Książka jako zabawka

Zanim po raz pierwszy zostałem tatą, nie zdawałem sobie do końca sprawy, jak wiele wysiłku należy włożyć, żeby położyć fundament pod prawidłowy i zrównoważony rozwój dziecka – stąd prawdopodobnie jako rodzice popełniliśmy całą masę błędów. Oczywiście można sobie tłumaczyć, że dziecko i tak nie będzie pamiętało większości z nich, ale warto mieć świadomość, że kształtujący się układ nerwowy przetwarza dostarczane mu informacje w niewiarygodny sposób – milion połączeń na minutę to wartość, która na każdym powinna zrobić wrażenie. Dlatego warto dołożyć wszelkich starań, by przygotować dziecko na kolejne wyzwania, które świat nieuchronnie przed nim postawi.

Być może wielu z was zastanawia się, po co w ogóle to całe zamieszanie z czytaniem i książkami. Przecież świat współczesny – a przyszły zapewne tym bardziej – będzie potrzebował umysłów zdolnych do przeprowadzania obliczeń, analiz i logicznego myślenia. Po co w takim razie literatura i nauki z nią związane? Odpowiedzi na te pytania, poparte naukowymi badaniami, znajdziecie oczywiście na tym blogu. Ale żeby nie odsyłać was od razu do innych artykułów, napiszę tylko, że czytelnictwo przede wszystkim wspiera rozwój obszarów mózgu odpowiedzialnych za wyobraźnię. A teraz spróbujcie sobie odpowiedzieć: czy bez wyobraźni Leonardo da Vinci byłby w stanie stworzyć swoje najśmielsze wynalazki? Czy zaprojektowałby maszyny latające?

Dlatego piszę tego bloga – by otwierać wasze serca i umysły na literaturę. Na humanistyczne kształcenie przyszłych inżynierów, naukowców, informatyków i programistów. Przed wami, drodzy rodzice, naprawdę wielka misja. Zachęcam więc do sięgania po książki już od najwcześniejszych lat – od pierwszych tygodni życia waszych dzieci

Rodzice, którzy chcą zadbać o optymalny rozwój swoich dzieci, zdają sobie zapewne sprawę, że książki dla najmłodszych nie służą wyłącznie do czytania. Są one również – a nierzadko przede wszystkim – narzędziem do poznawania świata, a także zabawką w dosłownym tego słowa znaczeniu. Już od pierwszych miesięcy życia dzieci mają możliwość obcowania z książką nie jako z nośnikiem tekstu, ale jako z obiektem: mogą jej dotykać, wkładać do ust, potrząsać, przewracać dostosowane do ich możliwości strony, ściskać lub uderzać. Ta pierwotna forma kontaktu z książką opiera się na zmysłach i aktywności fizycznej, co pozwala uznać pierwsze książeczki – szczególnie wykonane z dziecioodpornych materiałów, takich jak gruba tektura, tkanina czy tworzywa (np. książeczki kąpielowe) – za obiekty o podwójnej funkcji: estetyczno-poznawczej i zabawowej.

Muszę jednak dolać nieco dziegciu do tej beczki i skłonić do refleksji. Kilka tygodni temu odwiedziłem rodzinę, która w trakcie karmienia rocznego dziecka używa jako atraktora – o zgrozo – telefonu komórkowego. „Inaczej nie zje” – twierdzi mama. Zastanawiam się tylko: na czym to dziecko będzie się koncentrować, kiedy podrośnie? Na klikaniu w ekran? Wróćmy jednak do głównego wątku. Przygotowując się do napisania tego artykułu, sięgnąłem do kilku opracowań naukowych poruszających zagadnienia związane z funkcją i funkcjonowaniem książek w okresie przedliterackim. W literaturze od jakiegoś czasu pojawia się określenie książek dla najmłodszych jako tzw. obiektów hybrydowych – łączących właściwości edukacyjne, narracyjne i sensoryczne. Jak zauważa Bettina Kümmerling-Meibauer:

„Książki (…) są przedmiotami, a ściślej mówiąc – artefaktami, które ujawniają niektóre właściwości materialności w szerszym znaczeniu.”

W tym kontekście książka może stać się elementem konstrukcyjnym, częścią gry, zabawy, czy też narzędziem rozwijającym umiejętności motoryczne i poznawcze dziecka.

Zanim dziecko zrozumie, czym jest opowieść, historia, język i jego symboliczna reprezentacja, najpierw doświadcza książki jako rzeczy – przedmiotu do manipulowania, działania i eksploracji. To właśnie zmysłowy i cielesny kontakt z książką staje się fundamentem późniejszej kompetencji czytelniczej i kulturowej.

Pierwsze książeczki mają często postać przedmiotów wytrzymałych, atrakcyjnych wizualnie, bezpiecznych w użyciu i dostosowanych do ograniczeń fizycznych najmłodszych użytkowników – są grube, miękkie, kolorowe i często wzbogacone o elementy interaktywne, takie jak klapki, tekstury, dźwięki czy ruchome ilustracje.

Celem niniejszego artykułu jest przybliżenie roli pierwszych książeczek – głównie materiałowych i tekturowych – jako formy zabawki edukacyjnej oraz ich znaczenia w rozwoju poznawczym, zmysłowym i społecznym dziecka. W szczególności skoncentrujemy się na analizie materialności tych książek, ich funkcji w kształtowaniu trwałości obiektu, a także na typach interakcji, jakie proponują dzieciom w kontekście rozwoju poznawczego i motorycznego.

Książka jako obiekt – materialność w perspektywie poznawczej

Dzieci mają możliwość wkroczenia do świata książek już od pierwszych tygodni życia – pośrednio, jako słuchacze opowieści czytanych przez rodziców. Z czasem ich zaangażowanie i rozwijające się zdolności motoryczne pozwalają im stawać się aktywnymi użytkownikami „literatury” – choć oczywiście nie jako zbioru historii, lecz jako obiektów fizycznych. Rzeczy, które można gryźć, z których można budować, układać, przestawiać, malować, zbierać i aranżować.

W początkowych etapach rozwoju to właśnie fizyczne właściwości książek – ich waga, faktura, kształt i odporność – mają kluczowe znaczenie. Materiały takie jak tkanina, drewno czy tworzywo sztuczne skutecznie opierają się próbom zniszczenia, w przeciwieństwie do klasycznych książek z papierowymi stronami. Dlatego pierwsze książeczki dla niemowląt są najczęściej wykonane z grubej tektury, plastiku lub miękkiej tkaniny – materiałów wytrzymałych i bezpiecznych.

Z perspektywy psychologii rozwojowej książka-zabawka doskonale wpisuje się w proces kształtowania tzw. trwałości obiektu. Już niemowlęta, jak pokazują badania Renée Baillargeon, potrafią rozpoznać, że obiekty istnieją, nawet jeśli zniknęły z ich pola widzenia. Jak w prostej, ale pełnej radości zabawie w „akuku”. Pojawiający się i znikający rodzic potrafi rozbawić dziecko do łez – znacie to, prawda? Proste książeczki z klapkami, otworami czy ruchomymi elementami wspierają właśnie ten aspekt rozwoju. Pozwalają dziecku przewidywać i lokalizować obiekty poza zasięgiem wzroku, ucząc je, że to, czego nie widać, wciąż może istnieć.

Książka interaktywna – klasyfikacja i funkcje

Claire Timpany i Nicholas Vanderschantz zaproponowali dwuwymiarowy model klasyfikacji książek interaktywnych dla dzieci, który opiera się na dwóch osiach: „wzbogacenia fizycznego” oraz „sekwencjonowania treści”. W ramach tej typologii wyróżnili różne poziomy interaktywności:

PoziomOpis interakcji fizycznej
Poziom 0Czytelnik otwiera książkę i przewraca strony – brak dodatkowych interakcji.
Poziom 1Czytelnik otwiera książkę, przewraca strony i wykonuje dodatkowe podstawowe działania (np. przesunięcie elementu).
Poziom 2Czytelnik musi otworzyć wewnętrzne elementy, aby odkryć dalszą treść (np. ukryte strony, rozkładane zakładki).
Poziom 3Czytelnik podnosi klapki, obraca kółkami, wyciąga zakładki, naciska przyciski itd.
Poziom 4Czytelnik wchodzi w interakcję z wieloma warstwami elementów lub samodzielnie tworzy/aranżuje zawartość książki.
PoziomOpis sekwencjonowania treści
Poziom 0Uwaga czytelnika prowadzona jest liniowo przez treść strony – tekst i ilustracje odczytywane w ustalonym porządku.
Poziom 1Uwaga czytelnika prowadzona jest w nielinearny sposób wokół strony – elementy celowo rozmieszczone do samodzielnego odkrywania.
Poziom 2Uwaga czytelnika wędruje w sposób nielinearny po stronie lub książce, wracając do określonych kontrastujących obszarów treści.
Poziom 3Czytelnik musi samodzielnie wybierać ścieżkę czytania, angażując się w podejmowanie decyzji (np. książki z wyborami fabularnymi).
  • Niższe poziomy (0–1) są charakterystyczne dla książek skierowanych do najmłodszych dzieci – niemowląt i dzieci w wieku przedszkolnym. Są to książki proste w obsłudze, odporne na zniszczenie, często z grubymi kartonowymi stronami, które dziecko może samo przewracać.
  • Poziomy średnie (2–3) pojawiają się częściej w książkach dla dzieci w wieku 3–6 lat, które są już zdolne do bardziej złożonych manipulacji (np. podnoszenia klapek, obracania elementów) oraz do śledzenia bardziej rozbudowanych narracji.
  • Najwyższy poziom (4) dotyczy książek, które zakładają pełne zaangażowanie poznawcze i manualne – dziecko musi tworzyć, układać lub decydować o przebiegu lektury. Tego typu książki wymagają już umiejętności planowania, przewidywania skutków i podejmowania decyzji, dlatego przeznaczone są zwykle dla dzieci w wieku 6+ lub dla starszych przedszkolaków pod opieką dorosłego.

W praktyce oznacza to, że niektóre książki dla dzieci są zaprojektowane nie tylko jako nośniki tekstu i ilustracji, ale także jako przestrzeń aktywnej zabawy, w którą dziecko może niejako wejść, modyfikować, eksplorować i częściowo współtworzyć. Przykładami takich publikacji są książki z elementami sensorycznymi do dotykania (np. futerkiem, materiałem o chropowatej fakturze), ruchomymi ilustracjami, książki przestrzenne, a także takie, które zawierają efekty dźwiękowe, świetlne lub inne technologie wzmacniające doświadczenie czytania.

Obraz, typografia i funkcje poznawcze książki dla dzieci

Interakcja dziecka z książką nie sprowadza się oczywiście wyłącznie do manipulowania jej fizyczną formą. Równie ważne są środki wizualne i typograficzne zastosowane w publikacji – to one wspierają percepcję, rozumienie i zaangażowanie małego czytelnika. Elementy graficzne, takie jak ilustracje czy liternictwo, pełnią nie tylko funkcję ozdobną – stają się również narracyjnymi drogowskazami. Phinney i Colabucci zauważają, że „typografia odgrywa istotną i złożoną rolę w wyrażaniu znaczenia”. Dotyczy to zarówno wyboru kroju pisma, jego rozmiaru i koloru, jak i rozmieszczenia tekstu na stronie. Wszystkie te cechy pomagają kierować uwagą dziecka, wyróżniać określone fragmenty, nadawać tekstowi emocjonalny ton czy podkreślać rytm wypowiedzi.

Świetnym przykładem wykorzystania tych środków jest książka Marianny Oklejak „Cuda niewidy. Zagadki dla młodszych i starszych” – tak, to ta sama ilustratorka, którą znacie z kultowej „Basi”.

Książka hybrydowa dla dzieci cuda niewidy
Książka dla dzieci cuda niewidy marianna oklejak

W książkach przeznaczonych dla najmłodszych dzieci typografia często staje się integralną częścią ilustracji – litery mogą być pochylone, falowane, imitować dźwięk lub ruch (np. wykrzywione Bęc! lub przeciągłe Iiijjjeeejjjj!, jak w przykładzie poniżej).

Książka dla dzieci - Skarbczyk czterolatka

Dzięki temu tekst staje się bardziej zrozumiały i angażujący – nawet dla dzieci, które jeszcze nie czytają, ale już „czytają” obraz i układ graficzny strony. Ilustracje pełnią w książkach dziecięcych nie tylko funkcje estetyczne, ale też semantyczne i poznawcze. Jak zauważają Brookshire, Scharff i Moses:

„ilustracje służą do rozwijania lub rozbudowywania fabuły, definiowania i rozwijania postaci oraz ustanawiania miejsca i nastroju opowieści.”

Dla małych dzieci ilustracja często stanowi pierwsze – i najważniejsze – źródło informacji o wydarzeniach, emocjach bohaterów czy kolejnych krokach w „obsłudze” książki.

W przypadku książek materiałowych lub tekturowych – szczególnie tych przeznaczonych dla niemowląt i dzieci do trzeciego roku życia – ilustracje bywają wręcz instrukcjami działania. Mogą sugerować, gdzie należy dotknąć książki, co podnieść, co przekręcić lub pociągnąć. Niekiedy grafika podpowiada również, jak fizycznie ułożyć książkę – na przykład rozłożyć ją tak, by przypominała domek, zwierzę czy pojazd. W ten sposób książka staje się równocześnie rekwizytem zabawy.

Współczesne książki dziecięce coraz częściej traktują ilustracje jako integralny element systemu znaczeń – nie jedynie jako dekorację do tekstu. Ich zadaniem jest przyciągać uwagę, podtrzymywać zainteresowanie i stymulować rozwój poznawczy dziecka. Pomagają ćwiczyć spostrzegawczość, porządkowanie wydarzeń, kojarzenie przyczyn i skutków, a nawet formułowanie wniosków na podstawie przedstawionych sytuacji. Ilustracja nie tylko dopełnia narrację – bardzo często ją inicjuje i prowadzi.

Książki jako obiekty hybrydowe

W mojej ocenie jednym z najciekawszych, a przy tym wciąż dynamicznie rozwijających się zjawisk we współczesnej literaturze dziecięcej są tzw. książki hybrydowe. Najczęściej są to publikacje łączące tradycyjną funkcję czytelniczą z cechami zabawki. Nie ograniczają się do przekazywania treści narracyjnej czy edukacyjnej – ich głównym celem jest jak największa aktywizacja dziecka poprzez umożliwienie działania, manipulacji i – przede wszystkim – zabawy. Takie książki stają się przedmiotami, które można nie tylko czytać, ale również dotykać, przekształcać, układać, obracać, a nawet nosić ze sobą jak ulubioną zabawkę.

Z perspektywy dziecka książka tego typu nie różni się znacząco od innych zabawek. Jest przedmiotem, z którym można wejść w interakcję i dzięki któremu można doświadczyć poczucia sprawstwa. Taka forma zachęca do samodzielnej aktywności i czyni dziecko nie tylko odbiorcą, ale też uczestnikiem procesu lektury. Przestaje ono być biernym słuchaczem czytanej mu opowieści – zaczyna ją współtworzyć, budując własne doświadczenie książkowe poprzez fizyczny kontakt z obiektem.

Obiekty hybrydowe mogą przybierać różne formy: od książeczek z tekstylnymi łatkami i zróżnicowanymi fakturami, przez książki przestrzenne (rozkładane) i harmonijkowe, aż po publikacje wyposażone w elementy dźwiękowe, świetlne czy elektroniczne. Niektóre z nich zawierają wbudowane zabawki – np. pluszowe zwierzątko lub grzechotkę – inne przypominają puzzle, układanki albo małe teatrzyki. W rezultacie granica między książką a zabawką zaciera się: dziecko nie tyle „czyta książkę”, co „bawi się książką”.

Z edukacyjnego i rozwojowego punktu widzenia książki hybrydowe pełnią istotną funkcję. Angażując zmysły i ruch, wspierają rozwój motoryki małej, koordynacji wzrokowo-ruchowej oraz procesów poznawczych – takich jak rozpoznawanie kształtów i kolorów, rozumienie przyczynowości czy porządkowanie zdarzeń. Dodatkowo zachęcają do eksploracji, rozwijają logiczne myślenie i wzmacniają poczucie samodzielności. Ich zabawowy charakter sprawia, że dziecko chętniej sięga po książkę i zaczyna kojarzyć ją z przyjemnością – co ma niebagatelne znaczenie w budowaniu przyszłych nawyków czytelniczych.

Warto więc postrzegać książki hybrydowe nie jako sezonową nowinkę wydawniczą, lecz jako pełnoprawny element środowiska edukacyjnego dziecka – łączący estetykę, funkcjonalność i rozwój kompetencji poznawczych w jednym, atrakcyjnym przedmiocie.

Mam nadzieję, że nie zanudziłem Was nadto tym artykułem. Oczywiście, można było napisać mniej – ograniczyć się do kilku zdań bez przywoływania badań i teorii. Przecież my, rodzice, wiemy wszystko najlepiej – prawda?

Mam tego pełną świadomość. Ale jeśli naprawdę chcemy wprowadzić nasze dzieci w świat wielkiej literatury, to warto zadbać o to, by miały do dyspozycji odpowiedni zestaw narzędzi – takich, które umożliwią im odbiór, rozumienie i interpretację tekstów w przyszłości. I to niekoniecznie od razu Dostojewskiego, ale choćby pierwszej książeczki o króliczku w kapeluszu.

Pamiętajmy, że książeczki dla najmłodszych nie są i nie powinny być jedynie wstępem do literatury. To przede wszystkim narzędzia wielozmysłowego poznania i zabawy. Ich forma, struktura, faktura – wszystko to odgrywa kluczową rolę w rozwoju motorycznym, poznawczym i językowym dziecka. Moim zdaniem nie ma złych książek-zabawek. Każda z nich jest istotnym elementem wspierającym proces nabywania kompetencji czytelniczych i kształtowania relacji dziecka ze światem materialnym. A jeśli jeszcze do tego potrafi rozśmieszyć, zaintrygować lub zadziwić – to znaczy, że spełnia swoją rolę doskonale.

Bibliografia:

Baillargeon, Renée. “The Object Concept Revisited: New Directions in the Investigation of Infants’ Physical Knowledge.” In Visual Perception and Cognition in Infancy, edited by C.E. Granrud, 265–315. Hillsdale, NJ: Lawrence Erlbaum Associates, 1993.

Kümmerling-Meibauer, Bettina, and Jörg Meibauer. “Picturebooks as Objects.” Libri & Liberi 8, no. 2 (2019): 257–278.

Timpany, Claire, and Nicholas Vanderschantz. “Using a Categorisation Structure to Understand Interaction in Children’s Books.” The International Journal of the Book 10 (2013): 29–33.

Smartfon w ręku dziecka: wsparcie czy zagrożenie dla rozwoju?

Wpływ smartfonów na rozwój dziecka to temat, który dziś niepokoi nie tylko ekspertów, ale i coraz większą liczbę rodziców. Współczesne dzieci dorastają w świecie zdominowanym przez technologie cyfrowe, w tym wszechobecne smartfony, które często towarzyszą im od najwcześniejszych lat życia. Niestety, już niemowlęta mają styczność z ekranami, a dzieci w wieku przedszkolnym coraz częściej posługują się urządzeniami mobilnymi w sposób intuicyjny i rutynowy – nawet potrafią scrollować książki tradycyjne, jakby papier również wymagał odświeżania. Cóż, w pewnym sensie wymaga… ale to już zupełnie inna opowieść.

W tym kontekście coraz więcej rodziców i specjalistów zadaje sobie pytanie o realny wpływ smartfonów na rozwój dziecka – i nie bez powodu.

Jaki jest – i czy w ogóle istnieje – wpływ smartfonów na rozwój dziecka? Zapraszam do lektury.

Smartfony stały się nie tylko narzędziem komunikacji, ale również osobistym centrum rozrywki, edukacji oraz – w wielu przypadkach – cyfrową nianią wykorzystywaną przez zapracowanych rodziców. Urządzenia te oferują aplikacje edukacyjne, gry rozwijające zdolności poznawcze oraz dostęp do ogromnych zasobów wiedzy i treści multimedialnych, co sprawia, że postrzegane są często jako nowoczesne narzędzie wspierające rozwój dziecka.

Niestety, obserwacje codziennej rzeczywistości pokazują coś znacznie mniej optymistycznego. Dziecko karmione przed ekranem, bo inaczej „nie da się nad nim zapanować”? To nie odosobniony przypadek – to przykład numer jeden w nieformalnym katalogu cyfrowych kompromisów, które rodzice podejmują każdego dnia. Takie rzeczy naprawdę się dzieją! Smartfon staje się nie pomocą, lecz warunkiem wykonania najprostszych czynności – jakby relacja z dzieckiem potrzebowała filtrów, animacji i dźwięków, by w ogóle zaistnieć.

Jednak równolegle z rosnącym uzależnieniem od technologii mobilnych, pojawia się coraz więcej badań naukowych, które wskazują na potencjalnie negatywne skutki zbyt wczesnej i nadmiernej ekspozycji dzieci na ekrany smartfonów. Eksperci ostrzegają, że brak odpowiednich ograniczeń w korzystaniu z urządzeń może zakłócać naturalny rozwój emocjonalny, społeczny i poznawczy najmłodszych. Dzieci, które spędzają zbyt wiele czasu przed ekranem, mogą mieć trudności z nawiązywaniem relacji rówieśniczych, okazywaniem empatii, kontrolą emocji, a także z koncentracją i rozwojem mowy. Co więcej, niekontrolowane użytkowanie urządzeń cyfrowych może prowadzić do zaburzeń snu, problemów behawioralnych, a nawet uzależnienia.

Przykład z życia: nasze własne dzieci dostały w prezencie masę plastyczną. Wspaniale – pomyśleliśmy – będą się razem bawić, tworzyć, rozwijać wyobraźnię. Ale nie. Żeby uformować figurkę, trzeba… uruchomić aplikację. Tak, aplikację do lepienia z plasteliny. A co z wyobraźnią? Co z twórczością, swobodą, eksperymentem?

Efekt? Po wyłączeniu aplikacji nasze dzieci – z natury wrażliwe i otwarte – nie były w stanie się uspokoić. Jakby czegoś im brakowało. Jakby były głodne. Nie masy, nie zabawy – tylko stymulacji. Cyfrowego bodźca.

Proszę wybaczyć, nie podam tutaj nazwy produktu. Zainteresowani mogą napisać do mnie – z przyjemnością podzielę się szczegółami prywatnie. Publicznie wolę mówić o zjawisku, nie o marce.

W świetle tych obserwacji coraz częściej stawia się pytania o odpowiedzialne korzystanie z technologii w dzieciństwie, rolę rodziców w kształtowaniu cyfrowych nawyków oraz konieczność wypracowania równowagi między światem realnym a wirtualnym w procesie wychowawczym.

W świetle przytoczonych powyżej, a także dziesiątek innych obserwacji – z których zapewne jeszcze kilka pojawi się w dalszej części tego tekstu – przeprowadziłem naprawdę rzetelne rozpoznanie tematu. W jednym z następnych artykułów sięgnę jeszcze dalej, ponieważ okazuje się, że istnieją pewne przesłanki pozwalające przypuszczać, że niebieskie światło telefonów wpływa także na proces dojrzewania, zwłaszcza dziewczynek. Uwzględniłem przy tym również kwestie, które wcześniej uważałem za przesadzone lub wręcz mitologizowane – jak choćby wpływ światła niebieskiego na dojrzewanie dzieci.

Im głębiej sięgałem, tym częściej natrafiałem na pytania, które dzisiaj uznaję za fundamentalne: jak odpowiedzialnie korzystać z technologii w dzieciństwie? Jaka jest rola rodziców w kształtowaniu cyfrowych nawyków? I co właściwie oznacza zachowanie równowagi między światem realnym a wirtualnym w procesie wychowawczym?

Wpływ smartfonów na rozwój emocjonalny dziecka

Niestety, coraz więcej badań wskazuje, że nadmierne korzystanie ze smartfonów może poważnie zaburzyć ten naturalny proces. Jak podkreślają Baharin i in., „dzieci wykazują większe zainteresowanie komunikowaniem się, zabawą, inicjowaniem rozmów i są bardziej radosne w sytuacjach, gdy smartfon nie jest obecny”.

Niektóre jednak dzieci nie są w stanie już w wieku ośmiu lat funkcjonować bez urządzenia. Doświadczyliśmy tego kilka miesięcy temu, kiedy nasza córka zaprosiła do domu koleżankę z ławki. Już nie siedzą razem — i wcale nas to nie dziwi. Okazało się, że dla dziecka uwikłanego w cyfrową rzeczywistość zwykła zabawa była czymś nieosiągalnym. My, jako rodzina, prawdopodobnie zostaliśmy uznani za dziwaków.

To doświadczenie tylko potwierdziło to, co wynika z badań: w warunkach wolnych od wpływu technologii dzieci wykazują znacznie większą inicjatywę społeczną, są bardziej otwarte, chętne do zabawy oraz spontanicznego nawiązywania relacji. Ich zachowania są bardziej zróżnicowane emocjonalnie, a reakcje adekwatne do sytuacji. Przebywanie w środowisku pozbawionym ekranów sprzyja również rozwijaniu empatii i świadomości emocjonalnej wobec innych.

Z kolei nadmierna ekspozycja na smartfony może prowadzić do wyraźnych deficytów w tym obszarze. Cho i Lee (2017) w swoich badaniach udowodnili, że „uzależnienie (od smartfonów – przyp. wł.) wykazuje tendencje do wywoływania problematycznych zachowań oraz hamowania rozwoju inteligencji emocjonalnej”.

Uzależnienie od urządzeń mobilnych ma duży związek z występowaniem trudnych zachowań – impulsywności, drażliwości, wybuchów emocjonalnych – a także z trudnościami w wyrażaniu własnych uczuć i ich nazywaniu. Dzieci często nie uczą się właściwego rozpoznawania emocji, ponieważ ich interakcja ze światem odbywa się głównie za pośrednictwem ekranu, który nie przekazuje pełnego spektrum komunikacji niewerbalnej. W efekcie komunikacja staje się spłycona – ekran ją spłaszcza, redukuje do uproszczonych sygnałów, pozbawionych rangi i emocjonalnej głębi.

Problem ten staje się szczególnie wyraźny w sytuacjach konfliktowych lub wymagających współpracy. Dzieci przyzwyczajone do pasywnej konsumpcji treści cyfrowych mają trudności z negocjowaniem, czekaniem na swoją kolej, wyrażaniem frustracji w sposób konstruktywny czy interpretowaniem emocji rówieśników. Brakuje im doświadczeń budujących odporność emocjonalną – takich jak porażka w grze planszowej, odmowa w zabawie czy trudność w rozwiązaniu zadania, które wymaga cierpliwości i wsparcia drugiej osoby.

Prawdopodobnie wielu z was w tym momencie przeciera oczy ze zdumienia, dostrzegając w tym opisie własne dzieci. Dzieci, które nie tylko intensywnie korzystają z urządzeń, ale przecież też obserwują, jak wy z nich korzystacie – często, powiedzmy to wprost, bez większego celu.

Co więcej, kontakt z ekranem bardzo często zastępuje rodzicielską uwagę i emocjonalne zaangażowanie, co z czasem prowadzi do osłabienia więzi dziecka z opiekunem. Jak zauważa Putra (2019), rola rodzica bywa dziś przejmowana przez technologię – a dziecko, pozostawione samo z urządzeniem, nie ma szans uczyć się poprzez obserwację i interakcję, jak wyrażać emocje, jak je regulować, jak na nie odpowiadać.

Z tego względu konieczne jest świadome ograniczanie czasu ekranowego oraz zapewnienie dzieciom okazji do rozwijania kompetencji emocjonalnych w realnych sytuacjach społecznych – zarówno w domu, jak i w grupie rówieśniczej. Budowanie inteligencji emocjonalnej nie może odbywać się w izolacji od rzeczywistego świata – potrzebna jest obecność drugiego człowieka, empatyczna reakcja i wspólne przeżywanie codziennych doświadczeń.

Nie chcę, żebyście pomyśleli, że jestem technologicznym ignorantem – bo nie jestem. Potrzebujemy technologii, w tym smartfonów. Ale potrzebujemy też nauczyć się, jak korzystać z niej mądrze. O tym będzie jeszcze mowa w dalszej części artykułu.

Wpływ smartfonów na rozwój dziecka w aspekcie behawioralnym i zdrowotnym

Nadmierne korzystanie ze smartfonów przez dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym wywołuje nie tylko skutki emocjonalne, ale również zauważalne zmiany w zachowaniu oraz liczne konsekwencje zdrowotne. Rodzice coraz częściej obserwują niepokojące symptomy związane z intensywnym korzystaniem z urządzeń mobilnych, które wpływają na codzienne funkcjonowanie dziecka – zarówno w domu, jak i w środowisku przedszkolnym czy szkolnym.

Kulkarni i Mhaske w swoich badaniach zwracają uwagę na to, że aż „65% dzieci doświadczało umiarkowanego wpływu korzystania ze smartfonów na swoje zachowanie, a 37,5% – silnego wpływu, zgodnie z oceną ich rodziców”. Oznacza to, że znaczna większość dzieci wykazuje zmiany w zachowaniu, bezpośrednio powiązane z nawykiem korzystania z urządzeń mobilnych.

Proszę wybaczyć osobisty ton, ale jako dziecko DDA mam swoje doświadczenia związane z wpływem uzależnienia na wszystkie obszary życia – nie tylko jednostki, ale całej rodziny.

Smartfony, nafaszerowane aplikacjami gromadzącymi ogromne ilości danych o nas, naszych dzieciach i naszym sposobie bycia, stają się czymś więcej niż tylko narzędziem. Czasem przypominają butelkę alkoholu postawioną na stole – i podobnie jak ona, kiedy „się kończy”, prowadzą do niekontrolowanych zachowań.

Rodzice zgłaszają takie objawy jak: drażliwość, obniżony próg frustracji, impulsywność, trudności z koncentracją, a także spadek zainteresowania zabawą niewymagającą ekranu. Często pojawiają się również problemy z przestrzeganiem zasad, podporządkowywaniem się normom społecznym oraz ogólna niechęć do podejmowania aktywności fizycznej czy interakcji z rówieśnikami.

Warto przy tym zauważyć, że urządzenia mobilne z natury oferują natychmiastowe gratyfikacje – szybkie nagrody, dynamiczne efekty, natychmiastowe odpowiedzi – co prowadzi do zniekształcenia u dziecka procesów cierpliwości i samoregulacji. W dłuższej perspektywie skutkuje to pogłębieniem trudności w radzeniu sobie z sytuacjami wymagającymi wysiłku umysłowego, wytrwałości czy opóźnionej nagrody, które są niezbędne w procesie uczenia się i rozwoju osobistego.

Oprócz skutków behawioralnych, nadmierna ekspozycja na ekrany niesie za sobą również istotne zagrożenia dla zdrowia fizycznego i psychicznego dziecka. Jak wymieniają badacze, u najmłodszych użytkowników obserwuje się symptomy takie jak: suchość oczu, zespół widzenia komputerowego, bezsenność, przewidzenia i halucynacje, obniżona samoocena oraz typowe objawy uzależnienia od telefonów komórkowych.

Tak – halucynacje. Białe myszki. Mówi wam to coś? To nie tylko metafora z popkultury, ale realny objaw przeciążenia układu nerwowego u dzieci, które zbyt długo pozostają w stanie intensywnej stymulacji cyfrowej.

Co równie niepokojące – pojawiają się również objawy odstawienne w przypadku prób ograniczania dostępu do urządzenia.

Przeciążony układ nerwowy może prowadzić do zaburzeń snu, trudności z zasypianiem, halucynacji wzrokowych, a także do rozwoju uzależnienia od urządzeń cyfrowych. Często towarzyszy temu wyraźny spadek samooceny oraz narastające trudności z funkcjonowaniem bez obecności telefonu.

Fizyczne skutki długotrwałego kontaktu z ekranami obejmują również objawy zespołu widzenia komputerowego, w tym: suchość oczu, pieczenie, podrażnienie spojówek, a także ból szyi i pleców spowodowany długotrwałą, statyczną pozycją ciała. Co istotne, tego rodzaju problemy zdrowotne dotykają dzieci coraz młodsze, co budzi uzasadnione obawy specjalistów z dziedziny pediatrii i okulistyki.

Dodatkowo, siedzący tryb życia, promowany przez korzystanie z ekranów, ogranicza naturalną potrzebę ruchu, co może prowadzić do zaburzeń motorycznych, nadwagi, a w dłuższej perspektywie – do zwiększonego ryzyka wystąpienia chorób cywilizacyjnych w wieku dorosłym.

Dlatego tak ważne jest świadome zarządzanie czasem ekranowym przez rodziców i opiekunów. Wprowadzenie jasnych zasad korzystania z urządzeń cyfrowych, w połączeniu z promowaniem aktywności fizycznych, zabaw manualnych i kontaktów społecznych, może znacząco zredukować negatywne konsekwencje dla zdrowia i zachowania dziecka.

Ponadto, kluczowe jest włączanie dzieci w codzienne życie rodzinne oraz zastępowanie biernej konsumpcji ekranowej aktywnym uczestnictwem – co sprzyja budowaniu relacji i wspiera holistyczny rozwój.

Społeczny i rodzinny kontekst wpływu smartfonów na rozwój dziecka

Korzystanie ze smartfonów przez dzieci nie jest zjawiskiem oderwanym od szerszego kontekstu społecznego i rodzinnego. W rzeczywistości nawyki cyfrowe najmłodszych bardzo często są bezpośrednim odbiciem stylu życia ich opiekunów, ich przekonań, nawyków oraz poziomu wiedzy i świadomości dotyczącej wpływu technologii na rozwój dziecka.

Jednym z najważniejszych czynników wpływających na sposób korzystania z urządzeń cyfrowych przez dzieci jest poziom wykształcenia i status społeczno-zawodowy rodziców. Badania przeprowadzone w Hiszpanii jednoznacznie wskazują, że „im niższy poziom wykształcenia i status zawodowy matki, tym większe zużycie treści cyfrowych przez dzieci za pośrednictwem urządzeń mobilnych”.

Oznacza to, że dzieci wychowywane przez matki o niższym poziomie wykształcenia i niższej pozycji zawodowej spędzają znacząco więcej czasu przed ekranem, co w dłuższej perspektywie może prowadzić do opóźnień rozwojowych oraz pogłębiania się nierówności edukacyjnych.

A dlaczego tak się dzieje? Ponieważ smartfon bywa traktowany jako okno do innego – może nawet lepszego – świata: egzotycznych krajów, szybkich samochodów, wytwornych kreacji. W rodzinach o wyższym kapitale kulturowym częściej obserwuje się świadome ograniczanie ekspozycji dzieci na media cyfrowe oraz większy nacisk na aktywności wspierające rozwój emocjonalny, poznawczy i społeczny.

Równie istotna jest rola rodziców jako codziennych wzorców do naśladowania. Żyjemy w społeczeństwie ponormatywnym – doszło do zachwiania międzypokoleniowej równowagi oraz sposobu kształtowania wzorców.

Dzieci uczą się przede wszystkim przez obserwację, a ich zachowania odzwierciedlają schematy obecne w otoczeniu domowym. Jak celnie zauważa Kulkarni: „Zanim rodzice zaczną martwić się o to, jak ich dzieci korzystają ze smartfonów, powinni najpierw przyjrzeć się temu, jak robią to sami.”

Jeśli dziecko widzi rodzica stale wpatrzonego w ekran telefonu – podczas posiłków, rozmów czy wspólnego spędzania czasu – zaczyna postrzegać takie zachowanie jako normę. W ten sposób kształtują się nie tylko konkretne nawyki, ale także relacje, w których technologia staje się narzędziem dystansu, zamiast budować poczucie bliskości.

W badaniach Putry i Rahmawati (2019) zwraca się uwagę na niepokojącą tendencję polegającą na zastępowaniu obecności i uwagi rodzica ekranem smartfona. „Rola rodziców jest dziś coraz częściej zastępowana przez smartfony, które – przynajmniej w teorii – mają pełnić funkcję towarzyszy zabawy” – zauważają autorzy.

Zamiast wspólnej zabawy, rozmowy czy czytania książek, dziecko otrzymuje telefon, by „zająć się sobą”, a rodzic może w tym czasie zająć się swoimi obowiązkami lub po prostu odpocząć. Takie podejście, choć często wynika z przemęczenia lub braku świadomości, w dłuższej perspektywie może prowadzić do osłabienia więzi rodzinnych i deficytów emocjonalnych u dziecka.

Wiem, wielu z was powie: nie mam czasu – praca, kredyt, zobowiązania. My jako rodzina też jesteśmy w takiej sytuacji. Naprawdę. I prawdopodobnie – tak jak u was – mamy pełne skrzynie zabawek, którymi dzieci się nie chcą bawić. A wiecie dlaczego? Bo trzeba im pokazać, jak to robić.

Zejdźcie do parteru, na podłogę. Weźcie jakąkolwiek zabawkę – ruszy od razu lawina pomysłów. Dzieci chcą się z wami bawić. Naprawdę!

Ponadto, coraz więcej badań wskazuje na to, że brak jasnych zasad i granic dotyczących korzystania z technologii w domu wpływa na trudności w samokontroli i koncentracji u dzieci. W rodzinach, w których panuje chaos medialny – brak wspólnych posiłków, obecność włączonych ekranów przez większość dnia, korzystanie z telefonu w łóżku – dzieci mają trudności z regulacją swoich potrzeb i emocji. Tymczasem eksperci zgodnie podkreślają, że to właśnie rodzicielska obecność, konsekwencja i zaangażowanie stanowią najlepsze narzędzie do kształtowania zdrowych relacji z technologią.

W świecie, w którym można by sparafrazować słowa piosenki zespołu Bajm – szyby niebieskie, od światła smartfonów i wszechobecnych bodźców cyfrowych – konieczne jest zatem nie tylko edukowanie dzieci, ale przede wszystkim wspieranie dorosłych. Rodziców i opiekunów – w rozwijaniu świadomości medialnej, umiejętności zarządzania własnym czasem ekranowym oraz budowaniu odpowiedzialnego stylu życia rodzinnego, w którym technologia pełni funkcję wspomagającą, a nie dominującą.

„Złoty wiek” dziecka – czyli wiek krytyczny dla rozwoju mózgu, emocji i osobowości

Pierwsze lata życia dziecka, zwłaszcza okres między 1. a 5. rokiem życia, określane są w literaturze jako tzw. „złoty wiek” – czas niezwykle intensywnego rozwoju mózgu, emocji, zdolności poznawczych oraz kształtowania podstawowych cech osobowości i relacji społecznych. To właśnie w tym okresie, w umyśle dziecka powstaje milion połączeń neuronowych na sekundę.

Dzieci chłoną informacje z otoczenia z niezwykłą łatwością, wykazując naturalną ciekawość świata i ogromną plastyczność neuronalną. Jak trafnie zauważają Putra i Rahmawati:

„Kiedy dzieci znajdują się w ‘złotym wieku’, przyswajają informacje wyjątkowo szybko. Stają się doskonałymi naśladowcami […] i właśnie wtedy kształtują się fundamenty ich charakteru, osobowości oraz zdolności poznawczych”.

Dziecko w tym wieku uczy się poprzez działanie, zabawę, kontakt fizyczny i emocjonalny z opiekunami oraz przez obserwację codziennych sytuacji. To właśnie te naturalne interakcje – z rodzicami, rówieśnikami i światem przyrody – stanowią fundament dla rozwoju języka, empatii, regulacji emocji, koordynacji ruchowej oraz zdolności poznawczych.

Każde doświadczenie – nawet najprostsze, jak spacer, układanie klocków, wspólne czytanie czy rozmowa – odgrywa istotną rolę w budowaniu struktur mózgowych i trwałych schematów zachowań.

Niestety, to również czas, kiedy dzieci – im szybciej, tym lepiej (według niektórych) – trafiają do placówek: żłobków i przedszkoli. A te, choć pełne zabawek i planów zajęć, nierzadko wpływają negatywnie na sferę poznawczą i emocjonalną maluchów.

A przecież dziś oboje rodzice mogą skorzystać z urlopów wychowawczych – spróbujcie się „wymienić” rolami opiekunów. To naprawdę najlepsza inwestycja, jaką możecie sobie i swoim dzieciom zafundować na starość. (Waszą, rzecz jasna). A widok opiekuna z przedszkola z nosem w smartfonie? Bezcenny.

Niestety, coraz częściej ten kluczowy czas w życiu dziecka zostaje zakłócony przez nadmierną ekspozycję na technologie cyfrowe – zwłaszcza smartfony i tablety. Wprowadzenie tych urządzeń w zbyt wczesnym wieku, bez odpowiedniego nadzoru i umiaru, może prowadzić do szeregu negatywnych konsekwencji.

Dzieci pozbawione bodźców płynących z realnego świata, a skupione na biernym odbiorze treści ekranowych, wykazują opóźnienia w rozwoju mowy, trudności z koncentracją, obniżoną aktywność fizyczną i ograniczoną zdolność do twórczej zabawy.

A wszystkie te obszary rodzice próbują później kompensować – zapisując dzieci na zajęcia dodatkowe: z rysunku, taneczne, wycinankarskie, językowe, sensoryczne, motoryczne… Naprawdę jest w czym wybierać.

Taki to nasz paradoks wychowawczy, prawda? A przecież wystarczy usiąść. Pobawić się. Poczytać. Praca nie zając…
A gdzie będziecie szukać straconego czasu?

Wpływ smartfonów na rozwój dziecka - Zdjęcia dzieci umieszczone wewnątrz ekranów smartfonów z ikonami mediów społecznościowych, symbolizujące cyfrową obecność dzieci i wpływ smartfonów na ich rozwój
Dziecko to nie content. Wpływ smartfonów na rozwój dziecka to temat, którego nie da się przescrollować.

Nadmierne korzystanie ze smartfonów prowadzi do zaburzeń w obszarze socjalizacji – dzieci częściej przejawiają zachowania wycofane lub impulsywne, trudniej im nawiązywać i utrzymywać relacje z rówieśnikami, a także gorzej radzą sobie z frustracją i koniecznością odroczenia ewentualnej nagrody.

Takie skutki zostały potwierdzone w licznych badaniach neuropsychologicznych, które wskazują, że nadmiar bodźców cyfrowych w pierwszych latach życia wpływa negatywnie na rozwój kory przedczołowej – obszaru mózgu odpowiedzialnego m.in. za planowanie, samokontrolę i empatię.

Proszę wybaczyć porównanie, ale czasami mam wrażenie, że współcześni ludzie przywiązują znacznie większą wagę do procesu socjalizacji zwierząt – psów, koni, kotów – niż… ludzi. I nie, nie mam z tym problemu. Sam jestem miłośnikiem zwierząt i wiem, jak ważne jest odpowiednio socjalizowane zwierzę, które często trafia do naszego domu z hodowli, oderwane od stada. Takie zwierzę jest po prostu bezpieczne dla otoczenia. Z dziećmi jest bardzo podobnie.

Wystarczy otworzyć najpopularniejsze portale informacyjne, by przeczytać artykuły, w których młode pokolenie aż krzyczy: „Zaopiekujcie się mną. Tu jestem.” – i wyciąga nóż, hejtuje, bije, poniża. Bo nikt go wcześniej nie nauczył inaczej, bo nikt go nie zauważył, nie przytulił.

Niestety, naszym dzieciom nierzadko „fundujemy” podobny poziom emocjonalnego wykluczenia. A jeśli nie będziemy dbać o rozwój tej sfery, przyszłe pokolenia będą naprawdę gotowe do życia w zamkniętych kapsułach i komunikowania się wyłącznie za pomocą technologii do przesyłania dźwięku i obrazu.

Nie zapominajmy: człowiek jest istotą społeczną. I potrzebuje drugiego człowieka.

Chciałbym podkreślić po raz kolejny, że nie jestem wrogiem technologii. Technologia sama w sobie nie stanowi zagrożenia dla rozwoju dziecka – wiele zależy od kontekstu, treści oraz sposobu jej użycia.

Jednak to właśnie w „złotym wieku” konieczne jest zachowanie szczególnej ostrożności, ponieważ każde zaniedbanie lub nieprzemyślana decyzja mogą mieć długofalowe konsekwencje.

Zbyt wczesne, niekontrolowane i pozbawione sensownego celu korzystanie z technologii może trwale wpłynąć na to, jak dziecko będzie się uczyć, czuć i budować relacje przez całe życie.

Z tego względu eksperci rekomendują, aby dzieci do 2. roku życia w ogóle nie miały kontaktu z ekranami, a w wieku 2–5 lat czas ekranowy nie przekraczał jednej godziny dziennie – i to wyłącznie w towarzystwie dorosłego, który będzie przewodnikiem po świecie cyfrowym, a nie biernym obserwatorem.

Kluczowe jest, aby to rzeczywiste, pełne zaangażowania relacje i aktywności dominowały w tym wyjątkowo ważnym okresie życia dziecka.

Rekomendacje: jak korzystać z technologii, by nie stracić dziecka z oczu i serca

W świetle przedstawionych powyżej badań oraz przytoczonych obserwacji dotyczących wpływu smartfonów na rozwój dzieci – szczególnie w wieku przedszkolnym – konieczne staje się podejmowanie świadomych działań profilaktycznych.

Poniżej zebrałem, w sposób możliwie syntetyczny, zestaw zaleceń, które dotyczą zarówno rodziców i opiekunów, jak i nauczycieli oraz instytucji odpowiedzialnych za wychowanie i edukację.

Rekomendacje te opierają się na aktualnych wytycznych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) oraz wynikach badań naukowych:

  • Ograniczenie czasu ekranowego zgodnie z zaleceniami WHO

Oczywiście można mieć różne zdanie na temat tego, co zaleca Światowa Organizacja Zdrowia. Niemniej WHO jasno wskazuje, że dzieci w wieku od 2 do 5 lat powinny spędzać przed ekranem nie więcej niż 1 godzinę dziennie – i to wyłącznie w towarzystwie dorosłego.

Czas ekranowy powinien być wykorzystany w sposób interaktywny i edukacyjny, a nie jako bierna rozrywka. Dzieci poniżej 2. roku życia nie powinny mieć kontaktu z ekranami w ogóle. Zbyt długie przebywanie przed urządzeniami mobilnymi wiąże się z ryzykiem opóźnień rozwojowych, zaburzeń snu, nadwagi oraz osłabienia więzi społecznych i emocjonalnych.

  • Angażowanie dzieci w aktywności społeczne i ruchowe jako alternatywa

Aktywna zabawa z rówieśnikami, kontakt z przyrodą, zajęcia ruchowe i kreatywne – takie jak rysowanie, lepienie, budowanie czy śpiewanie – są niezastąpione w rozwoju motorycznym, emocjonalnym i społecznym dziecka.

Takie działania nie tylko ograniczają czas biernej rozrywki, ale również uczą współpracy, empatii, cierpliwości oraz samoregulacji.

Tworzenie przestrzeni do aktywności fizycznej i interakcji społecznych jest szczególnie ważne w czasach, gdy dzieci coraz częściej spędzają czas w cyfrowej izolacji – przed ekranem, a nie z drugim człowiekiem.

Bo przecież bieganie po kałużach wciąż nie wymaga abonamentu, prawda?

Moje dzieci uwielbiają kałuże – a Wasze?
  • Świadome modelowanie zachowań przez rodziców i opiekunów

Dzieci naśladują dorosłych – jeśli widzą rodziców stale z telefonem w dłoni, same zaczynają traktować ekran jako naturalne przedłużenie codzienności.

Dlatego tak ważne jest dawanie przykładu: odkładanie telefonu podczas posiłków, rozmów, wspólnych zabaw, a także aktywne uczestnictwo w codziennym życiu dziecka. To nie zakazy, ale autentyczna postawa dorosłych kształtuje zdrowe nawyki medialne u dzieci.

Bo jak mamy nauczyć dziecko odłożyć telefon, jeśli sami robimy z niego cyfrowe sztućce do rosołu? Jeśli przy każdej okazji „publikujemy” nasze dzieci w cyfrowym świecie?

  • Edukacja rodziców z zakresu bezpiecznego korzystania z technologii

Wielu rodziców wciąż nie zdaje sobie sprawy ze skali i rodzaju zagrożeń, jakie niesie ze sobą nadmierne lub niewłaściwe korzystanie z technologii przez dzieci. Dlatego tak potrzebne są kampanie edukacyjne, warsztaty i poradniki, które wspierają dorosłych w tworzeniu domowych zasad korzystania z mediów, selekcji odpowiednich treści oraz budowaniu relacji opartych na obecności i zaangażowaniu. Bo tylko świadomy dorosły jest w stanie wprowadzić dziecko w cyfrowy świat w sposób bezpieczny i zrównoważony. A przecież nie chcemy wychować dzieci, które wiedzą, jak zrobić reelsa, ale nie potrafią zawiązać buta, prawda?

Na koniec nie chcę Was straszyć, moralizować ani odbierać Wam przyjemności z technologii – sam ją lubię i używam. Ale im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej mam wrażenie, że albo to my nauczymy dzieci korzystać z technologii, albo technologia nauczy je żyć bez nas.

Smartfon nie musi być wrogiem. Ale jeśli będzie jedynym przyjacielem dziecka –to Huston, mamy problem.

Dzieci nie potrzebują idealnych rodziców. Potrzebują obecnych, uważnych i odważnych dorosłych, którzy potrafią powiedzieć: „Okej, odkładam telefon. Gramy w memo?”. Bo wiecie… bateria w tablecie się kiedyś wyczerpie. A relacja z dzieckiem – jeśli ją naładujecie – trzyma naprawdę długo.

Bibliografia:

Baharin, Nurul Syazana Samsul, et al. „Emotional Intelligence among Children with Smartphone.” Proceedings of the 7th International Conference on Arts and Humanities, vol. 7, no. 1, 2020, pp. 46–51. www.tiikmpublishing.com/data/conferences/doi/icoah/23572744.2020.7106.pdf.

Jiménez-Morales, Mònika, et al. „Childhood Use of Mobile Devices: Influence of Mothers’ Socio-Educational Level.” Comunicar, vol. 28, no. 64, 2020, pp. 19–26, doi:10.3916/C64-2020-02.

Kulkarni, Prashant Baburao, and Anuradha Mhaske. „Habit of Smartphone Usage and Its Impact on Behavior among Under Five Children as Perceived by Parents.” International Journal of Science and Healthcare Research, vol. 7, no. 3, 2022, pp. 56–58. ijshr.com/IJSHR_Vol.7_Issue.3_July2022/IJSHR10.pdf.

Putra, I Dewa Alit Dwija, and Fitri Rahmawati. „Educating Smartphone Use in Early Childhood, Through Designing Parenting Books Illustrations.” Proceedings of the 6th Bandung Creative Movement International Conference, 2019, www.neliti.com/publications/293196/educating-smartphone-use-in-early-childhood-through-designing-parenting-books-il.

Książeczki kontrastowe – pierwszy krok w rozwoju wzroku i wyobraźni dziecka

Jako zaangażowany w rozwój dzieci tata chciałem od pierwszych chwil przygotować swoje dziecko na świat, z którym przyjdzie mu się zmierzyć – świat pełen obrazów, kolorów, dynamiki i pędu. Gdy w jednym z artykułów przeczytałem, że umysł niemowlęcia rozwija się z prędkością miliona połączeń neuronowych na sekundę, poczułem się tak, jakby ktoś pokazał mi mapę Wszechświata, którego największą i najjaśniejszą galaktyką jest moje dziecko.

Oczywiście nie jestem typem, który bezrefleksyjnie wpada w pułapki marketingowe zastawiane na rodziców i dzieci. Z dystansem podchodzę do wszelkich gadżetów, zwłaszcza w czasach, gdy wielu rodziców rezygnuje z drobnych przyjemności, by zapewnić dziecku „wszystko, co najlepsze”. Tym bardziej zależało mi, by sprawdzić, co naprawdę wspiera rozwój malucha – bez zbędnego blichtru i nadmiaru plastiku. Efekty moich poszukiwań oraz źródła, z których korzystałem, znajdziecie poniżej.
Skoro w pierwszych miesiącach życia dziecko rozwija się tak bardzo, to wobec tego postanowiłem skoncentrować się na pierwszych potencjalnych możliwościach związanych z kształtowaniem literackiego postrzegania świata. Literatura to przecież wyobraźnia, a wyobraźnia to obszar, który w przyszłości pozwoli rozwinąć umiejętności kreatywnego myślenia – potrzebnego inżynierom, pisarzom, lekarzom.

Od czego zacząć? Skoro zaczynamy od zmysłów, to bodaj najważniejszy – po słuchu, ale to tylko moje zdanie – wydaje się wzrok. Jak się dość szybko okazało, w sieci można znaleźć niezliczoną liczbę stymulatorów przeznaczonych do wspierania rozwoju tego właśnie obszaru. Jedną z najciekawszych możliwości są, w mojej ocenie, książeczki kontrastowe – proste, wyraziste, najczęściej czarno-białe. Te publikacje powstają przede wszystkim z myślą o niemowlętach. Ich celem nie jest wprawdzie bezpośrednie rozwijanie czytelnictwa w tradycyjnym sensie, ale stymulowanie percepcji wzrokowej, koncentracji oraz wstępnych zdolności poznawczych. A wszystko to bez jednego słowa tekstu. Prawie jak poezja milczenia.
Oczywiście rodzic może wykorzystać książeczki do snucia opowieści, by kształtować jeszcze lepszą relację ze swoim dzieckiem.

Książeczki kontrastowe wspierające motorykę i sensorykę
Książeczka kontrastowa Mom’s Care

Znaczenie wczesnej stymulacji wzrokowej

W przywołanej poniżej literaturze nie brakuje twardych dowodów na to, że rozwój kompetencji językowych i poznawczych jest ściśle związany ze sferą wczesnych interakcji dziecka z otoczeniem – zarówno społecznym, jak i sensorycznym. Jeśli zatem rozwój waszego dziecka leży wam na sercu, spróbujcie wczuć się w jego perspektywę. Dla niego jesteście i okrętem, i wiatrem. Usiądźcie, połóżcie się – tego czasu już nie wrócicie – i otwórzcie pieszczącą zmysły dziecka książeczkę kontrastową, opowiadając o tym, co widzicie, zamiast wpatrywać się w ekran telefonu.

Stymulacja wzrokowa u niemowląt rozwija się w sposób dynamiczny już od pierwszych dni życia. Pamiętacie pierwszą chwilę, w której wasze dziecko na was spojrzało? Czekaliście na nią, prawda? Oczywiście, że tak! Być może nie wiedzieliście jednak, że noworodki posiadają ograniczoną ostrość widzenia, ale wykazują preferencję wobec wyrazistych, silnie kontrastowych bodźców – szczególnie zestawień czerni i bieli oraz prostych form geometrycznych, które są łatwiejsze do rozpoznania niż złożone obrazy.

Uważam, że jest wielce prawdopodobne, iż dla wielu tatusiów to bardzo fajny czas – zresztą możecie skorzystać z 14 dni urlopu ojcowskiego (nie macierzyńskiego – ten przysługuje mamie) – po to on jest, a nie żeby robić remont czy wyskoczyć na ryby z kolegami. W tym czasie wasze dziecko i wy możecie nawiązać świetną relację, zanim definitywnie wejdzie w fazę „mamozy” – wtedy będzie wam przykro, oj będzie!

Wygotski, Historia rozwoju wyższych funkcji psychicznych, Warszawa: PWN, 1971

„Rozwój percepcji nie polega na prostym doskonaleniu zmysłów, ale na przekształceniu sposobu postrzegania pod wpływem aktywności i doświadczenia społecznego.”

Stymulacja – zwłaszcza poprzez celowo zaprojektowane książeczki kontrastowe – wspiera rozwój siatkówki, zdolności skupienia wzroku oraz tzw. koordynacji oko–ręka, co będzie szczególnie zauważalne w późniejszym czasie, kiedy dziecko będzie uczyło się na przykład samodzielnie spożywać posiłki, a także w przedszkolu, kiedy będzie się od niego oczekiwało kolorowania, wycinania i innych czynności wymagających zaangażowania i skupienia. W tym miejscu drobna uwaga z mojej strony – nie fundujmy naszym dzieciom wychowania przedszkolnego w domu. Bawmy się z nimi i rozwijajmy istotne obszary, ale nie czyńmy z nich naszych wychowanków – to przede wszystkim nasze dzieci.

Książeczki kontrastowe - uczą bawiąc, bawią ucząc
Przykładowa książeczka kontrastowa, wydawnictwo Wilga

Regularne obcowanie z prostymi, ale wyraźnymi bodźcami graficznymi wpływa korzystnie na rozwój połączeń nerwowych odpowiedzialnych za przetwarzanie obrazu oraz może wspomagać kształtowanie zdolności percepcyjnych, które staną się fundamentem dla późniejszych procesów poznawczych, takich jak rozpoznawanie kształtów, liter czy symboli graficznych.

Ponadto, jak wskazuje cytowany powyżej Wygotski w swojej perspektywie rozwojowej, znaczenie ma nie tylko sam bodziec, ale również kontekst interakcji – gdy rodzic czy opiekun angażuje się we wspólne oglądanie książeczki, opisując obrazy i reagując na sygnały dziecka, tworzy przestrzeń dla dialogu i współdziałania, co intensyfikuje efekt poznawczy i emocjonalny. W tym sensie książeczki kontrastowe pełnią podwójną funkcję: są narzędziem stymulującym rozwój biologiczny (wzroku), jak i społeczno-emocjonalny, wzmacniając więź między dzieckiem a dorosłym.

Tym samym odpowiednio dobrane materiały wizualne dla niemowląt – zwłaszcza książeczki kontrastowe – można uznać za jedno z podstawowych narzędzi wspierających zrównoważony rozwój dziecka od pierwszych chwil życia. Wpisują się one w szerszy paradygmat wczesnej edukacji sensoryczno-społecznej, której znaczenie jest dziś szeroko podkreślane w pedagogice i psychologii rozwoju dziecka.

Jako rodzic chciałbym ponadto zasugerować, żebyście nie szukali dróg na skróty w wyborze książeczek kontrastowych – raczej kupujcie je, niż wypożyczajcie z biblioteki. Małe dzieci są niestety bezwzględne wobec każdej formy literatury – pragną jej doświadczać nie tylko wzrokiem, ale także posmakować.

Jak wybierać książeczki kontrastowe?

Książeczki kontrastowe to, w mojej ocenie, bardzo dobry trening do wykształcenia u siebie, rodzica, przyszłych umiejętności związanych z kształtowaniem wrażliwości na literaturę w ogóle. Dla dziecka książeczki kontrastowe są pierwszym kontaktem z drukiem, w związku z tym powinny spełniać szereg kryteriów.


Dobór właściwych książeczek dla niemowląt powinien być przemyślany i świadomy, ponieważ wpływa nie tylko na rozwój percepcji wzrokowej, ale także na wczesne kształtowanie relacji poznawczych i emocjonalnych z otoczeniem. Wbrew pozorom, wybór takiej książeczki nie powinien ograniczać się do przypadkowego zakupu estetycznej publikacji – istotne jest uwzględnienie konkretnych potrzeb rozwojowych dziecka oraz zasad bezpieczeństwa i funkcjonalności. Poniżej przedstawiono najważniejsze kryteria, którymi kierowałem się, kupując książeczki kontrastowe dla moich dzieci:

1. Książeczki obrazkowe: prostota i kontrast

Oczywiście, najważniejszą cechą książeczki kontrastowej jest jej warstwa graficzna. W pierwszych tygodniach życia niemowlę nie posiada jeszcze rozwiniętej zdolności rozróżniania barw, a jego ostrość wzroku jest niska. Dlatego właśnie najlepiej reaguje ono na obrazy o dużym kontraście – przede wszystkim czarno-białe ilustracje o prostych, geometrycznych formach. Ważne jest, aby ilustracje nie były przeładowane szczegółami, żeby nadmiar bodźców nie prowadził do przeciążenia i dezorientacji. Uproszczone formy graficzne ułatwiają skupienie wzroku i wzmacniają koncentrację uwagi, co jest kluczowe dla dalszego rozwoju funkcji poznawczych.

2. Książeczki kontrastowe a bezpieczeństwo i trwałość materiałów

Wspominałem już, żebyście raczej nie wypożyczali książeczek kontrastowych z biblioteki. Przede wszystkim ze względu na sposób eksploracji otoczenia przez niemowlęta. Książeczki kontrastowe muszą być całkowicie bezpieczne. Powinny być wykonane z materiałów nietoksycznych, certyfikowanych i odpornych na ślinienie, gryzienie czy zginanie. Idealne będą książeczki z miękkiej tektury, tkanin sensorycznych lub silikonowych wkładek. Dodatkowo, dobrze jest, gdy materiały są łatwe do czyszczenia, co pozwala zachować higienę, szczególnie w okresie intensywnego ząbkowania.

W przypadku książeczek wykonanych z tkanin zwróćcie uwagę, czy przypadkiem jakieś elementy nie są doklejane, ponieważ w przypadku oderwania jakiegoś elementu prosicie się o kłopoty. Jeśli jeszcze nie jesteście rodzicami, po prostu mi zaufajcie w tym względzie – dzieci potrafią przetestować dosłownie wszystko, a opowieści o tym, co dziecko zjadło lub co zostało znalezione w pieluszce, są naprawdę pełne osobliwości.

3. Jak dopasować książeczki kontrastowe do etapu rozwoju

Książeczki kontrastowe warto wybierać zgodnie z aktualnym etapem rozwoju dziecka, który dynamicznie zmienia się w ciągu pierwszego roku życia. Dla noworodków (0–3 miesiące) najlepsze będą książeczki monochromatyczne z dużymi, pojedynczymi kształtami. Od około trzeciego miesiąca życia można wprowadzać publikacje z elementami czerwieni – pierwszym kolorem rozpoznawanym przez niemowlę.

W kolejnych miesiącach (6–9 miesiąc) można zacząć stosować książeczki zawierające schematy twarzy, proste zwierzęta, a także te z elementami sensorycznymi, jak np. faktury do dotykania. Dostosowanie treści do etapu rozwoju pozwala utrzymać zainteresowanie dziecka i maksymalizować potencjał edukacyjny książeczki. Niektóre wydawnictwa i księgarnie posiadają w swojej ofercie zestawy zaprojektowane na poszczególne etapy. To, moim zdaniem, bardzo dobre rozwiązanie, ponieważ pozwala utrzymać spójny przekaz.

4. Książeczki kontrastowe jako potencjał do wspólnej interakcji

Natalia Kucirkova przypomina, że w zasadzie wszystkie książeczki – zaczynając od tych kontrastowych – przeznaczone dla dzieci pełnią szalenie istotną funkcję: nie tylko poznawczą, ale także społeczną, ponieważ stają się przestrzenią wspólnego doświadczania i dialogu między dzieckiem a opiekunem. Nawet jeśli niemowlę nie rozumie jeszcze słów, sposób, w jaki rodzic komentuje obrazki, zmienia ton głosu, uśmiecha się czy naśladuje dźwięki, wzmacnia więź emocjonalną i stymuluje rozwój językowy. Książeczka staje się wówczas nie tyle „przedmiotem”, co narzędziem komunikacji i współdziałania, które aktywizuje dziecko na wielu poziomach – zmysłowym, emocjonalnym i poznawczym.


Dobór odpowiednich książeczek kontrastowych, dostosowanych do etapu rozwoju oraz wykorzystywanych w kontekście interakcji z dorosłym, stanowi więc kluczowy element wczesnej edukacji sensorycznej. To nie tylko inwestycja w rozwój wzroku, lecz także fundament dla przyszłych kompetencji językowych, poznawczych i społecznych.
Jeszcze jedna prośba przy tej okazji – telefon, tablet, komputer, telewizor… to nie książeczka. Możecie wyświetlić kontrastowy obrazek, ale czy chcecie od pierwszych chwil na świecie „informatyzować” swoje dzieci? Pozwolę sobie nie rozwijać tego wątku, ale proponuję, żebyście obejrzeli doskonały, moim zdaniem, materiał o tabletowych dzieciach.

Książeczki kontrastowe jako wstęp do literatury dziecięcej

Wprawdzie, co zostało już napisane wyżej, książeczki kontrastowe pełnią przede wszystkim funkcję stymulującą rozwój sensoryczny — percepcję wzrokową — ich roli nie należy sprowadzać wyłącznie do oddziaływania na ośrodki zmysłowego poznawania świata. W mojej ocenie stanowią one szalenie istotne ogniwo w procesie wprowadzania dziecka w świat literatury, stając się pierwszym krokiem w rozwijaniu kompetencji czytelniczych oraz budowaniu relacji z tekstem i obrazem.

Dzięki swojej prostocie, powtarzalności i schematyczności uczą niemowlę rozpoznawać zależności między bodźcem wizualnym a komunikatem, przygotowując tym samym grunt pod późniejsze rozumienie bardziej złożonych struktur narracyjnych i rozwój wyobraźni.

Którą nawet postacie historycznie obciążone, jak Włodzimierz Lenin, uważały za bardzo ważną:

Cytat za: Kornel Czukowski, Od dwóch do pięciu, s. 182.

„Niesłusznie sądzi się, że [wyobraźnia] jest potrzebna tylko poecie. To głupi przesąd! Jest ona potrzebna nawet w matematyce… Wyobraźnia stanowi walor nad wyraz cenny.”

Paradoksalnie więc ten sam człowiek, który systemowo tłumił indywidualność, potrafił tak trafnie docenić jej twórczy potencjał.

Interakcja z książeczką — nawet jeśli sprowadza się do biernego wpatrywania się w kontrastowe ilustracje — stanowi dla dziecka akt uczestnictwa w narracji kulturowej. Grzegorz Leszczyński tak określa rolę literatury dziecięcej:

„Słuchane i czytane w dzieciństwie baśnie stają się pierwszym »alfabetem kultury« oraz punktem wyjścia i odniesienia dla kolejnych doświadczeń lekturowych.”
— Grzegorz Leszczyński, Słowo wstępne, w: Weronika Kostecka, Maciej Skowera (red.), W kręgu baśni i fantastyki. Studia o literaturze dziecięcej i młodzieżowej, Warszawa: Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich, 2017, s. 9.

Autor podkreśla, że literatura dziecięca — także ta najbardziej elementarna — może być traktowana jako „pierwszy alfabet kultury”, dzięki któremu dziecko poznaje podstawowe wzorce symboliczne i zaczyna odczytywać świat poprzez obrazy i opowieści. To właśnie ten „alfabet” staje się matrycą dla dalszego rozwoju wyobraźni, języka i tożsamości kulturowej małego odbiorcy.

Książeczki kontrastowe pełnią zatem funkcję pre-literacką — są pomostem między światem sensorycznym a symbolicznym, między fizycznym oglądaniem obrazu a mentalnym konstruowaniem znaczenia. Poprzez kontakt z nimi dziecko stopniowo uczy się mechanizmów lektury: kierunku oglądania, rytmu przewracania stron, zależności obraz–reakcja, a później — także obraz–słowo. W tym sensie każda taka książeczka jest nie tylko narzędziem rozwoju poznawczego, ale też pierwszym nośnikiem treści kulturowych i emocjonalnych, z którymi dziecko będzie się oswajać przez całe dzieciństwo.

Warto zatem traktować książeczki kontrastowe nie jako etap przejściowy czy wyłącznie użytkowy, ale jako integralną część procesu wprowadzania dziecka w świat narracji i symboli — świata literatury, który od najmłodszych lat kształtuje wrażliwość, język oraz sposób rozumienia siebie i otoczenia. Ponieważ, jak wspomina Anna Czabanowska-Wróbel:

„Dla tych samych powodów, dla których literatura dziecięca nie była najbardziej wdzięcznym przedmiotem badań historycznoliterackich wywodzących się z tradycji pozytywistycznej, jest ona dziś przestrzenią rozmaitych obserwacji – zwłaszcza w ramach studiów kulturowych, childhood studies i przekładoznawstwa. Okazuje się bowiem miejscem, gdzie z wielką wyrazistością – lecz bez uproszczeń – można dostrzec procesy, które w literaturze ‘dorosłej’ zaznaczają się w sposób o wiele bardziej skomplikowany.”

Anna Czabanowska-Wróbel, „Children’s Literature — Between World and Global Literature”, Wielogłos. Pismo Wydziału Polonistyki UJ, Special Issue (2018).

Książeczki kontrastowe – instrukcja obsługi

Jeśli już jesteście rodzicami, to zapewne wiecie, że nie ma dla dziecka rzeczy ważniejszej niż rutyna i powtarzalność. Wprawdzie nam, dorosłym, takie systematyzowanie uruchamia od razu pewien wewnętrzny mechanizm sprzeciwu i buntu okraszonego nudą, ale dla dziecka jest to szalenie ważny obszar – ponieważ wiąże się ze strefą bezpieczeństwa.

Wprowadzenie książeczek kontrastowych do codziennej rutyny niemowlęcia może przynieść realne korzyści rozwojowe, o ile odbywa się w sposób świadomy i dostosowany do potrzeb dziecka. Poniższe wskazówki stanowią zestaw dobrych praktyk, które mogą wesprzeć rodziców i opiekunów w efektywnym wykorzystaniu potencjału tych publikacji:

  • Zacznij wcześnie – już od pierwszych tygodni życia warto wprowadzać nie tylko książeczki kontrastowe do otoczenia dziecka, ale także kontrastowe obrazki, a nawet elementy garderoby. Nawet jeśli niemowlę nie skupia jeszcze wzroku na dłużej, regularna ekspozycja na wyraziste obrazy wspiera rozwój siatkówki i tej części układu nerwowego, która jest odpowiedzialna za przetwarzanie bodźców wzrokowych. Im wcześniej rozpocznie się stymulacja, tym większy potencjał rozwojowy zostanie uruchomiony.
  • Angażuj zmysły – wybieraj książeczki, które poza kontrastowymi ilustracjami wyposażone są także w elementy dotykowe (różnorodne faktury, wypukłości, wszywki) lub dźwiękowe (grzechotki, piszczałki). Wielozmysłowe oddziaływanie nie tylko wzmacnia zainteresowanie dziecka, ale również wspiera integrację sensoryczną, czyli zdolność do łączenia informacji z różnych zmysłów w spójny obraz świata. W czasach, kiedy dzieci mają naprawdę niewielki kontakt ze światem „za oknem” – ponieważ dookoła panuje betonoza – taka stymulacja jest naprawdę bardzo ważna.
  • Czytaj z sercem i zaangażowaniem – choć niemowlę nie rozumie jeszcze znaczenia słów, emocjonalna intonacja głosu, rytm mowy, mimika i bliskość opiekuna mają ogromne znaczenie dla budowania poczucia bezpieczeństwa i więzi. Wspólne „czytanie” książeczki – nawet jeśli ogranicza się do opowiadania o obrazkach czy naśladowania dźwięków – rozwija język i tworzy podwaliny pod przyszły potencjał dialogu i zrozumienia z dzieckiem.
  • Obserwuj reakcje dziecka – każde dziecko reaguje indywidualnie na bodźce. Warto uważnie przyglądać się jego mimice, ruchom, skupieniu wzroku i ekspresji emocjonalnej. Zainteresowanie, uśmiech, odruch sięgania czy gaworzenie mogą świadczyć o pozytywnej reakcji na książeczkę. To także cenny sygnał dla opiekuna, który pozwala dostosować intensywność i formę dalszej stymulacji.

Systematyczne i uważne stosowanie tych rekomendacji może nie tylko wzbogacić rozwój dziecka na poziomie poznawczym i sensorycznym, ale także stać się fundamentem trwałej więzi emocjonalnej budowanej wokół wspólnego doświadczenia lektury. Książeczka kontrastowa – pozornie prosta – może więc stać się początkiem wielkiej przygody z literaturą i światem.

Mam nadzieję, że udało mi się Was przekonać, iż pierwsze książeczki dla niemowląt, szczególnie książeczki kontrastowe, mają ogromne znaczenie i nie pełnią jedynie funkcji zabawki czy elementu dekoracyjnego w pokoju dziecka. To narzędzia wszechstronnej stymulacji, które – właściwie dobrane i świadomie wykorzystywane – wspierają rozwój wzroku, zdolności poznawczych, emocjonalnych oraz językowych już od pierwszych dni życia. Książeczki kontrastowe wprowadzają niemowlę w świat symboli, rytmu i komunikacji, stając się nie tylko medium edukacyjnym, ale również środkiem budowania relacji i poczucia bezpieczeństwa.

W obliczu coraz większej świadomości rodzicielskiej oraz rosnącej dostępności wartościowych publikacji dla najmłodszych, posiadanie na półce książeczki kontrastowej jawi się jako jeden z najprostszych, a zarazem najbardziej efektywnych sposobów wspierania harmonijnego rozwoju dziecka. Ich codzienne wykorzystywanie może stać się początkiem nie tylko przyszłej kompetencji czytelniczej, ale też pierwszego dialogu dziecka ze światem. To od takich małych kroków zaczyna się wielka przygoda z literaturą i poznawaniem samego siebie.

Bibliografia:
Czabanowska-Wróbel, Anna. „Children’s Literature—Between World and Global Literature.” Wielogłos. Pismo Wydziału Polonistyki UJ, Special Issue (2018): 109–121.
Dostęp: https://ejournals.eu/en/journal/wieloglos/article/childrens-literature-between-world-and-global-literature

Czukowski, Kornel. Od dwóch do pięciu. Warszawa: Czytelnik, 1977.

Kucirkova, Natalia. „Children’s Reading with Digital Books: Past Moving Quickly to the Future.” Child Development Perspectives 13, no. 3 (2019): 208–214. https://doi.org/10.1111/cdep.12333.

Kucirkova, Natalia, Kieron Sheehy, i David Messer. „A Vygotskian Perspective on Parent–Child Talk during iPad Story Sharing.” British Journal of Educational Technology 46, no. 5 (2015): 1093–1103. https://doi.org/10.1111/bjet.12202.

Leszczyński, Grzegorz. „Słowo wstępne.” W W kręgu baśni i fantastyki. Studia o literaturze dziecięcej i młodzieżowej, red. Weronika Kostecka i Maciej Skowera, 9–13. Warszawa: Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich, 2017.

Norton, Donna E., i Saundra E. Norton. Through the Eyes of a Child: An Introduction to Children’s Literature. 7th ed. Upper Saddle River, NJ: Pearson Merrill Prentice Hall, 2007.

Parry, Rebecca, i Liz Taylor. „Readers in the Round: Children’s Holistic Engagements with Texts.” Literacy 52, no. 2 (2018): 103–110. https://doi.org/10.1111/lit.12127.

Wygotski, Lew S. Myślenie i mowa. Przeł. Ewa Fleszner. Warszawa: PWN, 1985.

Jak wspierać dziecko w opanowaniu poprawnej pisowni?

Gdy Joseph Chamberlain wypowiedział w 1898 roku słynne zdanie: „Obyś żył w ciekawych czasach” – choć jego autorstwo bywa kwestionowane – z pewnością nie przypuszczał, że ponad sto lat później stanie się ono trafnym komentarzem do wyzwań współczesnej edukacji. Dotyczy to także tak fundamentalnych kwestii, jak rozwój językowy dzieci. W dobie rewolucji cyfrowej, zmieniających się modeli wychowania oraz spadającego poziomu czytelnictwa, ortografia staje się zagadnieniem o nowym, złożonym charakterze. Statystyki i obserwacje nauczycieli jednoznacznie wskazują na rosnącą liczbę dzieci mających trudności z poprawną pisownią, często w powiązaniu z diagnozami dysleksji, dysgrafii czy zaburzeń integracji sensorycznej.

Wprawdzie, zgodnie ze wstępnym raportem Biblioteki Narodowej z 2024 roku, poziom czytelnictwa w Polsce ustabilizował się na poziomie około 40%, to jednak warto zwrócić uwagę na wyraźne różnice między grupami wiekowymi. W przedziale 15–18 lat zauważalna jest już przewaga książek cyfrowych nad tradycyjnymi, co ilustruje poniższa grafika, natomiast w grupie 19–59 lat dysproporcja ta jest jeszcze większa – również na korzyść formatów cyfrowych.

Można przypuszczać, że kolejne pokolenia, wychowujące się w świecie cyfrowym, będą tę tendencję pogłębiać. Tymczasem kontakt z książką drukowaną odgrywa istotną rolę nie tylko w rozwijaniu wyobraźni i empatii, lecz także w kształtowaniu umiejętności poprawnego pisania. Ponieważ jak wskazano w wielokrotnie już cytowanym na tym blogu raporcie Becoming a Nation of Readers (1985), czytanie nie powinno być traktowane jako odrębna, izolowana umiejętność, lecz jako element całościowego rozwoju językowego dziecka – „jako część ogólnego rozwoju językowego dziecka, a nie jako odrębną umiejętność, oderwaną od słuchania, mówienia i pisania”.

Ortografia jest bezpośrednio związana z poziomem czytelnictwa

W badaniach nad literaturą dziecięcą coraz częściej podkreśla się jej funkcję nie tylko wychowawczą, ale i językowo-dydaktyczną. Jak zauważa Anna Czabanowska-Wróbel, „literatura dziecięca okazała się szczególnym miejscem, w którym z dużą wyrazistością, ale bez uproszczeń, można dostrzec procesy odzwierciedlające się w literaturze dorosłych w sposób znacznie bardziej złożony” . Znaczy to tyle, że kontakt z dobrze dobraną książką dziecięcą może stanowić fundament dla rozwoju kompetencji językowej – również w obszarze takim jak ortografia, pojmowana jako wewnętrzna znajomość reguł, konwencji i wyjątków pisowni.

Współczesna edukacja boryka się z pewną niewydolnością, wynikającą z ograniczania się do tradycyjnych metod nauczania – również w zakresie tak fundamentalnych kompetencji jak ortografia. Potrzebujemy podejścia bardziej holistycznego, które uwzględnia indywidualne potrzeby dzieci, ich emocjonalność, różnorodność poznawczą oraz zróżnicowane style uczenia się.

Jak podkreśla Natalia Kucirkova, kluczowe znaczenie w tym kontekście ma zaangażowanie dorosłych – szczególnie w obszarze dynamicznie rozwijających się książek cyfrowych. Badaczka pisze: „Aby zmaksymalizować wartość dodaną książek cyfrowych dla dzieci, należy badać interakcje między cechami rodziców, dzieci i samych książek.” Wniosek jest jednoznaczny: odpowiedzialność za rozwój językowy i ortograficzny dziecka nie spoczywa wyłącznie na szkole. Wymaga on świadomego i aktywnego wsparcia ze strony rodziców oraz opiekunów.

Z ortografią za pan brat?

Nauka poprawnej pisowni to długi i złożony proces, który – wprawdzie zaczyna się we wczesnym dzieciństwie – trwa przez wiele lat, a jego skuteczność zależy w dużej mierze od środowiska rodzinnego i edukacyjnego. Od chwili, gdy dziecko zaczyna rozpoznawać litery i kojarzyć je z dźwiękami (zazwyczaj około 2. roku życia), rozpoczyna się stopniowe budowanie świadomości fonologicznej, ortograficznej i morfologicznej. W miarę upływu czasu i rozwoju kompetencji językowej, dziecko przechodzi przez kolejne stadia przyswajania pisowni – od zapisu fonetycznego, poprzez analizę reguł pisowni, aż po zrozumienie etymologii i pochodzenia wyrazów (np. greckich, łacińskich czy słowiańskich), które wyjaśniają wiele z pozoru „nielogicznych” wyjątków w pisowni.

Ortografia to wymagająca zaangażowanie dziedzina, której rozwój wspierają nie tylko placówki, ale także rodzice.
Rynek wydawniczy oferuje wiele książek, które udowadniają, że ortografia nie musi boleć – może być nawet przyjemna (prawie jak deser po dyktandzie)

Jak zauważają badacze czytelnictwa, sama ortografia nie jest tylko wynikiem mechanicznego zapamiętywania, ale złożonym wytworem interakcji percepcji wzrokowej, fonologii i świadomości językowej. Czytanie i pisanie należy traktować jako procesy zintegrowane z ogólnym rozwojem językowym dziecka. Czytanie powinno być postrzegane jako część ogólnego rozwoju językowego dziecka, a nie jako odrębna umiejętność, oderwana od słuchania, mówienia i pisania.

Dlatego, jeśli chcemy jako rodzice skutecznie wspierać dzieci w nauce ortografii, musimy działać na wielu poziomach – w domu, w rozmowie, a czasem nawet między kolacją a bajką na dobranoc, uwzględniając przy tym kilka kluczowych założeń:

  • Czytanie i pisanie jako codzienna praktyka – Im częściej dziecko ma kontakt z tekstami pisanymi – książkami, komiksami czy nawet napisami w grach – tym więcej okazji do zapamiętywania poprawnych wzorców ortograficznych. Pamięć wzrokowa odgrywa tu ogromną rolę. Badania Natalii Kucirkovej pokazują, że wspólne czytanie – zwłaszcza z udziałem rodziców – sprzyja tworzeniu trwałych reprezentacji ortograficznych słów.
  • Zrozumienie etapów rozwoju ortografii – Dzieci uczą się pisać, przechodząc od zapisu fonetycznego do morfologicznego. Początkowo mogą zapisywać słowa tak, jak je słyszą – także w lokalnej gwarze lub języku mniejszości, np. łojciec (gwara łowicka), dzys (śląski: dziś), czy bëlny (kaszubski: brudny). To naturalny etap rozwoju i wyraz kulturowej tożsamości. Zamiast tłumić te formy, warto wspierać dziecko w nauce języka ogólnego, nie tracąc przy tym szacunku do językowego dziedzictwa.
  • Uwzględnienie różnic indywidualnych – Każde dziecko uczy się we własnym tempie. Jedno szybciej zapamięta reguły, inne potrzebuje więcej czasu, by rozwinąć pamięć wzrokową czy zrozumieć strukturę języka. Porównywanie do rówieśników rzadko przynosi coś dobrego. Zamiast tego warto śledzić i doceniać postępy dziecka względem jego własnego punktu wyjścia.
  • Budowanie pozytywnego nastawienia – Błędy ortograficzne nie są katastrofą – są okazją do nauki. Zamiast karać czy zawstydzać, lepiej podjąć z dzieckiem dialog i wspólnie szukać rozwiązań. Jak podkreślają pedagodzy nurtu humanistycznego, empatyczne podejście do poprawiania błędów wzmacnia motywację i skuteczność nauki.

Warto również zwrócić uwagę na rolę rodziców jako pierwszych nauczycieli pisowni. Jak pisze Katherine Minardi w pracy o wykorzystaniu literatury dziecięcej w nauczaniu czytania:

„Literatura dziecięca skutecznie łączy cztery podstawowe umiejętności językowe – czytanie, pisanie, słuchanie i mówienie – w doświadczeniach lekturowych opartych na sensie, które z kolei pozwalają dzieciom częściej i na wyższym poziomie korzystać z języka.”

Zatem książki, wspólne pisanie listów, słowniczki domowe czy zabawy językowe – wszystko to są działania, które wspierają rozwój ortograficzny dziecka.

Zachęcanie do codziennych czynności związanych z czytaniem i pisaniem

Warto pamiętać, że ortografia nie funkcjonuje w izolacji – to nie wiosenna burza, która niespodziewanie sieje zniszczenie w jednym miejscu, a w innym przechodzi niezauważona. Przeciwnie – jest ściśle i organicznie powiązana z procesami czytania i pisania. To właśnie poprzez aktywne uczestnictwo w tych działaniach dziecko rozwija świadomość fonologiczną, syntaktyczną i ortograficzną.

Czytanie i pisanie to naczynia połączone – dziecko, które pisze, uczy się, jak działa język pisany od środka. Dzięki temu lepiej rozumie to, co później czyta. Innymi słowy: im więcej dziecko pisze, tym więcej zauważa zależności między dźwiękiem a literą, a to prowadzi do lepszego rozpoznawania i reprodukowania poprawnych form zapisu.

Czytanie i pisanie to naczynia połączone – dziecko, które pisze, uczy się, jak działa język pisany od środka. Dzięki temu lepiej rozumie to, co później czyta. Innymi słowy: im więcej dziecko pisze, tym więcej zauważa zależności między dźwiękiem a literą, a to prowadzi do lepszego rozpoznawania i reprodukowania poprawnych form zapisu.

Dlatego nie krzywmy się na widok kolejnego zapowiedzianego dyktanda w Librusie – zamiast narzekać, ćwiczmy z dziećmi także my. W końcu: non scholae discimus, sed vitae – nie uczymy się dla szkoły, lecz dla życia.

Używanie języka pisanego stymuluje aktywność poznawczą – dziecko analizuje, jakie dźwięki tworzą słowo, i stara się przyporządkować im odpowiednie znaki graficzne. To działanie wymaga nie tylko pamięci, ale też zrozumienia reguł językowych. Regularna praktyka – zarówno czytania, jak i pisania – jest więc najlepszym sposobem na utrwalenie poprawnej pisowni.

Jeśli dziecko czyta, pisze, mówi i słucha w sposób spójny i połączony, jego nauka nabiera sensu – dosłownie. To wtedy uczymy się najwięcej, najgłębiej i najszczerzej.

Aby dziecko rozwijało się językowo, musi czerpać z tego procesu radość i mieć poczucie swobody. Dlatego tak ważne jest, aby pisanie – podobnie jak czytanie – było dla niego przyjemnością, a nie zadaniem do odhaczenia. Pomocne są tu zabawy językowe, pisanie listów, komiksów, tworzenie opowiadań, czy prowadzenie dzienniczka. Warto też zadbać o to, by dom był przestrzenią przyjazną słowom – można stworzyć „ścianę słów”, czyli miejsce, gdzie regularnie zapisujemy nowe, ciekawe wyrazy. Taka strategia nie tylko oswaja dziecko z ortografią, ale buduje jego autonomię językową.

Dobrym pomysłem jest także wspólne prowadzenie słowniczka trudnych słów. Nie wiem, jak to wyglądało w waszych szkołach, ale przyznam, że moja polonistka traktowała ten zeszyt bardzo poważnie – i za to dziś jestem jej wdzięczny. Kilka razy w semestrze sprawdzała, czy aby na pewno nie zapomnieliśmy o „ó” w środku „wióry”.

Dziecko może w takim słowniczku zapisywać wyrazy, które sprawiają mu trudność, i regularnie do nich wracać. Tego typu strategie opierają się na zasadach metapoznania, czyli świadomości własnego procesu uczenia się. A jak pokazują badania – to właśnie metapoznanie jest kluczem do skutecznego przyswajania ortografii.

Dziecko, które rozumie, jak się uczy, potrafi lepiej planować działania, przewidywać błędy i… no cóż, sprawić, by ortografia przestała być dziwacznym „pszyjacielem”, a stała się czymś, z czym można żyć za pan brat.

Warto także pamiętać o sile gier słownych. Zabawy typu „wisielec”, „łamigłówki ortograficzne”, „dopasuj sylabę”, „znajdź błąd” czy popularne „Scrabble” rozwijają nie tylko zasób słownictwa, ale też utrwalają wzorce pisowni w przyjemny sposób. Jak zaznacza Natalia Kucirkova:

„Gdy czytanie staje się wspólnym rytuałem i zabawą, dzieci nie tylko uczą się szybciej – one zaczynają kojarzyć słowa z radością, a nie z kolejnym obowiązkiem. To emocje są bramą do prawdziwej nauki.” .

Wreszcie – niezwykle ważne jest, by dziecko nie ograniczało się wyłącznie do używania tych słów, których pisowni jest pewne. To klasyczne podejście, szczególnie promowane w kontekście egzaminów i sprawdzianów – „nie wiesz, jak to napisać? Znajdź bezpieczny synonim”.

Tymczasem to właśnie eksperymentowanie z nowymi wyrazami w bezpiecznym, wspierającym środowisku, bez lęku przed krytyką, pozwala dziecku rozwijać kompetencję ortograficzną. Rolą dorosłych jest stworzenie takich warunków, w których dziecko nie tylko regularnie czyta i pisze, ale również ma odwagę próbować nowych form językowych – nawet jeśli po drodze pojawią się błędy.

Bo to nie bezbłędność uczy – tylko proces, w którym można się pomylić i… zostać zrozumianym.

Poprawiaj błędy ortograficzne w przemyślany sposób

Jednym z większych wyzwań w edukacji domowej jest – moim zdaniem – znalezienie równowagi między wspieraniem a poprawianiem dziecka. W przypadku ortografii to napięcie staje się szczególnie widoczne. Z jednej strony zależy nam na poprawnym zapisie, z drugiej – nie chcemy zniechęcać dziecka do pisania.

Nadmierna korekta może prowadzić do frustracji, poczucia porażki, a w efekcie do rezygnacji. Z kolei całkowite ignorowanie błędów może sprawić, że dziecko utrwali niepoprawne nawyki, które później trudniej będzie wykorzenić.

Jak więc postępować? Gdzie kończy się wspieranie, a zaczyna demotywujące poprawianie? Czy da się uczyć ortografii bez czerwonego długopisu i bez miny nauczyciela ze snu o kartkówce?

Z odpowiedzią na tak postawione pytanie przychodzą badania nad relacją emocjonalno-poznawczą w procesie uczenia się. W świetle podejścia konstruktywistycznego – wywodzącego się m.in. z teorii Lwa Wygotskiego – kluczowe jest dostosowanie interwencji do tzw. strefy najbliższego rozwoju dziecka.

Korekta powinna być adekwatna do poziomu aktualnych możliwości ucznia i przybierać formę wspierającego dialogu, a nie jednostronnego oceniania. Innymi słowy: zamiast poprawiać „na czerwono”, warto towarzyszyć dziecku w refleksji nad jego błędami – z empatią i zrozumieniem.

Dobrym rozwiązaniem jest wprowadzenie pojęcia „dobrych błędów” – czyli takich, które wynikają z logicznego myślenia dziecka i znajomości zasad fonologii, ale nie uwzględniają wyjątków ortograficznych.

Przykładem może być zapis „morze” zamiast „może” (na wzór „orze – orzeczenie”) albo „rzyć” zamiast „żyć” – bo dziecko słyszy dźwięk i próbuje zapisać go zgodnie z tym, co już zna. A może… po prostu „morze” lepiej mu się kojarzy – na przykład z piosenką zespołu PodobaMiSię?

W takich sytuacjach warto pochwalić dziecko za zastosowaną logikę, a jednocześnie pokazać, że język – choć ma reguły – bywa też pełen wyjątków i niespodzianek. Zamiast mówić „źle!”, lepiej zapytać:
„Co ci podpowiedziało, żeby napisać to tak?” albo „Jak myślisz, dlaczego tutaj piszemy ‘rz’, a nie ‘ż’?”

To nie tylko poprawia ortografię, ale też rozwija świadomość językową, samodzielne myślenie i poczucie sensu w nauce.

Można także przyjąć zasadę „interwencji oszczędnej” – wstrzymywać się od poprawiania przy każdym błędzie, ale wybrać jeden moment w tekście, w którym wspólnie przeanalizujecie zapis wybranego słowa. Dzięki temu dziecko nie zostanie przytłoczone falą korekt i zachowa pozytywną motywację. Psychologiczne badania nad motywacją wewnętrzną potwierdzają, że dzieci uczą się skuteczniej, gdy zachowują poczucie autonomii i sensu wykonywanego zadania.

Dobrym momentem na udzielenie wsparcia jest także sytuacja, gdy dziecko przygotowuje tekst dla innego odbiorcy – np. list do babci, kartkę urodzinową czy zaproszenie. To okazja, by wprowadzić korektę jako element dbałości o formę i estetykę, a nie jako krytykę. Dziecko wówczas łatwiej przyjmuje wskazówki, bo rozumie ich cel i znaczenie.

Ważne, by zachęcać dziecko do samodzielnego poprawiania. Zamiast podawać gotową odpowiedź, można zaproponować ćwiczenie audytywne: „Wypowiedz słowo na głos – czy na pewno wszystkie dźwięki są zapisane?”. Można także zapytać: „Gdzie ostatnio widzieliśmy to słowo? Czy pamiętasz, jak było napisane?” – odwołując się do jego pamięci wzrokowej. Jak podkreśla Jeanne Chall, jedna z badaczek edukacji językowej:

Dobre nauczanie to takie, które uczy dzieci nie tylko pisać i czytać, ale też zatrzymać się, spojrzeć na swoje słowa i pomyśleć: „Czy to ma sens? Czy napisałem to dobrze?” – i w razie potrzeby, samodzielnie coś poprawić.

Wreszcie – warto przypomnieć sobie własną ścieżkę edukacyjną związaną z ortografią. Nauka poprawnej pisowni to proces, który trwa latami – nikt nie opanowuje jej w kilka miesięcy.

Zamiast oczekiwać perfekcji, skupmy się na stopniowym doskonaleniu, wspierając dzieci w ich codziennych staraniach. Nasza cierpliwość i konstruktywna reakcja są często najcenniejszym narzędziem edukacyjnym, jakim dysponujemy.

Ortografia bez stresu – wspieraj dobre strategie

Częste czytanie i pisanie z pewnością pomagają sprawić, że ortografia przestaje być przysłowiową kulą u nogi. Równie ważne jest jednak świadome wdrażanie strategii, które pomagają dziecku zrozumieć i utrwalić zasady poprawnej pisowni.

O ile kontakt z tekstem rozwija pamięć wzrokową i intuicję językową, o tyle bezpośrednie ćwiczenia i zabawy językowe angażują dziecko w aktywną analizę struktury języka – a to właśnie ten kontakt z „językowym mechanizmem” jest kluczem do zrozumienia ortograficznych zawiłości.

Niestety wielu rodziców uważa, że ortografia to zło konieczne i unika systematycznego utrwalania reguł, obawiając się, że będzie to nudne i zniechęcające. Tymczasem – jak pokazują badania nad motywacją i skutecznością nauczania – nauka przez zabawę to jedna z najbardziej efektywnych form pracy z dzieckiem.

Ortografia mimochodem infografika

Nawet najtrudniejsze zagadnienia, takie jak pisownia „rz”„ż”, można oswoić poprzez ćwiczenia fonologiczne i morfologiczne – na przykład zamieniając spółgłoskę w wyrazie na formę bezdźwięczną, która ujawnia poprawną pisownię (np. orzeł → orły, marynarz → marynarski, narciarz → narty).

Tego rodzaju zabawy opierają się na odkrywaniu wzorców – a zatem uczą dziecko logicznego myślenia o języku. Jak podkreśla Jeanne Chall:

Nauczanie ortografii nie polega na mechanicznym zapamiętywaniu, lecz na pomaganiu uczniom w odkrywaniu zasad rządzących strukturą wyrazów.

W języku polskim wiele zasad pisowni wynika z oboczności lub historycznych źródeł słów, dlatego warto uczyć dziecko, jak „szukać rodziny wyrazu” – np. „wież” pochodzi od „wieża”, a „morze” nie ma formy z „rz”, więc zapisujemy je przez „rz” jako wyjątek.

Pomocne będą też wizualne strategie: kolorowanie problematycznych liter w trudnych słowach, tworzenie kart z paronimami (np. „morze” i „może”) czy układanie wyrazów z rozsypanek literowych. Dobrze sprawdzają się również „mnemotechniki”, czyli zabawne skojarzenia, które pomagają zapamiętać trudne wyrazy – np. „chrząszcz w trzcinie szepcze przez szczelinę”, czyli łamańce językowe łączące wymowę z ortografią.

Nie mniej istotne są także strategie metakognitywne – czyli uczenie dziecka, jak samodzielnie sprawdzać pisownię. Może to być np. odruch korzystania ze słownika lub aplikacji językowej, ale też pytania typu: „czy to słowo znam z książki?”, „czy widziałem je w tekście?”. Taka refleksja językowa buduje nie tylko umiejętności ortograficzne, ale także ogólną świadomość językową, która – jak podkreśla Anna Czabanowska-Wróbel – stanowi fundament kompetencji kulturowej dziecka:

„kontakt z literaturą dla dzieci to przestrzeń, w której dziecko w naturalny sposób nabywa świadomości językowej i symbolicznej”

Warto więc, żebyśmy jako rodzice nie rezygnowali z aktywnego wspierania dziecka w nauce ortografii – i nie traktowali tego jako przykrego obowiązku, lecz jako językową przygodę.

Z odpowiednią dawką humoru, zabawy i codziennych rozmów o słowach nawet najtrudniejsze zasady ortograficzne przestają być barierą – stają się pretekstem do budowania więzi i rozwijania ciekawości poznawczej.

Ortografia na co dzień – jak wspierać dziecko bez podręczników i ocen

Nie trzeba mieć formalnego wykształcenia pedagogicznego, by efektywnie wspierać rozwój językowy swojego dziecka. W rzeczywistości to właśnie codzienne, domowe interakcje językowe – rozmowy, wspólne czytanie, zabawy słowne – mają największy wpływ na kształtowanie się kompetencji komunikacyjnych i ortograficznych. Jak pokazują badania z zakresu edukacji wczesnoszkolnej, rodzice są pierwszymi i najważniejszymi „nauczycielami języka” swoich dzieci, a ich zaangażowanie przekłada się bezpośrednio na sukcesy szkolne i motywację do nauki (Christiansen, 2000).

Codzienne czytanie – nawet 10 minut dziennie – rozwija nie tylko słownictwo, ale i pamięć wzrokową, zdolność przewidywania i rozpoznawania struktury języka pisanego. Głośne czytanie pozwala dziecku słyszeć brzmienie słów, które później będzie chciało samodzielnie zapisać. Uważne słuchanie – zadawanie pytań, parafrazowanie, dopytywanie o szczegóły – uczy logicznego myślenia i formułowania wypowiedzi. To z kolei wpływa na jakość pisanych przez dziecko tekstów.

Niezwykle ważne jest przy tym podejście do błędów. W duchu pedagogiki wspierającej, błąd nie jest porażką, lecz naturalnym elementem procesu uczenia się. Jak podkreśla prof. Carol Dweck w swojej teorii „growth mindset”, dzieci rozwijają się najefektywniej wtedy, gdy mają możliwość eksperymentowania i popełniania błędów bez lęku przed oceną:

Błąd to nie porażka — to etap na drodze do mistrzostwa.

Dweck, 2006

Pisanie również nie musi być zadaniem szkolnym – można wspólnie tworzyć listy zakupów, kartki urodzinowe, notatki dla babci czy wpisy do rodzinnego kalendarza. Każdy taki gest wzmacnia relację dziecka z językiem pisanym i pokazuje, że pisownia ma sens i funkcję w codziennym życiu. Nawet najprostsze akty pisania, realizowane z czułością i zainteresowaniem, są skutecznym narzędziem rozwijania kompetencji ortograficznych.

Pamiętajmy: ortografia nie jest umiejętnością wrodzoną, lecz wyuczoną. A najlepszym sprzymierzeńcem w jej nauce są nie testy i sprawdziany, ale codzienność – wspólna, ciepła, językowa.

Bibliografia:

Anderson, R. C., Hiebert, E. H., Scott, J. A., & Wilkinson, I. A. G. (1985). Becoming a Nation of Readers: The Report of the Commission on Reading. National Institute of Education.

Kucirkova, N. (2019). Children’s Reading With Digital Books: Past Moving Quickly to the Future. Child Development Perspectives, 13(3), 208–214. https://doi.org/10.1111/cdep.12339

Minardi, Katherine Sublett, „Using Children’s Literature: An Approach to Teaching Reading” (1994). UNF Graduate Theses and Dissertations. 84.
https://digitalcommons.unf.edu/etd/84

Bartosik, M. (2023). Poradnik dla rodziców. Jak rozmawiać z dziećmi o trudnych emocjach. Emocjolandia.

Norton, D. E., & Norton, S. E. (2007). Through the Eyes of a Child: An Introduction to Children’s Literature (7th ed.). Merrill/Prentice Hall.

Czabanowska-Wróbel, A. (2018). Children’s Literature—Between World and Global Literature. Wielogłos, Special Issue, 109–122. https://doi.org/10.4467/2084395XWI.18.015.9883

Moc opowieści – dlaczego dzieci potrzebują historii?

Dzieci potrzebują historii nie tylko do zabawy – to właśnie opowieści pomagają im rozumieć świat, przeżywać emocje i budować relacje. Każdy z nas pamięta chwile, gdy rodzic, dziadek lub nauczyciel snuł przed nami fascynującą opowieść. Może była to bajka na dobranoc, może historia z rodzinnych dziejów, a może opowieść pełna niezwykłych przygód. Słuchając, przenosiliśmy się do innego świata, z szeroko otwartymi oczami i zapartym tchem. Te momenty nie tylko rozwijały naszą wyobraźnię, ale także wzmacniały więzi z osobą, która je snuła.

W naturze człowieka od zawsze istniała potrzeba opowieści. To właśnie one porządkują nasz świat, nadają sens wydarzeniom i pomagają lepiej rozumieć rzeczywistość. Ludzie od wieków zbierali się, by słuchać historii – od starożytnych mitów greckich, przez biblijne przypowieści, aż po XIX-wieczne opowieści romantyków, jak u Lermontowa, gdzie zwykła scena zaparzania herbaty staje się wstępem do niezwykłej narracji.

To właśnie dlatego dzieci od zawsze lgnęły do opowieści – niezależnie od czasów i kultur. Dawniej wsłuchiwały się w bajki opowiadane przy kominku, dziś śledzą przygody bohaterów w książkach, filmach animowanych i grach. Mimo zmieniającej się formy przekazu, jedno pozostaje niezmienne – opowieści pomagają nam zrozumieć siebie i świat.

Czytanie i opowiadanie a budowanie więzi rodzinnych

Dzieci doceniają różne rzeczy – zabawki, wakacje, wizyty w parkach rozrywki. Jednak najcenniejszym darem, jaki możemy im dać, jest nasza uwaga i wspólnie spędzony czas. Czytanie książek, opowiadanie historii i słuchanie dziecięcych opowieści tworzy coś, czego nie da się zastąpić – poczucie bliskości i więzi emocjonalnej.

Kiedyś opowieści były przekazywane głównie ustnie – babcie i dziadkowie snuli historie o dawnych czasach, o swoim dzieciństwie, o trudach i radościach codziennego życia. Dzieci, wsłuchane w ich słowa, nie tylko rozwijały wyobraźnię, ale też chłonęły wartości, historię swojej rodziny i wspomnienia, które z czasem stawały się ich własnymi.

Dziś, w świecie pełnym ekranów i rozpraszaczy, warto wracać do tej tradycji. Nic nie zastąpi wspólnego wieczoru z książką w ręku – momentu, gdy dziecko nie tylko słucha, ale może zadawać pytania, śmiać się i przeżywać emocje razem z bohaterami.

Storytelling jako droga do zrozumienia siebie i świata

Współczesna psychologia i edukacja coraz częściej wskazują storytelling jako jedno z najskuteczniejszych narzędzi komunikacji z dziećmi. Wprawdzie wolałbym użyć polskiego słowa gawędziarstwo, ale myślę, że na potrzeby tego artykułu storytelling możemy uznać za odpowiedni termin. Opowieści – czy to bajki na dobranoc, wspomnienia rodzinne, czy przygody literackich bohaterów – są nie tylko źródłem radości, ale także fundamentem rozwoju emocjonalnego i poznawczego.

Doskonale pamiętam, kiedy jako dziecko uczestniczyłem w imprezach harcerskich, na których gawęda była nieodłącznym elementem ogniska lub świeczowiska (to taka namiastka ogniska wewnątrz budynków). Dobry gawędziarz przekazywał nam wówczas wiedzę, która dla nas nosiła znamiona bajki lub legendy, ale płynęła z niej wielka nauka. To dzięki opowieściom dziecko uczy się nazywać emocje, lepiej rozumie siebie i innych, a także zaczyna budować narrację własnego życia.

Marta Bartosik w swojej książce Kraina emocji słusznie podkreśla, że opowiadanie historii to naturalny sposób prowadzenia rozmowy o uczuciach – szczególnie tych trudnych, jak złość, wstyd czy smutek. Opowieść daje dziecku bezpieczną przestrzeń do przeżywania emocji i refleksji, jednocześnie wzmacniając więź z dorosłym, który tę opowieść snuje. To nie tylko słowa, lecz także intencja i uważność opowiadającego sprawiają, że historia nabiera głębi i znaczenia.

Dziecko nie pozostaje biernym słuchaczem – dzięki opowieściom staje się twórcą. Zaczyna samo opowiadać, kreować własne historie, zadawać pytania i snuć fantazje. W ten sposób rozwija wyobraźnię, myślenie przyczynowo-skutkowe, a także uczy się, że każda – nawet trudna – sytuacja może być częścią większej narracji, w której ono samo gra główną rolę. Jak zauważają Weronika Kostecka i Maciej Skowera, słuchane w dzieciństwie baśnie:

„stają się pierwszym alfabetem kultury oraz punktem wyjścia i odniesienia dla kolejnych doświadczeń lekturowych”.

Skoro zatem dzieci potrzebują historii, to potrzebują także dorosłych – nas, którzy potrafimy opowiadać z sercem, zrozumieniem i autentyczną intencją towarzyszenia. Bo każda opowieść – dobrze opowiedziana – ma moc zmieniania świata. Najpierw tego wewnętrznego.

Podzielę się w tym miejscu małą anegdotką – od kilku dni opowiadam swoim dzieciom historię o zdechłej owcy. Niestety, zwierzę było ofiarą mojej niewiedzy, ponieważ dałem owcom skoszoną trawę zmieszaną z piachem, z kosza kosiarki. Wiem, że to smutne, ale chyba opowiadam ciekawie i z dobrą energią. To kolejne potwierdzenie tego, że dzieci potrzebują historii i potrafią ich słuchać z wielką uwagą.

Uwierz w moc swoich opowieści, bo dzieci naprawdę potrzebują historii. na granatowym tle, otoczona bajkowymi obrazami: magiczny domek, otwarta książka jako krajobraz, las, wróżki i niebieskie motyle. Grafika podkreśla znaczenie wyobraźni i siły narracji w życiu dziecka.
Każde dziecko zasługuje na dobrze opowiedzianą historię.

Dlaczego dzieci potrzebują historii?

Dzieci potrzebują historii, szczególnie dziś – w czasach, gdy przyzwyczajają się do natychmiastowej gratyfikacji w postaci krótkich filmików i gier mobilnych. Książka staje się wtedy czymś więcej niż tylko nośnikiem treści. To przestrzeń do refleksji, zanurzenia się w świecie bohaterów, przeżywania ich emocji.

Dzieci potrzebują historii, ponieważ to właśnie one pomagają im lepiej rozumieć otaczający świat, rozwijają empatię i uczą dostrzegać różne perspektywy. Dzięki opowieściom dzieci mogą wcielać się w rolę podróżnika, detektywa, superbohatera albo zwykłego dziecka, które zmaga się z podobnymi wyzwaniami co one same.

Dobre historie nie tylko bawią, ale i uczą – nie w sensie szkolnej dydaktyki, lecz poprzez emocjonalne doświadczenie. Jak zauważył rosyjski pisarz Kornel Czukowski:

„Cel bajkopisarzy polega na tym, aby za wszelką cenę wykształcić w dziecku człowieczeństwo – tę cudowną zdolność wzruszania się cudzym nieszczęściem, cieszenia się czyjąś radością, przeżywania cudzego losu jak własnego.[1]

Książki pozwalają dzieciom doświadczyć uczuć i sytuacji, których być może jeszcze nie przeżyły w prawdziwym życiu. Przykładem jest Ostatni dżem babci Alicji Szwinty-Dyrdy – książka, która w delikatny i mądry sposób oswaja temat straty. Takie historie nie tylko pomagają dzieciom przepracować trudne emocje, ale też uczą je rozumienia innych ludzi.

Historie jako klucz do rozwoju intelektualnego

Czytanie książek to nie tylko przyjemność – to także trening umysłu. Wymaga koncentracji, rozwija słownictwo, pobudza wyobraźnię. Opowieści pozwalają dzieciom dostrzegać związki przyczynowo-skutkowe, budować logiczne myślenie i rozwijać kreatywność.

Jak zauważyła Charlotte Huck, amerykańska badaczka literatury dziecięcej:

„Jedno doświadczenie literackie opiera się na poprzednim, pod warunkiem, że dzieci mogą dostrzec powiązania i pomóc im je połączyć.[1]

Oznacza to, że im więcej dziecko czyta i słucha opowieści, tym lepiej potrafi analizować sytuacje, wyciągać wnioski i budować własne historie. Właśnie dlatego warto dostarczać mu różnorodnych narracji – zarówno tych klasycznych, jak i współczesnych.

Książki mogą także inspirować do działania. Świetnym przykładem jest Fred. Psi ekopatrol Barbary Kosmowskiej, który zachęca dzieci do refleksji nad ekologią i odpowiedzialnością za środowisko. Po jego lekturze moje dzieci zaczęły zauważać śmieci w lesie i samodzielnie próbowały zebrać pozostawione przez innych nieczystości.

Podsumowanie

Opowieści to jedno z najpotężniejszych narzędzi rozwoju dziecka. Pomagają budować więzi rodzinne, uczą empatii, rozwijają kreatywność i umiejętność myślenia. Warto każdego dnia znaleźć chwilę na wspólne czytanie, opowiadanie historii lub po prostu słuchanie, co dziecko ma nam do powiedzenia.

Dzieci potrzebują historii, bo to dzięki nim uczą się rozumieć świat – a często również go współtworzyć. Warto zadbać, by były to opowieści pełne mądrości, czułości i inspiracji.

Jako rodzice możemy w świecie pełnym pośpiechu, ekranów i bodźców naprawdę wiele zmienić i mieć wpływ także na naszą przyszłość. Jeśli zrozumiemy, że dzieci potrzebują historii, takich, które nauczą je kochać, rozumieć i marzyć. Opowieści, które zostaną z nimi na całe życie – jako wewnętrzny kompas, źródło siły i czułości.

W świecie, który nieustannie przyspiesza, opowieści przypominają nam, co naprawdę ważne – czas, uważność, emocje i relacje. Nie potrzebujemy kosztownych gadżetów ani wyrafinowanych technologii, by wspierać rozwój dziecka. Wystarczy historia. Dobrze opowiedziana. Taka, która porusza serce, rozbudza wyobraźnię i daje przestrzeń do rozmowy. Bo właśnie w tych prostych momentach – między słowami – dziecko odkrywa, że jest słyszane, ważne i kochane. A to fundament, na którym buduje się wszystko inne.

Dzieci potrzebują historii – a my potrzebujemy dzieci, by je opowiadać.

Bibliografia:

  • Bartosik, Marta. Kraina Emocji. Poradnik dla rodziców. Jak rozmawiać z dziećmi o trudnych emocjach. Emocjolandia, 2023.
  • Czukowski, Kornel. Od dwóch do pięciu. Tłum. Wiktor Woroszylski. Warszawa: Nasza Księgarnia, 1962.
  • Huck, Charlotte, Susan Hepler, Janet Hickman. Children’s Literature in the Elementary School. 5th ed., McGraw-Hill, 1993.
  • Kostecka, Weronika, Maciej Skowera. W kręgu baśni i fantastyki. Studia o literaturze dziecięcej i młodzieżowej. Warszawa: Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich, 2017.

Tato, to dopiero początek – o pierwszych wierszach i świadomym ojcostwie

„Pierwsze wiersze dla…” to książka, którą poznaliśmy chwilę po narodzinach naszej córki, czyli w momencie, kiedy uświadomiłem sobie, że: właśnie zostałeś tatą. W tym miejscu bardziej pasowałby może wielokropek – ale nie tym razem. Zdecydowałem się na zdanie zamknięte. Dlaczego? Bo to moment, który kończy pewien etap i rozpoczyna nowy – i kropka…
W tym miejscu bardziej pasowałby może wielokropek – ale nie tym razem. Zdecydowałem się na zdanie zamknięte. Dlaczego? Bo to moment, który kończy pewien etap i rozpoczyna nowy – i kropka. Od tej chwili jesteś kimś więcej niż partnerem czy mężem. Stajesz się opiekunem – odpowiedzialnym za rozwój nowego człowieka. I, szczerze mówiąc, trudno mi wyobrazić sobie coś bardziej donisosłego.

Ojcostwo wczoraj i dziś

Na przestrzeni wieków rola ojca zmieniła się diametralnie. Ojciec z Babilonii (około 1894 p.n.e., żeby być precyzyjnym) prawdopodobnie dostałby ataku duszności lub uznałby, że ma jakieś omamy, gdyby zobaczył mężczyznę z wózkiem w parku. A przecież to „tylko” 3919 lat później… Dziś ojciec to nie tyran z pasażem moralnym na ustach, ale czuły towarzysz dziecięcych lęków, przygód i zabaw.

Skoro jako mężczyźni weszliśmy na ścieżkę świadomego ojcostwa, warto zrozumieć, że nasz wpływ na rozwój emocjonalny dziecka jest ogromny – tato. Zwracam się do Ciebie wprost, bo współczesna pedagogika nie tylko przypomina, ale wręcz domaga się obecności ojca, którego przez dekady z różnych powodów po prostu brakowało.

Tata potrafi otworzyć każde okno, także okno wyobraźni

Dlatego dziś zapraszam Cię do świata, którego może jeszcze nie znasz – świata literatury dziecięcej. Tak, tej literatury, która szeroko otwiera okna, wpuszczając orzeźwiający powiew wyobraźni. I to Ty – tato – możesz być tym, który te okna otworzy. Tak jak pompujesz rower albo walczysz z cieknącym kranem, możesz też czytać, śmiać się i śpiewać z dzieckiem – ono na Ciebie czeka!

Tym krótkim wstępem chciałem wprowadzić do tego artykułu nieco poetyki, która będzie nam potrzebna, by docenić wartość poezji zgromadzonej w książce Pierwsze wiersze dla… Książka, wydana przez Instytut Książki w ramach kampanii „Mała książka – wielki człowiek”, jest rozpowszechniana bezpłatnie przez biblioteki uczestniczące w kampanii stanowi jedną ze składowych tzw. wyprawki czytelniczej, o której jeszcze nie raz będę wspominał, ponieważ książki przekazywane bezpłatnie w ramach kolejnych stopni czytelniczego rozwoju są naprawdę wyśmienite.

Wyprawka z poezją zamiast środków na kolkę

Mój pierwszy kontakt z określeniem „wyprawka czytelnicza” miał miejsce w szpitalu – na oddziale położniczym, rzecz jasna. Muszę przyznać, że nie myślałem wówczas o tym, czym dzisiaj dzielę się z Wami. Kiedy przypomnę sobie, z jakim trudem na świat przyszła nasza pierwsza córka, kiedy wracają do mnie słowa jednej z położnych, że „teraz już chyba będzie z nami”… Kiedy w książeczce zdrowia widzę 7 (a miało być 6) w skali Apgar – możecie mi wierzyć – daleki jestem od tego, by pisać, jak bardzo zależało mi wtedy na budowaniu relacji. Chciałem i marzyłem, żeby nasze dziecko rozwijało się prawidłowo, zdrowo.

W takich mniej więcej okolicznościach i nastrojach, dalekich od huraoptymizmu, opuszczaliśmy z żoną oddział noworodkowy. Przy wyjściu otrzymaliśmy pakiet ulotek, reklam, próbek i innych „śmieci” – a przynajmniej tak myśleliśmy. Później okazało się, że większość tych produktów przydała się w trakcie kilku kolejnych dni, a jedną, wyjątkową rzecz z tej listy mamy do dnia dzisiejszego. A była to książka – pierwsze Pierwsze wiersze dla…

Idole, kampanie i… poezja na półce

Bardzo dobrze, że kampania zachęcająca do odwiedzania bibliotek jest realizowana z takim rozmachem i z tak dużym zaangażowaniem mediów oraz znanych osób ze świata kultury. Dla każdego następnego pokolenia „idolami” coraz rzadziej stają się bowiem zapracowani i zabiegani rodzice, a coraz częściej dzieci naśladują wzorce kreowane i eksponowane przez znanych i lubianych aktorów, piłkarzy, piosenkarzy. Ma to oczywiście swoje jasne i ciemne strony, natomiast popularyzowanie czytelnictwa jest bez wątpienia olbrzymim – i mało popularnym – wyzwaniem, zachęcającym do wejścia w „jasną stronę mocy”.

Książka „odporna na dzieciństwo”

Książka Pierwsze wiersze dla… to naprawdę przemyślana koncepcja pod każdym względem. Próżno szukać w tej „pancernej” książeczce wad o charakterze technicznym. Grube, sztywne strony ułatwiają przekręcanie nawet najmniejszym dzieciom. Szczegółem, na który być może niewiele osób zwróci uwagę, są zaokrąglone krawędzie – niby detal, ale przypomnijcie sobie, ile razy zdarzyło się Wam ukłuć „rogiem” książki. Sposób klejenia także nie budzi zastrzeżeń – wielokrotne wertowanie, nierzadko wyrywanie przez młodsze rodzeństwo, nie doprowadziło do żadnych uszkodzeń. Ogromną zaletą jest także jakość druku – zastosowana farba nie ściera się i nie odbija światła. Moim zdaniem nie ma się do czego przyczepić.

„Pan Dymek” Anny Kamieńskiej – dzieci stoją przy domu, uśmiechnięte słońce, komin z dymem w kształcie postaci. Poezja dziecięca to także świadome ojcostwo
„Pan Dymek” – ilustracja z książki „Pierwsze wiersze dla…”, która otwiera drzwi do wspólnego czytania i świadomego ojcostwa.

Poetycki dekalog – wiersz po wierszu

Oczywiście aspekty techniczne związane z wykonaniem książki mają duże znaczenie, ale ważniejsze jest to, co znajdziemy wewnątrz. Wspominałem już, że koncepcja książki jest w mojej ocenie bardzo przemyślana, a poeci i poetki z całą pewnością nie znaleźli się tam przypadkowo. Zestaw dziesięciu wierszy tworzy swoisty poetycki dekalog, będący jednocześnie przewodnikiem dla poszukujących dalszych inspiracji czytelniczych rodziców. A kogo znajdziemy w tej mini antologii?

Zbiór otwiera Anna Kamieńska i jej wiersz Pan Dymek. Rodzicom, ale także większości Polaków, poetka znana jest zapewne z dedykacji, którą umieścił ks. Jan Twardowski w wierszu Śpieszmy się – „Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą”. Twórczość Anny Kamieńskiej znana jest jednak znacznie mniejszemu gronu czytelników, a przecież poetka posiada bardzo bogatą bibliografię nie tylko w obszarze poezji, ale także prozy i eseistyki. Była również doskonałym tłumaczem – na półce posiadam chociażby jej przekład Przemian Owidiusza (1969).

Pan Dymek stwarza doskonałe pole interpretacyjne – kreska, kreska, kółeczko… Niemal machinalnie palec wędruje w kierunku ilustracji wykonanej przez Ewę Kozyrę-Pawlak i Pawła Pawlaka. To kolejna mocna strona tej książki. Ilustracje wykonane techniką kolażu z tkanin zachęcają, by sięgnąć po skrawki materiału i włączyć się w kreatywną zabawę. Na kolejnych stronach znajdziemy wiersze Wandy Chotomskiej, Danuty Wawiłow, Marii Konopnickiej, Ewy Szelburg-Zarembiny, Jana Brzechwy, Juliana Tuwima, Joanny Papuzińskiej, Józefa Czechowicza. O każdym z tych wierszy mógłbym napisać elaborat, ale nie o to przecież chodzi, chcę jedynie zachęcić Was tatusiowie do szukania potencjału drzemiącego w najprostszych, ale nie prostych formach literackich.

Literacka podróż przez dzieciństwo

Każdy z zamieszczonych wierszy odnosi się do motywów nierozerwalnie związanych z toposem dzieciństwa i przekraczaniem kolejnych granic. Motyw domu, zawarty w wierszu Pan Dymek, łączy się z kolejnym lirykiem Wandy Chotomskiej Kołysanka zgadywanka, w którym dziecko spotyka wszystkie znane sobie osoby – mamę, tatę, babcię, dziadka i brata. Z domu można wyjść z jednym z dorosłych na zewnątrz, żeby poznawać okolicę – a tam przecież Lato Danuty Wawiłow, a może Zła Zima Marii Konopnickiej? Uwaga jednak, ponieważ Idzie niebo ciemną nocą Ewy Szelburg-Zarembiny… Czas tajemnic i odpoczynku. Zakres motywów przenosi się w sferę abstrakcji, by na kolejnej stronie odkrywać Psie smutki Jana Brzechwy.

Śpiewajmy z dziećmi

Uważam, że książeczka Pierwsze wiersze dla… jest wyjątkowo udaną pozycją, którą warto mieć na swojej półce, a żeby to zrobić, wystarczy odwiedzić najbliższą bibliotekę. Na zakończenie chciałbym przytoczyć słowa Marii Konopnickiej, która tak napisała o koncepcji literatury przeznaczonej dla najmłodszych odbiorców:

(…) Jeżeli prawdą jest, że dusza dziecka to „tabula rasa”, niemniej istotnie jest ona harfą niemą, na której dobrze, gdy poezja wcześnie rękę kładzie. Bo dziecko nie tylko potrzebuje wiedzieć i widzieć; dydaktyzm, w jaką bądź formę wcielony i pod jakim bądź ukryty kształtem, nie wyczerpuje, nie zaspakaja delikatnych poruszeń duszy dziecka, która pożąda wzlotu, dźwięku, tonu. Może to więc jest dobrze, gdy do dramatu dziecięcego, do dziecięcego eposu przybędzie liryka dziecięca, poezja sama w sobie, która bez żadnych dydaktycznych celów będzie budziła w duszy dziecka pewne nastroje i poddawała harmonię pod przyrodzoną dźwięczność jej duszy. „Taki ja sobie kładę zamiar i o nim właśnie chciałam powiedzieć Panu. Nie przychodzę ani uczyć dzieci, ani też ich bawić. Przychodzę śpiewać z nimi”

Nie wstydźmy się przed własnymi dziećmi – śpiewajmy z nimi, interpretujmy wiersze, czytajmy w sposób, który rozbudzi w nich czytelniczą pasję. W kolejnych wpisach zaprezentuję inne książki dostępne w ramach kampanii „Mała książka – wielki człowiek”.

Jakie książki dla dzieci warto wybierać?

W poszukiwaniu…

Jakie książki dla dzieci warto wybierać? To pytanie zadaję sobie za każdym razem, gdy przekraczam próg księgarni lub biblioteki. Pełen dobrej woli, z intencją: „znaleźć coś wartościowego”, staję jak wryty przed ścianą kolorowych okładek. Wszystkie urocze, wszystkie krzyczą: „Zabierz mnie do domu!”, każda błyszczy folią tak bardzo, że w ledowym oświetleniu aż trudno na nie patrzeć – chociaż profesjonalne księgarnie mają to już nieźle opanowane. Każda okładka przyciąga wzrok postaciami z bajek, bohaterami znanymi z seriali dla dzieci, a ty, biedny człowieku, masz albo ograniczone miejsce na karcie bibliotecznej, albo ograniczony budżet. I jeszcze mniej czasu, żeby przeczytać każdą z tych książek przed wypożyczeniem lub zakupem.

Dodatkowym utrudnieniem są książki eksponowane tuż przy wejściu – w liczbie wystarczającej, by zniechęcić do eksploracji głębszych zakamarków regałów. A przecież dalej czekają setki, jeśli nie tysiące tytułów. W tym gąszczu łatwo się zgubić – zwłaszcza gdy nie wiesz, jakie książki dla dzieci naprawdę są warte Twojej uwagi. Piszę ten tekst pod wpływem wczorajszego doświadczenia, więc pozwólcie, że opowiem, co mnie do niego skłoniło.

Wczoraj, 15 kwietnia 2025 roku, wybrałem się z chłopcami do biblioteki. Dziewczyny w tym czasie miały zajęcia z tańca. Nie miałem przy sobie kart bibliotecznych, więc nie planowałem wypożyczać, ale w oczekiwaniu na koniec lekcji postanowiłem po prostu coś poczytać. Moją uwagę przyciągnęła świetnie wyeksponowana seria „Mati” autorstwa Anti Saara, w tłumaczeniu Anny Michalczuk-Podlecki. Ale to też skłoniło mnie do głębszego zastanowienia nad tym, jakie książki dla dzieci trafiają do czytelnika, a które tylko dobrze wyglądają na wystawce.

Zamieniłem kilka słów z przesympatyczną panią bibliotekarką – temat zszedł na biblioteczny marketing i kwestie ekspozycji. Pani uśmiechnęła się i powiedziała: „Z drugiej strony regału też mamy wystawkę… książek, których NIKT nigdy nie wypożyczył.”

Wyobrażacie sobie? NIKT – jakby jej nie było!

Wzięliśmy więc jedną nowość – i jedną „Drugą Nowość”. Padło na Kogutka Ziutka w Pieninach autorstwa Barbary Sudoł. Od daty wydania w 2010 roku – ani jednego wypożyczenia. Ani jednego! Jak się okazało, karty biblioteczne miała przy sobie moja żona, więc mogliśmy zabrać książki do domu. Refleksje po lekturze przeczytacie już niebawem.

Wracając jednak do głównego wątku dotyczącego trudności z wyborem książek dla dzieci – moim zdaniem to nie jest już tylko wybór. To selekcja na poziomie eksperta literatury dziecięcej, pedagoga, grafika i psychologa rozwojowego w jednej osobie. Dlatego tak ważne jest, byśmy potrafili rozpoznać, jakie książki dla dzieci rozwijają, a nie tylko zajmują półkę. Jak zauważa Katherine Minardi, ogromna liczba tytułów dostępnych na rynku stawia przed rodzicem zadanie nie tyle znalezienia „jakiejś książki”, co wybrania takiej, która będzie odpowiednia dla etapu rozwoju dziecka, jego zainteresowań oraz potrzeb emocjonalnych i językowych¹.

W tym sensie proces wyboru zaczyna być czymś więcej niż tylko zero-jedynkową decyzją – to swoisty akt odpowiedzialności wychowawczej, a nie spontaniczna reakcja wywołana bodźcem wzrokowym. Dodam, że często bardzo wartościowe książki odkrywają swoją jakość dopiero w sferze tekstu, ale wiadomo, że dla młodszych dzieci to obraz odgrywa kluczową rolę i sprzyja koncentracji.

Ponieważ jestem w trakcie pisania obszerniejszego tekstu poświęconego literaturze dla dzieci, nie mogę przejść obojętnie wobec zjawisk takich jak globalizacja i tzw. mikskulturowy. Literatura dziecięca to dziś przestrzeń wielogłosowa, dynamiczna i kulturowo zróżnicowana. Jak słusznie zauważa Anna Czabanowska-Wróbel, współczesne książki dla dzieci funkcjonują „pomiędzy lokalnością a globalnym przekazem”² i dlatego – w moim odczuciu – tak trudno poruszać się w tej przestrzeni bez precyzyjnej mapy wartości i kryteriów wyboru.

Jak nie zgubić się w tym labiryncie Minotaura? Czy możliwe jest stworzenie książkowego GPS-a, który pomoże wskazać właściwą drogę? Daleki jestem od tego, by w wyborze literatury dla dzieci stosować rozwiązania typu aplikacje itp., ponieważ istnieje spore prawdopodobieństwo, że będą to przede wszystkim narzędzia marketingowe. Moim zdaniem szalenie ważna jest znajomość przez rodziców książek klasycznych oraz fundamentalnych pozycji kształtujących naszą wielowiekową tożsamość kulturową – Biblii, mitologii, klasyki literatury polskiej i zagranicznej, czyli, mówiąc wprost: dobrze odrobione lekcje z języka polskiego, choćby na 3+.

Warto także kierować się – przynajmniej w pewnym stopniu – zaufaniem do instytucji propagujących czytelnictwo: bibliotekarzy, nauczycieli, wydawców.

Cenną wskazówką w wyborze książki mogą być słowa Natalii Kucirkovej, która w swoim opracowaniu stwierdza, że wybór książki to także wybór pewnej relacji – każda historia to pretekst do wspólnego przeżywania, rozmowy i budowania więzi³. Wobec tego może wcale nie potrzebujemy wspomnianego GPS-a, lecz kompasu emocjonalno-językowego, który pomoże nam odnaleźć to, co naprawdę ważne i na czym nam zależy – czyli dobre, „sycące” opowieści dla naszych dzieci.

Jakie książki dla dzieci będą do tego najlepsze? Te, które tworzą wspólnotę między dorosłym a dzieckiem – jak było w naszym przypadku z Koziołkiem Matołkiem, Psierocińcem i wieloma innymi książkami, o których na pewno przeczytacie na tym blogu.

Między intuicją a planem – sztuka rodzicielskiego wyboru

Jaka jest zatem moja recepta i wskazówka dla tych, którzy akurat dzisiaj zamierzają zasilić półkę z literaturą dla dzieci? Zanim ruszysz do księgarni czy biblioteki, warto poświęcić chwilę i stworzyć sobie pewien plan działania. „Idę, coś znajdę” to nie jest plan – to proszenie się o dwie godziny ślepego przeglądania półek i zakup lub wypożyczenie książki, której nikt potem nie przeczyta (poza Tobą – o drugiej w nocy, szukając ukrytego sensu fabuły).

Plan to nie tylko lista tytułów – to świadomość, po co właściwie czytamy z dziećmi i czego chcemy, żeby z tych książek wyniosły.

Dobór literatury dla dzieci powinien uwzględniać zarówno wiek, jak i poziom rozwoju dziecka – emocjonalny, językowy, poznawczy, a nawet społeczno-kulturowy. Jak zauważa Sean Brotherson, książki powinny „budzić zainteresowanie, pobudzać wyobraźnię i oferować treści adekwatne do poziomu poznawczego dziecka”⁴ .

Nie chodzi więc wyłącznie o to, czy dana pozycja jest „ładna” i „z ładnymi obrazkami”. Istotne jest, czy prezentuje poglądy zgodne z dziecięcą logiką świata, czy wspiera rozwój, czy daje punkt odniesienia do rozmowy i refleksji.

Wybór książki jest – jak już wspominałem – wyborem wartości. W tym sensie – jak podkreśla Anna Czabanowska-Wróbel – dziecięca literatura pełni rolę „laboratorium kultury”, gdzie świat dorosłych zostaje przekodowany na język dostępny dzieciom, ale niekoniecznie uproszczony² .

Dla mnie kluczem w doborze książek dla dzieci jest równowaga wynikająca bezpośrednio z przekazu: książki mają nie tylko bawić, ale i uczyć. Szukam więc treści z przesłaniem, atrakcyjnych ilustracji, bogatego słownictwa oraz poprawnych wzorców językowych i kulturowych.

Z perspektywy najmłodszych czytelników istotne może być także to, żeby książka miała objętość pozwalającą na przeczytanie w ciągu jednego wieczora. A jeśli przy okazji sprawi, że dziecko zapyta: „A co by było, gdyby to się wydarzyło naprawdę?” – to znaczy, że trafiłem na wyjątkowo cenną pozycję.

Nie warto więc polegać wyłącznie na bestsellerach z supermarketu. Lepiej sięgnąć po klasykę, literaturę nagradzaną i rekomendowaną przez biblioteki, nauczycieli oraz czytelników. Można kierować się listami tworzonymi chociażby przez Fundację „ABCXXI”, ale przede wszystkim – warto opierać się na własnym rozeznaniu w potrzebach dziecka.

Współczesne badania – jak te przedstawione przez Katherine Minardi⁵ – wskazują, że to właśnie przemyślana integracja treści literackich z codziennym doświadczeniem dziecka stanowi fundament efektywnego i przyjemnego uczenia się.

Jakie książki dla dzieci są w stanie to zrobić? Te, które wprowadzają w życie dziecka sens – i zostają w nim na dłużej.

Wieczorne czytanie  książek dla dzieci -  jakie książki dla dzieci pomagają budować więź z rodzicem.
Wspomnienia z dzieciństwa zaczynają się od wieczornego czytania. Jakie książki dla dzieci zapisują się w pamięci na całe życie?

Gdy długość ma znaczenie, a cierpliwość to towar luksusowy

Zasada jest prosta: im młodsze dziecko, tym krótsza książka. Dwulatek skupi się na stronie tak długo, jak interesująca jest ilustracja. Dlatego warto wiedzieć, jakie książki dla dzieci w wieku przedszkolnym są najlepiej dopasowane do ich tempa i możliwości percepcyjnych. A potem – przewraca stronę i jazda dalej. Starsze dzieci wytrzymają dłużej, ale i tak warto stopniowo wydłużać książki, by rozwijać ich koncentrację i wytrwałość w śledzeniu narracji.

To, co dla dorosłego jest „krótką historyjką”, dla dziecka może być całym światem – ale tylko pod warunkiem, że ten świat jest czytelny, dostępny i dobrze „dawkowany”. Natalia Kucirkova zauważa, że dzieci najmłodsze przyswajają historię nie linearnie, lecz fragmentarycznie – przez obrazy, rytmy, dźwięki i gesty opiekunów⁶ .

Zbyt długa lub zbyt skomplikowana opowieść może zatem zadziałać odwrotnie niż zamierzaliśmy: rozproszyć uwagę, zniechęcić, a nawet zbudować negatywne skojarzenie z czytaniem jako czynnością nużącą lub zbyt wymagającą. Katherine Minardi uważa, że książka dla młodszych dzieci powinna mieć prostą strukturę fabularną, przewidywalny przebieg i czytelne ramy emocjonalne, które pomagają dziecku orientować się w tym, „kto jest kim” i „co się dzieje”¹ .

Dlatego książki dla maluchów często operują powtórzeniami, rytmem, rymem, a przede wszystkim – dużą ilością ilustracji. To nie estetyczny przypadek, lecz neuropsychologiczna konieczność. Dziecko w wieku dwóch–trzech lat potrzebuje opowieści, która jednocześnie je angażuje i daje poczucie bezpieczeństwa – a to właśnie zapewnia krótka, rytmiczna historia o znanej strukturze.

Rytm i rym wpływają ponadto na melodyjność głosu czytającego, tworząc pozytywne skojarzenia z okresem niemowlęcym: mruczankami, kołysankami, śpiewanymi przez rodziców lub opiekunów – z którymi, mam nadzieję, każde dziecko ma kontakt.

W miarę jak dziecko dorasta, warto wprowadzać teksty nieco dłuższe, z bardziej złożonymi emocjami i relacjami między postaciami. Można to porównać do czytelniczej drabiny, po której wspina się mały czytelnik – taki, który z czasem sięgnie po klasyczną literaturę najwyższych lotów i nie będzie miał trudności ze zrozumieniem przekazu.

Zasada ta wspiera rozwój kompetencji narracyjnych, językowych i emocjonalnych. Ale nawet wtedy – długość nie powinna dominować nad jakością. Bo, jak pokazuje praktyka: lepsze trzy poruszające zdania niż trzydzieści stron, po których dziecko tylko wzruszy ramionami.

Jakie książki dla dzieci warto więc wybierać? Takie, które będą wzrastały wraz z dzieckiem – nie nudząc, ani nie przytłaczając.

Książki o dziwactwach mile widziane – czyli temat ma znaczenie

Czytajcie o dinozaurach, zawodzie nurka lodowego, wielkanocnych zwyczajach w Japonii albo o tym, jak wygląda życie kota w Nowym Jorku. Dziecięca ciekawość nie zna granic, a dobra literatura potrafi ją rozbudzić jeszcze bardziej! Pamiętajcie, że dla dzieci nie ma tematów „zbyt dziwnych” ani „zbyt egzotycznych”, jeśli są podane w sposób, który otwiera wyobraźnię, a nie ją przytłacza.

Współczesna literatura dziecięca coraz częściej porusza tematy, które kiedyś uznawano za „dorosłe” – różnorodność kulturowa, ekologia, relacje społeczne, nawet zagadnienia tożsamości i emocji. Jak zauważa Anna Czabanowska-Wróbel, literatura dziecięca przestała być jedynie przekaźnikiem wartości i moralitetem w przebraniu, a stała się „laboratorium otwartości kulturowej i eksperymentu”⁷.

To właśnie dzięki takiej literaturze dzieci uczą się, że świat jest większy niż ich własna ulica i że „inność” nie jest zagrożeniem, lecz przygodą i  możliwością.

Jakie książki dla dzieci potrafią to przekazać? Takie, które są nie tylko odważne tematycznie, ale też opowiedziane z wyczuciem i klasą.

Ilustracje – dziecko widzi wszystko, Ty tylko próbujesz czytać

Podczas gdy Ty skupiasz się na fabule, dziecko analizuje ilustracje jak zawodowy grafik. Zatrzymuje się na detalach, wyłapuje smaczki, zauważa zmiany w minach bohaterów, kolory tła, układ elementów. Obraz staje się dla niego nie tylko ozdobą, lecz równoległą narracją.

Kiedy czytam swoim dzieciom, bardzo często „nie widzę” ilustracji w ogóle – poza tymi, które utrudniają mi czytanie – ale one wiedzą, gdzie skończyliśmy, bo, jak mówią: „ten obrazek już był”.

Natalia Kucirkova podkreśla, że ilustracje i interakcje wizualne w książkach pełnią dziś istotną rolę poznawczą – dzieci uczą się „czytać obraz”, rozpoznawać emocje, budować sens opowieści nie tylko ze słów, ale i z wizualnych tropów⁸ .

To szczególnie ważne we wczesnym dzieciństwie, kiedy rozwój kompetencji wizualnych i językowych przebiega równolegle i wzajemnie się wspiera.

Jakie książki dla dzieci warto wybierać? Te, które oferują tekst i ilustracje jako dwa równoprawne kanały narracji.

Słowa, słowa, słowa… czyli język, który buduje świat dziecka

Dziecięce książki to świetna okazja, by wprowadzić do repertuaru dziecka nowe słowa – takie, których nie używasz na co dzień. Nie tylko dlatego, że „ładnie brzmią” (proszę wybaczyć, ale nie mogłem sobie odmówić przyjemności dodania słów, które najlepiej oddają sens mojej wypowiedzi):

POLONIUSZ: A co też Wasza Wysokość raczy czytać?
HAMLET: Słowa, słowa, słowa.
(Hamlet, tłum. Stanisław Barańczak, Dzieła dramatyczne, Wydawnictwo Znak, 2005)

Literatura – także dziecięca – ma za zadanie wzbogacać coraz bardziej ubożejący język, rozwijać zdolności poznawcze i dawać dziecku zestaw narzędzi do opisywania coraz bardziej złożonych emocji, sytuacji i idei.

Katherine Minardi wskazuje, że literatura dziecięca może być skutecznym narzędziem integracji nauki czytania z rozwijaniem języka i myślenia krytycznego – pod warunkiem, że nie upraszcza treści do poziomu banału, lecz daje przestrzeń na poznanie i refleksję⁹. Trudne słowo w książce nie powinno być problemem – powinno być zaproszeniem: do rozmowy, pytania, a czasem nawet wspólnego „sprawdzenia w słowniku” – takim prawdziwym, wydrukowanym.

W ten sposób otwieramy dziecku (i sobie) umysł – pokazujemy, że teksty pisane tworzą sieć złożonych zależności.

Wbrew obawom wielu dorosłych, dzieci wcale nie zrażają się „obcymi” słowami. Wręcz przeciwnie – traktują je jak tajne zaklęcia, które dają im dostęp do „dorosłego świata”. A jeśli kiedyś zdarzy się, że Twoje dziecko oznajmi w przedszkolu, że jego kolega „nie pasuje do narracji ich wspólnej zabawy” – możesz być z siebie dumny.

Jakie książki dla dzieci więc wybierać? Te, które nie uciekają przed złożonością języka – tylko ją oswajają.

Rym, rytm i powtórzenia – dzieci to uwielbiają

Nie tylko uwielbiają – potrzebują ich. Powtarzalność i rytmiczność tekstu – zgodnie z obserwacjami m.in. Parry i Taylor – budują nie tylko przyjemność lektury, ale także wzmacniają zapamiętywanie, rozpoznawanie wzorców językowych i wspierają rozwój fonologiczny¹⁰. Rym działa jak kotwica pamięci: zakotwicza brzmienie, znaczenie i emocje w głowie dziecka.

To dlatego dzieci proszą o tę samą książkę po raz pięćdziesiąty. I pięćdziesiąty pierwszy, czego jak sądzę doświadczyli wszyscy rodzice.

Nieprzypadkowo najwcześniejsze formy literatury dziecięcej to wierszyki, wyliczanki, kołysanki. Rytm i rym są dla dziecka tym, czym melodia dla piosenki – nadają sens, strukturę i sprawiają, że słowa „wchodzą same”. Dla rodzica to czasem próba cierpliwości, ale z punktu widzenia dziecka – to właśnie najskuteczniejsza forma nauki języka.

Jakie książki dla dzieci uwzględniają to najlepiej? Te, które „brzmią” jak dziecięcy świat – rytmicznie, melodyjnie i z humorem. Na nutkę dekadencji przyjdzie czas znacznie później – i mam nadzieję, że ten okres przeżyjecie z waszymi dziećmi również wspólnie.

Duża czcionka i… mniej kilogramów

Nie zapominajmy o formie – książka powinna być fizycznie przyjazna. Czcionka powinna być duża i czytelna, strony – niezbyt cienkie, a najlepiej, żeby nie był to śliski papier kredowy, który nierzadko brzydko pachnie. Ilustracje powinny być przejrzyste, a układ graficzny – nieprzytłaczający. Bo co z tego, że książka piękna, jeśli tekst ginie w gąszczu kolorów albo dziecko nie potrafi odróżnić litery „b” od „d”?

Perry Nodelman podkreśla, że „obraz, układ i inne cechy wizualne książki obrazkowej są nie mniej znaczące niż jej składnik werbalny, ponieważ razem tworzą znaczenie, które dziecko odczytuje jako całość”¹¹. Rodzice docenią to szczególnie podczas czytania na dobranoc, gdy lampa nocna ledwo się tli, a ręce omdlewają od trzymania trzystustronicowego tomu o króliku i jego filozoficznych rozterkach.

Proste przesłanie, silna puenta

Nie każda historia musi być metafizyczną medytacją nad losem człowieka. Wystarczy, że coś po sobie zostawi – pytanie, morał, zdziwienie. Czasem jedno zdanie na koniec wystarczy. I muszę przyznać, że wiele takich książek już przeczytaliśmy.

Spójrzcie na zakończenie Akademii pana Kleksa Jana Brzechwy w wersji, którą właśnie trzymam na półce. W ostatnich scenach narrator orientuje się, że bajka była bajką, Mateusz okazuje się autorem historii, a książka dosłownie wraca na półkę. Ostatnie zdanie brzmi:

„Na grzbiecie tej książki widniał napis: Akademia pana Kleksa.”

To nie tylko domknięcie opowieści, ale i subtelne puszczenie oka do czytelnika: historia kończy się tylko po to, żeby mogła się zacząć od nowa. Magia Kleksa nie znika – ona po prostu odpoczywa między stronami, czekając, aż ktoś znów otworzy książkę.

Takie zakończenia mogą być pierwszą iskrą do refleksji – albo do bardzo trudnego pytania, które podważy także twoją wizję rzeczywistości. Jak zauważa Weronika Kostecka, „dobrze opowiedziana opowieść dziecięca zawiera ładunek poznawczy, emocjonalny i aksjologiczny”¹². Nie musi tłumaczyć świata – wystarczy, że go otworzy. Bo siła literatury dziecięcej polega nie na tym, że podaje gotowe odpowiedzi, lecz na tym, że pozwala dziecku je odnaleźć samodzielnie.

Uwaga dla wydawców

Drodzy wydawcy, wiem, że w ostatnim czasie polało się w waszym kierunku morze krytyki w związku z zamieszaniem wokół powieści Chłopki. Opowieść o naszych babkach Joanny Kuciel-Frydryszak. Wybaczcie, ale chciałbym skierować kilka słów także do Was – jako czytający tata.

Na koniec: kilka słów do Was – architektów papierowego świata.
Czytanie z dzieckiem to nie tylko spotkanie z tekstem – to również doświadczenie fizyczne i zmysłowe. Książka może być przyjemna w dotyku, czytelna i lekka, albo… wręcz przeciwnie. Niestety, wiele książek dziecięcych nadal nosi, moim zdaniem, znamiona wad fabrycznych, które potrafią skutecznie zepsuć nawet najlepszą historię.

  • Nieczytelny druk.
    Ciemna czcionka na ciemnym tle? Naprawdę? Czytanie takich książek wieczorem to tortura. Błagam – jasne tło, kontrastująca czcionka.
  • Ostre okładki.
    Trzymając książkę w pionie, czuję dyskomfort ostrych rogów. Czy nie da się tego zaokrąglić?
  • Książki wagi ciężkiej.
    Czy dwukilogramowa antologia bajek to naprawdę konieczność? Dzielmy to na tomiki.
  • Papier.
    Nieprzyjemny, śliski, trudno przewracać takie strony, które się ze sobą „sklejają”. Z prawdziwą przyjemnością sięgam po książki wydane na papierowym papierze. Być może uda mi się kiedyś napisać artykuł o rodzajach papieru – w konsultacji z jakąś drukarnią. To może być bardzo ciekawe.

Marta Bartosik przypomina, że czytanie z dzieckiem to także komfort psychiczny i fizyczny – również dla dorosłych¹³. Proszę zatem, byście projektowali i drukowali książki,  które da się czytać z przyjemnością.

Pamiętajmy, że literatura dla dzieci pozwoli nam zbudować nowy, lepszy świat.

Bibliografia

  1. Minardi, K. S. (1994). Using Children’s Literature: An Approach to Teaching Reading, University of North Florida
  2. Czabanowska-Wróbel, A., 2020. Children’s Literature— Between World and Global Literature. Wielogłos, Special Issue English Version (2018), pp. 109-122
  3. Kucirkova, N., Sheehy, K., Messer, D. (2015). A Vygotskian Perspective on Parent–Child Talk During iPad Story Sharing
  4. Brotherson, S. E. (2009). Reading Choice and Children, Bright Beginnings #18
  5. Minardi, K. S. (1994). jw.
  6. Kucirkova, N. (2019). Children’s Reading With Digital Books, Child Development Perspectives
  7. Czabanowska-Wróbel, A. (2018). jw
  8. Kucirkova, N. (2019). jw., s. 2.
  9. Minardi, K. S. (1994). jw., s. 45–47.
  10. Parry, B., Taylor, L. (2018). Readers in the round: children’s holistic engagements with texts, Literacy, 52(2), s. 105.
  11. Perry Nodelman, How Picture Books Work, w: Peter Hunt (red.), Understanding Children’s Literature, Routledge, London–New York 1999, s. 135.
  12. Kostecka, W. (2017). Krótka historia czasu…, w: W kręgu baśni i fantastyki, SBP
  13. Bartosik, M. (2023). Jak rozmawiać z dziećmi o trudnych emocjach, Poradnik dla rodziców

Psie historie dla dzieci, czyli łapy, serce i literatura

Psie historie dla dzieci potrafią być zabawne, wzruszające, a czasem – bolesne jak zimny nos w środku nocy. Psierociniec Agaty Widzowskiej to jedna z tych opowieści, które nie tylko uczą empatii, ale zostają z czytelnikiem na długo po zamknięciu książki.

Jest wczesna wiosna. Po chodniku skaczą zmarznięte wróble, które – wykorzystując zmarnowane przez człowieka okruchy – starają się przetrwać. W pewnym momencie pojawia się on – bezdomny pies. Żebra na wierzchu i potrzeba kontaktu przemieszana z lękiem, bo przecież na drodze może zawsze pojawić się on… człowiek, który jedną ręką karmi, a drugą potrafi uderzyć.

Bezdomność zwierząt jest trudnym tematem – podobnie jak bezdomność ludzi, chociaż nad ludzkimi tragediami potrafimy przejść z większym dystansem. Nie wiem i nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dlaczego mamy większą skłonność do pomagania bezdomnym zwierzętom. Nie wiem, dlaczego niejednokrotnie odwracamy wzrok od bezdomnych ludzi. Być może chodzi o pewnego rodzaju odpowiedzialność – za zwierzę czujemy się w jakimś sensie odpowiedzialni, natomiast człowiek, jako istota samostanowiąca, powinien poradzić sobie sam.

Wybaczcie ten nieco smutny, ale – mam nadzieję – skłaniający do przemyśleń wstęp, jednak przy okazji książki, o której będę dzisiaj pisał, jest on naprawdę konieczny.


Psie historie dla dzieci. Agata Widzowska Psierociniec.

Lubię, kiedy mogę o książce napisać – zabawna historia, która wciąga akcją i doskonałym humorem. Któż z nas nie lubi takich opowieści? Tymczasem w przypadku Psierocińca musimy zmierzyć się z tematem znacznie trudniejszym – a jego waga wzrasta, gdy książkę czytamy naszym dzieciom, które być może słuchają jej w ciepłych łóżeczkach, z pełnymi brzuszkami i poczuciem bezpieczeństwa. W takich okolicznościach przyjdzie nam przeczytać:

Strona książki Psierociniec Agaty Widzowskiej z cytatem o bezdomnym psie tęskniącym za domem. Cytat podkreślony na żółto, w tle rozmyta ilustracja psa.
„DOM. Tęskniłem za nim, ale utraciłem go na zawsze.” – Remik, Psierociniec, Agata Widzowska

Remik, który jest jednocześnie bohaterem i narratorem tej wspaniałej, obfitującej w emocje książki, wprowadza nas do świata, który dla dzieci może być niezrozumiały, ale jest zarazem doskonałym pretekstem, by rozmawiać o sprawach trudnych. To jedna z tych psich historii dla dzieci, które zostają z nami na długo, bo nie są tylko opowieścią o zwierzętach – są częścią większego zbioru psich historii dla dzieci, które pomagają dziecku zrozumieć świat emocji, także tych trudnych.

Tym bardziej że sama autorka, Agata Widzowska, nie ukrywa swojej wrażliwości, w jednym z maili napisała do mnie, że:

„Należę do osób, które bardzo się wzruszają losem zwierząt. Uważam, że skoro człowiek oswoił zwierzęta dla swoich potrzeb, to jest za nie w pełni odpowiedzialny – do samego końca. Dla psa człowiek jest całym światem, sprawmy więc, żeby stworzyć mu piękno, a nie piekło.”

To wyznanie nie jest pustym hasłem. Ono bije z każdej strony książki. Remik – pies, który stracił dom, ale nie utracił godności – staje się symbolem zaufania, które łatwo zburzyć, a tak trudno odbudować.

W tym podejściu czuć też filozofię bliską autorce: buddyjską wiarę, że wszystkie istoty mają prawo do godnego życia. I może właśnie dlatego Psierociniec tak mocno trafia do serca – bo przypomina, że człowieczeństwo poznaje się nie po tym, jak traktujemy równych sobie, lecz tych, którzy są całkowicie od nas zależni.

Ponieważ czytałem tę książkę kilkanaście razy w całości (tak bardzo spodobała się moim córkom), miałem okazję, by wejrzeć nieco głębiej w opisywaną przez autorkę historię, a zacięcie analityczne – wynikające częściowo z wykształcenia – nie pozwala mi przejść obojętnie obok bogatej warstwy tekstowej.


Mam na imię Remik.

W książce nie ma niepotrzebnych słów. Nie znajdziecie tutaj barwnych opisów przyrody – tu raczej:

„Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;
Patrzę w niebo, gwiazd szukam przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok? tam jutrzenka wschodzi?”

Adam Mickiewicz Sonety krymskie, Stepy akermańskie

Mam nadzieję, że autorka nie będzie miała za złe włączenie Stepów akermańskich, bo poezja świetnie rezonuje z tym, co najlepsze niosą psie historie dla dzieci – emocje, których prozą nie sposób wyrazić. Ten zabieg stylistyczny i koncepcyjny sprawia, że w tej prozie schroniskowego życia pojawia się na horyzoncie jutrzenka ocalenia – właśnie poprzez poezję. Autorka podąża, moim zdaniem, bardzo cennym tropem, który w „osobie” Remika znajduje ujście swoistego szlaku podświadomości. Mamy tu czarne charaktery i wielką przyjaźń, mamy miłość i tęsknotę. Jest wszystko, co powinno się znaleźć w dobrej opowieści.

Ogromną wartość dodaną stanowią – moim zdaniem – neologizmy, które zastosowane są z wyczuciem i pomysłowością. Marzy zatem nasz bohater o pserniku czy torcie szczekoladowym, by finalnie obudzić się z pustym brzuchem.

Istotnym kontrastem jest także pochodzenie rasowe mieszkańców Psierocińca. Pies-poeta spędza zsyłkę wśród rasowców. To kolejny kontrast i jednocześnie świetny punkt wyjścia do rozmowy z dziećmi o zasadności kupowania psów rasowych. Na tle wilczurów, dogów, bassetów, pudli i innych, nasz Remik wypada o niebo lepiej – staje się natchnionym psim mędrcem, który myśli bardziej o innych niż o sobie. Aż do chwili… której, rzecz jasna, nie zdradzę – bo to punkt kulminacyjny tej opowieści.

Bardzo ważnym dopełnieniem warstwy tekstowej są ilustracje Małgorzaty Pietralik. Prosta, ale zdecydowana kreska świetnie oddaje stany emocjonalne towarzyszące bohaterom. Przez obrazy także przepływa coś, co można by nazwać literackim echem psich historii dla dzieci – tych narysowanych, nie opowiedzianych. To kolejny wymiar, w którym psie historie dla dzieci zyskują emocjonalną głębię.

Muszę się jednak doczepić do jednej rzeczy – i to niestety częsta bolączka książek dla dzieci. W wielu miejscach tekst staje się nieczytelny, zwłaszcza wieczorową porą, ze względu na zbyt niski kontrast między literą a tłem ilustracji. Dla mnie, astygmatyka, to niemałe wyzwanie. Ale daję radę – więc uznajmy to raczej za plus ujemny niż pełnoprawny minus.

Recepcja książki

Odbiór książki przez czytelników to dla autora chyba największa nagroda – bo, jak można się domyślać, honoraria wystarczają jedynie „na waciki” (albo przynajmniej na karmę dla kota recenzenta). Dlatego pozwolę sobie napisać kilka słów o tym, jak Psierociniec został przyjęty przez moje córki – miały wtedy 6 i 5 lat.

W tym miejscu chciałbym zwrócić się bezpośrednio do autorki:
Pani Agato, Psierociniec trafił do naszego domu w bardzo szczególnym momencie.
Byliśmy świeżo po wizycie w schronisku dla psów – szukaliśmy ósmego członka naszego rodzinnego stada. Tamta wyprawa była dla nas dorosłych bardzo symboliczna, pełna emocji i rozmów. Ale – co ciekawe – dzieci ten wątek zupełnie pominęły. Może był zbyt krótki, może zbyt „dorosły”, albo po prostu ich wrażliwość potrzebowała czegoś innego, bardziej namacalnego.
I właśnie wtedy pojawił się Remik – nie w kojcu, lecz na kartkach książki.

Przyjęcie tej historii przez moje dzieci było czymś więcej niż tylko lekturą. Psierociniec zadziałał jak impuls – jak najlepsze psie historie dla dzieci, które potrafią przeniknąć do świata zabawy i emocji. Stał się katalizatorem wyobraźni i pretekstem do rozmowy o trosce, samotności, odpowiedzialności – o uczuciach, których często brakuje w literaturze dziecięcej.

To właśnie dlatego Psierociniec zasługuje, by znaleźć się wśród tych najważniejszych psich historii dla dzieci – opowieści, które nie tylko bawią, ale też wychowują sercem.
Dla moich córek bardzo ważną informacją było to, że główny bohater, czyli Remik, istnieje naprawdę, a historia zaprezentowana w książce ma swoje odniesienie do zdarzeń, które być może poprzedziły adopcję „lisicznego” kundelka przez autorkę.

U dzieci wywołało to dalszy ciąg skojarzeniowy – nie traktowały tej historii jak bajki, ale bardziej jak reportaż. Muszę napisać, że ja także dałem się złapać autorce i dopiero w bezpośredniej wymianie myśli odczarowałem się na elementy literackiej fikcji. Myślę, że to kolejny argument świadczący o kunszcie pisarskim i umiejętności budowania świata przez Agatę Widzowską.

Ostatecznie w naszym domu pojawiło się kundelkowe szczenię, które jest z nami do dzisiaj – nie ze schroniska, bo przy czwórce ludzkich maluchów i kocie procedura adopcyjna była dość skomplikowana, a znalezienie „idealnego” towarzysza rodziny, pozbawionego lęków wobec ludzi i wrogiego usposobienia wobec kotów, okazało się w zasadzie niemożliwe, a na pewno trwałoby wieczność.

Kiedy książka trafia do krwiobiegu…

Kilka dni po lekturze Psierocińca moje dzieci zaczęły… bawić się w psy! Najstarsza córka była Remikiem, młodsza – jego przyjacielem Dredkiem, a maluchy po prostu psami. W naszej sypialni powstało schronisko z kojcami. Było rzucanie piłek i aportowanie, przeskakiwanie przez hula-hop i mnóstwo psich zabaw.

a w naszym domu zapanowała REMIKOMANIA 🙂

Ilustracja promująca książkę Psierociniec Agaty Widzowskiej. W tle łańcuch i rysunkowy pies w ruchu, z przodu okładka książki. Tekst: „Kiedy poeta spotyka łańcuch”. Grafika nawiązująca do psich historii dla dzieci i tematu bezdomności zwierząt.
Ilustracja inspirowana książką Psierociniec Agaty Widzowskiej. Psia poezja, dziecięca wrażliwość i łańcuchy, które pękają od emocji.

Kulminacyjny punkt zabawy trochę mnie zaskoczył i wymagał dyplomacji. W pewnym momencie dzieci przyniosły smycz (były to smycze reklamowe trzymane w buziach) i poprosiły, żebym zabrał je na spacer, po którym miałem zdecydować, którego psiaka zabieram do domu – żeby nie było dramatu, postanowiłem zabrać wszystkie.

Powiedziałem także, że będą miały budy i długie łańcuchy. Była to rzecz jasna prowokacja. Ku mojemu zdziwieniu – te małe dzieci doskonale wiedziały, że nie trzyma się psów na łańcuchach. Wiedziały, że psy się przytula, kocha, trzyma na kolanach.
I to właśnie wtedy zrozumiałem, jak mocno Psierociniec wniknął w ich emocjonalny świat.
Remik stał się kimś więcej niż tylko bohaterem z książki – jak bohaterowie tych najważniejszych psich historii dla dzieci – stał się wyobrażeniem potrzeby bliskości i symbolem tych najlepszych psich historii dla dzieci – takich, które zostają w środku na długo po zamknięciu książki.

Dlaczego trzeba przeczytać tę książkę?

Mam nadzieję, że udało mi się Was przekonać. Na koniec jednak oddam głos Joannie Papuzińskiej, która tak pisze:

Waga emocjonalnych doznań literackich może się okazać znacznie istotniejsza dla rozwoju osobowości dziecka, jego zdolności do komunikowania się z innymi ludźmi, zdolności do przezwyciężania cierpień i nieuniknionych trudności niźli czerpana z literatury pięknej wiedza czy informacje.

J. Papuzińska: Dziecko w świecie emocji literackich. Warszawa 1996, s. 14.

Literackie emocje wciągają dziecko jak wir i sprawiają, że zaczyna przyglądać się nie tylko światu przedstawionemu, ale też sobie samemu – swoim lękom, marzeniom, pragnieniom. Od zawsze to, co najsilniej przykuwa uwagę młodego czytelnika, to intensywność doznań bohatera – jego radość, ból, strach czy nadzieja. To one stają się lustrem, w którym dziecko przegląda się z pełnym zaangażowaniem.

I właśnie dlatego warto sięgać po takie książki jak Psierociniec – bo one nie uczą tylko słów. One uczą czucia.

Czytajcie dzieciom trudne książki. Rozmawiajcie z nimi o emocjach, o relacjach, o samotności, o potrzebie bliskości. O odpowiedzialności, która zaczyna się tam, gdzie kończy się wygoda.
Bo dzieci rozumieją więcej, niż nam się wydaje. Czasem trzeba im tylko podsunąć odpowiednią historię.

Najważniejsze psie historie dla dzieci nie kończą się wraz z ostatnią stroną. One dopiero wtedy się zaczynają – w zabawach, w pytaniach, w sposobie, w jaki dziecko podchodzi do psa na ulicy. W codziennych gestach czułości wobec żyjących stworzeń.
A może – jeśli dobrze pójdzie – również wobec ludzi.

Post scriptum

Psierociniec istnieje naprawdę, a jeśli chcecie wspomóc działalność tego schroniska, zajrzyjcie na stronę internetową: psierociniec.pl
A jeśli już tam zajrzycie – niech was nie zdziwi, jeśli wrócicie z czymś więcej niż tylko empatią…

Co łączy Ciekawskiego George’ i dziecięce emocje?

Dziecięce emocje to temat, który warto oswajać już od najmłodszych lat – i czasem najlepszym przewodnikiem w tej podróży nie jest psycholog z YouTube’a, ale… ciekawska małpka, zwłaszcza gdy chodzi o dziecięce emocje, które trudno nazwać.

Literatura dla najmłodszych to nie tylko bajki na dobranoc – to fundament rozwoju, opowieści budujące świat, w którym dzieci uczą się być… ludźmi. I właśnie dziecięce emocje są pierwszym językiem, w którym ten świat do nich mówi.

Dlaczego literatura dziecięca ma znaczenie?

Literatura dziecięca oddziałuje na rozwijający się z prędkością miliona połączeń neuronowych na sekundę umysł dziecka na wielu płaszczyznach. Każdy rodzic – choćby po cichu – marzy o tym, by wprowadzić swoją pociechę w świat wartości humanistycznych. Świat, w którym dziecko odnajdzie przede wszystkim człowieczeństwo – o czym tak trafnie pisał Kornel Czukowski.

Gdy rozmawiam z zaprzyjaźnionymi rodzicami, czego szukają w dziecięcej literaturze, najczęściej pojawiają się dwa elementy: aspekt dydaktyczny i emocjonalne wsparcie. W książkach poszukują wzorców – niekoniecznie moralizatorskich, ale takich, które pomagają dzieciom oswoić emocje, potrafiące przerosnąć nawet dorosłych. I mają rację. Dobra literatura dziecięca nie potrzebuje zadęcia – potrzebuje szczerości, zrozumienia i otwartości.

Dziecięca literatura – najprawdziwsza ze wszystkich

W moim przypadku jest podobnie. Traktuję literaturę dla dzieci poważnie – czasem nawet poważniej niż kryminały, w których trup ściele się gęsto przez kilkaset stron. Książki dla najmłodszych są dla mnie ciekawsze, bo są… prawdziwe. Bo są nie tylko źródłem wiedzy i zabawy, ale też narzędziem budowania emocjonalnej inteligencji, oswajania dziecięcych emocji i rozwijania wyobraźni.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego z uwagą przyglądam się książkom pisanym dla dzieci – ich kulturotwórczy potencjał. To opowieści budują świat. Najpierw rodzi się historia – z niej idea – a z idei wynalazek. Prom kosmiczny. Nowe społeczeństwo. Nowy sposób myślenia. A dzieci? Dzieci to najlepsi słuchacze, chłonący świat wszystkimi zmysłami. I właśnie dlatego literatura dziecięca jest prawdopodobnie jedynym gatunkiem literackim, który nie jest tworzony przez tych, którzy go czytają. A to stawia przed dorosłymi ogromną odpowiedzialność. Brak uważności może prowadzić do uproszczeń, przekłamań, deformacji poznawczych. Dziecko poznaje świat przez książki. My – dorośli – ponosimy odpowiedzialność za to, co im podajemy.

Od historii do produktu

W dobie komercjalizacji książki coraz częściej przestają być nośnikami emocji i sensów. Zamiast pełnić rolę neuroprzekaźników opowieści, stają się produktem – łatwym do sprzedaży, łatwym do zapomnienia. Projektowane są według schematu: chwytliwa okładka, mocny tytuł, rozpoznawalna marka – a fabuła? Często traktowana jest jak dodatek, który ma nie przeszkadzać w sprzedaży.

Na półkach księgarń kurzą się wartościowe tytuły – starannie napisane, głębokie, czasem nawet niepozorne wizualnie – podczas gdy inne, stworzone z myślą o marketingu, a nie o dziecku, rozchodzą się jak świeże bułeczki. W efekcie dziecko częściej trafia na książkę „łatwą” – prostą, głośną, błyszczącą – niż na taką, która porusza, zostaje z nim na dłużej, i rozwija jego wewnętrzny świat.

W tym wszystkim łatwo zapomnieć, że dzieci są znacznie bardziej wymagającymi czytelnikami, niż nam się wydaje. One nie potrzebują moralizatorstwa ani wybuchów fajerwerków na każdej stronie. Potrzebują prawdy. Opowieści, które będą ich doświadczeniem, a nie tylko kolejnym kolorowym gadżetem. Książki nie muszą być krzykliwe – muszą być prawdziwe.

George i szczeniaczki, czyli małpa z misją

Z takim właśnie podejściem sięgnąłem po dwunastą już część kultowej serii o pewnej małpce, która z miejsca podbiła serca dzieci na całym świecie. „Ciekawski George i szczeniaczki”, wydany przez wydawnictwo Modo, to kolejna odsłona przygód George’a – bohatera, który uczy dzieci zadawać pytania, odkrywać emocje i… czasem wpaść w tarapaty. Bo przecież tak właśnie wygląda prawdziwe życie.

W tej części George wraz z Mężczyzną w Żółtym Kapeluszu odwiedza schronisko dla zwierząt. Jak to małpa, nie może się powstrzymać od eksploracji – i trafia do pomieszczenia, gdzie znajdują się szczeniaczki. Zachwycony ich obecnością, nieopatrznie doprowadza do sytuacji, w której psiaki zostają wypuszczone z boksu i zaczynają biegać po całym budynku. Zapanowanie nad rozbrykanymi maluchami nie jest łatwe – ale George, jak zawsze, znajdzie sposób, by wszystko zakończyło się dobrze.

To historia pełna ciepła, dziecięcych emocji i… lekcji, które zostają na długo. Dla dziecka – to okazja do rozmowy o odpowiedzialności, opiece nad zwierzętami i skutkach nieprzemyślanych działań, bo przecież pretekstem do wizyty w schronisku było znalezienie bezradnego kociaka. Dla rodzica – gotowy pretekst, by poruszyć temat empatii, troski o innych oraz granicy między zabawą a obowiązkiem.

Ilustracje – proste, jak to u George’a, ale niezwykle wyraziste – pomagają zrozumieć nie tylko akcję, ale przede wszystkim emocje towarzyszące bohaterowi: od zachwytu, przez zakłopotanie, aż po dumę, gdy wszystko dobrze się kończy. To mała książeczka o wielkich sprawach – zwłaszcza gdy chodzi o dziecięce emocje.

Czy warto sięgnąć po tę książkę? Mam nadzieję, że po lekturze tego tekstu nie będziecie mieć wątpliwości. Ale zanim przejdziemy do sedna – kilka słów wprowadzenia, dla tych, którzy jeszcze nie mieli okazji zaprzyjaźnić się z tym niezwykłym literackim psotnikiem.

Ilustracja z książki o Ciekawskim George’u, pokazująca jego reakcje emocjonalne w kontakcie z kaczkami za ogrodzeniem, z kolażowym napisem „EMOCJE!” – obrazek do wpisu o dziecięcych emocjach i pracy z książką.
George, kaczątka i cała paleta emocji. Czasem wystarczy spojrzenie, by dziecko wiedziało, co czuje bohater.

Kim właściwie jest George?

Ciekawski George to nie tylko bohater książek – to klasyk dziecięcej literatury, obecny na rynku już od ponad 70 lat – jak jak na swoje lata trzyma się naprawdę świetnie! Jego przygody przetłumaczono na dziesiątki języków, a same książki sprzedały się w milionach egzemplarzy. George, choć tylko małpka, posiada niemal ludzką zdolność do zadawania pytań, eksperymentowania i – nie oszukujmy się – pakowania się w kłopoty.

Dzieci go uwielbiają, bo widzą w nim samych siebie: ciekawych świata, trochę niezdarnych, ale zawsze chętnych do nauki i działania. Twórcami George’a są Margret i H.A. Rey – małżeństwo, którego historia zasługuje na osobny wpis. Ich wizja, by poprzez przygody pokazać dzieciom, jak radzić sobie z emocjami, uczyniła George’a bohaterem ponadczasowym. Obok Małego KsięciaKubusia Puchatka, George śmiało zajmuje miejsce w kanonie, chociaż w Polsce jest nieco niedoceniany.

Ciekawski czy ciekawy? Oto jest pytanie!

Przyznam się bez bicia: George trafił do naszego domu dzięki… babci i telewizorowi. Moje dzieci obejrzały animację, parskając śmiechem z zachowania małpiszona. Postanowiłem więc sprawdzić, czy można zdobyć wersję „analogową”. I tak zaczęła się nasza przygoda – od ekranu do papieru. A potem już poszło – książka wskoczyła na szczyt listy życzeń na dobranoc.

Przez kilka dni George był wszędzie. Czytaliśmy rano, wieczorem, w przerwie między „tatooo, pić” a „tatooo, siku”. Książka stała się naszym wspólnym rytuałem, takim rodzinnym zaklęciem, które przywoływało spokój (albo przynajmniej chwilę ciszy). Dzieci traktowały George’a jak starego znajomego, który rozumie ich dziecięce emocje lepiej niż niejeden dorosły – kogoś, kogo się nie tylko zna, ale komu się… kibicuje.

Zacząłem się zastanawiać nad jego fenomenem. Co sprawia, że George tak bardzo przyciąga dzieci? Dlaczego ta niepozorna małpka, bez supermocy i gadających przyjaciół, potrafi porwać uwagę bardziej niż niejedna wybuchowa bajka?

Doszedłem do wniosku, że George przypomina… moje własne dzieci. Ich niepewność, kiedy robią coś po raz pierwszy. Błysk w oku, gdy próbują zrozumieć świat dorosłych – świat, który wydaje się logiczny jak zegar, tylko że tykający w drugą stronę. To ta sama naiwna odwaga i naturalna skłonność do testowania granic, która z jednej strony bywa urocza, a z drugiej potrafi doprowadzić rodzica do granicy świętej cierpliwości.

Ale to właśnie dzięki takim postaciom jak George – dzieci mogą zobaczyć, że nie trzeba być idealnym, żeby być kochanym. Że można coś zepsuć, zgubić, przewrócić… i mimo to dostać szansę, by spróbować jeszcze raz. I może właśnie dlatego George zostaje z dziećmi na dłużej – bo pokazuje im, że ciekawość nie jest wadą, tylko drogą do zrozumienia.

George nie mówi. Ale mówi wszystko.

George nie mówi. Nie uczy dzieci nowych słów. Nie recytuje rymowanek, nie tłumaczy świata językiem dorosłych. Ale – paradoksalnie – uczy je czegoś znacznie głębszego. Uczy je być sobą w świecie pełnym zasad, zakazów i niejasnych reguł. W świecie, w którym nawet dorośli nie zawsze potrafią znaleźć odpowiednie słowa.

Małpka pokazuje, że można się potknąć, że można się bać, że można czegoś nie wiedzieć – i że to wszystko jest… okej. George nie potrzebuje wypowiedzi, by wyrazić emocje – wystarczy spojrzenie, gest, mina. W świecie dzieci, gdzie komunikacja często zaczyna się od emocji, a nie od zdań, to właśnie George mówi najwięcej.

Jak na tak prostą postać – George ma niezwykle wyrazistą twarz. Emocje? Są. Widoczne, klarowne – od euforii przez strach po zakłopotanie. Można je czytać z jego twarzy jak z otwartej książki. I może właśnie dlatego dzieci tak go rozumieją – bo nie trzeba im tłumaczyć, co George czuje. One to po prostu widzą. Czują. Wiedzą.

W ciszy, którą zostawia po sobie George, dzieje się coś niezwykłego – dzieci zaczynają zadawać pytania. Zaczynają mówić. Czasem o tym, co czują George i jego szczeniaczki, a czasem – niepostrzeżenie – o sobie samych.

Emocje pod lupą – czyli jak George uczy rozumienia uczuć

Emocjonalne zaangażowanie w tekst to coś, co staram się osiągnąć przy lekturze niemal każdej książki. Nie chodzi tylko o to, żeby dzieci słuchały – chodzi o to, by czuły. By z przejęciem śledziły losy bohaterów, przeżywały ich sukcesy i porażki, a przede wszystkim – żeby zobaczyły w tych historiach coś z siebie.

Z tego zaangażowania wynika jeszcze jedna bardzo istotna sprawa – dzieci lepiej zapamiętują fabułę, cieszą się i płaczą z bohaterami, rozumieją i wynoszą konkretną wiedzę z tego, co czytają. Uczą się empatii nie z definicji, tylko z doświadczenia – poprzez utożsamianie się z postaciami i sytuacjami, które coś im przypominają. To nie jest wiedza z podręcznika. To wiedza z emocji.

Jednym ze sposobów pomagania dziecku w nawiązaniu głębokiego kontaktu z książką jest zachęcanie go do czytania między wierszami – korzystania ze wskazówek zawartych w tekście, ale także w ilustracjach, mimice, gestach postaci czy niedopowiedzeniach. Pomocne jest też sięganie po własne doświadczenia i skojarzenia.

Technika ta – znana jako wnioskowanie – jest jedną z podstawowych strategii czytelniczych, które nie tylko pozwalają dziecku lepiej zrozumieć opowieść, ale też rozwijają jego zdolność do refleksji, analizy i samoświadomości. Dziecko zaczyna rozumieć, że to, co się dzieje w książce, nie musi być wprost powiedziane, by było prawdziwe – tak jak dziecięce emocje, które często mówią więcej niż słowa.

A kiedy uda się złapać ten moment – ten błysk w oku dziecka, które samo odkrywa, co naprawdę się wydarzyło – wiesz, że czytanie stało się czymś więcej niż opowieścią. Stało się doświadczeniem.

Od bajki do rozmowy: jak rozwijać emocjonalne myślenie

W ćwiczeniu, które zaprezentuję poniżej, zachęciłem moje dzieci – wtedy pięcio- i sześcioletnie – aby spróbowały określić, co czuł Ciekawski George w różnych momentach opowieści. Mogliśmy po prostu o tym porozmawiać, ale ich entuzjazm do rozmów podczas czytania książek jest, szczerze mówiąc, dość ograniczony. Skupiają się na treści i chcą, żebym wreszcie czytał, a nie „gadał po próżnicy”.

Dlatego zrobiłem z tego grę. Zabawa z karteczkami samoprzylepnymi – i już! Zamiast wykładu o emocjach, dostali misję detektywistyczną.

Ciekawski george i dziecięce emocje
Jedna książka, tyle emocji! Co czuje George? Co czują szczeniaczki? Co poczuje Twoje dziecko?

Dziecięce emocje – jak wspólne czytanie może je oswajać?

Krok 1: Znajdź emocje w książce

Zanim zaczniecie zabawę, przejrzyj książkę samodzielnie. Poszukaj scen, w których George przeżywa wyraźne emocje – może to być radość, zaskoczenie, lęk, zakłopotanie, podekscytowanie, smutek… Nie musisz szukać dramatycznych momentów – nawet drobna zmarszczka na czole George’a to już emocjonalny sygnał.

Zaznacz sobie te strony, sceny lub konkretne obrazki, które Twoim zdaniem będą dobrym punktem wyjścia do rozmowy. Możesz też dopisać sobie krótką notatkę: „tu wygląda na zagubionego” albo „tu śmieje się, ale trochę niepewnie”.

Krok 2: Stwórz Bank Emocji

Teraz czas na przygotowanie karteczek samoprzylepnych. Na każdej z nich napisz nazwę jednej emocji – dużymi, czytelnymi literami. Możesz wykorzystać podstawowe emocje (radość, złość, smutek, strach, zaskoczenie), albo dorzucić bardziej subtelne (zakłopotanie, ekscytacja, znudzenie, ulga, duma).

Karteczki możesz przykleić na marginesach książki, jeśli jesteś odważny i masz książkę „do zadań specjalnych”. Ale równie dobrze możesz je umieścić na osobnym arkuszu lub wydrukowanej stronie z ilustracją George’a – to także świetna opcja do wielokrotnego użytku.

Ten etap nazywam Bankiem Emocji, bo dziecko będzie z niego „pobierać” odpowiednie emocje w trakcie czytania.

Krok 3: Uzupełnij emocjonalną mapę

Kontynuuj przeglądanie książki i dodawaj kolejne, ważne dziecięce emocje, które pojawiają się w historii. Nie musisz tworzyć kompletnej encyklopedii uczuć – skup się na tym, co Twoje dziecko może zrozumieć i poczuć. Dobrze jest mieć zestaw 6–10 karteczek, które pozwolą na zróżnicowaną, ale nie przytłaczającą zabawę.

Pamiętaj, że nie wszystkie emocje muszą być oczywiste. Czasem właśnie te trudniejsze do uchwycenia staną się początkiem ciekawej rozmowy.

Krok 4: Przedstaw dziecku zasady zabawy

Powiedz dziecku, że zostanie detektywem emocji. Wyjaśnij, że jego zadaniem będzie „czytać” nie tylko słowa, ale i twarz, zachowanie i sytuacje, w których znajduje się George.

Zachęć je, żeby używało swojego „emocjonalnego radaru” – czasem będzie musiało zgadywać, czasem się zastanowić, a czasem zaufać intuicji. I to jest w porządku – bo w odczytywaniu emocji nie chodzi o bycie perfekcyjnym, tylko o próbę zrozumienia.

Krok 5: Poznajcie Bank Emocji

Przejdźcie razem przez karteczki z emocjami. Przeczytajcie je głośno, jedna po drugiej. Upewnij się, że dziecko wie, co każda z nich oznacza – możesz podać przykład z codziennego życia:

  • Radość – na przykład wtedy, gdy dostajesz nową zabawkę
  • Złość – jak wtedy, gdy ktoś zabiera Ci ostatniego lizaka
  • Wina – jak wtedy, gdy zjadłaś czekoladkę siostry i nie chciałaś się przyznać, ale potem było Ci trochę smutno

Dzięki temu emocje przestaną być abstrakcyjnymi słowami, a zaczną być uczuciami, które dziecko rozpoznaje z własnego życia.

Krok 6: Czytaj i trop emocje

Teraz możecie zacząć czytanie. Kiedy dotrzecie do zaplanowanej wcześniej „emocjonalnej sceny” (czyli momentu z zaznaczonym znakiem zapytania), zatrzymaj się i zadaj pytanie:

  • Jak myślisz, co teraz czuje George
  • Co pokazuje jego twarz?
  • Czy coś Ci to przypomina?

Zachęcaj do samodzielnej interpretacji, ale jeśli dziecko się waha – sięgnijcie razem do Banku Emocji i przeczytajcie możliwe opcje.

Krok 7: Wybierz i przyklej

Dziecko wybiera odpowiednią karteczkę z nazwą emocji i przykleja ją obok ilustracji w książce albo na planszy. Jeśli wybierze emocję, której jeszcze nie omawialiście – to świetny moment na małą rozmowę.

Zadaj pytanie:

„Czy Ty też kiedyś czułaś się w ten sposób? Kiedy to było?”

To ćwiczenie łączy świat książki z dziecięcymi emocjami – pomaga dziecku przełożyć literacką historię na osobiste przeżycia i uczucia.

Krok 8: Czytaj do końca i bawcie się dalej

Kontynuujcie lekturę, powtarzając kroki 6 i 7 przy każdej kolejnej emocjonalnej scenie. Jeśli dziecko bardzo się wciągnie – nie hamuj go. Niech przykleja karteczki, rysuje własne, tworzy dodatkowe postaci emocji. Im więcej aktywnego udziału – tym lepsze zapamiętanie i zrozumienie.

A na koniec? Zróbcie przegląd emocjonalnej mapy George’a. Sprawdźcie, ile różnych emocji pojawiło się w książce. Zapytaj:

„A która z nich była najbliższa Tobie?”

dziecięce emocje z georgem - Dwie ilustracje: jedna przedstawia książkę o Ciekawskim George’u z przyklejonymi karteczkami opisującymi emocje (np. smutny, winny), druga pokazuje George’a obserwującego szczeniaczki przez ogrodzenie
Zamiast opowiadać o emocjach – przeżywamy je razem z George’em. Karteczki w ruch, emocje na widoku.

Efekt? Emocjonalna burza… i pełne zaangażowanie

Nie byłem pewien, jak moje dzieci zareagują. Ale ku mojemu zaskoczeniu – wciągnęły się po uszy. Kłóciły się o to, czyja jest kolej do przyklejenia karteczki. Żadna z nich nie poprosiła, bym po prostu czytał książkę „po staremu”. Czuły, że uczestniczą w czymś ważnym. Że to nie bajka – tylko wspólna podróż po świecie uczuć.

Jeśli masz starsze dzieci – możesz poprosić je, by same napisały emocje na karteczkach. Dla młodszych – wystarczy, że rozpoznają je po wspólnym omówieniu.

A ty? Spróbujesz?

A Ty? Spróbujesz przeżyć książkę razem z dzieckiem – i wejść z nim w świat dziecięcych emocji?

Jak zachęcić dziecko do czytania? Praktyczny przewodnik dla rodziców

Jak zachęcić dziecko do czytania? To pytanie zadaje sobie wielu rodziców – zarówno tych, którzy sami kochają książki, jak i tych, którzy dopiero odkrywają świat literatury razem z dzieckiem. I choć nie chodzi o to, by dzieci spędzały całe dnie z nosem w książkach, warto pokazać im, że czytanie to coś więcej niż obowiązek szkolny. To przygoda, bliskość, sposób na wspólne przeżywanie świata i budowanie relacji.

Nie zamierzam namawiać Was do tego, by Wasze dzieci stały się książkowymi molami. Świat wokół jest zbyt fascynujący, by go ograniczać. Ale jako rodzice powinniśmy pamiętać, że mali odkrywcy rozwijają się nie tylko poprzez własne doświadczenia, ale również dzięki mądrości innych – rodziców, dziadków, no i… autorów książek. A my możemy im pomóc – wystarczy wiedzieć, jak zachęcić dziecko do czytania w sposób naturalny i bliski codzienności.

Dla wielu dzieci (i dorosłych) książka była ostoją bezpieczeństwa i namiastką lepszego świata. „Opowieści z Narnii” czy zabawne przygody Ciekawskiego George’a to tylko niektóre z nich – ale o tym za chwilę. Dziś, w erze animacji i ekranów, książka bywa traktowana jak relikt przeszłości. A jednak coś się zmienia.

Obserwujemy pewien synkretyczny rozwój książek. Nie chodzi tylko o to, że są dostępne w wersji audio. Coraz więcej tytułów łączy tradycyjny druk z elektroniką, a nawet z miękkością maskotki! Takie książki – przytulanki, uwielbiane przez moich synów – można znaleźć np. w ofercie wydawnictw Foksal czy Aksjomat.

Ale czy te wszystkie zabiegi naprawdę działają? Cóż, w pewnym sensie – tak. Dzieci chętniej sięgają po książki, które reagują, świecą, grają czy… dają się przytulić. Jednak zauważyłem też coś innego – gdy przeskakujemy na zwykłe książki, dzieci potrafią dotykać ilustracji i czekać, aż kaczka zakwacze, a koparka ruszy silnik.

Dlatego nie oczekujmy, że książka jako przedmiot sama z siebie zaszczepi w dziecku miłość do literatury. To zadanie dla nas – rodziców. A szczególnie dla tatusiów! (O ich roli więcej przeczytacie w innym artykule).

Zebrane poniżej pomysły pokażą Ci krok po kroku, jak zachęcić dziecko do czytania – bez presji, za to z humorem i bliskością.

Jak zatem zachęcić dzieci do czytania?

1. Wpleć książki w rodzinne aktywności

Zanim Twoje dziecko pokocha literaturę, musi poczuć, że książka nie jest tylko „grubą nudą” z obowiązku. Kluczem do sukcesu jest zamiana czytania w zabawę, czyli uczynienie literatury integralną częścią rodzinnych rytuałów.

Książki jako hasła w kalamburach

Masz w domu fanów kalamburów? Świetnie! Niech jednym z zadań będzie odegranie tytułu książki – ale uwaga: „Harry Potter” może oznaczać nie tylko machanie różdżką, ale też próbę latania na miotle wykonanej z mopa. Śmiechu co niemiara, a przy okazji dzieci poznają nowe tytuły.

Quizy rodzinne z książkowymi ciekawostkami

Wieczór z quizem? Zróbcie domowy „Milionerzy – wersja literacka”. Pytania mogą dotyczyć treści książek, imion bohaterów, a nawet detali z ilustracji (dzieciaki mają sokoli wzrok). Możecie też rywalizować: kto szybciej odgadnie, z jakiej bajki pochodzi cytat. Uwaga! Dorośli dostają pytania na poziomie gimnazjum. Dla równowagi psychicznej.

Książka kontra rzeczywistość

Przy każdej możliwej okazji zapytaj dziecko: „A co zrobiłby w tej sytuacji Paddington?”, „Czy Ania z Zielonego Wzgórza poszłaby na ten plac zabaw?”, albo „Jak by to rozwiązał Detektyw Pozytywka?”
Taka zabawa to świetne ćwiczenie z empatii i kreatywnego myślenia – i bonusowo: nie wymaga baterii.

Literackie „zrób to sam”

Zaprojektujcie wspólnie okładkę do ulubionej książki. Albo zróbcie domowy teatrzyk na podstawie krótkiej sceny z bajki. Mało tego – dzieci mogą stworzyć własnych bohaterów! Nadajcie im imiona, cechy, może nawet lekko absurdalne supermoce (np. kaczka, która zmienia się w pizzę). Możecie potem wymyślić dla niej całą historię.

 Gra planszowa z książkowym twistem

A może gracie w „Grzybobranie”? Zmieńcie planszę – każde pole to tytuł książki, a na niektórych polach dziecko musi odpowiedzieć na pytanie lub opowiedzieć fragment bajki. Albo zróbcie własną grę planszową na bazie ulubionej historii – macie wtedy „Hobbita” w wersji rodzinnej gry przy kominku.

 Książkowe karaoke

Niektóre książki dla dzieci są pisane wierszem – zróbcie z tego piosenkę! Albo odczytujcie wersy na głos w rytm muzyki. Nieważne, czy brzmi to jak rap, opera czy… kot na gorącym dachu. Liczy się zabawa!

Grafika z cytatem: „Dziecko nie zapamięta tytułów. Zapamięta, że byłeś obok” – przesłanie o sile wspólnego czytania rodzica z dzieckiem
Nie musisz być lektorem. Wystarczy, że jesteś. To właśnie najprostszy sposób, jak zachęcić dziecko do czytania.

2. Odwiedzajcie razem bibliotekę

Owszem, wyprawa do biblioteki z małymi dziećmi potrafi przypominać misję specjalną. Logistyka na poziomie średnio zaawansowanego planowania wojskowego – bo zanim dotrzecie na miejsce, trzeba pokonać sklep z zabawkami, automat z napojami, nieuniknione „ale ja muszę siku” i „zobacz, lody”. Dla wielu rodziców to gra nerwów, w której każda nagroda (czyli uśmiech dziecka w dziale książek) okupiona jest serią małych negocjacji i przynajmniej jednym okrzykiem rozpaczy typu „ale ja już nie chcę iść do biblioteki”.

A mimo to – warto. Biblioteka to jedno z ostatnich miejsc, gdzie nikt niczego od nas nie chce oprócz… ciszy. A przynajmniej względnej ciszy, bo dzieci w dziale dziecięcym zazwyczaj traktują szept jako sugestię, nie zasadę.

W wielu bibliotekach znajdziemy dziś świetnie zorganizowane przestrzenie dla najmłodszych – kolorowe, przytulne, zachęcające do zostania choć chwilę dłużej. To nie są już zakurzone regały z drewnianymi krzesłami i panią w okularach z łańcuszkiem, która syczy „psssst!”. Nowoczesne biblioteki żyją, oddychają i – co najważniejsze – otwierają się na dzieci.

Coraz częściej pojawiają się też inicjatywy motywujące małych czytelników: za każdą wizytę – naklejka, za dziesięć – nagroda. System prosty, ale działa jak magia. Dzieci uwielbiają konkret i widoczny postęp. Kiedy naklejki zaczynają wypełniać kartę, pojawia się duma i poczucie, że książka to coś, co się zdobywa, nie tylko czyta.

Warto jednak pamiętać o jeszcze jednym – dziecko patrzy. Jeśli Ty tylko siedzisz z telefonem, a książki przegląda wyłącznie ono, to nawet najbardziej sensoryczna bajka z klapkami, dziurami i dźwiękami nie wygra z Twoim przykładem. Wypożycz coś dla siebie. Siądź razem z dzieckiem i poczytaj – może nie głośno, może tylko przez chwilę – ale pokaż, że Ty też jesteś czytelnikiem, a nie tylko przewodnikiem po budynku z książkami.

Sprawdź, czy w Twojej bibliotece odbywają się zajęcia dla dzieci – warsztaty, dni głośnego czytania, spotkania z animatorami. Często są to bezpłatne wydarzenia, które potrafią zainspirować dziecko bardziej niż niejeden program edukacyjny w telewizji.

Wspólne wyprawy do biblioteki mają jeszcze jedną zaletę – tworzą rytuał. Coś stałego, powtarzalnego, co z czasem staje się wspomnieniem z dzieciństwa. I nawet jeśli teraz Twoje dziecko przychodzi po książkę tylko dlatego, że na końcu czeka naklejka, to za kilka lat może wracać już z własnej potrzeby.

I wtedy pomyślisz sobie: było warto. Nawet jeśli po drodze musieliśmy przejść przez dział z batonikami i odciągać malucha od gablotki z zabawkami.

3. Wprowadź rodzinne wieczory z książką (wersja dla zaawansowanych)

Wieczór. Cisza. Lampka się świeci. Koc na kolanach, kubek herbaty w dłoni. Dziecko wtulone w Ciebie, wsłuchane w bajkę. Obrazek z katalogu IKEA. Tymczasem rzeczywistość wygląda nieco inaczej.

Jedno dziecko szuka skarpetki, drugie wciąż domaga się kolacji, trzecie właśnie zaczęło dramat o tym, że ono dziś czytać nie będzie, bo nie lubi tej książki, a czwarte zorganizowało cichą bitwę na poduszki z psem, który właśnie wyniósł „Kubusia Puchatka” pod stół i gryzie go z przekonaniem godnym literackiego krytyka.

I właśnie wtedy warto… czytać.

Nie dlatego, że to łatwe. Właśnie dlatego, że to trudne. Bo jeśli potrafisz w tym wszystkim, w tym domowym tsunami chaosu, zatrzymać się choć na chwilę i przeczytać kilka stron, to robisz coś wielkiego. Nie dla rozwoju poznawczego. Dla normalności. Dla pokazania dzieciom, że istnieje taki moment, kiedy wszyscy są razem i nikt nie krzyczy (no, może tylko narrator bajki).

Nie licz na to, że będzie idealnie. Dziecko Ci przerwie. Dwa razy. Pies szczeknie na kuriera. Ktoś będzie udawał bohatera książki i przez pięć minut nie pozwoli kontynuować, bo on teraz mówi. Ktoś się popłacze, bo książka za smutna. A potem, ku Twojemu zdziwieniu, które przerywa tylko ziewnięcie – przychodzi spokój. Ktoś się wtula. Ktoś przestaje mówić. Słuchają.

Czytanie przy kilkorgu dzieciach to nie relaks. To akt odwagi. To jak czytać „Małego Księcia” podczas lądowania samolotu w burzy. Ale robiąc to, pokazujesz dzieciom coś ważnego: że książka to coś, co warto zatrzymać, mimo że cały świat właśnie się kręci jak bęben w pralce.

Z czasem – może za miesiąc, może za rok – dzieci zaczną same sięgać po książki. Nie z obowiązku. Z przyzwyczajenia. Bo wieczór bez książki to jak łóżko bez pościeli. Można, ale coś nie gra.

I tak, dalej będziecie czytać to samo po raz osiemnasty. Ale teraz już wiesz – nie chodzi o co czytacie. Chodzi o to, że czytacie razem.

A pies? Cóż. On też coś z tego ma. Przynajmniej literacką dietę.

4. Bawcie się w bohaterów książek

Z pozoru to tylko zabawa. Ale tak naprawdę to literatura w czystej, żywej, hałaśliwej postaci. Dzieci nie czytają książek dla fabuły – one je wchłaniają całym sobą, po czym z pełnym przekonaniem zamieniają się w wybranego bohatera i od tej pory obowiązuje w domu nowe prawo: jestem Elsą i nie jem dziś nic oprócz lodu.

U nas bywa różnie. Kraina Arendelle okupuje salon, kuchnia to aktualnie baza ratunkowa dla świnek z „Peppy”, a Bob Budowniczy z ekipą właśnie przeniósł się do łazienki, gdzie budują coś ważnego z klocków i starej szczotki. Przy czwórce dzieci dom rzadko przypomina mieszkanie. Częściej to coś pomiędzy scenografią do musicalu, bunkrem i wystawą literacką z elementami demolki.

I wiesz co? To jest cudowne. Owszem, głośne. Chaotyczne. Momentami doprowadzające do szeptu: „dlaczego nikt mnie nie ostrzegł, że rodzicielstwo to teatrzyk bez reżysera?” Ale też niezwykle rozwijające. Dzieci, odgrywając sceny, trenują empatię, uczą się rozumieć motywacje innych postaci, budują wyobraźnię i – choć brzmi to jak hasło z ulotki ministerstwa edukacji – ćwiczą narrację wewnętrzną.

Nie trzeba zresztą organizować specjalnych spektakli. Wystarczy, że nie wywrócisz oczami, kiedy córka po raz setny mówi, że jest Anną i potrzebuje renifera. A jeśli masz odrobinę siły, dołącz. Zagraj trolla. Albo królową. Albo zdezorientowanego mieszkańca wioski, który nie rozumie, co się dzieje, ale udaje, że wszystko jest pod kontrolą – czyli siebie.

Z młodszymi dziećmi to łatwe – one jeszcze nie znają słowa „obciach”. Starsze dzieci mogą stawiać opór. Nagle robią się „za duże”, „to dziecinne”, „głupie”. Wtedy trzeba działać z subtelnością i ironią. Może nie każ im być księżniczką, ale spróbuj rozmowy: A kim ty byś był w tej historii? A potem – daj przykład. Pokaż, że Ty też potrafisz się wcielić. Z dystansem, z humorem. Pół żartem, pół serio – i już jest punkt zaczepienia.

Zresztą, granie postaci z książek to też sposób na przemycenie tematów, które na trzeźwo dziecko by zbyło machnięciem ręki. Bo nagle, jako smok, może zapytać, czy to źle, że on nie ma przyjaciół. A jako rycerz powie, że ktoś go dziś w szkole wyzwał. I masz otwarte drzwi do rozmowy.

Książka, która żyje poza stronami, to książka, która zostaje w dziecku na dłużej. A dom, który zamienia się w bajkowy świat, to przestrzeń, w której dziecko uczy się, że wyobraźnia to nie ucieczka od rzeczywistości, tylko sposób, by ją lepiej zrozumieć.

A Ty, jako rodzic? Masz dwa wyjścia – albo sprzątasz po całym tym literackim przedstawieniu, albo zostajesz aktorem. Twoja decyzja. Ale pamiętaj – w teatrze rodzinnym bilety są darmowe, ale spektakl trwa codziennie.

5. Po prostu czytaj

Znasz ten złoty slogan z poradników rodzicielskich? „Codziennie czytaj dziecku przynajmniej 20 minut!” Brzmi pięknie. Tylko że nikt nie dodaje, że te 20 minut najczęściej przypada tuż po kolacji, w chwili największego chaosu, kiedy jedno dziecko ziewa, drugie właśnie przypomniało sobie, że miało zadanie z matmy, trzecie się obraziło, bo ktoś patrzył na nie „za długo”, a czwarte… cóż, czwarte aktualnie siedzi na psie.

A jednak – czytaj. Mimo wszystko. Nawet kilka minut dziennie może mieć ogromne znaczenie. I właśnie w takich chwilach dziecko uczy się, czym naprawdę jest książka – i dlaczego warto czytać. Dlatego jeśli zastanawiasz się, jak zachęcić dziecko do czytania, odpowiedź brzmi: zacznij. Od jednej strony. Dziś.

Czytaj nawet wtedy, gdy sam zasypiasz nad książką szybciej niż Twoje dziecko. Gdy głos Ci się łamie po dziesiątej stronie. Gdy masz wrażenie, że to nie ma sensu, bo dziecko tylko patrzy w sufit albo przerywa pytaniami o rzeczy, których nie rozumiesz i nie masz siły wyjaśniać.

Czytaj. Bo czytanie to coś więcej niż przekazywanie treści. To moment skupienia, bliskości, kontaktu. To sytuacja, w której dziecko widzi: „mama/tata ma dla mnie czas – tylko dla mnie”. A dla dziecka ten czas jest walutą bezcenną.

Nie musisz od razu zaczynać od ambitnej literatury. Nie musisz znać odpowiedzi na wszystkie pytania. Możesz czytać prostą bajkę o króliku, który zgubił marchewkę, i to też będzie dobrze. Ważne, że jesteś. Że Twoje dziecko kojarzy Twój głos z bezpieczeństwem i spokojem. Że książka nie jest czymś osobnym, ale częścią Waszego wspólnego świata.

I nie daj się złapać w pułapkę perfekcjonizmu. Codzienne czytanie nie oznacza, że musisz za każdym razem robić z tego wydarzenie kulturalne z narracją na poziomie słuchowiska radiowego. Czasem wystarczy usiąść na dywanie, przeczytać dwie strony i zapytać: „To co myślisz o tym bohaterze?”. I tyle.

To właśnie te małe chwile, zbierane dzień po dniu, budują w dziecku nawyk, który zostaje z nim na całe życie. A może nawet więcej – budują więź, która przetrwa czasy, kiedy już nie będzie chciało siadać Ci na kolanach.

Badania naukowe jasno pokazują, że czytanie dziecku od niemowlęctwa wpływa na rozwój językowy, emocjonalny, społeczny, a pewnie i kosmiczny – gdyby tylko naukowcy to zbadali. Ale Ty nie potrzebujesz badań. Wystarczy, że zobaczysz to w oczach dziecka, które mówi: „przeczytaj jeszcze raz”. Nawet jeśli to już dziesiąty raz.

Po prostu czytaj. Nawet wtedy, gdy wszystko inne mówi Ci, że nie masz czasu. Bo to właśnie wtedy ma to największy sens.

6. Książki jako element codzienności

Dzieci uczą się przez naśladowanie. A to oznacza, że nawet najpiękniejsze opowieści o wartości książek nic nie znaczą, jeśli dom świeci pustymi półkami, a jedyny papierowy obiekt w zasięgu wzroku to instrukcja obsługi odkurzacza.

Dlatego – pozwól książkom być. Nie chowaj ich po szufladach. Nie twórz muzeum literatury w zamykanym regale, gdzie dziecko musi najpierw poprosić o klucz, a potem przejść selekcję. Niech książki leżą na stole, parapecie, w łazience, przy łóżku. Niech będą wszędzie, jakby po prostu należały do świata. Bo właśnie wtedy zaczynają działać.

Dom, w którym książka stoi obok kubka z herbatą i misia bez ucha, mówi dziecku: to jest normalne. Książka nie jest reliktem, ani obowiązkiem. Jest jak łyżka – narzędzie, które pomaga coś zrozumieć, poczuć, odkryć. Czasem bywa zabawką, czasem przystankiem przed snem, czasem sposobem na zadanie sobie pytania, którego nikt jeszcze nie zadał.

Ale żeby dziecko w to uwierzyło – musi widzieć Ciebie z książką. Nie tylko wtedy, gdy „masz czas”, bo – bądźmy szczerzy – kto go ma? Czytasz trzy strony, ktoś krzyczy z łazienki, ktoś zrzuca jogurt na dywan, pies zjada zakładkę. Czytasz dalej. Dziecko patrzy. Widzi, że książka nie jest luksusem. Jest częścią dnia.

To szczególnie ważne dla chłopców. Synowie chłoną obraz mężczyzny jak kalka. Jeśli widzą ojca z książką – nawet jeśli to instrukcja montażu mebli – to rejestrują, że mężczyzna może czytać. I że nie musi przy tym wyglądać jak Gandalf. W świecie, w którym chłopcy uczą się, że facet raczej trzyma telefon niż książkę, każdy moment, kiedy widzą tatę z otwartą lekturą, to jak mały akt oporu przeciwko bylejakości.

I jeszcze jedno – szacunek do książki. Dla dorosłego może to detal. Ale dla dziecka to sygnał: czy to coś ważnego, czy można rzucić pod łóżko obok skarpetki? Oczywiście, że książki będą się walać. Ale niech będą odkładane, otulone choć cieniem troski. Nie rzucaj ich na sofę jak paczki z paczkomatu. Nie zostawiaj ich otwartych grzbietem w dół, jakby były tylko przystankiem w Twojej podróży po serial.

Bo dziecko widzi. I chłonie. I buduje swój własny stosunek do słowa, zanim jeszcze samo zacznie je rozumieć.

Książki jako element codzienności to nie dekoracja. To przekaz. Cichy, powtarzalny i skuteczny. Mówisz nim: czytanie jest normalne. A to, w dzisiejszych czasach, bywa bardziej rewolucyjne niż najlepsza aplikacja do nauki alfabetu.

Na koniec – traktuj książki z szacunkiem

Nie chodzi tylko o to, by ich nie zginać, nie rzucać, nie używać jako podstawek pod filiżankę z zimną kawą. Chodzi o coś więcej. Chodzi o sposób, w jaki mówisz do dziecka, gdy bierze książkę do ręki. O to, jak reagujesz, gdy widzisz ją leżącą otwartą na podłodze. O Twoją minę, ton głosu, gest.

Dziecko uczy się, czym jest książka, zanim jeszcze zrozumie, co w niej napisano.

Jeśli widzi, że traktujesz ją jak rzecz – coś, co można pchnąć, odłożyć, zapomnieć – to nauczy się, że to tylko kolejny przedmiot. Ale jeśli zobaczy, że książka ma swoje miejsce, że wracasz do niej, że mówisz o niej jak o kimś znajomym – wtedy pojawia się magia. Bo książka staje się czymś więcej niż papierem. Staje się przestrzenią.

Dla dorosłego to tylko tytuł, może ładna okładka. Dla dziecka – to portal. Brama. Uruchomienie silnika wyobraźni, który pozwala przenieść się gdzieś daleko, z dala od nudy, hałasu, czy nawet smutku. Książka potrafi być ucieczką, schronieniem, lustrem i latarką jednocześnie.

I tak, z biegiem czasu, niektóre z tych książek zostaną na półce już tylko jako wspomnienie. Inne przetrwają pokolenia, z zagiętymi rogami, z odręcznymi podpisami, z plamą po soku malinowym na 47 stronie. Ale najważniejsze zostanie w dziecku – szacunek do słowa. Do myśli. Do historii, które coś w nas poruszają.

Książka to nie tylko przedmiot. To drzwi. A jeśli Ty pokażesz dziecku, jak się je otwiera – być może pewnego dnia przejdzie przez nie samo, nawet gdy Ciebie już nie będzie obok.

A jeśli wciąż masz wątpliwości, jak zachęcić dziecko do czytania, zacznij od prostego gestu: usiądź obok i otwórz książkę. Reszta przyjdzie z czasem.