Olga Tokarczuk, AI i koniec świętego spokoju literatury.
TataCzyta.com > Inspiracje > Olga Tokarczuk, AI i koniec świętego spokoju literatury.
Olga tokarczuk AI

Olga Tokarczuk, AI i koniec świętego spokoju literatury.

Pokłosie wypowiedzi Olgi Tokarczuk rozgrzewa Internet, zwłaszcza grupy czytelnicze. I celowo używam tutaj słowa „pokłosie”, świadomie nawiązując do filmu Władysława Pasikowskiego. Podkreślam raz jeszcze: celowo. Nie dlatego, że chcę porównywać ciężar tamtej opowieści z internetową dyskusją o AI, bo byłoby to nadużycie. Chodzi mi raczej o sam mechanizm społecznej reakcji. O to, że jedno zdanie, jedna wypowiedź, jeden publiczny gest potrafią nagle uruchomić lawinę komentarzy, podejrzeń, oskarżeń i rozliczeń. Wystarczy dotknąć tematu, który w zbiorowej wyobraźni jest już naładowany lękiem, a natychmiast zaczyna się zbieranie resztek po wybuchu. Kto jest winny? Kto zdradził? Kto przesadził? Kto nie zrozumiał? Kto powinien przeprosić? Kto ma prawo mówić o literaturze, a kto powinien milczeć?

Olga Tokarczuk i pierwsze nieporozumienie: czy naprawdę mówimy o inteligencji?

Wiele osób odnosi się ostatnio do wypowiedzi Olgi Tokarczuk na temat sztucznej inteligencji, choć mam wrażenie, że już na początku tej dyskusji popełniamy pewien błąd. Może nawet błąd podstawowy. Używamy terminu „sztuczna inteligencja” tak, jakbyśmy rzeczywiście mieli do czynienia z nowym, samodzielnym, myślącym bytem, który zaraz usiądzie przy biurku, zaparzy sobie kawę, spojrzy melancholijnie przez okno i napisze powieść o kondycji współczesnego człowieka. Tymczasem w wielu przypadkach mówimy o narzędziach opartych na dużych modelach językowych. O programach, które nie myślą w ludzkim sensie, nie przeżywają, nie cierpią, nie pamiętają dzieciństwa, nie mają traumy, nie zakochują się, nie mają wstydu, kompleksów ani intuicji metafizycznej. Operują językiem. Przetwarzają go, przewidują, składają, rozkładają, imitują, odpowiadają. To dużo. Bardzo dużo. Ale to jednak nie jest to samo, co inteligencja rozumiana potocznie, a już na pewno nie to samo, co świadomość.

I może właśnie dlatego cała ta dyskusja tak mnie interesuje. Nie dlatego, że chcę bronić Olgi Tokarczuk, bo noblistka raczej mojej obrony nie potrzebuje. Nie dlatego też, że chciałbym ją oskarżać, bo nie bardzo widzę powód, dla którego należałoby kogokolwiek oskarżać za refleksję nad narzędziami, z których korzysta lub z których korzystać będzie współczesna kultura. Interesuje mnie raczej to, jak gwałtownie zareagowaliśmy. Jak szybko zbudowaliśmy barykady. Jak natychmiast wyznaczyliśmy strony konfliktu. Pisarze po jednej stronie, czytelnicy po drugiej. Artyści po jednej stronie, odbiorcy po drugiej. Prawdziwa literatura przeciwko technologicznemu oszustwu. A przecież ta sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana.

Kiedy czytam komentarze pod wypowiedziami dotyczącymi AI, mam wrażenie, że w gruncie rzeczy wcale nie rozmawiamy o technologii. Rozmawiamy o lęku. O lęku przed utratą wyjątkowości. O lęku przed tym, że coś, co przez lata wydawało się zarezerwowane dla człowieka, czyli język, styl, opowieść, metafora, puenta, nagle może zostać częściowo zasymulowane przez maszynę. To budzi niepokój. Rozumiem ten niepokój. Sam go czasem odczuwam. Ale niepokój nie powinien zwalniać nas z myślenia.

Pamiętam moment, gdy na studiach filologicznych dr hab. Joanna Satoła-Staśkowiak odkryła przede mną i innymi studentami z mojego rocznika istnienie korpusów językowych. Możecie mi wierzyć, że miałem wtedy wrażenie, jakbym trafił do językowego raju. Do ogromnej piaskownicy pełnej nieskończonej liczby zabawek, które można przestawiać, łączyć, zestawiać ze sobą, żonglować nimi i tworzyć zupełnie nowe układy znaczeń. Nagle okazywało się, że język nie jest wyłącznie tym, co mamy w głowie, w słownikach albo w podręcznikach do gramatyki. Jest żywą masą użyć, powtórzeń, przesunięć, kontekstów. Jest oceanem, w którym można obserwować, jak słowa naprawdę funkcjonują. Jak często występują obok siebie. W jakich rejestrach się pojawiają. Jak zmieniają znaczenie w zależności od sąsiedztwa.

Czułem się wtedy trochę jak Kolumb odkrywający Amerykę, choć oczywiście była to Ameryka dawno już odkryta przez innych. Dla mnie, studenta filologii, było to jednak doświadczenie niemal inicjacyjne. Dr hab. Joanna Satoła-Staśkowiak mogłaby pewnie potwierdzić moją fascynację, bo zapewne trudno było jej nie zauważyć. Nagle język przestał być wyłącznie przedmiotem opisu, a stał się przestrzenią eksperymentu. Można było wejść do środka i sprawdzać. Szukać. Porównywać. Pytać język o niego samego.

Dlaczego o tym wspominam? Bo mam wrażenie, że dzisiejsze modele językowe są dla wielu osób podobnym doświadczeniem granicznym, tylko o znacznie większej skali. Dla jednych są fascynującym narzędziem, dla innych zagrożeniem. Jedni widzą w nich możliwość poszerzenia warsztatu, inni koniec twórczości. Jedni traktują je jak rozmówcę, inni jak plagiatora w przebraniu. Ale przecież każde nowe narzędzie językowe wywoływało kiedyś niepokój. Druk, maszyna do pisania, edytor tekstowy, internet, blogi, media społecznościowe, audiobooki i książki elektroniczne zmieniały sposób pisania, czytania i dystrybucji tekstu. Za każdym razem pojawiał się ktoś, kto ogłaszał koniec prawdziwej literatury.

Olga Tokarczuk, pisarze i czytelnicy po dwóch stronach barykady

Nie mam zamiaru ani bronić, ani oskarżać noblistki. Mam jednak poczucie, że w całej tej medialnej zadymce chodzi o coś zupełnie innego. Moim zdaniem została zarysowana pewna linia demarkacyjna między pisarzami a czytelnikami, chociaż tak naprawdę jedni bez drugich w zasadzie nie istnieją. Pisarz bez czytelnika staje się kimś mówiącym do pustego pokoju. Czytelnik bez pisarza zostaje sam ze swoim głodem opowieści. Literatura wydarza się dopiero pomiędzy nimi. W napięciu, w dialogu, w nieporozumieniu, w zachwycie, w irytacji. W tym sensie książka nie jest tylko przedmiotem. Jest spotkaniem.

To spotkanie jednak coraz częściej odbywa się w warunkach, które nie sprzyjają spokojnej lekturze. Ryszard Koziołek pisał w Maskach czytania, że czytanie literatury, jeśli nie legitymizuje go ekonomia inwestycji, bywa dziś pojmowane jako wydatek, rozrzutność albo tylko wypełnienie wolnego czasu. Dodawał też, że w takim układzie czytanie staje się akceptowane niemal wyłącznie wtedy, gdy pełni funkcję edukacyjną albo prowadzi do pisania.1 To bardzo celna uwaga. Czytanie dla samego czytania coraz częściej musi się usprawiedliwiać. Musi udowadniać, że przynosi korzyść, rozwija kompetencje, poprawia wyniki, wspiera proces edukacyjny albo zwiększa kapitał kulturowy. A przecież czasem człowiek czyta dlatego, że chce pobyć z cudzym zdaniem. Chce wejść w czyjąś wyobraźnię. Chce przez chwilę nie być tylko pracownikiem, konsumentem, użytkownikiem i odbiorcą treści.

Zgadzam się natomiast z opinią Olgi Tokarczuk w tym punkcie, że pisarstwo czeka olbrzymia zmiana. Być może nie tyle spowodowana samym pojawieniem się dużych modeli językowych, ile raczej przez szerszą zmianę cywilizacyjną. A może nawet przez coś, co można nazwać regresem. Choć słowo „regres” nie musi mieć tutaj wyłącznie negatywnego znaczenia. Może chodzi raczej o powrót do źródeł. Do sytuacji, w której opowieść była wcześniejsza niż pismo. Bo przecież pisarstwo jest zjawiskiem wtórnym wobec opowiadania. Najpierw była gawęda, mit, pieśń, plotka, legenda, historia opowiadana przy ogniu, przy stole, w drodze, w kolejce, w kuchni, na ławce przed domem. Dopiero potem przyszło pismo, książka, biblioteka, przypis, recenzja, kanon i lista lektur.

Współcześni trubadurzy i bardowie nie muszą już chodzić od miasta do miasta. Mogą w ciągu sekundy otoczyć całą planetę, przekazując myśl, obraz, emocję czy ideę za pośrednictwem łączy internetowych. Krótkie filmy, podcasty, transmisje na żywo i relacje w mediach społecznościowych są nowymi formami dawnej potrzeby. Opowiedzieć coś komuś. Złapać uwagę. Utrzymać ją. Wzruszyć, rozbawić, przestraszyć, oburzyć, zmusić do reakcji.

Właśnie dlatego tradycyjne czytelnictwo będzie coraz bardziej nabierało znamion elitarności. Nie dlatego, że czytanie jest moralnie lepsze od oglądania lub słuchania. Raczej dlatego, że wymaga czegoś, czego mamy coraz mniej. Skupienia. Czytanie długiego tekstu jest dziś aktem niemal buntowniczym. Wymaga odcięcia się od powiadomień, od migających ekranów, od nieustannego przepływu bodźców. Wymaga zgody na wolniejsze tempo. Wymaga wejścia w cudzy rytm zdań. A my coraz częściej chcemy, żeby świat mówił do nas szybko, krótko, efektownie i najlepiej z napisami, bo dźwięk akurat mamy wyłączony.

Nie oznacza to jednak, że książka po prostu przegrała z mediami. Joanna Papuzińska, pisząc o wpływie świata mediów na kształt książki dziecięcej i style jej odbioru, przypominała, że od pojawienia się mediów masowych trwa dyskusja o relacji między światem druku a przekazem medialnym. Najważniejsze pytanie dotyczy tego, czy media zastępują się wzajemnie, czy raczej się uzupełniają.2 To rozróżnienie wydaje mi się bardzo ważne także w rozmowie o AI. Być może problem nie polega na tym, że nowe narzędzie zabije stare formy pisania. Być może problem polega na tym, że zmieni ich pozycję, funkcję i sposób odbioru.

Papuzińska pokazuje też, że wcześniejsze debaty często były podszyte obawą przed zmierzchem cywilizacji druku i końcem galaktyki Gutenberga, ale z czasem w refleksji nad mediami zaczęła wysuwać się wizja koegzystencji.3 To jest chyba lekcja, którą warto przenieść na obecną dyskusję. Nie każda nowa technologia oznacza koniec poprzedniej. Czasem oznacza zmianę jej statusu. Radio nie zabiło książki. Telewizja nie zabiła radia. Internet nie zabił opowieści. AI prawdopodobnie nie zabije literatury. Może jednak bardzo brutalnie sprawdzić, co w naszym pisaniu było naprawdę żywe, a co było tylko sprawnym naśladowaniem formy.

Zresztą podobnie będzie z pisarstwem. Mimo że sam coś piszę, mimo że tworzę blog, na który zagląda naprawdę niewiele osób, jestem zdania, że programy ratowania czytelnictwa bywają często próbą udowodnienia pewnej oczywistej prawdy. Ludzie lubią opowieści. Lubimy ich słuchać. Lubimy, kiedy ktoś nam opowiada. Problem polega na tym, że niekoniecznie chcemy już czytać je w tradycyjnej formie. Wolimy, żeby ktoś nam je podał. Streścił. Zagrał. Zmontował. Przeczytał. Pokazał. Wpakował w trzydzieści sekund, opatrzył muzyką i dodał dynamiczne cięcia.

Dlatego czytelnictwo prawdopodobnie nie ma większych szans w prostym starciu z krótkimi formami internetowymi i nieustannym przebodźcowaniem. Oczywiście książki nie znikną. Nie wierzę w katastroficzne wizje, według których za dwadzieścia lat nikt nie będzie czytał. Ktoś będzie. Zawsze ktoś będzie. Ale pytanie brzmi inaczej. Ilu ludzi będzie jeszcze gotowych poświęcić tekstowi czas, uwagę i cierpliwość? Sam zaczynam powoli wierzyć, że recenzji pisanych w formie artykułów nikt już nie czyta, dopóki coś nie wybuchnie. Dopóki nie pojawi się skandal, konflikt, oburzenie, publiczna awantura. Wtedy nagle wszyscy czytają. A przynajmniej komentują.

I właśnie dlatego uważam, że Olga Tokarczuk powiedziała coś bardzo ważnego. Nie dlatego, że musimy się z nią we wszystkim zgadzać. Nie dlatego, że każde zdanie noblistki powinno być traktowane jak objawienie. Ale dlatego, że jej wypowiedź dotknęła nerwu. Pokazała, jak bardzo nie jesteśmy gotowi do spokojnej rozmowy o narzędziach, z których już korzystamy albo wkrótce będziemy korzystać. Bo co właściwie by było, gdyby powiedziała po prostu, że korzysta z edytora tekstowego? Że nie pisze piórem maczanym w atramencie? Że sprawdza synonimy w słowniku internetowym? Że używa wyszukiwarki? Że robi notatki w telefonie? Czy to również byłby zamach na literaturę?

Czytam reakcje i nie wierzę. Słucham komentarzy i mam wrażenie, że wielu ludzi zwyczajnie nie chce zrozumieć sensu tych słów. A przecież wystarczy przeczytać je kilka razy:

„Wbrew obawom uważam, że my, pisarze, z uwagi na specyfikę naszego rzemiosła, najszybciej i najściślej zwąchamy się z narzędziami pokroju AI. Nasze głowy, umysły literackie działają w zupełnie inny sposób; ich praca opiera się na szerokim, bardzo rozległym obwodowym i asocjacyjnym kojarzeniu faktów, co skrajnie różni się od wąskiego, bardzo ukierunkowanego tunelowego myślenia akademików.”

Można oczywiście dyskutować z przeciwstawieniem pisarzy i akademików. Można uznać je za zbyt ostre, niesprawiedliwe albo prowokacyjne. Sam nie byłbym skłonny tak łatwo przeciwstawiać literackiego myślenia akademickiemu, bo znam akademików, którzy myślą niezwykle asocjacyjnie, i znam piszących, którzy potrafią myśleć tunelowo jak laser. Ale sedno tej wypowiedzi leży gdzie indziej. Chodzi o sposób pracy wyobraźni. O kojarzenie. O ruch między odległymi polami znaczeń. O to, że pisarz często nie idzie prostą drogą od tezy do wniosku. Raczej krąży, błądzi, zahacza o przypadkowe obrazy, podsłuchane zdania, wspomnienia, sny, przeczytane kiedyś książki, rytm cudzej mowy, zapach klatki schodowej, widok kobiety poprawiającej dziecku czapkę na przystanku.

Olga Tokarczuk i cudze słowo: po co pisarzowi rozmowa z maszyną?

Ponieważ sam napisałem w życiu kilka szufleksów, czyli tekstów mieszkających latami w szufladach, potrafię zrozumieć autorkę tych słów przynajmniej w jednym aspekcie. Pisarze, a może szerzej ludzie próbujący pisać, potrzebują zderzeń. Potrzebują materiału. Potrzebują języka, który nie jest ich własny. Potrzebują cudzych fraz, cudzych rytmów, cudzych skrótów myślowych. Nie po to, żeby je przepisywać, ale po to, żeby przez nie uruchamiać własną wyobraźnię.

Tutaj przypomina mi się zdanie Bachtina cytowane w Kręgach wtajemniczenia Edwarda Balcerzana: „Słowo języka to na poły cudze słowo”. Staje się swoje dopiero wtedy, kiedy mówiący wypełni je własną intencją i własnym akcentem.4 To jest, moim zdaniem, jedna z najważniejszych intuicji w całej rozmowie o pisaniu z pomocą narzędzi językowych. Żaden autor nie zaczyna od zera. Wchodzimy w język, który już istnieje. W cudze frazy, gotowe konstrukcje, klisze, rytmy, cytaty, półcytaty, zasłyszane powiedzenia. Cała sztuka polega na tym, żeby to cudze słowo przejąć odpowiedzialnie. Nadać mu własny akcent. Przepuścić je przez własne doświadczenie. Nie udawać, że język narodził się razem z nami.

Pisarze nie zawsze mają dziś możliwość wyjścia na ulicę, wsłuchania się w głosy ludzi i poskładania ich w opowieść. A może raczej mają taką możliwość, ale świat coraz mniej im ją ułatwia. Rozejrzyjcie się dookoła. Ludzie coraz bardziej izolują się w swoim smartworldzie. Siedzą obok siebie, ale każdy w osobnym wszechświecie. W tramwaju słuchawki. Na przystanku ekran. W kolejce ekran. W kawiarni laptop. Na spacerze telefon. Nawet rozmowy bywają już nie rozmowami, lecz wymianą komunikatów między dwiema osobami, które jednocześnie sprawdzają coś na ekranie. Dwa dni temu jechałem pociągiem, takim bezprzedziałowcem. Obserwowałem ludzi. Pan z lewej miał tablet na rozkładanym pulpicie i telefon w dłoni. Pani w sąsiednim rzędzie telefon, to samo jej towarzyszka podróży. I mógłbym tak przejść przez cały wagon, wyliczając kolejne ekrany, kolejne słuchawki, kolejne twarze pochylone nad czymś małym, jasnym i hipnotyzującym. Dopiero w kolejnym wagonie, przez szklaną szybę drzwi, dostrzegłem dziewczynę czytającą jakiś kryminał. Może to przypadek, a może tak jest w każdym pociągu. Jeden papierowy kryminał na kilka wagonów ekranów. Jeden gest przewracania kartek wobec dziesiątek gestów przesuwania palcem po szkle. Nie chcę z tej sceny robić socjologicznego dowodu, bo być może po prostu trafiłem na taki moment. Ale jako obraz naszych czasów działa ona aż za dobrze. Na chodnikach trzeba już naklejać ostrzeżenia, żeby ktoś zapatrzony w smartfon nie wszedł pod samochód.

Od razu pojawia mi się kolejna refleksja, kiedy czytam teksty związane z tak zwaną AI. Okazuje się, że duże modele językowe mają swój system, że piszą zdania krótkie i zdania długie jakoś naprzemiennie, że po tym podobno poznaje się tekst powstały przy udziale modelu językowego. Serio? To jest jakiś wyznacznik? Autor czasami tak się rozpędzi w swoim zdaniu, że powstaje Ulisses. Ile osób przeczytało go w całości, nie licząc fanów Joyce’a? A jak postawię kropkę w złym miejscu, to znaczy, że pisał człowiek? Nie tędy droga. Stylu nie da się sprowadzić do prostego wykrywacza długości zdań. Można napisać tekst bardzo ludzki w krótkich zdaniach i tekst zupełnie martwy w zdaniach wielokrotnie złożonych. Można też odwrotnie.

To nie jest tylko anegdota o technologii. To jest zmiana antropologiczna. Zmiana sposobu obecności człowieka w świecie. Kiedyś można było podsłuchać rozmowę w autobusie i z kilku zdań zbudować całą scenę. Dziś coraz częściej słyszymy tylko ciszę przerywaną komunikatami z nawigacji, dźwiękiem powiadomienia albo połową rozmowy telefonicznej. Oczywiście ta połowa też bywa literacko fascynująca, ale jednak coś się zmieniło. Wspólna przestrzeń dźwięków, gestów i spojrzeń została rozparcelowana na prywatne mikrokapsuły.

Być może więc cała ta dyskusja o AI nie jest wcale rozmową o technologii, lecz o naszym sposobie bycia ze sobą. O języku, uwadze i o tym, jak coraz trudniej naprawdę się usłyszeć. Pisarze potrzebują głosów. Muszą, przynajmniej tak mi się wydaje, przegadać temat, przerobić go, przepuścić przez własny filtr wrażliwości. Nie zawsze z drugim człowiekiem twarzą w twarz. Czasem z książką. Czasem z notatnikiem. Czasem z samym sobą. A być może teraz również z narzędziem, które potrafi symulować rozmowę, prowokować skojarzenia, podrzucać warianty i stawiać opór w postaci banału, z którym trzeba się zmierzyć.

Bo z modelem językowym można rozmawiać, ale trzeba wiedzieć, z czym się rozmawia. To nie jest przyjaciel. To nie jest mistrz. To nie jest wyrocznia. To nie jest autor, któremu należy oddać ster. To raczej lustro zbudowane z cudzych tekstów, statystycznych prawdopodobieństw i naszych własnych pytań. Czasem odbija coś interesującego. Czasem produkuje gładką pustkę. Czasem drażni. Czasem zaskakuje. Ale najważniejsze jest to, że odpowiedzialność za tekst nadal zostaje po stronie człowieka. To człowiek wybiera, odrzuca, przekształca, nadaje sens, bierze odpowiedzialność za słowo. Przynajmniej powinien.

W tym miejscu warto przypomnieć jeszcze jedną rzecz. Anna Burzyńska, omawiając filozofię lektury Jacques’a Derridy, wskazuje, że czytelnik nie istnieje z definicji przed dziełem jako jego prosty odbiorca. Czytelnik jest przez dzieło powoływany, a każde dzieło może wytwarzać swojego czytelnika i nadawać mu kompetencję, której wcześniej nie posiadał.5 To zdanie można odwrócić i odnieść także do pisania. Dobre pisanie nie tylko przekazuje gotową treść. Ono tworzy sytuację spotkania. Wymusza nową uwagę. Otwiera nowe kompetencje. I właśnie dlatego nie wystarczy, żeby tekst był poprawny. Musi jeszcze coś z czytelnikiem zrobić.

Największe niebezpieczeństwo nie polega moim zdaniem na tym, że AI napisze za nas literaturę. Największe niebezpieczeństwo polega na tym, że my sami zgodzimy się na bylejakość. Że uznamy, iż tekst poprawny składniowo jest już tekstem dobrym. Że pomylimy płynność z sensem. Że zachwycimy się tym, co brzmi jak literatura, choć nie ma w sobie żadnego ryzyka, żadnej konieczności, żadnej rany. Bo literatura nie polega wyłącznie na układaniu zdań. Gdyby tak było, problem byłby rzeczywiście poważny. Literatura zaczyna się tam, gdzie zdanie jest śladem czyjegoś widzenia świata. Gdzie język nie tylko informuje, ale odsłania sposób istnienia.

Naprawdę wiele ciekawych rozmów podsłuchałem w swoim życiu. Kilka zdań potrafiło nagle zbudować scenerię całej opowieści. Ktoś powiedział coś przy kasie. Ktoś na ławce. Ktoś przez telefon. Ktoś do dziecka. Ktoś do psa. Ktoś do siebie. Z takich drobiazgów rodzi się literatura, nawet jeśli nigdy nie zostanie zapisana. Od jakiegoś czasu słyszę jednak jakby mniej. Nie dlatego, że ludzie przestali mówić. Może raczej dlatego, że mówią inaczej, gdzie indziej, do kogo innego. W komentarzach, wiadomościach, relacjach, postach, prywatnych czatach. Język nie zniknął. Przeniósł się. Rozproszył. Przyspieszył. Stał się bardziej natychmiastowy, ale może mniej obecny.

Być może więc trzeba się dziś z kimś konfrontować. Albo z czymś, jak sugeruje noblistka. Nie po to, żeby oddać temu czemuś własne myślenie. Raczej po to, żeby sprawdzić, gdzie jeszcze jesteśmy my. Gdzie zaczyna się nasz głos. Gdzie kończy się automatyzm. Gdzie banał można przełamać doświadczeniem. Gdzie narzędzie staje się tylko narzędziem, a nie protezą duszy.

Nie boję się pisarzy korzystających z AI. Boję się pisarzy, którzy nie mają nic do powiedzenia, ale mają sprawne narzędzia. Boję się recenzentów, którzy będą produkować tysiące znaków bez jednego własnego sądu. Boję się studentów, którzy uznają, że napisanie tekstu polega na wygenerowaniu odpowiedzi. Boję się wydawców, którzy odkryją, że przeciętność można skalować. Boję się kultury, w której wszystko będzie poprawne, płynne, szybkie i martwe. Ale to nie jest wyłącznie problem technologii. To jest problem naszej zgody na powierzchowność.

Dlatego zamiast pytać, czy pisarzowi wolno korzystać z AI, zapytałbym raczej, co pisarz z tym robi. Czy narzędzie otwiera mu nowe ścieżki, czy zwalnia go z wysiłku? Czy pomaga mu myśleć, czy pozwala nie myśleć? Czy prowokuje do pracy nad językiem, czy zastępuje pracę nad językiem? To są pytania istotniejsze niż proste moralne potępienie. Zakazywanie pisarzom korzystania z narzędzi jest zajęciem dość jałowym. Pisarze zawsze korzystali z narzędzi. Z notesów, słowników, encyklopedii, map, archiwów, rozmów, listów, nagrań, zdjęć, wspomnień innych ludzi. Różnica polega na skali i charakterze nowego narzędzia. To trzeba przemyśleć, a nie zakrzyczeć.

I jeszcze jedna kwestia, może najważniejsza. Warto szanować wypowiedzi innych ludzi, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy. Mam wrażenie, że tego również powoli przestaje się nas uczyć. Coraz częściej reagujemy nie na sens wypowiedzi, lecz na jej najbardziej wygodną do zaatakowania wersję. Wyrywamy zdanie, dopisujemy intencję, budujemy chochoła i z satysfakcją go podpalamy. Tymczasem rozmowa wymaga czegoś trudniejszego. Założenia, że po drugiej stronie jest ktoś, kto próbuje coś powiedzieć. Możemy się z nim nie zgodzić. Możemy polemizować ostro. Możemy wskazywać błędy, uproszczenia, niekonsekwencje. Ale najpierw powinniśmy spróbować zrozumieć.

Wypowiedź Olgi Tokarczuk o AI nie musi być traktowana jak manifest epoki. Nie musi też być powodem do zbiorowego oburzenia. Może być zaproszeniem do rozmowy o tym, czym dziś jest pisanie. O tym, gdzie przebiega granica między narzędziem a autorstwem. O tym, czy literatura przetrwa w świecie natychmiastowej komunikacji. O tym, czy czytelnicy nadal będą chcieli słuchać długich, skomplikowanych opowieści. O tym, czy potrafimy jeszcze usiąść naprzeciwko czyjegoś zdania i dać mu czas.

Bo może właśnie czas jest tu słowem kluczowym. Literatura potrzebuje czasu. Pisanie potrzebuje czasu. Czytanie potrzebuje czasu. Myślenie potrzebuje czasu. A współczesna kultura robi wszystko, żeby nam wmówić, że czasu nie ma. Że trzeba szybciej, krócej, mocniej, bardziej efektownie. W takim świecie każda długa wypowiedź staje się ryzykiem. Każdy esej jest trochę aktem oporu. Każda przeczytana do końca książka jest małym zwycięstwem nad rozproszeniem.

Nie wiem, jak będzie wyglądało pisarstwo za dwadzieścia lat. Nie wiem, czy modele językowe staną się zwyczajnym elementem warsztatu, czy też doprowadzą do zalewu tekstowej tandety, w której coraz trudniej będzie znaleźć żywy głos. Prawdopodobnie wydarzy się jedno i drugie. Jak zwykle. Technologia nie zbawi literatury i jej nie zabije. Może jednak bezlitośnie obnażyć to, co w kulturze już było słabe. Pośpiech, powierzchowność, wtórność, brak uważności.

A jeśli tak, to może zamiast pytać, czy książki będą pisane z pomocą AI, powinniśmy zapytać, czy my jeszcze potrafimy czytać tak, jakby po drugiej stronie naprawdę był człowiek. I czy potrafimy mówić do siebie tak, żeby ten człowiek chciał nas usłyszeć.

  1. Ryszard Koziołek, „Maski czytania”, w: M. Kisiel, M. Tramer, red., Intymność wyrażona, Katowice, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, 2006, s. 29. Autor pisze, że czytanie literatury, którego nie legitymizuje ekonomia inwestycji, bywa pojmowane jako wydatek, rozrzutność lub wypełnienie wolnego czasu, a także że czytanie zostaje uznane przede wszystkim w funkcji edukacyjnej lub jako wstęp do pisania. ↩︎
  2. Joanna Papuzińska, „Wpływ świata mediów na kształt książki dziecięcej i style jej odbioru”, w: Grzegorz Leszczyński, Danuta Świerczyńska Jelonek, Michał Zając, red., Książka dziecięca 1990 do 2005. Konteksty kultury popularnej i literatury wysokiej, Warszawa, Wydawnictwo SBP, 2006, s. 13. Papuzińska wskazuje, że u podstaw debaty o mediach znajduje się pytanie o substytucyjny lub komplementarny charakter relacji między nimi. ↩︎
  3. Tamże. Autorka przypomina, że wcześniejsze dyskusje dotyczyły między innymi „zmierzchu cywilizacji druku” i „końca galaktyki Gutenberga”, ale później coraz silniej pojawiała się wizja koegzystencji mediów. ↩︎
  4. Michaił Bachtin, cyt. za: Edward Balcerzan, Kręgi wtajemniczenia, Gdańsk, Tower Press, 2001. W cytowanym fragmencie pojawia się myśl, że „słowo języka to na poły cudze słowo”, które staje się własne dopiero wtedy, gdy mówiący wypełni je własną intencją i własnym akcentem. ↩︎
  5. Anna Burzyńska, „Lekturografia. Filozofia czytania według Jacques’a Derridy”, Pamiętnik Literacki, 2000, z. 1. Burzyńska omawia Derridiańską tezę, że czytelnik nie istnieje przed dziełem jako jego gotowy odbiorca, lecz jest przez dzieło powoływany i wynajdywany. ↩︎
Michał Wilk

Michał Wilk

Nazywam się Michał Wilk. Jestem tatą czwórki dzieci (a wkrótce piątki) i absolwentem filologii polskiej. Moje zainteresowanie literaturą dla najmłodszych nie jest przypadkowe — wynika z potrzeby uważnego przyglądania się temu wciąż niedocenianemu obszarowi kultury. Tworząc tataczyta.com, przyświecała mi myśl, by książki przestały być traktowane jako dodatek czy ozdoba domowych półek, a stały się realnym narzędziem kształtującym wyobraźnię i wrażliwość przyszłych pokoleń.

W recenzjach szczególnie zwracam uwagę na intertekstualność i dialog międzykulturowy — w literaturze dziecięcej wyjątkowo fascynujące. Na blogu publikuję zapowiedzi, premiery oraz rzetelne rekomendacje dla rodzin i młodych czytelników. Poza czytaniem i pisaniem interesuję się fotografią przyrodniczą, zwłaszcza ptakami, której poświęcam każdą z nielicznych wolnych chwil.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

NAJNOWSZE KOMENTARZE

"Kolejna książka dla dzieci, autorstwa Agaty Widzowskiej, " Kalafiornia mon amour" potwierdza..."
4 maja 2026
"Mega ciekawy artykuł, nie wiedziałem że tak to działa z półkulami mózgu..."
21 marca 2026
"Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła". W. Szymborska w wpisie:
Literatura dziecięca bez protekcjonalności. O książce Bercik i Niuniuch
"Kolejny raz czytam Pana recenzje. Są wyjątkowe! Jestem zbudowana Pana postawą, profesjonalnością..."
26 stycznia 2026
Kamila Nowak - autor bajek
"Dziękuję! Jak przyjdzie czas, będzie link do bajek. Podczas nauki języka bardzo..."
9 października 2025
"No no no, nie przypuszczałem, że narracja jest taka ważna i pozytywnie..."
9 października 2025