowa jako trening poznawczy

To właśnie te najprostsze zdania przybliżają dziecku słownictwo, utrwalają struktury gramatyczne, uczą zależności czasowych i logicznych. Co więcej, sprzyjają rozwojowi tzw. teorii umysłu – zdolności do rozumienia intencji, emocji i perspektywy innych ludzi. To niezwykle cenna kompetencja, która buduje fundamenty empatii i relacji społecznych.

Piszę o tym również z osobistej perspektywy. Jedno z naszych dzieci – niezwykle bystre, z fascynującym umysłem analitycznym – idzie przez świat trochę inną ścieżką. I choć nie chcę wchodzić w szczegóły, ta droga nauczyła nas uważności i pokory wobec rozwoju, który nie zawsze przebiega według podręczników. Być może niektórzy z was odnajdą się w tej historii.

Jak pokazują badania z zakresu psycholingwistyki rozwojowej, dzieci, którym często się mówi i z którymi prowadzi się dialog (nawet jeśli one same jeszcze niewiele mówią), osiągają wyższy poziom rozwoju językowego, lepiej rozumieją emocje i szybciej uczą się reguł społecznych (Harris, 2006). To nie są „tylko słowa” – to narzędzia budowania wewnętrznego świata.

Język jako narzędzie myślenia

Zgodnie z koncepcją Lwa Wygotskiego rozwój dziecka zachodzi przede wszystkim w kontekście społecznym, a uczenie się przebiega najefektywniej w tzw. strefie najbliższego rozwoju (zone of proximal development). To przestrzeń między tym, co dziecko potrafi wykonać samodzielnie, a tym, co jest w stanie osiągnąć przy wsparciu bardziej kompetentnej osoby – rodzica, opiekuna, starszego rodzeństwa (Vygotsky, 1978).

Kluczową rolę odgrywa tu język – jako narzędzie pośredniczące w rozumieniu świata i w kształtowaniu sposobu myślenia. Słowa, którymi opisujemy codzienność, stają się dla dziecka ramą poznawczą, umożliwiającą porządkowanie doświadczeń, regulowanie emocji i konstruowanie tożsamości.

A skoro mowa o tożsamości – nie sposób pominąć pochodzenia. Inaczej będzie mówił rodzic z Podlasia, inaczej Ksinżok, jeszcze inaczej góral. I właśnie to jest piękne. W tym miejscu chciałbym was zachęcić: nie maskujcie swoich językowych korzeni. Gwarowe słownictwo, dialekty i regionalizmy to nie wstyd – to skarb kulturowy, który warto pielęgnować i przekazywać dalej.

Wystarczy uświadomić sobie skalę zjawiska: według niektórych szacunków jeszcze w XVIII wieku na świecie funkcjonowało kilka tysięcy języków. Dziś mówi się o nieco ponad 7 tysiącach – a ta liczba nieustannie spada. Języki wymierają szybciej, niż jesteśmy w stanie je zarchiwizować.

I pomyślcie: gdyby nie literatura i kazania głoszone w świątyniach, język polski mógłby nie przetrwać 123 lat zaborów. Ślady tej walki nosimy do dziś – choćby w zapożyczeniach z rosyjskiego, niemieckiego, austriackiego. Dlatego tym bardziej warto pamiętać, że język to nie tylko narzędzie komunikacji. To dziedzictwo. To sposób, w jaki myślimy, czujemy i opowiadamy świat – sobie i naszym dzieciom.

Wspólna narracja jako akt budowania relacji

Wspólne dzielenie doświadczeń – przez mówienie o tym, co dzieje się tu i teraz – to nie tylko codzienna praktyka, ale głęboka forma wsparcia rozwojowego.
Ponieważ poza literackimi mam także szereg innych zainteresowań – na przykład lubię obserwować i zatapiać się w przyrodzie, dlatego na spacerach z dziećmi nigdy nie mówiłem po prostu, że „na gałęzi siedzi ptaszek”, ale zawsze określałem gatunek: „Zobacz, dzięcioł zielony”, „Patrz, grzywacz”, „O, a tam dymówka!”, nie jaskółka, znam ten gatunek, więc mogę go określić.

Prawdopodobnie większość z was czuje się w czymś mocna lub ma pasję. Jeśli jesteś hydraulikiem – nie mów po prostu „rurka”. Powiedz: „To półcalowa rurka miedziana, do ciepłej wody”.
W gruncie rzeczy to jedna z najprostszych, a zarazem najskuteczniejszych strategii budowania relacji z dzieckiem – pokazywanie świata przez pryzmat tego, co dla nas ważne i zrozumiałe. To strategia, która pozwala dziecku krok po kroku przekraczać własne granice możliwości, poszerzać pole rozumienia i bezpiecznie eksplorować świat.

Nie chodzi tu o wielkie narracje – wystarczy wspólne komentowanie codzienności: „Zobacz, gołąb usiadł na parapecie”, „Teraz wlejemy wodę do wanienki”, „Poczekajmy, aż zapali się zielone światło”.
To właśnie w takich chwilach dziecko uczy się, że jego świat ma porządek, rytm i znaczenie – i że jest ktoś, kto ten świat z nim współodczuwa i współopowiada.

Badania Kucirkovej, Sheehy i Messer (2013) pokazują, że codzienne interakcje językowe – także w kontekście wspólnego tworzenia narracji – wspierają nie tylko rozwój słownictwa, ale też kształtowanie tożsamości i poczucia sprawstwa.
Dziecko, które uczestniczy w opowieści o własnym życiu, zaczyna je rozumieć jako ciąg przyczyn i skutków, jako coś, na co ma wpływ. Z czasem przestaje być tylko obserwatorem – staje się współtwórcą historii, której jest głównym bohaterem.

A co najważniejsze – taka narracja nie wymaga specjalnych umiejętności. Wymaga tylko obecności, uważności i gotowości dzielenia się swoją wiedzą. Wystarczy zatrzymać się na chwilę i opowiedzieć świat – razem.
Wtedy mówienie staje się nie tylko aktem komunikacji, ale także więzią. Jedną z tych, które zostają na zawsze.

Rodzic jako narrator i przewodnik

Uważam, że jeśli dotychczas nikt Wam tego nie powiedział, to zrobię to ja. Wiedzcie, że jako rodzic – jako „bardziej kompetentny inny” – nie jesteście tylko kimś, kto wie lepiej. Jesteście pierwszymi, którzy uczą, nawet jeśli sami nie przepadaliście za nauczycielami – nie przez wykład, ale przez obecność. W ten sposób macie realny wpływ na kształtowanie właściwego modelu zachowania, komunikacji i uczestnictwa w świecie społecznym. Jako rodzice, poprzez codzienną narrację tworzymy dla dziecka nie tylko opowieść o rzeczywistości, ale przede wszystkim zrąb relacji.

Wchodząc z dzieckiem w narracyjny dialog – nawet jeśli ono jeszcze nie odpowiada słowami – dajemy mu przestrzeń do wzrastania. Stajemy się dla niego nie tylko tłumaczem otaczającego świata, ale też przewodnikiem, który wyznacza ścieżki rozumienia i odczuwania.

Gdy mówimy: „Najpierw zdejmujemy buciki, potem myjemy rączki”, „Zobacz, pani w sklepie się uśmiecha”, „Ale mocno wieje dziś wiatr!” – nie tylko nazywamy rzeczywistość. Uczymy, że świat ma sens. Że jest uporządkowany, przewidywalny, a także – co moim zdaniem niezwykle ważne – wspólny dla nas wszystkich, choć oglądany z różnych perspektyw.

Być może zabrzmi to jak oczywistość, ale naprawdę pokazujemy, że każda codzienna czynność – od mycia, przez jedzenie, przewijanie, spacer – ma swoje znaczenie. A także, że można o niej opowiadać. Znamy to przecież doskonale z książek, prawda? Czy nie myślicie sobie czasem, że autor opowiada o naprawdę banalnych sprawach? Że sami tworzycie codziennie setki podobnych narracji – choć przecież nie jesteście pisarzami?

Odnieście teraz swoje narracje do świata przedstawionego w literaturze: tam są one bardzo ważne, ponieważ kształtują nasz całościowy pogląd na utwór, pozwalają zrozumieć motywację bohaterów. W życiu realnym jest dokładnie tak samo. A skoro tak, to znaczy, że te nasze codzienne, małe narracje są ważne – dla naszego odbiorcy, dla naszego dziecka.

To właśnie w tych prostych momentach dziecko zaczyna rozumieć, że świat jest nie tylko doświadczany, ale również opowiadany i współtworzony. Że nie jest samo – ponieważ ktoś, kogo kocha i komu ufa, mówi razem z nim.

Bycie narratorem nie oznacza zatem dominacji, ale towarzyszenie. Nie chodzi o to, by narzucać opowieść, ale by ją budować wspólnie – słowo po słowie, gest po geście.
I może właśnie to jest najpiękniejszy wymiar rodzicielstwa: opowiadać świat tak, by dziecko zapragnęło zostać jego współautorem.

Przykład z życia

Żeby przełożyć nieco z powyższej teorii na codzienność, posłużę się przykładem z naszego życia. Mieszkamy na wsi, więc każdego dnia w roku szkolnym – o tej samej porze – autobus zabiera dzieci do szkoły. Wiem, że kiedyś nazywano go „gimbusem”, dziś to po prostu szkolny autobus.

Jest kilka minut po siódmej rano. Właśnie budzi się nasza córka. Od progu zaczyna swoje śpiewki o tym, jak bardzo jej się nudzi. A ja – zamiast od razu sięgać po zabawkę czy ekran – wybieram to, co zawsze działa najlepiej: świat za oknem. Tam zawsze coś się dzieje. O tej porze najlepszym bohaterem opowieści jest wspomniany autobus.

Mówię więc:
„Patrz, jedzie autobus! Kolorowy, z łowicką wycinanką. A kto siedzi w środku? Nasza sąsiadka! Jedzie do szkoły!”

To historia sprzed kilku lat. Nasza córka nie potrafiła jeszcze wtedy zbudować podobnego zdania, ale śledziła wzrokiem, reagowała mimiką – może nawet powtórzyła jakieś słowo, na przykład: „autobus!”

Zwróćcie teraz uwagę, ile się wydarzyło w tych kilkunastu sekundach. W tej krótkiej interakcji zawarty był cały pakiet kompetencji: obserwacja, klasyfikacja, wnioskowanie, empatia, komunikacja.

Z czasem te codzienne „komentarze rzeczywistości” zaczynają układać się w bardziej złożone opowieści:
„Pamiętasz, wczoraj padał deszcz, a dziś świeci słońce. Może znów spotkamy tego psa, którego widzieliśmy przy sklepie?”

Tworzy się ciągłość zdarzeń, buduje się pamięć, pojawia się narracyjna tożsamość – czyli umiejętność postrzegania siebie jako kogoś, kto ma historię, przeżycia, emocje.

Jak mogliście przeczytać w tym artykule, codzienne opowieści to nie „zapchajdziury” między kąpielą a drzemką. To pełnoprawna literatura życia codziennego – i choć nie trafia na listy bestsellerów, zapisuje się w umyśle i sercu dziecka z większą siłą niż niejedna książka noblisty.

Mówienie do dziecka o świecie, który przeżywacie wspólnie, to nie tylko forma miłości, ale też potężne narzędzie rozwojowe.
Nie musicie znać technik narracyjnych ani zasad dramaturgii – wystarczy, że będziecie obecni, uważni i gotowi, by powiedzieć:
„Zobacz, jedzie autobus.”
A potem posłuchać, co na to powie dziecko – nawet jeśli to tylko: „bubu!”

W kolejnej części zajmiemy się zabawami głosem – bo przecież język to nie tylko znaczenie, ale też brzmienie, rytm i cała masa onomatopei, które sprawiają, że mówienie staje się… zabawą.

Brum, brum – jedziemy dalej!

W kolejnym artykule opowiem o tym, jak książeczki dotykowe i sensoryczne uruchamiają zmysły i zamieniają zwykłe czytanie w cielesne doświadczenie.

 Cykl: Opowieść dla niemowlęcia – jak mówić, śpiewać i być blisko

Poznaj wszystkie części cyklu o bliskości, mowie i wspieraniu rozwoju dziecka przez opowieść, dotyk i dźwięk:

Wprowadzenie
👉 Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić
Wprowadzenie do cyklu o mowie, bliskości i rozwoju dziecka.

Część 1
👉 Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo
O sile powtarzalności, rytuałów i wspólnej narracji.

Część 2
👉 Głos, intonacja, mimika – jak opowiadać całym sobą
Jak używać głosu i ciała, by angażować i budować więź.

Część 3
👉 Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść
Książeczki sensoryczne jako pierwszy alfabet zmysłów.

Część 4
👉 Z codziennych historii rodzi się język
Jak proza codzienności staje się fundamentem rozwoju językowego.

Część 5
👉 Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci
O mocy dźwięków, wyrazów dźwiękonaśladowczych i fonologii.

Część 6
👉 Jak śpiewanie dziecku wspiera rozwój, pamięć i relację
Śpiewanie jako opowieść pełna emocji, języka i bliskości.

Część 7 (bonus)
👉 Narracja codzienności: 5 scenariuszy opowieści dla niemowląt
Scenariusze narracyjnych zabaw, które można wpleść w codzienne rytuały.

Bibliografia

Handbook Of Child Psychology Vol 2 Cognition, Perception, and Language.pdf n.d.

Kucirkova, N., Sheehy, K., & Messer, D. (n.d.). A Vygotskian perspective on parent–child talk during iPad story sharing. The Open University.

Vygotsky, Lev S. 1978. Mind in Society: The Development of Higher Psychological Processes. red. Michael Cole, Vera John-Steiner, Sylvia Scribner i Ellen Souberman. Cambridge, MA: Harvard University Press.

Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść

Rozwój dziecka zaczyna się znacznie wcześniej, niż wielu z nas przypuszcza. Na trzecim przystanku naszej opowieści o opowiadaniu trafiamy tam, gdzie słowo spotyka się z dotykiem, a książka przestaje być tylko książką – staje się… ach! Książką!

Jeśli do tej pory myśleliście, że niemowlę jest jeszcze „za małe na czytanie”, pozwólcie, że spróbuję Was wyprowadzić z tego błędnego przeświadczenia. Bo to mit. A mit – jak wiadomo – warto o-ba-lić, najlepiej miękką okładką z pluszu i szeleszczącą stroną.

To w tym okresie dziecko uczy się najwięcej – tyle że nie przez literki, formułki i cyferki, ale przez skórę, palce i… ślinę (tak, dokładnie w tej kolejności).
W tej części zajrzymy do świata książeczek sensorycznych – małych map wielkiego świata, które dla dziecka są czymś więcej niż zbiorem obrazków. To dotykalna opowieść – historia, którą można pogłaskać.
Więc jeśli planowaliście spędzić okres niemowlęctwa swojego dziecka, podglądając znajomych na profilach społecznościowych, to mam złą wiadomość: Wasze dziecko potrzebuje Was – tu i teraz. Zaangażowanych, obecnych, gotowych do wspólnego odkrywania świata.
A świat oczami dziecka… to prawdziwa symfonia zmysłów i doznań.

Niemowlę bawiące się czarno-białą książeczką sensoryczną; obok widoczne ilustracje innych książeczek z różnymi fakturami i grafiką pociągu. Napis: „Uczy rozpoznawać kształty, wspiera edukację sensoryczną Twojego dziecka.”
Książeczki sensoryczne Mom’s care

Jeszcze zanim zostaniemy rodzicami, intuicyjnie czujemy, że rozwój niemowlęcia przebiega równolegle na wielu płaszczyznach. W końcu ten milion połączeń neuronowych na sekundę nie tworzy się bez powodu – trzeba to jakoś zagospodarować. Dziecko uczy się całym sobą: przez słuch, dotyk, wzrok, ale też przez ruch, smak i węch. To pełny wachlarz zmysłów, który w przyszłości stanie się fundamentem funkcji poznawczych: uwagi, pamięci, języka i myślenia abstrakcyjnego.

Właśnie dlatego pierwsze książki dla najmłodszych czytelników powinny odpowiadać na ich potrzeby sensoryczne. Książeczki dotykowe, z różnorodnymi fakturami, tkaninami, wypustkami, klapkami, a czasem nawet z prostymi efektami dźwiękowymi, zapraszają dziecko do eksplorowania – nie tylko oczami, ale przede wszystkim rączkami, buzią i całym ciałem. Dla niemowlęcia to nie tyle „czytanie”, ile doświadczanie treści poprzez działanie. I choć wygląda to czasem jak zwykłe gryzienie rogu książki, w rzeczywistości jest to pełnoprawny akt poznawczy.

Tego rodzaju publikacje pełnią funkcję nie tylko zabawki, ale też narzędzia wspierającego rozwój językowy, motoryczny i sensoryczny. Przeciąganie palcami po miękkim futerku, otwieranie szeleszczących okienek czy naciskanie elementów wydających dźwięki stymuluje małą motorykę, a jednocześnie zachęca do poznawczego zaangażowania.
Współczesna pedagogika rozwojowa nie bez powodu podkreśla znaczenie integracji sensorycznej – dziś to jeden z kluczowych tematów wśród specjalistów. Coraz więcej dzieci wykazuje trudności w tej sferze, często już na etapie przedszkolnym. I niestety, w wielu przypadkach wynika to z naszych dorosłych zaniedbań – z braku czasu, cierpliwości albo zwyczajnego ignorowania dziecięcych potrzeb.

Pozwalacie swoim dzieciom ubrudzić się jedzeniem? Wysmarować podłogę bananem bez nerwowego „po co to robisz?”? A może sprzątacie, zanim dziecko zdąży naprawdę się rozkręcić?
Rozumiem – wasz dom „w kredycie” jest dla Was ważny. Ale z chwilą, gdy stajecie się rodzicami, ten dom przestaje być tylko wasz. To także przestrzeń rozwoju, eksploracji i bałaganiarskiej wolności dla małego człowieka. Więc może warto pozwolić mu być sobą?

Świat zmysłami dziecka, czyli kiedy mniej znaczy więcej

Oczywiście, nie sugeruję, żebyście bombardowali swoje dziecko doznaniami z każdej strony. Warto pamiętać, że więcej bodźców nie zawsze znaczy lepiej. Nadmiar interakcji, dźwięków i efektów wizualnych może prowadzić do przebodźcowania – czyli przeciążenia układu nerwowego.
To temat, do którego jeszcze wrócimy w kontekście narzędzi cyfrowych, ale już teraz warto zaznaczyć: proste formy często działają skuteczniej. Na pewno słyszeliście od innych rodziców, że ich dzieciom wystarcza miska i drewniana łyżka – podczas gdy najnowocześniejsze zabawki topowych producentów kurzą się na półkach.

Okładki dwóch książeczek sensorycznych dla dziecka – „Zwierzęta na łące” z futerkiem do dotykania i „Wesołe dinozaury” z elementem Pop It. Napis: „Poczujcie to razem. Bo pierwsze historie dziecko ‘czyta’ palcami, a nie oczami.”
Przykłady książek sensorycznych wydawnictwa Aksjomat.

Potwierdzeniem takiego stanu rzeczy – a właściwie dziecięcych potrzeb – mogą być badania porównawcze przeprowadzone przez Chiong, Takeuchi i Erickson (2012), w których wykazano, że dzieci lepiej przyswajają treść opowieści z tradycyjnych książek papierowych niż z nadmiernie interaktywnych aplikacji.
Co istotne, kluczowy okazał się jeden czynnik: obecność dorosłego – kogoś, kto podczas czytania komentuje, powtarza, interpretuje emocje i tworzy wspólną przestrzeń narracyjną.

To właśnie ten akt współuczestnictwa – a nie technologia – przynosi najlepsze efekty rozwojowe. I to jest dokładnie to, do czego próbuję Was przekonać w większości moich wpisów: do czytania relacyjnego.
Pamiętam doskonale, jak czytałem naszej córce opowieść o Kurce Białopiórce. Piałem, gdakałem, wyginałem się na wszystkie strony. I wtedy, gdzieś między „ko-ko” a „kukuryku”, poczułem każdy napięty mięsień jej ciała, pełne skupienie – jakby właśnie otworzyły się przed nią drzwi do króliczej nory, prowadzące do nieznanego, tajemniczego świata.
To był ten moment – chwila, kiedy budowała się więź silniejsza niż najmocniejszy klej. Na moich kolanach. W środku opowieści.

Wspólne odkrywanie przez zmysły

Zanim dojdziecie do etapu opowieści fabularnych, podobną funkcję powinny odgrywać książeczki sensoryczne, które można dotykać, gryźć, przesuwać, otwierać i odkrywać. Pełnią one rolę miniaturowych laboratoriów poznawczych. Zaspokajają potrzebę aktywnego, wielozmysłowego poznawania świata – uczą dziecko poprzez zaangażowanie jego ciała, emocji i relacji. To forma nauki, która nie rozgrywa się w oderwaniu od rzeczywistości, ale w bliskości z drugim człowiekiem – rodzicem, opiekunem, lektorem.

W literaturze pedagogicznej podkreśla się, że wartościowe książki dla najmłodszych to takie, które wykraczają poza tekst – oferując całościowe doświadczenie angażujące zmysły, emocje i wyobraźnię. W tym sensie książka staje się nie tylko „obiektem do oglądania”, ale przestrzenią doświadczania, która może rosnąć razem z dzieckiem.

Poezja dziecięcych zmysłów

Jak pięknie pisze Sylvia Baer:

„Słowa i ilustracje unoszą nas niczym dzielne okręty na bezkresne morze duszy. Tam fale kołyszą nas ku brzegom zrozumienia – nieustannie się zmieniającym, a jednak niezmiennie urzekającym.”
(tum. własne, Baer, 2007, s. vi)

To poetyckie sformułowanie trafnie oddaje ideę literatury dziecięcej jako przygody zmysłowej i emocjonalnej – nie tylko jako treści do przyswojenia, ale jako podróży rozwojowej, w której książka staje się przedmiotem bliskości, źródłem bezpieczeństwa i bodźcem do rozwoju.
W tej podróży każde dziecko może być odkrywcą, a każdy dorosły – przewodnikiem, który nie tyle tłumaczy świat, co pozwala go dotknąć, poczuć i przeżyć.

Jak mogliście przeczytać w tym artykule, pierwsze książeczki Twojego dziecka wcale nie muszą być „czytane” w klasycznym sensie – one mają być przeżywane. Gryzione rogi, miękkie futerka, szeleszczące skrzydełka i kolorowe klapki to nie ozdobniki, lecz język zmysłów – szybszy od alfabetu, bardziej bezpośredni niż zdania.
Wspólne dotykanie, komentowanie, śmianie się i powtarzanie tych samych gestów nie tylko buduje relację, ale stwarza zmysłowy kontekst dla przyszłego rozwoju języka, myślenia i emocji.
To moment, w którym Twoja obecność staje się ważniejsza niż jakakolwiek aplikacja – bo żadna zabawka nie powie z czułością:

„Zobacz, tu jest mięciutko – to ogonek króliczka!”

W kolejnej części zanurzymy się w prozę życia – tej najprostszej, codziennej, w której przewijanie zamienia się w teatr, a zwykły spacer staje się podróżą z bohaterem. Czujecie już ten klimat?
Tak właśnie zaczyna się narracja bez książki. Bo opowieść to nie forma – to obecność.

Cykl: Opowieść dla niemowlęcia – jak mówić, śpiewać i być blisko

Poznaj wszystkie części cyklu o bliskości, mowie i wspieraniu rozwoju dziecka przez opowieść, dotyk i dźwięk:

Wprowadzenie
👉 Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić
Wprowadzenie do cyklu o mowie, bliskości i rozwoju dziecka.

Część 1
👉 Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo
O sile powtarzalności, rytuałów i wspólnej narracji.

Część 2
👉 Głos, intonacja, mimika – jak opowiadać całym sobą
Jak używać głosu i ciała, by angażować i budować więź.

Część 3
👉 Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść
Książeczki sensoryczne jako pierwszy alfabet zmysłów.

Część 4
👉 Z codziennych historii rodzi się język
Jak proza codzienności staje się fundamentem rozwoju językowego.

Część 5
👉 Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci
O mocy dźwięków, wyrazów dźwiękonaśladowczych i fonologii.

Część 6
👉 Jak śpiewanie dziecku wspiera rozwój, pamięć i relację
Śpiewanie jako opowieść pełna emocji, języka i bliskości.

Część 7 (bonus)
👉 Narracja codzienności: 5 scenariuszy opowieści dla niemowląt
Scenariusze narracyjnych zabaw, które można wpleść w codzienne rytuały.

Bibliografia:

Baer, Sylvia. Reading with Your Child: A Poetic Approach to Literacy. New York: Bright Horizons Press, 2007.

Brotherson, Sean. (2005). Keys to Enhancing Brain Development in Young Children, 2005.

Chiong, Cynthia, Lori Takeuchi, and Jesse Erickson. “Print Books vs. E-books: Comparing Parent–Child Co-reading on Print, Basic, and Enhanced E-book Platforms.” Joan Ganz Cooney Center at Sesame Workshop, 2012. https://www.joanganzcooneycenter.org/publication/quickreport-print-books-vs-e-books/.