Dlaczego tata czyta inaczej niż mama?

Tata czyta książki dzieciom inaczej niż mama – i właśnie w tej różnicy tkwi siła. Kiedy słońce chowa się za dachami sąsiedzkich zabudowań, wiem, że już tylko chwila dzieli nas od jednego z najważniejszych etapów naszego rodzinnego życia – i nie chodzi wcale o kolację czy mycie, ale o czytanie. W naszym domu traktujemy czytanie dzieciom nie tylko jako cenny rytuał budowania bliskości i wzmacniania więzi emocjonalnych, ale również jako kluczowy element wspierający wielowymiarowy rozwój naszych dzieci.

Regularna ekspozycja na słowo czytane, na dekodowaną przez rodziców treść, wpływa na kształtowanie kompetencji językowych – rozwija zasób słownictwa, umiejętność rozumienia tekstu, strukturę wypowiedzi – oraz stymuluje zdolności poznawcze, takie jak pamięć, koncentracja, wnioskowanie czy wyobraźnia. Istotny jest także aspekt emocjonalny: lektura pozwala dziecku identyfikować i nazywać emocje bohaterów, co sprzyja rozwojowi empatii oraz rozumieniu własnych przeżyć.

Jak zauważa Christiansen (2000):

„czytanie na głos jest jedną z najbardziej znaczących czynności, jakie rodzice mogą wykonywać wspólnie z dziećmi, by wesprzeć ich przyszły sukces edukacyjny”.

Kiedy piszę te słowa, nasze córki mają 8 i 9 lat i w dalszym ciągu z przyjemnością słuchają tego, co tata im czyta – a trwa to już przecież od przynajmniej ośmiu lat i, jak widać, wcale im się nie znudziło.

W ostatnich latach coraz więcej badań podkreśla, że mama i tata różnią się w sposobie, w jaki czytają dzieciom – zarówno pod względem tempa, intonacji, jak i sposobu prowadzenia rozmowy wokół tekstu. Co istotne, te różnice nie są przeszkodą, lecz stanowią wartość dodaną – pozwalają dziecku doświadczać różnorodnych stylów narracyjnych, co poszerza repertuar interpretacyjny i poznawczy. To bardzo ważne obszary, o które moim zdaniem należy szczególnie dbać w czasach tak intensywnego rozwoju technologii związanych ze sztuczną inteligencją, bo kto wie, czy nie będziemy musieli w przyszłości w sposób skuteczny udowadniać naszego człowieczeństwa?

Dlatego chciałbym zaproponować, żeby zamiast postrzegać odmienne podejścia do czytania jako potencjalne źródło niespójności wychowawczej, uznać je za wzajemnie uzupełniające się formy wsparcia rozwojowego. Tata i mama, każde na swój sposób, wnosi coś wyjątkowego do procesu wspólnego czytania – i to właśnie ta różnorodność stanowi fundament pełniejszego, bardziej zrównoważonego rozwoju dziecka. Jak wskazuje Kucirkova opierając się na teorii Wygotskiego, wspólna lektura umożliwia dynamiczne konstruowanie znaczeń w bezpiecznej relacji dorosły–dziecko, co wspiera rozwój poznawczy poprzez dialogiczne współdziałanie w strefie najbliższego rozwoju.

Tata czyta, czyli inne podejścia – różne korzyści

Skoro napisałem, że czytanie przez tatę i mamę stanowi pewien kompleksowy wkład w rozwój dziecka, to wobec tego – gdzie szukać tych subtelnych różnic, które wskazywałyby na to, że jednak ojcowie powinni czytać z dziećmi? Mam nadzieję, że wśród czytających ten artykuł jest wielu tatusiów, którzy za chwilę poczują się docenieni i „urosną” w swoim ojcostwie. Okazuje się bowiem, że to my – ojcowie – czytamy dzieciom w sposób bardziej dynamiczny, trochę nawet nieprzewidywalny, z większą liczbą pytań problemowych i nieoczywistych interpretacji, co – jak sądzę – zauważyliście, czytając moje recenzje. Taki styl czytania, oparty na dynamicznym zaangażowaniu, nierzadko swobodnej improwizacji i podważaniu schematów, może pobudzać u dzieci bardziej złożone procesy myślowe.

Monika Wiśniewska-Kin (2022), analizując działania projektowe w ramach inicjatywy „Skuteczne zdziwienie”, podkreśla, że dialogiczne i emocjonalnie angażujące czytanie – nacechowane zdziwieniem, refleksją i otwartymi pytaniami – sprzyja rozwojowi krytycznego myślenia oraz samodzielnej interpretacji tekstu przez dzieci, zamiast jedynie jego odtwarzania. Moim zdaniem jest to kluczowa umiejętność, niezbędna nie tylko w trakcie szkolnych testów sprawdzających kompetencje, ale przede wszystkim w codziennym życiu.

Dzieci, które choć trochę przesiąkną krytycznym myśleniem, nie będą podążały za tłumem, nie będą ustawiać się w kolejce na promocjach w dyskoncie – będą potrafiły właściwie interpretować docierające do nich sygnały, odróżniać prawdę od dezinformacji. To cenne kompetencje, na które jeszcze kilka lat temu nie zwracaliśmy aż takiej uwagi.

Styl czytania reprezentowany częściej przez mamy nacechowany jest w znacznym stopniu dostrojeniem emocjonalnym, ma bardziej opiekuńczy wydźwięk. Mamy częściej niż tatusiowie dostosowują tempo lektury do potrzeb dziecka – jeśli widzą, że dziecko „przysypia”, zwalniają, ściszają głos, reagują empatycznie i tworzą bezpieczną przestrzeń komunikacyjną. Ten sposób czytania wspiera rozwój inteligencji emocjonalnej, wzmacnia poczucie stabilności oraz buduje zaufanie w relacji dorosły–dziecko. Jak pokazują badania Kucirkovej, Sheehy’ego i Messera (n.d.), to właśnie w tej stabilnej relacji, umożliwiającej wspólne konstruowanie znaczeń, dziecko rozwija zdolność rozumienia emocji – zarówno własnych, jak i literackich bohaterów.

Różne style rodzicielskiego zaangażowania – bardziej poznawczy i wyzywający u ojców oraz emocjonalnie wspierający u matek – wnoszą odmienne, ale dopełniające się wartości do procesu czytelniczego, co znacząco wzbogaca rozwój dziecka.

Głos taty – inna perspektywa poznawcza

Krystyna Sochacka (2004) twierdzi, że rozwój umiejętności czytania u dzieci jest kształtowany nie tylko przez czynniki poznawcze – takie jak pamięć, koncentracja czy rozumienie językowe – ale także przez komponenty emocjonalne, społeczne i sytuacyjne. Jednym z istotnych, a często niedocenianych czynników okazuje się być płeć osoby wspierającej dziecko w procesie formowania kompetencji czytelniczych. Autorka zauważa, że dzieci reagują odmiennie na głos taty i głos mamy – głos taty, ze względu na swoją niższą częstotliwość i zazwyczaj mniejszą codzienną ekspozycję, bywa mniej przewidywalny, a przez to bardziej intrygujący i przyciągający uwagę. Myślę, że wielu ojców doświadcza tego w różnych sytuacjach – nie tylko czytelniczych. Kiedy tata się odezwie, to znaczy, że ma coś ważnego do powiedzenia, że być może trzeba się zatrzymać i wysłuchać.

Tego rodzaju bodziec słuchowy nie tylko wzmacnia koncentrację dziecka, ale może także inicjować inne ścieżki poznawcze – aktywizując procesy analizy, selekcji informacji i elastyczności interpretacyjnej. Innymi słowy, głos taty pełni nie tylko funkcję estetyczną czy emocjonalną, lecz również poznawczą – może być „wehikułem” prowadzącym dziecko ku mniej oczywistym wnioskom czy alternatywnym interpretacjom tekstu. Różne cechy komunikacyjne dorosłych w kontekście czytania – w tym barwa głosu, rytm i ton – wpływają na sposoby, w jakie dzieci przetwarzają i rekonstruują znaczenia podczas wspólnej lektury.

Różnice – naturalna konsekwencja ról rodzinnych

Oczywiście styl czytania właściwy dla mamy i taty nie jest wyłącznie efektem indywidualnych preferencji, ale pozostaje mocno zakorzeniony w uwarunkowaniach kulturowych i psychologicznych, co potwierdzają badania zaprezentowane w pracy Rodzina w cyklu życia – role matki i ojca są konstruowane społecznie w oparciu o wzorce zakorzenione w tradycjach, normach i oczekiwaniach społecznych (Kaźmierczak & Lewandowska-Walter, 2023). W rodzinach ojcowie są częściej postrzegani i funkcjonują jako osoby odpowiedzialne za wprowadzanie elementów zabawy, nowości i ekspresji, co sprawia, że ich styl czytania ma często charakter bardziej performatywny, dynamiczny i twórczy. Taka forma kontaktu może stymulować wyobraźnię, elastyczność poznawczą oraz podejmowanie ryzyka interpretacyjnego przez dziecko.

Jako tata mogę jedynie dodać – być może również jako wskazówkę do przemyślenia dla ojców – że dzieci naprawdę czekają na nasz powrót z pracy. Wiedzą, że na tacie można się pobujać, że można poprosić o zbudowanie kolejki lub jakiegoś pojazdu z klocków. Dlatego, tatusiowie, nie przeciągajcie waszych powrotów do domu – bądźcie dla i z dziećmi jak najdłużej, bo czas naprawdę bardzo szybko płynie, a nasze pociechy zaczynają w pewnym momencie nam „odjeżdżać”.

Mamy, które mają kulturowo przypisaną rolę opiekunki – i nie jest to moim zdaniem żadna stygmatyzacja – częściej koncentrują się na emocjonalnym komforcie dziecka, bezpieczeństwie i rytuale. Ich sposób czytania jest najczęściej bardziej spokojny, rytmiczny, oparty na przewidywalności i dostrojeniu do emocjonalnych reakcji dziecka.

Oba podejścia – choć różne – uzupełniają się wzajemnie. Dzięki tej różnorodności dziecko ma szansę rozwijać się na wielu płaszczyznach: zarówno poznawczej (poprzez stymulację wyobraźni, krytyczne myślenie i eksplorację znaczeń), jak i emocjonalnej (poprzez empatię, regulację emocji oraz rozwijanie więzi z dorosłym). Jak zauważają autorzy, to właśnie komplementarność rodzicielskich stylów oddziaływania stanowi fundament harmonijnego rozwoju dziecka w środowisku rodzinnym.

Grafika z cytatem z „Małego Księcia”: „Dorośli nigdy niczego nie rozumieją sami z siebie…”, promująca projekt „tata czyta”, z książkami i logotypem „tataczyta.com”

Media, stereotypy i ich przełamywanie

Nie bez znaczenia dla sposobu, w jaki rodzice uczestniczą w procesie wychowania i edukacji dzieci, są utrwalone w kulturze stereotypy płciowe. Społeczne oczekiwania wobec ról kobiety i mężczyzny nadal silnie oddziałują na codzienne praktyki wychowawcze – także w obszarze czytania dzieciom. W wielu przekazach medialnych – od reklam po literaturę dziecięcą – to mama przedstawiana jest jako główny opiekun, nauczycielka i emocjonalne centrum rodziny. Taki obraz może nieświadomie wpływać na postawy ojców, zniechęcając ich do aktywnego uczestnictwa w działaniach związanych z edukacją emocjonalną czy literacką dziecka.

Na szczęście, moim zdaniem, można mówić także o pewnych zmianach w tym sposobie postrzegania. Kilka dni temu uczestniczyłem w akcji #tatateżczyta. Po zakończeniu wydarzenia, w siedzibie biblioteki pojawili się elektrycy, żeby przeprowadzić zlecone prace. Zainteresowali się tym, co działo się przed ich przyjściem, więc w telegraficznym skrócie opowiedziałem im o akcji i zapytałem, czy któryś z nich nie chciałby – w ramach kampanii promującej czytelnictwo – poczytać dzieciom. Odpowiedź była jak najbardziej pozytywna. Jeden z panów powiedział nawet, że bardzo dobrze czyta – tak przynajmniej twierdzi jego syn.

Te kulturowe oczekiwania mają też swoje odzwierciedlenie w twardych danych – i nie zawsze są one budujące. Choć coraz więcej mówi się o roli ojców w wychowaniu dzieci, wciąż brakuje konkretnych statystyk, ile czasu rzeczywiście spędzają z dziećmi przy książce. W Polsce nie prowadzi się regularnych badań dotyczących tego, ilu ojców czyta swoim dzieciom, ale warto zauważyć, że np. z urlopów ojcowskich korzysta zaledwie ułamek mężczyzn – w 2021 roku było to ok. 4 000 ojców, podczas gdy urlop macierzyński objął ponad 370 000 matek.

To pokazuje, jak nierówny bywa start w rodzicielskim zaangażowaniu – a przecież właśnie wspólne czytanie może być jednym z najprostszych, ale i najpotężniejszych sposobów budowania relacji. Co ciekawe, badania międzynarodowe jasno wskazują, że kiedy to tata siada z książką, dzieci często zyskują nowe spojrzenie na świat – styl ojców bywa bardziej improwizowany, pełen pytań i zaskakujących interpretacji, co sprzyja rozwojowi wyobraźni i krytycznego myślenia. A skoro w Wielkiej Brytanii czy USA tylko 41% dzieci w wieku 0–4 lat ma dziś kontakt z regularnym, wieczornym czytaniem (w porównaniu do 64% jeszcze dekadę temu), tym bardziej warto zadbać, by głos taty nie cichł po dobranocce – tylko stawał się jej najważniejszym elementem.

Uważam, że w kampaniach promujących czytelnictwo wśród ojców warto pokazywać mężczyzn z różnych środowisk – budowlańców, strażaków, elektryków – takich, których dzieci widzą na co dzień jako silnych, konkretnych, a jednocześnie gotowych usiąść i przeczytać bajkę. Bo właśnie oni mogą pokazać, że troska i książka nie wykluczają się z męskością – a wręcz ją dopełniają.

Jak zauważa Bednarska (2020), w dobie silnego oddziaływania mediów i kultury wizualnej kluczowe staje się promowanie alternatywnych modeli wychowania, które przełamują stereotypowe podziały ról. Ojciec czytający dziecku książkę staje się w tym kontekście postacią kontrkulturową – symbolicznym zaprzeczeniem utartych norm, które przypisują kobietom wyłączność na troskę, empatię i edukację wczesnodziecięcą. Tego rodzaju postawy mają potencjał nie tylko wychowawczy, ale również społeczny – pokazują dziecku, że opieka i zaangażowanie emocjonalne nie mają płci, a różnorodność modeli rodzicielskich jest nie tylko możliwa, ale wręcz pożądana. Świadome wspieranie tej różnorodności – zarówno w mediach, jak i w codziennej praktyce rodzinnej – sprzyja budowaniu bardziej otwartych i równościowych relacji w przyszłości.

Synergia – najlepsze z dwóch światów

Z mojego doświadczenia wynika, że wcale nie chodzi o to, kto czyta lepiej – mama czy tata – tylko o to, że czytają oboje. To właśnie ta różnorodność daje dziecku coś wyjątkowego. Kiedy nasza córka słucha tego samego fragmentu książki raz w wersji mamy, raz mojej, to dla niej jak dwa różne światy, które razem tworzą jedną, bogatszą całość.

Bo mama czyta inaczej – spokojniej, czulej, z większym wyczuciem emocji. Ja – czasem improwizuję, czasem zadam pytanie, które w ogóle nie ma sensu (ale śmiechu co niemiara), czasem przerywam i zaczynam rozmowę o czymś, co wcale nie było w książce. I właśnie w tym tkwi magia – dziecko uczy się, że nie ma jednego „właściwego” sposobu na czytanie. Że książka to nie tylko tekst, ale przestrzeń do przeżywania, pytania, myślenia po swojemu.

Zresztą, Sochacka (2004) też o tym pisała – że dzieci, które mają kontakt z różnymi dorosłymi przy lekturze, uczą się nie tylko treści, ale samego czytania jako procesu. I naprawdę to widzę – kiedy nasze dzieci zadają pytania, których my nigdy byśmy nie wymyślili. Kiedy zatrzymują się przy jakimś zdaniu i chcą o nim pogadać. To nie bierze się znikąd. To efekt wielu wieczorów wspólnego czytania – raz z jednym głosem, raz z drugim.

Myślę, że dzięki temu uczą się nie tylko czytać, ale też myśleć. Po swojemu. I o to przecież chodzi, prawda?

Tata czyta – to nie koniec…

Czytanie dzieciom to coś więcej niż tylko wypowiadanie słów z książki. To codzienna magia, która dzieje się między zdaniem a spojrzeniem, między pytaniem a przytuleniem. I choć mama i tata mogą czytać tę samą historię, to każde z nich robi to inaczej – i właśnie w tej inności tkwi siła.

Tata czyta inaczej, bo jest inny. Jego styl często bywa bardziej swobodny, pełen niespodziewanych pytań, przerywników i eksperymentów. Nie dlatego, że książki mniej zna – ale dlatego, że wchodzi w nie trochę jak w przygodę, którą można przeżyć na własnych zasadach. Mama z kolei częściej wnosi w czytanie spokój, rytm, przewidywalność i empatię. To nie stereotypy, to naturalna konsekwencja różnych ról, doświadczeń i emocjonalnych kodów, które rodzice niosą ze sobą do wieczornego czytania.

Największym darem, jaki możemy dać dziecku, nie jest więc perfekcja jednej metody, ale różnorodność doświadczeń. Gdy książka staje się mostem między dwoma głosami – mamy i taty – dziecko nie tylko poznaje historie, ale uczy się słuchać różnych perspektyw, myśleć samodzielnie, czuć głębiej.

Bo kiedy rodzice czytają dzieciom, to nie tylko opowieść się rozwija. Rozwija się człowiek.

Infografika „Dlaczego tata też powinien czytać dziecku”, z ikonami żarówki, oka, wagi i serca, oraz zdjęciem uśmiechniętej rodziny. Główna fraza kluczowa: tata czyta dziecku.

Bibliografia:

Bednarska, N. (2020). Zamiast wprowadzenia – wychowanie dziecka w otoczeniu mediów. W: Dziecko – Media – Rozwój (s. 9–16). Warszawa: Wydawnictwo Akademii Pedagogiki Specjalnej.

Christiansen, P. A. (2000). Parents and literacy: The importance of reading aloud to children. University of Northern Iowa. https://scholarworks.uni.edu/grp/473

Kaźmierczak, M., & Lewandowska-Walter, A. (red.). (2023). Rodzina w cyklu życia – rozwój, zmiana, kryzysy. Warszawa: Wydawnictwo Liberi Libri. https://doi.org/10.47943/lib.9788363487638

Kucirkova, N., Sheehy, K., & Messer, D. (n.d.). A Vygotskian perspective on parent–child talk during iPad story sharing. The Open University, U.K.

National Responsible Fatherhood Clearinghouse. (n.d.). The benefits of fathers reading to their children: Tips for fatherhood programs and dads. Retrieved from document: Fathers Reading to Kids.pdf

Sochacka, K. (2004). Rozwój umiejętności czytania. Białystok: Trans Humana.

Wiśniewska-Kin, M. (2022). Innowacyjny projekt wdrożeniowy „Skuteczne zdziwienie. Wyzwalająca myślenie nauka czytania”. Edukacja Ekonomistów i Menedżerów, 66(4), 87–103. https://doi.org/10.33119/EEIM.2022.66.5

Głos, intonacja, mimika – czyli jak opowiadać całym sobą

W poprzedniej części pisałem o czytaniu jako rytuale – o sile powtarzalności i bliskości, która wyrasta z codziennych mikroopowieści. Ale nawet najprostsza historia – bez względu na to, czy pochodzi z kart książeczki, czy z własnej wyobraźni – potrzebuje czegoś więcej niż słów. Potrzebuje Twojego głosu. Twojej twarzy. Twojej obecności. Bo to właśnie sposób, w jaki mówisz, decyduje o tym, czy dziecko się wciągnie, czy tylko ziewnie.

Wiem, że wielu rodziców traktuje czytanie jako najlepszy sposób na usypianie – ale nie do końca o to chodzi. W tej części pochylimy się nad językiem emocji, dźwięku i rytmu – czyli nad tym, co dzieje się między słowami… a może trafniej byłoby powiedzieć: nad słowami. Wierzę, że każde dziecko potrzebuje właśnie tej przestrzeni – tworzonej przez obecność, głos i uwagę rodziców oraz opiekunów.

Nie wiem, jak to wygląda u Was, ale w moim przypadku mikropowieści były pewnym etapem przejściowym, kiedy córki miały 2–3 lata. Wówczas – w trakcie kąpieli, a przed wieczornym czytaniem – oczekiwały opowieści. Nie ukrywam, że był to dość uciążliwy czas, ponieważ musiałem wygrzebywać z pamięci interesujące, a jednocześnie dające dobry wzorzec historie. Co nie było wcale takie łatwe – jako chłopak lubiłem raczej pewną nutkę szaleństwa i ryzykanctwa. Robiłem różne „głupie” rzeczy, które mogłyby posłużyć za zły wzorzec (chociaż kilka szalonych opowieści także się pojawiło).

Dziecko jest najważniejsze, sgafika z książką, „Głos rodzica to dla dziecka jedno z najważniejszych źródeł stymulacji.”

Kiedy dziewczyny uznały, że historie z dzieciństwa mogą być ciekawe, zaczęły pytać mamę, a potem także babcie i dziadka. To był dobry czas, który – w moim odczuciu – stał się pewnego rodzaju depozytem międzypokoleniowej pamięci.

Wspominałem już, że dla niemowlęcia słowa nie są jeszcze nośnikami semantycznych znaczeń — ich wartość tkwi przede wszystkim w dźwięku, rytmie i emocjonalnym zabarwieniu. I możecie mi wierzyć: nie zastąpi tego ani suszarka, ani szumiąca zabawka, ani nawet audiobook z aktorem, który wygrał festiwal interpretacji. Głos rodzica to dla dziecka jedno z najważniejszych źródeł stymulacji. Jego barwa, intonacja, tempo mówienia i modulacja mają tak wyrazisty przekaz emocjonalny, że niemowlę rozpoznaje go intuicyjnie — zanim jeszcze zrozumie, co w ogóle znaczą słowa.

Ten rodzicielski „pierwszy teatr głosu” to nie żaden występ pod publiczkę – to biologicznie zakorzeniona forma komunikacji, która tworzy most między światem wewnętrznym dorosłego a jeszcze nieukształtowaną rzeczywistością dziecka. Można powiedzieć, że to właśnie intonacja i melodia mowy są dla malucha tym, czym dla dorosłego światło w tunelu – punktem odniesienia, który organizuje jego doświadczenie.

Domowy teatr – jak budować więź z dzieckiem bez słów

Kiedy czytałem bajki najstarszej córce, miałem ogromną potrzebę interpretacyjną (tak, egoista!). Gdakałem jak kura, szczekałem jak pies, czytałem głosem „dziadunia”. I wiecie co? Mógłbym jej czytać nawet wiadomości sportowe – bo nie przekaz był najważniejszy, ale sposób, w jaki mówiłem. To on utrzymywał uwagę i budował wolę słuchania.

Dziecko wsłuchuje się w zmiany tonu, w pauzy, w rytmiczne powtarzanie wyrazów. Zatrzymanie głosu w odpowiednim momencie potrafi wywołać napięcie większe niż w dobrym thrillerze. Z kolei przyspieszenie rytmu czy zmiana barwy może wywołać wybuch śmiechu lub ciekawości. Wspólne czytanie to zatem mikrospektakl emocjonalny, który nie wymaga sceny – wystarczy kanapa i Twoja obecność.

Co na to badacze?

W badaniach nad wspólnym czytaniem Natalia Kucirkova (2019) zauważa, że właśnie takie elementy jak rytm, powtarzalność i emocjonalny ton głosu są kluczowe dla rozwoju relacji oraz przyswajania wzorców językowych. Niemowlę reaguje na zmiany głosu mimiką, ruchem, spojrzeniem – i to można (a nawet trzeba!) wykorzystać, by budować bardziej angażujące interakcje.

Literatura dydaktyczna również nie pozostawia wątpliwości – niemowlętom warto czytać teksty z naturalną rytmiką: kołysanki, rymowanki, proste wierszyki. Tumim i Brzechwa to duet idealny. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Powtarzalne struktury językowe pomagają dziecku oswajać się z brzmieniem mowy, a obecność rymu i rytmu ułatwia zapamiętywanie i rozpoznawanie (Brotherson, 2009).

Infant-directed speech – melodie, które rozumie każde dziecko

Na zakończenie tej sekcji dodam tylko: nie przejmujcie się tym, co robi z wami wasz dorosły umysł. Mówienie do dziecka z przesadną intonacją, śpiewnym tonem, wyraźnymi gestami – to nie przesada. To właśnie naturalna forma tzw. „mowy matczynej” (infant-directed speech), czyli sposobu mówienia do niemowląt, który wspomaga rozwój mózgu i percepcji słuchowej. Badania pokazują, że dzieci preferują właśnie taki sposób komunikacji i częściej na niego reagują (Christiansen, 2000). To jak dźwiękowy sygnał: „To ważne! Patrz! Czuj!”

Nie chodzi więc o infantylizowanie świata, ale o dostosowanie formy przekazu do możliwości odbiorcy. Gdy mówisz do dziecka z wyraźną mimiką, używając bogatej intonacji i gestów, uruchamiasz całe jego ciało – układ słuchowy, wzrokowy i emocjonalny. Dla niemowlęcia to nauka w stanie czystym, zintegrowana, wielozmysłowa, zakorzeniona w relacji.

Niebieska grafika z megafonem i napisem: „Powtarzalność i emocjonalny ton głosu są kluczowe dla rozwoju relacji” – przesłanie, że to dziecko jest najważniejsze.

Opowieść twarzą i rękami – mimika i gest

Włączenie mimiki i gestów do opowiadania sprawia, że dziecko zaczyna lepiej rozumieć, że komunikacja to nie tylko dźwięki, ale i całe spektrum wyrazów twarzy, emocji i zachowań społecznych. Opowieść staje się wtedy formą wielozmysłowej nauki – połączeniem słów, dźwięków, obrazów i kontaktu emocjonalnego.

Nie potrzeba żadnych gadżetów, zaawansowanych plansz ani aplikacji mobilnych. Wystarczy Twoja twarz, Twoje dłonie, Twój głos. To Ty jesteś najważniejszym narzędziem edukacyjnym swojego dziecka. I – co więcej – jesteś w tym niezastąpiony.

A to wszystko – zrobione między kawą a pieluchą – naprawdę robi różnicę.

Jak widzisz – opowiadanie całym sobą nie wymaga ani dyplomu z aktorstwa, ani niekończących się pokładów energii. Wystarczy intencja, odrobina luzu i świadomość, że dla Twojego dziecka jesteś nie tylko narratorem, ale całym teatrem jednego aktora. Intonacja, rytm, gesty i mimika nie są dodatkami – to właśnie one tworzą opowieść, którą niemowlę chłonie i zapamiętuje całą swoją istotą. I chociaż czasem masz wrażenie, że mówisz do małej, bezzębnej publiki z twarzą jak księżyc w pełni, to zapewniam Cię – jesteś słuchany. A może nawet cytowany – w jakimś mikroskopijnym wnętrzu, które właśnie buduje swój język.

Choć wydawać by się mogło, że opowiadanie to tylko słowa, dla dziecka to tak naprawdę cała symfonia bodźców – dźwięków, emocji i gestów. To właśnie głos, intonacja i mimika tworzą pierwsze pomosty porozumienia. Nie potrzebujesz sceny, rekwizytów ani scenariusza – wystarczą Twoja twarz, dłonie i intencja bycia obecnym. Tak właśnie buduje się język i relacja.

W kolejnym artykule opowiem o tym, jak książeczki dotykowe i sensoryczne uruchamiają zmysły i zamieniają zwykłe czytanie w cielesne doświadczenie.

Cykl: Opowieść dla niemowlęcia – jak mówić, śpiewać i być blisko

Poznaj wszystkie części cyklu o bliskości, mowie i wspieraniu rozwoju dziecka przez opowieść, dotyk i dźwięk:

Wprowadzenie
👉 Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić
Wprowadzenie do cyklu o mowie, bliskości i rozwoju dziecka.

Część 1
👉 Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo
O sile powtarzalności, rytuałów i wspólnej narracji.

Część 2
👉 Głos, intonacja, mimika – jak opowiadać całym sobą
Jak używać głosu i ciała, by angażować i budować więź.

Część 3
👉 Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść
Książeczki sensoryczne jako pierwszy alfabet zmysłów.

Część 4
👉 Z codziennych historii rodzi się język
Jak proza codzienności staje się fundamentem rozwoju językowego.

Część 5
👉 Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci
O mocy dźwięków, wyrazów dźwiękonaśladowczych i fonologii.

Bibliografia

Uniwersytet Pani Bajki Agnieszki Rautman-Szczepańskiej – literatura dziecięca jako klucz do świata dorosłych

W literaturze dziecięcej, niczym w zwierciadle, przeglądają się zmęczone oczy rodziców. Zwierciadła – a może także okna i przesuwane drzwi? Jak pisała Rudine Sims Bishop, dobra literatura dziecięca pełni trzy zasadnicze funkcje: może być lustrem, w którym dzieci rozpoznają siebie i swoje doświadczenia; oknem, przez które spoglądają na inne światy; a także drzwiami, które można otworzyć, by do tych światów wejść. Książki dla najmłodszych to zatem nie tylko źródło przyjemności – to także narzędzia budowania empatii, zrozumienia i poczucia tożsamości.

Ilustracja z dziewczynką patrzącą w lustro i cytatem z książki Uniwersytet Pani Bajki: „Tylko ci, którzy nie mają odwagi być sobą, chcą się za kogoś przebrać” – przykład, którą daje literatura dziecięca

W podobnym duchu wypowiadała się Charlotte Huck, podkreślając, że literatura dziecięca działa transformująco również na dorosłych. Dzięki niej – pisała – „czytelnicy, zarówno młodsi, jak i starsi, mogą lepiej zrozumieć siebie, innych ludzi oraz świat, który dzielą”. Książki, które dzieci czytają – lub którym się przysłuchują – kształtują ich emocjonalną mapę świata. Ale działają też na dorosłych, pozwalając im na nowo odkryć siebie – w świecie, który nie utracił jeszcze koloru.

Dziecko, dorosły i książka – literatura dziecięca pełna znaczeń

Prostota – ale nie prostactwo. Trudne pytania i proste odpowiedzi. Subtelność, zadziwienie. Świat dziecka – jak kufer podróżnika wyruszającego w nieznane – wypełniony jest niezwykłymi przedmiotami, zdarzeniami i sytuacjami, o których dorośli zdają się zapominać. Na szczęście poezja i proza, zwłaszcza skierowana do najmłodszych odbiorców, dzięki wyjątkowej wrażliwości autorów – choć ci pozostają najczęściej niezauważeni – przechowują te skarby i pozwalają cieszyć się nimi na nowo.

Dorosły – a może lepiej powiedzieć: dojrzały – człowiek, widziany z perspektywy dziecka, przypomina nieco wielbłąda sunącego przez pustynię. A rodzice? To już prawdziwa karawana – dosłownie i w przenośni. Czy nie czuliście się nieraz nie jak „mędrcy” ze Wschodu, ale raczej jak szerpowie, bez których niejeden himalaista nie zdobyłby najwyższego szczytu świata? Porzućmy jednak ten nieco pretensjonalny ton, bo dzięki naszym dzieciom mamy szansę sięgnąć do wspaniałego świata wyobraźni. Możemy go odkrywać na nowo, a nasze „garby” doświadczenia okazują się zestawem narzędzi – a może raczej kluczy – do każdej opowieści, do każdej… bajki.

Jak zauważa Sylvia Baer: „Wszelkie poznawanie literatury jest ostatecznie podróżą ku odkrywaniu samych siebie. Słowa i ilustracje niosą nas niczym silne okręty po oceanie duszy, byśmy mogli dobić do brzegów zrozumienia – wciąż się zmieniającego, wciąż fascynującego.”

Dorosły czytelnik – rodzic – jest dla swojego dziecka nie tylko inicjatorem działań czytelniczych, ale także przewodnikiem po zaułkach literackiego labiryntu. Jego rola jest ogromna, szczególnie w czasach postępującego brandingu literatury dziecięcej. Pamiętajmy: to jedyna klasa literatury, która nie jest tworzona przez tych, którzy ją czytają. Podlega natomiast ogromnej presji ze strony „pazernych” dorosłych. Dziecko, które nie potrafi jeszcze czytać w pełni literalnie, wybiera książki instynktownie – ulegając bodźcom z koszulek, plecaków, słodyczy. Staje się odbiorcą przekazu marketingowego, który uderza najmocniej właśnie w rodziców. A przecież literatura nie powinna być źródłem frustracji czy sezonowej mody – lecz konsekwencją dojrzałego wyboru. Książka dla dziecka powinna być jak zaczarowany ogród – wchodzi się do niego z zachwytem, ale nie wychodzi bezrefleksyjnie.

Między Kleksem a Bajką – nowe spojrzenie na klasykę literatury dziecięcej

Ta refleksja zrodziła się z pewnego intertekstualnego doświadczenia, które dotyczyło dzieci – ale chyba jeszcze bardziej dorosłych, zwłaszcza tzw. millenialsów. Mam na myśli nową ekranizację „Akademii Pana Kleksa”, która – przyznaję – zupełnie mnie zaskoczyła, a wywołaną przez nią „kleksomanię” obserwowałem z rosnącym zdziwieniem. Niestety, jak wiele zjawisk we współczesnej kulturze, okazała się ona krótkotrwała. Film w niewielkim stopniu przełożył się na wzrost zainteresowania książką, a już zupełnie nie wpłynął na istotę rzeczy, którą zarówno książka, jak i film próbowały oddać. Zapytajcie kogokolwiek, o czym jest ekranizacja lub sama książka – większość odpowie, że właściwie nie wie. I trudno się temu dziwić. By zrozumieć te dzieła, trzeba naprawdę sporego zestawu narzędzi – takich, które znaleźć można jedynie na coraz bardziej zakurzonych bibliotecznych półkach.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem piosenkę promującą film – nie wiedząc jeszcze, że chodzi o Kleksa – pomyślałem, że to próba mentalnej rewolucji. Nawet napisałem komentarz z takim wydźwiękiem. Ale gdy film trafił już na ekrany, zrozumiałem, że zostałem wciągnięty w pewną bańkę – razem z moimi dziećmi, które na półce odnalazły „Akademię Pana Kleksa” Brzechwy i poprosiły, by im ją przeczytać. I co myślicie – udało się? Oczywiście, że nie. Książka to przecież dość mroczna historia o poszukiwaniu i gubieniu, o walce… Brzechwa daje nam klucz i narzędzia, ale najwięcej zrozumiemy dopiero w dalszych częściach trylogii, szczególnie w mało znanym „Tryumfie Pana Kleksa”. Tam pojawia się wątek walki ze złem w postaci mechanizacji i odczłowieczenia – Kleks jako obrońca wyobraźni w świecie technologicznej nudy. Ale nie zdradzę więcej – bo chodzi przecież o zupełnie inną książkę.

Wszystko powyższe to tylko tło, do którego musiałem nawiązać. Dlaczego? Bo być może do dziś nie przeczytalibyśmy „Akademii Pana Kleksa”, gdyby nie trafiła na naszą półkę książka Agnieszki Rautman-Szczepańskiej: Uniwersytet Pani Bajki. Mam nawet wrażenie, że to właśnie ona zainspirowała Macieja Kawulskiego.

Pozwólcie więc, że po tym – zbyt rozbudowanym, wiem – wstępie oddam głos autorce i bohaterom jej opowieści. A może… oni wcale nie zostali wykreowani? Może autorka naprawdę ukończyła edukację w równie niezwykłym uniwersytecie? Jestem przekonany, że wielu z nas – Barbara, Zosia czy Adaś – chciałoby trafić do miejsca, w którym „Ściany nie trzymały pionu, okna miały wklęsłe framugi, a konstrukcja falowała, jak gdybyśmy patrzyły na żywy organizm, a nie na budowlę.” Ta charakterystyka – przestrzeni, w gruncie rzeczy edukacyjnej – sugeruje coś bardzo istotnego, czego wielu rodziców i pedagogów zdaje się nie zauważać. Dla nich „dom ma dach na górze, drzwi na dole, a okna kwadratowe”. Mam nadzieję, że wyczuwacie intencję autorki: dzieci pragną nieco innych rzeczy niż ich rodzice – ale chcą być z nimi połączone. Niezmienna pozostaje idea miejsca, budynku – cała reszta może być głosem innego pokolenia. Głosem, który rysowaliśmy na kartce, jak bohaterka książki.

Na tym etapie chcę zasygnalizować coś bardzo ważnego – zarówno dla naszych dzieci, jak i dla nas samych, choć być może o tym zapomnieliśmy. Chodzi o poczucie tożsamości i zrozumienia. Przypomnijcie sobie własne dzieciństwo – ale tak naprawdę. Już? Pamiętacie słowa waszych rodziców? „Za moich czasów nie było…”, „Jak byłem/byłam dzieckiem, to…”, itd. Uniwersytet Pani Bajki to opowieść dla dzieci i ich rodziców. Opowieść o próbie zrozumienia siebie i świata. Czy autorce udało się doprowadzić historię do szczęśliwego zakończenia? Sprawdźcie sami.

Biblioteka, bajka, tożsamość – trzy przestrzenie dziecięcego poznania

W jednej z poprzednich recenzji wspominałem o znaczeniu biblioteki w kontekście transgresji, przejścia i doświadczania. Oczywiście żaden szanujący się uniwersytet nie może się obejść bez biblioteki – Uniwersytet Pani Bajki również. Podobnie jak w „prawdziwym” świecie, biblioteka jest miejscem wyjątkowym. Może już to pisałem na blogu, ale zaryzykuję powtórzenie: biblioteka to nie tylko przechowalnia woluminów – to miejsce cywilizacyjnej pamięci i tożsamości. Pomyślcie o bibliotece w Aleksandrii – jej zniszczenie uważa się za jedną z największych tragedii dla kultury i nauki. Dziś, w epoce cyfrowej, możemy zostać strażnikami tych skarbów. Karmić krasnoludki, głaskać mole książkowe, kształtować przyszłość jako kontinuum… Tak jak bohaterka tej książki. Ale o tym – ani mru-mru.

Ilustracja z książki Uniwersytet Pani Bajki z cytatem: „Dobrze jest od czasu do czasu puścić wolno niektóre ze swoich skrzętnie skrywanych myśli i uśpionych emocji” – przesłanie literatury dziecięcej dla dzieci i dorosłych.

Znaleźliśmy się teraz w punkcie, który zdaje się być odpowiedni, by wrócić do idei, a może nawet troszkę ideologii, zaprezentowanej przez Brzechwę, z którym autorka w sposób naprawdę rozsądny i wyważony polemizuje. W opowieści bez trudu znajdziemy odniesienia do Akademii Pana Kleksa, ale są to odniesienia wskazujące na pewne błędy formalne, które dla współczesnego czytelnika mogą być nie do zaakceptowania – być może dlatego Ambroży został w książce tylko… papugą. Odgrywa wprawdzie ważną rolę (o czym przeczytacie na stronie 65), ale jednocześnie wskazuje na potrzebę zmiany perspektywy tworzenia współczesnych opowieści, żeby nie okazało się, że nasze dzieci będą jednymi z ostatnich uczniów uniwersytetu. Dlaczego? Bo może przyjść czas, kiedy „zamkną się każde magiczne drzwi, które Pani Bajka otworzyła nam w głowach, i znów staniemy się zalęknionymi dzieciakami bez wiary w siebie.”

Uważam, że Uniwersytet Pani Bajki jest współczesną opowieścią, która z powodzeniem mogłaby wejść do kanonu lektur szkolnych, zastępując Akademię Pana Kleksa, ponieważ mamy tu do czynienia z aktualizacją systemu wartości i przekonań. A ilość odniesień do wielu dzieł literatury rodzimej i klasyki sprawia, że może to być bardzo dobry punkt odniesienia i zachęta dla poszukiwaczy dobrego świata.

Pozwólcie, że na zakończenie napiszę jeszcze kilka słów o sferze narracyjnej, która jest naprawdę bardzo dobrze prowadzona – dla mnie są to interesujące rozwiązania potwierdzające warsztat literacki autorki.

Narracja Uniwersytetu Pani Bajki czerpie pełnymi garściami z tradycji literatury dziecięcej reprezentowanej przez Jana Brzechwę, w szczególności z jego kultowej Akademii Pana Kleksa. Wykorzystuje strukturę szkatułkową i językową zabawę nie tylko jako estetyczne środki, ale jako wehikuł przeżycia edukacyjnego, emocjonalnego i kulturowego. Zabieg „opowieści w opowieści” nie służy tu wyłącznie budowaniu suspensu – staje się formą myślenia o świecie, tożsamości i uczestnictwie.

Michaił Bachtin, twórca pojęcia dialogiczności i polifonii, pisał: „Żyję w świecie cudzych słów. Całe moje życie polega na orientowaniu się pośród nich, reagowaniu na nie.” Struktura szkatułkowa – centralna także dla Uniwersytetu Pani Bajki – odpowiada tej wizji: każdy głos w bajce, każda historia to odrębna świadomość, która wchodzi w relację z innymi. Jak zauważa Włodzimierz Bolecki: „Wypowiedź […] ma charakter społeczny i dialogowy, a podstawą jej rozumienia jest uwzględnienie aktywnego semantycznie kontekstu.” W świecie wykreowanym w Pani Bajce nie istnieje tylko jeden narrator – to teatr głosów, języków i perspektyw, osadzony w karnawałowej logice, gdzie śmiech i absurd stają się narzędziem poznania.

Gdyby do książki przyłożyć metodologię Michała Głowińskiego, forma narracyjna nie byłaby nigdy przezroczysta – przeciwnie, byłaby ona nośnikiem znaczeń, idei, często wręcz interpretacyjnych przymusów. W Narracji, nowomowie, formie totalitarnej zauważa, że „istnieje pokaźna lista usankcjonowanych form opowiadania, w których wydarzenie […] racją swojego istnienia jest to, że znaczy.” W przypadku literatury dziecięcej – a szczególnie bajki inicjacyjnej – narracja szkatułkowa służy nie tylko tworzeniu fabularnych ram, lecz staje się sposobem wejścia w świat znaczeń, które dziecko współkonstruuje. Głowiński, analizując mechanizmy tekstów tendencyjnych i paraboli, pokazuje, że forma zawsze wspiera lub narzuca interpretację – w Pani Bajce służy ona przekształcaniu dziecka z biernego słuchacza w aktywnego interpretatora.

Inna badaczka, Maria Janion, nie pisała wprawdzie o bajkach w sposób dosłowny – ale jej refleksje nad literaturą fantastyczną, romantyzmem i mitologią duchową pozwalają odczytać bajkę jako przestrzeń rytuału przejścia. Jak zauważa: „Życie jest tym wszystkim, co zostało pokazane w powieści: pracą, zabawą, miłością, orgią, gromadzeniem przedmiotów, ale też jest stałym odniesieniem do końca tekstu.” Bajka – tak jak Akademia Pana Kleksa czy Uniwersytet Pani Bajki – nie jest oderwana od rzeczywistości. Przeciwnie: to świat symboliczny, który przygotowuje młodego odbiorcę na doświadczenia świata dorosłych. W tym sensie postać mistrza – Kleksa, Bajarki, przewodnika – spełnia funkcję „inicjatora podróży w głąb siebie”, jak pisała Janion o mitach romantycznych.

Grzegorz Leszczyński, nawiązując do myśli Zbigniewa Ciślikowskiego, podkreślał, że literatura dziecięca, a szczególnie bajka, musi uwzględniać podmiotowość dziecka. Jak czytamy: „Najnowsza literatura […] naznaczona jest doświadczeniem przemian paradygmatów funkcjonowania jednostki w świecie ‘małych kultur’.” Dziecko nie jest tu biernym odbiorcą – jest interpretatorem, współtwórcą i aktorem. Szkatułkowość w bajce staje się więc nie tylko stylistycznym zabiegiem, ale pedagogicznym narzędziem: dziecko uczy się myślenia, przeżywania, rekonstruowania sensów.

Baśniowy świat ilustracji Pauliny Nechman w Uniwersytecie Pani Bajki

W świecie wykreowanym przez Paulinę Nechman rzeczywistość mówi „dobranoc”, a sen – „dzień dobry”. Jej ilustracje, towarzyszące tekstowi Agnieszki Rautman-Szczepańskiej, nie są jedynie graficznym komentarzem czy ozdobnikiem. To autonomiczne wizualne poematy, współtworzące wielowarstwową narrację książki. Delikatnie, ale stanowczo zapraszają czytelnika: „patrz uważnie – tu wszystko ma znaczenie”.

Cytat z książki Uniwersytet Pani Bajki Agnieszki Rautman-Szczepańskiej: „To właśnie chwile są najcenniejszą rośliną w waszym ogrodzie...” – przykład, jak literatura dziecięca inspiruje do uważności i obecności.

Ilustracje Nechman zanurzone są w estetyce realizmu magicznego dostosowanego do dziecięcej wrażliwości. Jej paleta barw przypomina senne delirium – turkusy, fiolety, róże i zielenie bardziej czuje się sercem niż rejestruje wzrokiem. Kompozycje są intensywne, emocjonalne, nasycone symboliką.

To, co czyni ilustracje Pauliny Nechman tak silnie oddziałującymi, to świadomość, że dzieci widzą więcej – i że obraz może nie tylko dopowiadać, ale czasem wręcz prowadzić narrację. Jej prace nie „upiększają” książki – one ją współtworzą, dając odbiorcy drugi, emocjonalny wymiar lektury. Nierzadko stają się tym elementem, który inicjuje najgłębsze interpretacje – zwłaszcza u tych dorosłych, którzy tylko udają, że czytają dziecku.

Uniwersytet Pani Bajki to zatem książka nie tylko do czytania, lecz także do oglądania, odczuwania i przeżywania – warstwa po warstwie, kreska po kresce.

„Uniwersytet Pani Bajki” to nie tylko opowieść – to przestrzeń spotkania. Spotkania dziecka z dorosłym, wyobraźni z rzeczywistością, słowa z obrazem. W świecie pełnym uproszczeń i schematów, książka Agnieszki Rautman-Szczepańskiej przypomina nam o konieczności pielęgnowania subtelności, zadziwienia i uważności. Przypomina, że edukacja – ta prawdziwa, głęboka – nie odbywa się przez transmisję informacji, lecz przez współdzielenie doświadczenia i sensu.

Literatura dziecięca, jeśli tylko potraktować ją serio, okazuje się nie infantylną rozrywką, lecz przestrzenią duchowego i kulturowego wzrostu. „Uniwersytet Pani Bajki” z jego szkatułkową narracją, symboliką ilustracji i wewnętrzną logiką świata, który nie musi być prosty, ale musi być prawdziwy – jest tego najlepszym dowodem.

To książka, która nie zamyka drzwi za sobą. Ona zostawia je uchylone – tak, byśmy mogli jeszcze przez chwilę zerknąć przez szczelinę… i przypomnieć sobie, kim byliśmy, zanim dorośliśmy. A może: kim nadal możemy być – jeśli tylko pozwolimy sobie wejść do bajki.

Bibliografia

Bachtin, Michaił. Problemy poetyki Dostojewskiego. Przeł. N. Modzelewska, Warszawa: PIW, 1970.

Bishop, Rudine Sims. „Mirrors, Windows, and Sliding Glass Doors.” Perspectives: Choosing and Using Books for the Classroom, vol. 6, no. 3, 1990.

Bolecki, Włodzimierz. „Język. Polifonia. Karnawał.” Teksty, nr 3(33), 1977, s. 7–33.

Głowiński, Michał. „Narracja, nowomowa, forma totalitarna.” Teksty Drugie, nr 1, 1990, s. 127–133.

Głowiński, Michał. „Narratologia – dzisiaj i nieco dawniej.” Teksty Drugie, nr 5(70), 2001, s. 20–30.

Janion, Maria. Transe – Traumy – Transgresje, t. 1: Niedobre dziecię. Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2006.

Janion, Maria. Żyjąc, tracimy życie. Warszawa: Wydawnictwo Sic!, 2001.

Ujma, Martyna. „Polska literatura najnowsza w świetle reinterpretacji założeń polifonicznej teorii literatury Michała Bachtina.” Zagadnienia Rodzajów Literackich, t. LXIII, z. 3, 2020, s. 125–140.

Okładka książki Uniwersytet Pani Bajki Agnieszki Rautman-Szczepańskiej

Podsumowanie recenzji

Tytuł: Uniwersytet Pani Bajki

Autor książki: Agnieszka Rautman-Szczepańska

Ilustracje: Paulina Nechman

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Data publikacji: 2022

Format: Twarda oprawa

ISBN: 978-83-8240-791-4

Autor recenzji: Tata Czyta

Ocena: ⭐⭐⭐⭐⭐ (5/5)

Zalety:

  • Głęboka warstwa literacka i filozoficzna
  • Nawiązania do klasyki i współczesnych problemów
  • Piękne, symboliczne ilustracje Pauliny Nechman

Wady: Brak istotnych wad – książka wymaga jednak uważnego czytelnika

Zdjęcie Agnieszki Rautman-Szczepańśkiej, autorki książek dla dzieci i młodzieży

O autorce – Agnieszka Rautman-Szczepańska

Lekarka z zawodu, poetka i bajarka z powołania. Jej literacka przygoda zaczęła się od przypadkowego spotkania z tomikiem „Wierszy wybranych” Wisławy Szymborskiej znalezionym w rodzinnym regale – nie rozumiała wtedy jeszcze wszystkich słów i odniesień, ale czuła, że chce pisać tak, by słowa zapadały w serce – lekko, bezszelestnie, a jednak na zawsze.

Debiutowała poetycko jako nastolatka, jednak prawdziwa magia baśni pojawiła się w jej życiu dopiero po narodzinach córki. Dziś mieszka w Sztokholmie, w kraju Pippi Langstrumpf i Emila z Lönnebergi, i pisze historie, które łączą dziecięcą wyobraźnię z dojrzałym spojrzeniem na świat.

Prywatnie – była nieśmiałą introwertyczką, która pewnego dnia skoczyła z tureckiej góry Babadag… i postanowiła odważnie zmieniać swoje życie. Dla Agnieszki niebo nie jest granicą – raczej kolejnym zaproszeniem do opowieści.

📘 Obserwuj autorkę:
👉 Lubimyczytać.pl
👉 Instagram
👉 Facebook

Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo

Czytanie jako rytuał – właśnie od tego zaczyna się prawdziwa magia języka. Może dla wielu z Was będzie to oczywista oczywistość, ale zanim dziecko nauczy się mówić, musi się najpierw „czegoś” nasłuchać. I dobrze by było, żeby to nie było byle co – najlepiej, żeby były to rzeczy powtarzalne, melodyjne i wypowiadane z sercem.

W tej części chciałbym zaproponować, żebyście wdrożyli do Waszego grafiku – tak, wiem, nie macie już miejsca – czytanie, które potraktujecie właśnie jak codzienny rytuał: jak poranną kawę czy serial w telewizji. Nie chodzi o wielkie, epickie historie, tylko o tę samą książeczkę powtarzaną sto razy, z tą samą intonacją i tym samym „bam!” na końcu. Bo właśnie tak rodzi się magia języka. A przy okazji – bliskość.

Czytanie jako rytuał wspierający rozwój językowy dziecka

Niemowlęta – i dzieci w ogóle – najlepiej uczą się, kiedy świat wokół nich nabiera rytmu, przewidywalności i emocjonalnego zakorzenienia. W wieku nastoletnim będzie to proces odwrotny: szukanie wyjątkowości, przekraczanie granic, ucieczka od schematów. Ale teraz? Refren jest królem. To nie przypadek, że dzieci tak bardzo kochają powtarzalne formy – rytuały, znane sekwencje, słowa, które wracają jak echo. I choć to raczej rodzic się nudzi, dziecko właśnie z tych „nudnych” elementów tworzy swój pierwszy porządek świata.

Właśnie ta powtarzalność staje się fundamentem asocjacji – skojarzeń, które pozwalają łączyć dźwięki, gesty i słowa z konkretnymi doświadczeniami. „Bam!” po czymś, co spadło. „Papa!” przy machaniu ręką. „Ciiiii…” w ramionach. Dla dorosłego to banał. Dla dziecka – początek języka. To właśnie dzięki takim drobnym rytuałom dźwięk zaczyna znaczyć, emocja nabiera brzmienia, a świat – struktury. A jeśli dodamy do tego drobne potknięcia i upadki, to także faktury.

Tata czytający książkę małej dziewczynce w piżamie, obok hasło „Wszystko zaczyna się w piżamie!” na tle stosu książek. Grafika promująca wieczorne czytanie jako rytuał rodzicielski.

Dziecko nie potrzebuje jeszcze słownika – potrzebuje kontekstu. I to właśnie my – rodzice – poprzez nieustanne powtarzanie (tak, do znudzenia) i nasze emocjonalne reakcje, tworzymy mapę, po której będzie się poruszać coraz pewniej, aż w końcu zacznie stawiać na niej własne znaki.

Powtarzające się czynności dają dziecku poczucie bezpieczeństwa oraz pomagają mu rozpoznawać wzorce i przewidywać zdarzenia w codziennym życiu. Dlatego właśnie warto wprowadzić stały rytuał czytania – np. po kąpieli, przed snem czy w czasie porannego karmienia. Taki nawyk nie tylko wspiera rozwój poznawczy, ale też buduje głęboką więź emocjonalną między dzieckiem a opiekunem.

Zgodnie z obserwacjami Phyllis A. Christiansen (2000), głośne czytanie już od najwcześniejszych miesięcy życia dziecka sprzyja nie tylko wzbogaceniu słownictwa i rozwijaniu zdolności językowych, ale przede wszystkim stanowi fundament relacji opartej na bliskości, trosce i emocjonalnym rezonansie. Rodzic, który regularnie czyta dziecku, tworzy z nim wspólnotę doświadczenia, w której opowieść staje się nie tylko źródłem treści, ale i formą obecności.

Coraz więcej badań sugeruje, że wiele problemów wychowawczych pojawiających się później – w wieku szkolnym czy nastoletnim – nie bierze się z buntu, ale z deficytów wczesnej bliskości i narracyjnej obecności. W mediach sporo mówi się o „szaleństwach” młodego pokolenia, ale może warto zapytać, czego nie dostało ono wtedy, gdy najbardziej potrzebowało ciepłego głosu i uważnego spojrzenia?

I tu nie chodzi tylko o intuicję. Dane są twarde jak betonowy chodnik po upadku. W czasach PRL-u – gdy polityka prorodzinna polegała na szybkim „oddawaniu” dzieci do żłobków, a matki wysyłano do pracy – doszło do zaburzenia pewnej normatywnej kultury wychowawczej. Dzieci traciły kontakt nie tylko z rodzicami, ale i z babciami, ciociami, sąsiedzką siecią wsparcia.

Dziś… niestety, bywa podobnie. Współcześni rodzice to często dzieci wychowane w tamtym systemie – nie zawsze dostrzegają problem. Niedawno rozmawiałem z wychowawczynią mojego syna, która opiekowała się grupą maluchów – i jednocześnie z dumą opowiadała, że jej własne dziecko chodzi do żłobka. Zajmuje się cudzymi dziećmi, a swoje oddała instytucji. Nie oceniam – ale to właśnie ten mechanizm, o którym piszę niżej.

Czytanie jako rytuał wspierający poczucie bezpieczeństwa – co na to nauka?

Ciekawe światło na ten temat rzuca badanie „Poznawcze i pozapoznawcze koszty opieki dziennej 0–2 dla dzieci z rodzin uprzywilejowanych” (Margherita Fort, Andrea Ichino, Giulio Zanella, 2018). Wynika z niego, że każdy dodatkowy miesiąc pobytu w żłobku w wieku 0–2 lat obniża IQ dziecka o 0,5% (czyli 4,7% odchylenia standardowego) w wieku 8–14 lat – i to w relatywnie zamożnej populacji. Co więcej, siła tego negatywnego efektu rosła wraz z dochodem rodziny. Podobne skutki zauważono także w zakresie rozwoju cech osobowości.

Jeszcze ciekawsze są badania terenowe Hart i Risley (1995), którzy przez 2,5 roku nagrywali godzinne fragmenty życia 42 amerykańskich rodzin. Sprawdzali, jak wygląda językowa codzienność dzieci w wieku 0–2 lat. Wnioski były jednoznaczne: im bogatszy język używany przez rodziców, tym większy zasób słownictwa i wyższe wyniki IQ u dzieci. Dziecko, które było „zanurzone” w języku – nawet jeśli jeszcze go nie rozumiało – miało po prostu większe szanse na rozwój intelektualny i emocjonalny.

Podobne wnioski przynoszą badania Rowe i Goldin-Meadow (2009) oraz Cartmill i in. (2013), które pokazują, że jakość interakcji w pierwszych trzech latach życia – gesty, ton głosu, spojrzenia, wspólne narracje – istotnie wpływa na rozwój słownictwa dziecka przed rozpoczęciem szkoły. A Gunderson i in. (2013) dodają, że nawet pozytywne komunikaty i pochwały kierowane do dzieci w wieku 1–3 lat mają realny wpływ na poziom ich motywacji pięć lat później.

Ponieważ temat jest szeroki i gorący, postanowiłem poświęcić mu osobny wpis: czy opieka dzienna szkodzi dzieciom z bogatych rodzin?

Stos książeczek „Słodziak” na okrągłym stole, obok kolorowe komiksowe hasła „BAM!” i „OH!” oraz tekst: „Dla dorosłego banał, dla dziecka – początek języka.” Grafika podkreśla znaczenie dźwięków i powtarzalności w nauce mowy.

To wszystko prowadzi do prostego, ale potężnego wniosku: czytanie, mówienie i bycie blisko od pierwszych miesięcy życia to nie luksus, ale inwestycja w rozwój dziecka – emocjonalny, poznawczy i społeczny.

Czytanie jako rytuał w codziennym chaosie?

A wszystko zaczyna się od opowieści. Najlepiej wieczorem, w piżamie, z książką, którą znasz już na pamięć – ale Twoje dziecko słucha jej, jakby właśnie odkrywało sens istnienia.

Stały rytuał czytania daje niemowlęciu nie tylko radość płynącą z kontaktu z głosem bliskiej osoby, ale też wprowadza je w świat intonacji, rytmu i struktury języka. Dzięki temu dziecko może „słuchać opowieści”, nawet nie rozumiejąc jeszcze słów – jego mózg już wtedy koduje wzorce komunikacyjne i przygotowuje się do późniejszego rozwoju mowy (Anderson et al., 1985). Rytmiczność, przewidywalność i emocjonalne zaangażowanie dorosłego to trzy elementy, które – jak podkreśla Natalia Kucirkova (2019) – wzmacniają proces wspólnego tworzenia znaczeń i budowania poczucia uczestnictwa. Dla niemowlęcia opowieść staje się wówczas formą bycia „razem”, co ma kluczowe znaczenie dla jego rozwoju emocjonalno-społecznego.

Czytanie niemowlęciu nie jest zadaniem dla tych, którzy mają „więcej czasu” albo „lubią książki”. To – moim zdaniem – absolutna podstawa. Możecie mi wierzyć, że ja też czasami miałem dość; zarówno oczy, jak i głowa odmawiały momentami posłuszeństwa – ale wdrożony i praktykowany rytuał czytania dziś przynosi owoce, naprawdę.

Gdybym miał posłużyć się językiem korzyści, to powinienem napisać, że jest to najtańsza inwestycja o najwyższej stopie zwrotu – w rozwój emocjonalny, językowy i poznawczy. Gwarantuję Wam, że jesteście w stanie uniknąć w przyszłości korepetycji (płatnych), jeśli dzisiaj poświęcicie swoim dzieciom trochę czasu i uwagi. Jest to jednak przede wszystkim Wasza lokata, którą można nazwać: dobra relacja.

Bo dziecko, które codziennie słyszy Twój głos, opowieść i intonację, nie tylko szybciej zacznie mówić – szybciej zacznie ufać światu. A wszystko to zaczyna się w piżamie, z książką, którą znasz na pamięć. I którą przeczytasz jeszcze pięćset razy, zanim Twój mały słuchacz sam powie: „ja czytam”.

Cykl: Opowieść dla niemowlęcia – jak mówić, śpiewać i być blisko

Poznaj wszystkie części cyklu o bliskości, mowie i wspieraniu rozwoju dziecka przez opowieść, dotyk i dźwięk:

Wprowadzenie
👉 Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić
Wprowadzenie do cyklu o mowie, bliskości i rozwoju dziecka.

Część 1
👉 Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo
O sile powtarzalności, rytuałów i wspólnej narracji.

Część 2
👉 Głos, intonacja, mimika – jak opowiadać całym sobą
Jak używać głosu i ciała, by angażować i budować więź.

Część 3
👉 Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść
Książeczki sensoryczne jako pierwszy alfabet zmysłów.

Część 4
👉 Z codziennych historii rodzi się język
Jak proza codzienności staje się fundamentem rozwoju językowego.

Część 5
👉 Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci
O mocy dźwięków, wyrazów dźwiękonaśladowczych i fonologii.

Część 6
👉 Jak śpiewanie dziecku wspiera rozwój, pamięć i relację
Śpiewanie jako opowieść pełna emocji, języka i bliskości.

Część 7 (bonus)
👉 Narracja codzienności: 5 scenariuszy opowieści dla niemowląt
Scenariusze narracyjnych zabaw, które można wpleść w codzienne rytuały.

Bibliografia:

Anderson, Richard C., Elfrieda H. Hiebert, Judith A. Scott, i Ian A. G. Wilkinson. 1985. Becoming a Nation of Readers: The Report of the Commission on Reading. Washington, D.C.: National Institute of Education.

Baer, Sylvia. 2007. Children’s Literature: A Guide to Criticism. Boston: Pearson Education.

Christiansen, Phyllis A. 2000. Read to Me: Raising Kids Who Love to Read. Minneapolis: Augsburg Fortress.

Fort, Margherita, Andrea Ichino, i Giulio Zanella. 2020. „Cognitive and Noncognitive Costs of Day Care at Age 0–2 for Children in Advantaged Families.” Journal of Political Economy 128 (1): 158–205. https://doi.org/10.1086/704075.

Hart, Betty, i Todd R. Risley. 1995. Meaningful Differences in the Everyday Experience of Young American Children. Baltimore: Paul H. Brookes Publishing.

Kucirkova, Natalia. 2019. The Future of the Storybook: Digital Innovation in Early Childhood Literacy. Oxford: Oxford University Press.

Rowe, Meredith L., i Susan Goldin-Meadow. 2009. „Differences in Early Gesture Explain SES Disparities in Child Vocabulary Size at School Entry.” Science 323 (5916): 951–953.

Vygotsky, Lev S. 1978. Mind in Society: The Development of Higher Psychological Processes. Cambridge, MA: Harvard University Press.

Wood, David, Jerome S. Bruner, i Gail Ross. 1976. „The Role of Tutoring in Problem Solving.” Journal of Child Psychology and Psychiatry 17 (2): 89–100.

Agata Widzowska: Słodziak.

Agata Widzowska i jej Słodziak – to właśnie ta książka stała się dla mnie punktem wyjścia do refleksji o tym, kim jesteśmy jako ludzie i dokąd zmierzamy. Kiedy siadam do recenzji jakiejkolwiek książki, w moich myślach na pierwszy plan zawsze wysuwa się człowiek. Naprawdę wspaniała istota – niesamowita, niezbadana, nieodgadniona.

Człowiek – Homo sapiens, „człowiek myślący”. Tak określiła nas nauka, przydając temu gatunkowi cechę wyróżniającą – zdolność do refleksji, samoświadomości, tworzenia kultury i systemów wartości. Paradoksalnie jednak, im więcej wiemy o sobie i świecie, tym wyraźniej dostrzegamy również ciemniejsze aspekty naszego istnienia: bezwzględność, egocentryzm, a nierzadko i obojętność wobec cierpienia innych. Ta dychotomia – między potencjałem myślenia a destrukcyjnością działania – staje się punktem wyjścia dla pytania o to, co może ocalić nas jako gatunek przed „lemingizacją”, czyli bezrefleksyjnym podążaniem za masą ku przepaści etycznej i egzystencjalnej pustce.

Rysunkowy pies Słodziak leży na dywanie obok czerwonej poduszki z napisem „Słodziak” – ilustracja z książki Agaty Widzowskiej dla dzieci.

W tym kontekście literatura – a w szczególności literatura przeznaczona dla najmłodszych – jest, lub – może lepiej byłoby napisać – powinna być narzędziem formacyjnym człowieka w jego najbardziej chłonnym, kształtującym się stadium. I nie jest to stadium kijanki – Twoje dziecko to pełnoprawny, myślący człowiek, którego układ nerwowy rozwija się w tempie miliona połączeń neuronowych na sekundę.

Jak słusznie zauważa Maria Janion, „literatura jest nie tylko lustrem rzeczywistości, ale i laboratorium dusz” – przestrzenią, w której rodzą się wartości, tożsamości i obrazy świata. Literatura dziecięca, poprzez metafory, opowieści i symbole, pełni funkcję nie tylko edukacyjną, ale przede wszystkim aksjologiczną: uczy empatii, sprawiedliwości, odpowiedzialności za słowa i czyny. To przecież najważniejsze wartości, które trzeba pielęgnować i wzmacniać.

Kiedy więc wczoraj, w trakcie Dnia Rodziny, widziałem dwóch chłopców w wieku może sześciu lat, spacerujących ze wzrokiem utkwionym w smartfon, pomyślałem, że muszę przysiąść do książki, by skalibrować swoją perspektywę – perspektywę taty, który czyta, który czasami krzyknie, może nawet przeklnie, ale jest. W zasadzie w każdym momencie, ale bez narzucania – z perspektywą bezpiecznej przestrzeni i przystani.

W tym duchu i z takim nastawieniem sięgnąłem po książkę Agaty Widzowskiej: Słodziak. Od razu czuję się zobowiązany, żeby – zanim napiszę kolejne słowa – przeprosić autorkę, ponieważ tytuł wydał mi się nieco odpychający. Nie przepadam za tym słowem, ponieważ w mojej ocenie jest ono podszyte pewnym negatywnym infantylizmem, może nawet ironią. Kiedy jednak zobaczyłem na okładce rudą, potarganą dziewczynę oraz psa, który przypominał mi Niepieska z serii Psierociniec, a w tle budynek biblioteki, uznałem, że być może autorka próbuje mnie nabić w „Słodziaka”.

Słodziak – język obrazu dla najmłodszych

Muszę przyznać, że jednym z największych atutów Słodziaka są ilustracje Marty Rydz-Domańskiej. Nie tylko dopełniają tekst Agaty Widzowskiej, ale też pogłębiają jego przesłanie, znakomicie wpisując się w tradycję literatury formacyjnej. W książkach dla dzieci ilustracja pełni funkcję nie tylko estetyczną, ale – co ważniejsze – poznawczą i emocjonalną. Jest równorzędnym nośnikiem znaczeń, przewodnikiem po świecie wartości i uczuć. Styl Rydz-Domańskiej – miękki, nasycony kolorem, oparty na uproszczonej metaforyce – buduje atmosferę bezpieczeństwa, wrażliwości i czułości. Uważam zresztą, że ilustratorzy wciąż są zbyt rzadko doceniani przez krytyków i recenzentów, choć ich rola – zwłaszcza w literaturze dla najmłodszych – jest fundamentalna. To przecież dzieci słuchając opowieści, równocześnie „czytają” obrazem.

To właśnie dzięki ilustracjom młody czytelnik może wejść w opowieść głębiej, niejako ją poczuć, zanim ją w pełni zrozumie. Symboliczna przestrzeń biblioteki – obecna w tle okładki – odsyła do idei przejścia: od dziecięcego chaosu ku porządkowi refleksji, od intuicji ku świadomości. Literatura – wsparta obrazem – staje się w tym ujęciu nie tylko narzędziem edukacji, ale formowania człowieka.

Zresztą, z własnej perspektywy muszę wam napisać, że dla mnie biblioteka pełniła w dzieciństwie taką właśnie funkcję. Było to miejsce, w którym szukałem przyjaciół, inspiracji, wrażliwości – i nie jest to z mojej strony czcze gadanie.

A zatem:

Rysunkowy pies z książki „Słodziak” mówi „Psień dobry!” – zabawna ilustracja z neologizmem typowym dla stylu Agaty Widzowskiej.

W zasadzie od pierwszych słów wiedziałem, że Agata Widzowska konsekwentnie realizuje własny, wyjątkowy i odrębny styl pisarski. Ponieważ bardzo lubię wszelkie eksperymenty językowe, które wzbogacają nasz polski, ludzki język, z tym większą radością zagłębiałem się w kolejne warstwy, w których Psistojny bohater ukazuje czytelnikowi pewną psią perspektywę relacji międzygatunkowych. Psy, koty i konie – w takiej właśnie kolejności – to przecież najwcześniej udomowione zwierzęta, które znajdziemy w niemal każdej przestrzeni związanej z ludzką aktywnością.

Jak Słodziak buduje most między językiem a emocjami

Ponieważ wychodzę z założenia, że moje recenzje nie mogą być jałowym zestawem refleksji, zajrzyjmy także w pisarski obszar warsztatowy. Słodziak wita się z nami bardzo kulturalnie – na sposób psio-ludzki – co jedynie podkreśla zależność między psem a człowiekiem. Słowa: „Psień dobry”, „Psistojny”, a także „Psianel nr 5” to świetne przykłady neologizmów językowych, a ściślej: zoo-neologizmów lub animalizmów stylistycznych.

A teraz uwaga, bo będzie jeszcze trudniej – to zoonimizowane neologizmy leksykalne. Brzmi pięknie i fachowo, prawda? Innymi słowy: to nowe określenia tworzone przez połączenie elementu językowego odnoszącego się do zwierząt – tak jak w tym przypadku „psi-” – z istniejącym słowem.

Jeśli chcielibyście się pochwalić w towarzystwie znajomością językoznawczej terminologii, możecie powiedzieć, że Agata Widzowska często stosuje kontaminacje językowe (zlepki wyrazowe):

  • „psień dobry” = „psi” + „dzień dobry”
  • „psistojny” = „psi” + „przystojny”

Jeśli chodzi o zabiegi stylistyczne, to godne uwagi jest także imię, które Słodziak chciałby nosić – Fetor Wspaniały to przykład słowotwórstwa emocjonalnego, ironiczne przeciwstawienie do „Słodziak”.

Jest jeszcze jeden ciekawy zabieg językowy związany z lekarzem weterynarii, którego obawia się Słodziak: Lukrecjusz Kocimiętek. Prawdopodobnie powinienem teraz uważać na to, co piszę – zwłaszcza że moja żona jest lekarzem weterynarii – ale nie mogę się oprzeć.

Postać doktora Lukrecjusza Kocimiętka z książki „Słodziak” Agaty Widzowskiej – ilustracja weterynarza z tabliczką imienną i strzykawką w dłoni.

Otóż w tym imieniu autorka zastosowała bardzo ładny zabieg, który aż prosi się o językoznawczą interpretację.
Imię pochodzi od Tytusa Lukrecjusza (łac. Lucretius), rzymskiego filozofa i poety, autora dzieła De rerum natura. Wprawdzie etymologicznie nie jest do końca jasne pochodzenie imienia, ale przypuszczalnie wywodzi się ono z łaciny i może być związane ze słowem lucrum – „zysk”, „korzyść”. W odniesieniu do profesji weterynarza wydaje się to mieć dość szczególne znaczenie.

Z kolei nazwisko wspomnianego lekarza – Kocimiętek – to przykład onomastycznej kontaminacji i gry słów:

  • koci + mięta → kocimiętka, roślina o szczególnym działaniu na koty (ale niekoniecznie na psy),
  • końcówka „–ętek” nadaje nazwisku słowiańsko-ludowe brzmienie i humorystyczną pseudorealność.

W efekcie powstaje kontrastowy i komiczny pseudonim, typowy dla literatury dziecięcej. Podobnych przykładów możemy znaleźć w literaturze co najmniej kilka, np.: Ambroży Kleks, doktor Dolittle.

Dlaczego autorka tak zrobiła? Zakładam, że po to, by uzyskać bardzo przyjemny efekt humorystyczny, który wpisuje się w potrzebę językotwórczą dzieci. Każdy rodzic jest w stanie przywołać przynajmniej kilka „niesamowitych” słów stworzonych przez dzieci. Te słowa świadczą także o pewnej rodzinnej wspólnocie – zazwyczaj nie spotkamy takich samych dziecięcych neologizmów w innych rodzinach. Zapamiętujcie je, a jeśli chcecie się nimi pochwalić – zróbcie to w komentarzu.

Na szczególną uwagę w twórczości Agaty Widzowskiej zasługuje, moim zdaniem, umiejętność łączenia prozy z poezją i odwrotnie. Wspomniałem już o serii Psierociniec, w której zetkniecie się z psim poetą – w Słodziaku jest podobnie. Pozwólcie, że w ramach ćwiczeń z poetyki przeprowadzę ekspresową analizę dwóch wierszy – ale robię to także z pewnym nastawieniem interpretacyjnym, ponieważ jest to, w mojej ocenie, bardzo ważny zabieg.

Wiersz Słodziak, niejako inicjujący, prowadzony jest w pierwszoosobowej narracji z psiej perspektywy. Pełen humoru, przerysowanej logiki i pytań retorycznych. Czterowersowy, regularny układ strof, w których prawie każda zbudowana jest z ośmiu sylab. Rymy w układzie parzystym (aabb), często dokładne, żeńskie.

Drugi, a właściwie trzeci (bo w książce znajdziemy jeszcze jeden wiersz zbudowany na tej samej zasadzie co „Słodziak”), utwór, który moim zdaniem zasługuje na uwagę, to „Kotka Lusia”. Charakteryzuje się narracją trzecioosobową – to już bardziej opowieść z elementami współczucia i wzruszenia. Można ją uznać za mini-bajkę z morałem, co – obok onomatopeicznego refrenu – doskonale wpisuje się w styl Agaty Widzowskiej. Na marginesie dodam, że autorka chyba rzeczywiście darzy dźwiękonaśladowcze słowa szczególną sympatią, skoro jej profil na Facebooku nosi nazwę „Onomatopejka”. Wiersz składa się z sześciu strof, napisanych również ośmiozgłoskowcem, z regularnym układem rymów.

Dlaczego zwróciłem na to uwagę? Otóż możemy zaobserwować pewne wyjście ze świata poezji, właściwego dla psiej i kociej perspektywy, do świata prozy. Z prozą łączy się nam od razu pewien frazeologizm – a ściślej: metafora idiomatyczna – „proza życia” – i w istocie coś na rzeczy jest. Kot i pies mają szansę na zawiązanie relacji dzięki wysiłkowi człowieka oraz ich wspólnej pracy, z jego racjonalnym nastawieniem i perspektywą rozwiązywania sporów, zawiązywania przyjaźni. Tego byśmy przecież wszyscy pragnęli.

Jest jeszcze jedna bardzo ciekawa rzecz, na którą zwróciłem uwagę – i być może niektórzy tatusiowie również zwrócą:

„Spójrz tylko na mój wilczy nos! Składa się z dwóch otworów, tak samo jak twój, ludzki, ale działa sześćdziesiąt razy mocniej. Rzeczy, które kojarzą mi się pozytywnie, czuję prawym nozdrzem, a te, których się boję, nie rozpoznaję lub nie lubię – lewą stroną nosa.”

Muszę wam napisać, że od razu włączyło mi się męskie myślenie: sprawdzam.
Wyobraźcie sobie, że znalazłem potwierdzenie słów, które przeczytałem w książce dla dzieci! Otóż w badaniu opublikowanym w 2016 roku przez Marcello Siniscalchiego i współpracowników zaobserwowano, że psy wykazują preferencję w używaniu jednego nozdrza nad drugim, w zależności od emocjonalnego znaczenia zapachu.

Na przykład:

  • prawe nozdrze było częściej używane do wąchania zapachów wywołujących stres lub niepokój, takich jak zapachy innych psów w stresujących sytuacjach,
  • lewe nozdrze było preferowane przy wąchaniu zapachów ludzi w sytuacjach wywołujących strach – co sugeruje różne ścieżki przetwarzania emocjonalnych sygnałów chemicznych w zależności od ich źródła.

To zjawisko wskazuje na lateralizację funkcji mózgu u psów – różne półkule mogą być zaangażowane w przetwarzanie różnych typów emocjonalnych bodźców zapachowych. Niesamowite, prawda?

Intertekstualna perspektywa recepcji

Oczywiście nie będę zdradzał fabuły tej naprawdę doskonałej do rozważań z dzieckiem książki, ponieważ mogłoby się zdarzyć, że wtedy po nią nie sięgniecie. Gdybyście mnie natomiast zapytali, o czym jest ta konkretnie książka, to bez dłuższego zastanowienia odpowiedziałbym wam, że to historia o zabliźnianiu. Brzmi intrygująco? Już wyjaśniam.

Po pierwszym czytaniu niemal automatycznie wychwyciłem istotne – w mojej ocenie – warstwy, co sugerowałem już wyżej. Mamy sferę i perspektywę psią, kocią i ludzką, które w pewnych momentach zaczynają na siebie nachodzić, zaczynają się przenikać. Kluczem do recepcji Słodziaka stał się dla mnie wiersz Edwarda Stachury, który w całości zamieszczam poniżej, ponieważ dobrej poezji nigdy za wiele:

Edward Stachura – Człowiek człowiekowi

Człowiek człowiekowi wilkiem
Człowiek człowiekowi strykiem
Lecz ty nie daj się zgnębić
Lecz ty nie daj się spętlić

Człowiek człowiekowi szpadą
Człowiek człowiekowi zdradą
Lecz ty nie daj się zgładzić
Lecz ty nie daj się zdradzić

Człowiek człowiekowi pumą
Człowiek człowiekowi dżumą
Lecz ty nie daj się pumie
Lecz ty nie daj się dżumie

Człowiek człowiekowi łomem
Człowiek człowiekowi gromem
Lecz ty nie daj się zgłuszyć
Lecz ty nie daj się skruszyć

Człowiek człowiekowi wilkiem
Lecz ty nie daj się zwalczyć
Człowiek człowiekowi bliźnim
Z bliźnim się możesz zabliźnić

(Stachura, 1978, s. 60–61)

Być może zapytacie, dlaczego kluczem interpretacyjnym uczyniłem wiersz Stachury, wszak przysłowie „człowiek człowiekowi wilkiem” pochodzi z literatury antycznej, a zostało spopularyzowane przez Thomasa Hobbesa w XVII wieku. Podstawą takiego tropu były jednak słowa wypowiedziane przez samego Słodziaka: „Moim praprapradziadkiem był słynny wilk Dziki Zgryz, a prapraprababcią wilczyca Gryzelda Łapczywa”.

Wydarzenia, które następują w dalszej części książki, stanowią niejako potwierdzenie idei zabliźniania. Najpierw Słodziak zabliźnia się ze swoją opiekunką, tworząc relację opartą na trosce i zaufaniu. Następnie dochodzi do zabliźnienia kota z psem – choć nie jest to ukazane wprost, można uznać, że skoro Słodziak planuje zachować się jak psientelmen, to proces pojednania jest w toku. W kolejnych partiach obserwujemy powstawanie więzi na linii pies–człowiek–pies, w której to zwierzę staje się medium relacji. Finalnie następuje symboliczne połączenie między dwoma psami, wraz z obietnicą kontynuowania tej ścieżki – ścieżki budowania wspólnoty.

Zarówno klasyczne baśnie, jak i współczesne opowieści dla dzieci stanowią przestrzeń, w której młody czytelnik konfrontuje się z problemem dobra i zła, uczy się rozumienia emocji – własnych i cudzych – oraz nabywa kompetencje narracyjne, niezbędne do tworzenia spójnego obrazu świata i siebie w tym świecie. Jak trafnie zauważył Bruno Bettelheim w książce Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni, to właśnie literatura dziecięca, poprzez symboliczną opowieść, pozwala dziecku „uporządkować wewnętrzny chaos” i odnaleźć sens w świecie często niezrozumiałym i sprzecznym.

Wobec kryzysów współczesności – ekologicznych, społecznych, duchowych – powrót do literatury jako formy kształtowania młodego człowieka nie jest jedynie estetycznym wyborem, ale etycznym imperatywem. Tylko człowiek wychowany w duchu wartości może realnie sprostać wyzwaniom przyszłości. A literatura – jako dziedzina myślenia, przeżywania i opowiadania – ma moc nie tylko opisywać świat, ale również go zmieniać.

Projekt bez nazwy 15

Bibliografia:

  • Janion, M. (1980). Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś. Warszawa: PIW.
  • Siniscalchi, M., d’Ingeo, S., & Quaranta, A. (2016). The dog nose “KNOWS” fear: Asymmetric nostril use during sniffing at canine and human emotional stimuli. Behavioural Brain Research, 304, 34–41. https://doi.org/10.1016/j.bbr.2016.02.011
  • Stachura, E. (1978). Człowiek człowiekowi. W: Missa pagana (s. 60–61). Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy.
  • Bettelheim, B. (1985). Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni. (Tłum. D. Danek). Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy.
Okładka książki Słodziak Agaty Widzowskiej

Podsumowanie recenzji

Tytuł: Słodziak

Autor książki: Agata Widzowska

Ilustracje: Marta Rydz-Domańska

Wydawnictwo: BIS

Data publikacji: 10 maja 2024

Format: Twarda oprawa

ISBN: 978-83-7551-810-8

Autor recenzji: Tata Czyta

Ocena: ⭐⭐⭐⭐⭐ (5/5)

Zalety:

  • Piękny język i wartościowe przesłanie
  • Oryginalne neologizmy i psia perspektywa
  • Ilustracje pełne czułości i emocji

Wady: Brak istotnych dla odbioru wad

Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić

To pierwszy z siedmiu artykułów z cyklu „Jak zachęcić niemowlę do słuchania opowieści? Techniki i proste zabawy”. Jeśli jesteś tu po raz pierwszy – witaj w miejscu, gdzie duch prawdziwej literatury i zapach farby drukarskiej ma większe znaczenie niż aplikacje edukacyjne, a mówienie do niemowlęcia nie jest oznaką szaleństwa, tylko budowaniem międzypokoleniowego mostu, inwestycją w ludzkie zdolności do tworzenia sensu.

W kolejnych częściach opiszę jak za pomocą głosu, mimiki, codziennych rytuałów i zabaw zbudować połączenie między Twoim światem a tym dopiero kształtującym się w umyśle Twojego dziecka. A wszystko to bez konieczności sięgania do portfela, bo jak napisał Mickiewicz w Romantyczności – Miej serce i patrzaj w serce!

Opowieść to część rodzicielstwa

Kiedy dorosły – tak naprawdę już nieco oderwany od dziecięcego świata przez bagaż doświadczeń zawodowych, społecznych i codziennego absurdu – zostaje rodzicem, świat staje na głowie. Dosłownie i w przenośni. Dziecko nie jest pieskiem ani kotkiem, który po kilku tygodniach stanie się w dużej mierze samodzielny, gotowy do wyjścia na spacer, a potem cierpliwego czekania na swojego opiekuna. Ludzkie „szczenię” potrzebuje lat, by zbudować swoją tożsamość, a po drodze – niezliczonej liczby opowieści, powtarzanych gestów, rytuałów i słów, które z początku nic nie znaczą.

Opowieść to część rodzicielstwa – budowanie więzi przez czytanie

I tak – całkowicie rozumiem tych, którzy nie decydują się na to największe wyzwanie, na które tak naprawdę nie da się przygotować. Stając się rodzicem, wchodzisz jakby w drugi krąg życia – i bywa to zaskakująco przyjemne, zwłaszcza dla ojców. Można znów bawić się zabawkami, oglądać kreskówki, snuć plany o wędkarskich wyprawach i wspólnym „grzebaniu” w kilkuletnim samochodzie (o nowym lepiej zapomnieć na parę lat). Rodzicielstwo to także czas słuchania i opowiadania. Sporo tego, prawda? A nawet się jeszcze dobrze nie rozkręciłem!

Dlatego serio – zero pretensji do tych, którzy wybierają inną ścieżkę. Ale z drugiej strony… rodzice Marii Curie, Kopernika, Leonardo da Vinci… też mogli się nie zdecydować na posiadanie dzieci, kto wie może właśnie Wasze geny niosą w sobie potencjał geniuszu? Wiem, że rodzicielstwo nie jest drogą dla każdego, a już na pewno nie dla tych, którzy cenią sobie regularny sen i niezachwiany stan umysłu. Jeśli jednak drzemie w Was potrzeba zrobienia w życiu czegoś naprawdę wyjątkowego, to nie obawiajcie się roli rodzica.

Skoro jednak czytasz dalej, to prawdopodobnie jesteś – albo w niedalekiej przyszłości zostaniesz – jednym z najlepszych nawigatorów na świecie. Będziesz wskazywał kierunek, podnosił w razie upadku, przewijał i robił te wszystkie „obrzydliwe” rzeczy, które ja też robiłem. Zanim jednak nadasz swojemu odrzutowcowi trochę ciągu, zastanawiasz się zapewne, jak to wszystko ogarnąć.

Muszę przyznać: czterokrotnie wchodziłem w ten stan umysłu i za każdym razem odkrywanie tych wszystkich małych rzeczy napawało mnie mega optymizmem i dawało zastrzyk dopaminy.

Być może już czytałeś na moim blogu, jak bardzo czekałem na moment, kiedy wreszcie będę mógł poczytać swoim dzieciom. Być może Ty też masz takie potrzeby – ale za każdym razem, albo przynajmniej często, trafiasz na barierę… ze strony dziecka.

Co zrobić, gdy dziecko nie reaguje na opowieść?

To teraz uważaj. Wszystko postaram się wyjaśnić, opierając się na mądrych księgach, które mnie także „otwierały” oczy.

Wprawdzie niemowlę nie rozumie jeszcze słów w sposób dorosły, jego mózg od pierwszych dni życia intensywnie reaguje na wszelkie bodźce językowe. Już w brzuchu mamy oswaja się z jej głosem – i z Twoim, tato, też powinno – z jego rytmem, melodią, obecnością. Po narodzinach nie chodzi jeszcze o rozumienie, tylko o rezonans.

Widzieliście kiedyś pływające po wodzie żaby, które zaczynają rechotać, a po chwili dołączają kolejne i kolejne? Tak właśnie działa wasz głos – rezonuje w rozwijającym się umyśle, tworząc kręgi, które rozchodzą się, wprowadzając nowe znaczenia, rozbudzając wyobraźnię i potrzebę komunikacji.

Mowa – nawet jeśli to tylko monolog powstający w trakcie wrzucania ubrań do pralki – buduje fundamenty jego przyszłego świata. Nie martw się, nie zwariowałeś, jeśli mówisz swojemu dziecku o każdej najdrobniejszej czynności. Ono potrzebuje każdej głoski. Każdej! To właśnie z tych dźwięków, opowieści i powtarzanych fraz formują się podstawy języka, myślenia, a nawet poczucia bezpieczeństwa.

Jedną z pierwszych rzeczy, z których warto zdawać sobie sprawę jako rodzic, jest to, że rozwój czytania i rozumienia tekstu zaczyna się znacznie wcześniej niż formalna nauka w szkole. Moim zdaniem to właśnie umiejętność snucia opowieści jest jedną z najbardziej zapomnianych i niedocenianych kompetencji rodzicielskich.

Cywilizacyjnie mamy to wpisane w DNA – skoro równolegle rozwijały się różne kultury, które stopniowo dążyły do utrwalenia tego, co wcześniej było przekazywane ustnie. Możemy zacząć od eposu o Gilgameszu – jednego z najstarszych znanych utworów literackich – poprzez historie biblijne, Wedy indyjskie, aż po mity greckielegendy słowiańskie. Każda z tych opowieści zaczynała się od głosu, od kogoś, kto opowiadał, zanim ktokolwiek to zapisał.

Zobaczmy, co się dzieje u Lewisa w Opowieściach z Narnii – tam tekst jest tylko punktem wyjścia. To nie litery na papierze budują świat, ale opowieść, która je ożywia. To właśnie opowieść daje ocalenie, chroni, niesie sens, pozwala zapomnieć o złych doświadczeniach – albo je przetworzyć. Dziecko nie potrzebuje na początku czytania – potrzebuje opowieści, która ma rytm, emocje i znaczenie.

Dlatego warto rozwijać od pierwszych chwil u dziecka umiejętność słuchania i reagowania na mowę – zanim jeszcze wypowie pierwsze słowo. To tzw. wczesna alfabetyzacja, obejmująca rozumienie intonacji, rytmu i struktury języka (Anderson, Hiebert, Scott & Wilkinson, 1985).

Do podobnych wniosków dochodzi także Christiansen (2000), który w swoim opracowaniu podkreśla, że głośne czytanie już od okresu niemowlęctwa przyczynia się nie tylko do wzbogacenia słownictwa i rozwoju językowego, ale również wspiera tworzenie silnej więzi emocjonalnej między rodzicem a dzieckiem. Codzienne rytuały lektury sprzyjają poczuciu bezpieczeństwa i przewidywalności – a to są fundamenty, o które warto dbać bardziej niż o czyste ręce w czasie covid-19.

Otwarta książka dziecięca, wokół której unoszą się niebieskie i różowe motyle – wizualna metafora, że każda opowieść otwiera świat wyobraźni dziecka.

Inni badacze, m.in. Kucirkova, Sheehy i Messer (2012), zwracają uwagę, że jakość wspólnych interakcji, szczególnie tych opartych na opowieści i narracji, ma ogromne znaczenie dla przyswajania przez dziecko języka oraz struktur poznawczych. W duchu teorii Wygotskiego dziecko uczy się najefektywniej wtedy, gdy dorosły angażuje je w dialog oparty na współtworzeniu znaczeń.

W literaturze pedagogicznej i psychologicznej można spotkać się z terminem „scaffolding”(rozwojowy), który odnosi się do sposobu wspierania dziecka w uczeniu się i rozwoju. Brzmi dość technicznie – trochę jak coś, co wymaga tablicy, wykresów i kawy w kubku z napisem „nauczyciel roku”. Ale w rzeczywistości ten termin doskonale opisuje to, co wielu rodziców robi zupełnie intuicyjnie – towarzyszy, podpowiada, ułatwia i… stopniowo się wycofuje.

Jak wyjaśniają badacze:

„Scaffolding” – to tymczasowe, elastyczne wsparcie udzielane dziecku przez dorosłego, które umożliwia mu wykonanie zadania przekraczającego jego aktualne możliwości. Gdy dziecko staje się bardziej samodzielne, wsparcie jest stopniowo wycofywane, jak rusztowanie po zakończonej budowie.”
(na podstawie koncepcji rozwoju L. Wygotskiego, rozwiniętej przez D. Wooda, J. Brunera i G. Rossa)

W praktyce? To rozmowa podczas spaceru, kiedy dziecko nie zna jeszcze słów, ale Ty je dla niego znajdujesz. To wspólne czytanie, w którym zadajesz pytania, zanim ono nauczy się je zadawać. To dokładnie to, co robisz codziennie – często nieświadomie, a jednak bardzo skutecznie.

Brzmi to może skomplikowanie, ale prawdopodobnie wielu z was robi to intuicyjnie. Bo większość dzieci – prędzej czy później – zaczyna opowiadać niestworzone historie. Często nie rozumieją jeszcze znaczenia słów, których używają, ale to właśnie na tym polega magia. Pozwólcie im na to. Wspierajcie, fantazjujcie, mówcie w dziecięcej nowomowie razem z nimi. To nie jest język obcy – to wasz wspólny kod. A każda opowieść, nawet jeśli zaczyna się od rechotu żaby, może kiedyś zakończyć się w sali noblowskiej.

Właśnie takie środowisko – wspólne czytanie, mówienie do dziecka, opowiadanie historii – stanowi podstawę tego, co w literaturze fachowej nazywane jest prawdziwym wsparciem rozwojowym. To koncepcja oparta na teorii Wygotskiego o strefie najbliższego rozwoju – czyli przestrzeni między tym, co dziecko potrafi zrobić samo, a tym, co może osiągnąć z pomocą dorosłego.

W skrócie:

dorosły nie wyręcza, ale towarzyszy, podpowiada, sugeruje, aż dziecko samo zrobi kolejny krok – trochę jak przy budowie rusztowania: jest obecne tylko tak długo, jak długo jest potrzebne.

Przykład z życia:

Dziecko jeszcze nie potrafi opowiedzieć, co widziało na spacerze, ale Ty mówisz:
– „Widziałeś pieska, prawda? Jakiego miał koloru obrożę? Czerwoną? Tak! A piesek był…? Duży czy mały?”
I nagle bach – ono się włącza, zaczyna próbować, opowiadać na swój sposób.

Właśnie tak tworzysz wsparcie rozwojowe – nie wykonujesz zadania za dziecko, ale dajesz mu strukturę, dzięki której może sięgnąć wyżej, niż potrafiłoby samo.

Brzmi mądrze? Może, ale w praktyce to po prostu codzienna, czuła obecność, kilka dialogów z pralką i mnóstwo, dziesiątki powtórzeń. A to wszystko – choć wygląda zwyczajnie – ma moc budowania świata, w którym dziecko czuje się bezpieczne, ciekawe i gotowe do mówienia, a w przyszłości – do samodzielnego czytania, pisania i rozumienia świata.

Co więcej, kontakt z literaturą dziecięcą – nawet w formie książeczek kontrastowych czy prostych, rytmicznych wierszyków – pobudza zmysły, rozwija pamięć słuchową oraz umiejętność rozpoznawania emocji. Pierwsze doświadczenia lekturowe wpływają na sposób, w jaki dziecko będzie w przyszłości postrzegać świat, siebie i relacje z innymi (Baer, 2007).

To dopiero początek naszej opowieści – i uwierz mi, naprawdę warto czytać dalej. W kolejnych częściach cyklu przyjrzymy się, jak opowieść staje się codziennym narzędziem budowania więzi, języka i wyobraźni. Zaczniemy od czytania jako rytuału (część 1), potem zanurzymy się w świat głosu, intonacji i mimiki – czyli opowiadania całym sobą (część 2). Pokażę Ci także, jak działają książeczki sensoryczne (część 3) i jak codzienne sytuacje – nawet przewijanie – mogą stać się opowieścią (część 4). Zbadamy rolę zabawy głosem i śpiewu jako fundamentów języka (część 5), a także śpiewu jako pierwszej formy literatury (część 6). Na koniec zaproszę Cię do tworzenia narracyjnych zabaw w ruchu i rutynie – z gotowymi pomysłami do wykorzystania (część 7).

Bo zanim dziecko przeczyta swój pierwszy wyraz, musi usłyszeć setki opowieści – najlepiej w Twoim wykonaniu.

Cykl: Opowieść dla niemowlęcia – jak mówić, śpiewać i być blisko

Poznaj wszystkie części cyklu o bliskości, mowie i wspieraniu rozwoju dziecka przez opowieść, dotyk i dźwięk:

Wprowadzenie
👉 Opowieść zaczyna się tu: jak mówić do niemowlęcia, zanim zacznie mówić
Wprowadzenie do cyklu o mowie, bliskości i rozwoju dziecka.

Część 1
👉 Czytanie jako rytuał: jak codzienne książki budują język, bliskość i bezpieczeństwo
O sile powtarzalności, rytuałów i wspólnej narracji.

Część 2
👉 Głos, intonacja, mimika – jak opowiadać całym sobą
Jak używać głosu i ciała, by angażować i budować więź.

Część 3
👉 Rozwój dziecka przez dotyk i opowieść
Książeczki sensoryczne jako pierwszy alfabet zmysłów.

Część 4
👉 Z codziennych historii rodzi się język
Jak proza codzienności staje się fundamentem rozwoju językowego.

Część 5
👉 Zabawy głosem – jak dźwięki wspierają rozwój języka u dzieci
O mocy dźwięków, wyrazów dźwiękonaśladowczych i fonologii.

Część 6
👉 Jak śpiewanie dziecku wspiera rozwój, pamięć i relację
Śpiewanie jako opowieść pełna emocji, języka i bliskości.

Część 7 (bonus)
👉 Narracja codzienności: 5 scenariuszy opowieści dla niemowląt
Scenariusze narracyjnych zabaw, które można wpleść w codzienne rytuały.

Biblliografia:

w trakcie pisania artykułu wykorzystałem następujące materiały:

Anderson, Richard C., Elfrieda H. Hiebert, Judith A. Scott, and Ian A. G. Wilkinson. Becoming a Nation of Readers: The Report of the Commission on Reading. Washington, DC: National Institute of Education, 1985.

Baer, Sylvia. Thematic Literature and Literacy Activities for Young Children. Beltsville, MD: Gryphon House, 2007.

Christiansen, Phyllis A. Reading Aloud: Building a Foundation for Literacy. St. Paul, MN: University of Minnesota Extension, 2000.

Fort Margherita, Andrea Ichino, i Giulio Zanella. 2020. „Cognitive and Noncognitive Costs of Day Care at Age 0–2 for Children in Advantaged Families.” Journal of Political Economy 128 (1): 158–205. https://doi.org/10.1086/704075.

Kucirkova, Natalia. How and Why to Read with Your Toddler. Oxford: Oxford University Press, 2019.

Kucirkova, Natalia, Kieron Sheehy, and David Messer. „Reading Together: A Program for Parent–Child Shared Reading Using Interactive E-books.” Journal of Early Childhood Literacy 13, no. 4 (2013): 503–528.

Vygotsky, Lev S. Mind in Society: The Development of Higher Psychological Processes. Edited by Michael Cole, Vera John-Steiner, Sylvia Scribner, and Ellen Souberman. Cambridge, MA: Harvard University Press, 1978.

Wood, David, Jerome S. Bruner, and Gail Ross. „The Role of Tutoring in Problem Solving.” Journal of Child Psychology and Psychiatry 17, no. 2 (1976): 89–100.

Książka, która krzyczy: Strajk, Eduarda Lima

Nie ocenia się książki po okładce. Chyba że ta okładka krzyczy: STRAJK. Nie od dziś wiadomo, że nie szata zdobi człowieka – tak samo jak nie powinno się oceniać książki po okładce. A jednak… trudno przejść obojętnie obok ilustracji, która od razu przykuwa wzrok: Strajk. Sięgnąłem po tę książkę niemal odruchowo. Dlaczego?

Bo to słowo niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny i społeczny. Strajk to bunt. Zbiorowy sprzeciw. Wołanie o zmianę. W polskiej historii mamy całe archiwum takich momentów: strajk dzieci we Wrześni, protesty lat 60., kopalnia Wujek, stoczniowcy, nauczyciele, rolnicy, górnicy, a w najnowszym wydaniu – strajk kobiet. Strajk to nie tylko narzędzie polityczne. To język. Emocja. Narracja. Literatura uwielbia takie chwile.

I nawet jeśli nie mówimy o „strajku” dosłownie, wiele arcydzieł polskiej literatury opowiada o buncie – w najróżniejszych formach. Oto kilka przykładów, które jako dorośli możecie pamiętać jeszcze ze szkolnych ławek:

1. Adam Mickiewicz – Dziady cz. III (1832)
To nie strajk w sensie dosłownym, ale atmosfera oporu wobec zaborczej władzy przenika każdą scenę. Konrad, więziony przez cara, staje się symbolem duchowego sprzeciwu. To literacki protest, który odbywa się nie na ulicy, lecz w sercu i duszy narodu.

2. Juliusz Słowacki – Kordian (1834)
Kordian nie organizuje strajku, ale buntuje się przeciwko konformizmowi, fałszywemu patriotyzmowi i bierności elit. Jego przeciwnikiem jest car, ale prawdziwym wrogiem – narodowa apatia.

3. Stefan Żeromski – Przedwiośnie (1924)
Scena marszu robotników zakończona masakrą to jeden z najbardziej przejmujących literackich obrazów protestu. Cezary Baryka patrzy, jak ideały zderzają się z brutalnością rzeczywistości.

4. Witold Gombrowicz – Ferdydurke (1937)
Ferdydurke to protest przeciwko Formie – szkole, rodzinie, językowi, tożsamości. To odmowa udziału w „narodowym teatrze powagi”. Młodość mówi: nie.

5. Sławomir Mrożek – Tango (1964)
Artur nie buntuje się przeciwko opresji, lecz przeciwko… nadmiarowi wolności, chaosowi, bezideowości. To intelektualny strajk przeciwko bezładnej rewolucji.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo Strajk – ta niepozorna, a jednocześnie wyrazista książka obrazkowa dla dzieci – wpisuje się w długą tradycję opowieści o sprzeciwie. Dzieci od najmłodszych lat czytają świat poprzez obrazy. Zanim nauczą się liter, rozumieją emocje ukryte w kresce, kolorze i kompozycji. Ilustracja to ich pierwszy język – także język buntu.

Obraz nie jest tu dodatkiem. To integralna część przekazu – często bardziej pierwotna i instynktowna niż słowo. Dzieci nie tylko patrzą – one „czytają” ilustracje: rozpoznają emocje postaci, napięcia między kolorami, symbolikę przestrzeni. Książka staje się architekturą wyobraźni – z oknami do innych światów i drzwiami, które można otwierać wciąż na nowo.

I choć to „tylko” książka dla dzieci – a może właśnie dlatego – jej ilustracja przypomina transparent niesiony w tłumie. A może to właśnie dzieci, zanim nasiąkną dorosłymi kompromisami, najlepiej rozumieją, czym naprawdę jest bunt?

To prowadzi mnie do myśli Charlotte Huck:

„Książki są czasem oknami, oferującymi widoki na światy – realne lub wyobrażone, znajome lub obce. Te okna są też przesuwanymi drzwiami: wystarczy wyobraźnia, by wejść do środka i stać się częścią stworzonego świata.”

I oto wreszcie otwieram Strajk, zerkając po raz ostatni na okładkę. Widzę zwierzęta – domowe i dzikie – odwrócone plecami do mnie. Pierwsze słowa, czerwone, wyraźne, mocne, brzmią:

„Wszystko zaczęło się od tego, że pewien ptak przestał śpiewać…”

„Jesteś częścią tej układanki”. Fragment książki „Strajk” Eduarda Lima
Jesteś częścią tej układanki – podobnie jak każde dziecko, które widzi więcej, niż nam się wydaje. Fragment książki Strajk (wyd. Babaryba)

Dlaczego przestał? I co jego milczenie wywołało u innych zwierząt? O tym dowiecie się podczas lektury książki. Ale zanim ją otworzycie, chciałbym zaprosić Was do krótkiej, lecz – moim zdaniem – ważnej refleksji.

Czy potraficie wyobrazić sobie świat bez śpiewających ptaków? Bez denerwujących komarów i irytujących much? Wiem – to nie są najbardziej charyzmatyczni przedstawiciele fauny, ale – cóż – są częścią świata, który znamy. I choć czasem przynoszą więcej zgrzytów niż zachwytów, ich obecność tworzy codzienną symfonię życia.

Moje dzieci, kiedy wiosną pojawia się pierwsza mucha, traktują ją z niemal religijnym szacunkiem – większym niż dla świętego Mikołaja, którego przecież też wyczekują cały rok. Ta pierwsza mucha jest nie do ruszenia. Obserwują ją, cieszą się, że jest. To nie skowronek, nie bocian – ale to też zwiastun odradzającego się świata.

Żyjemy na wsi, więc ten świat – z jego całym pięknem i niedogodnościami – jest wokół nas, kształtuje rytm naszego życia. Rolnik orze pole, sieje, zbiera… Dzieci wyczuwają znaczenie tych zjawisk. Martwią się, gdy spóźniają się bociany. Kiedy po kilku dniach ciepła wraca mróz, a bogatki niemal pukają dziobami w szyby, prosząc o jedzenie – widzą i czują, że coś jest nie tak.

Strajk to książka, której dziecięca wrażliwość bardzo dobrze posłucha. One naprawdę wiedzą, czym jest kryzys klimatyczny. Widzą, jak ludzie niszczą świat, w którym przyszło im żyć. Może nie potrafią jeszcze nazwać tego naukowo – ale ich intuicja jest niewiarygodnie trafna. Potrafią czuć zmiany, których dorośli niekiedy wypierają.

Nawiasem mówiąc – nawet nie zauważyłem, kiedy jedno z moich dzieci wypożyczyło z biblioteki Atlas stworzeń wymarłych Nikoli Kucharskiej. To kolejna ważna książka, która zagościła w naszym domu. Dzięki niej dzieci zrozumiały, że znikanie gatunków nie wynika jedynie z naturalnych cykli przyrody, lecz często jest bezpośrednim skutkiem ludzkiej działalności. Zachęcam, by i do tej pozycji zajrzeć. To nie tylko wiedza – to przebudzenie.

Okładki książek „Zwierzęta, które zniknęły” Nikoli Kucharskiej i „Strajk” Eduarda Lima leżące obok siebie. Obie pozycje poruszają temat ochrony przyrody i wymierających gatunków.
„Strajk” i „Zwierzęta, które zniknęły” – dwie książki, jedno ważne przesłanie: świat potrzebuje naszej troski.

Kryzys klimatyczny i dzieci jako sygnaliści zmian

Kryzys klimatyczny to zjawisko wielowymiarowe – dotyka nie tylko środowiska i gospodarki, ale także edukacji, kultury i etyki. W tym kontekście dzieci i młodzież przestają być jedynie „ofiarami przyszłości” – coraz częściej stają się jej aktywnymi uczestnikami i rzecznikami. Ich głos – emocjonalny, bezpośredni, wyrazisty – wybrzmiewa dziś w debacie publicznej jako sygnał ostrzegawczy i moralny imperatyw do działania, który należy pielęgnować i mądrze wspierać.

Jako rodzice nie możemy krytykować wszystkich tez stawianych przez młodych – ta planeta to ich przestrzeń do życia i rozwoju. Nie w zamkniętych salach zabaw, ale w parkach, gdzie kawki grzebią w śmietnikach, i w lasach, w których „ktoś” zostawił swoje ślady w postaci butelek i worków po grillu. Dzieci to widzą. I nie, to nie one wyrzucają śmieci do rowów.

Symbolem tego dziecięcego przebudzenia stała się Greta Thunberg, która jako piętnastolatka rozpoczęła samotny strajk klimatyczny przed siedzibą szwedzkiego parlamentu. Nie chcę tutaj oceniać jej postawy czy osobowości – przywołuję ją jako ikonę pewnego ruchu, jako twarz dziecięcego buntu, który poruszył miliony młodych ludzi na całym świecie.

Jak pisze Dymel-Trzebiatowska:

„Zainteresowanie Gretą rozpoczął w sierpniu 2018 tzw. klimatyczny strajk szkolny, a reakcja w świecie książki nastąpiła już po kilku miesiącach.”
(2023, s. 71)

Ta reakcja nie ograniczyła się jedynie do przedstawiania faktów o kryzysie klimatycznym – przybrała formę literackiej, ikonograficznej i edukacyjnej refleksji. Książka taka jak Nie jesteś zbyt mały by robić rzeczy wielkie nie tylko opowiadają historię młodej aktywistki – zachęcają również dzieci do własnych działań: lokalnych, symbolicznych, a czasem bardzo konkretnych.

Jak zauważa autorka:

„Postulat trzeciej fali ekokrytyki konfrontuję z wyobrażeniami o współczesnej literaturze dla dzieci, która od XX wieku odżegnuje się od działań ofensywnie dydaktycznych na rzecz estetyki i rozrywki.”
(tamże, s. 70)

W publikacjach Szwedzkiego Instytutu Książki Dziecięcej temat klimatu to dziś jedno z wiodących zagadnień. Raport Bokprovning 2020 wyodrębnia osobną kategorię: „Miljöfrågan i barn- och ungdomslitteraturen 2019”, podkreślając, że:

„Zmiany klimatyczne, ochrona środowiska, zwierzęta zagrożone wyginięciem oraz ekstremalne zjawiska pogodowe są centralnymi tematami i powracają we wszystkich formach literatury: od książek obrazkowych i powieści dla nastolatków po zbiory wierszy i literaturę faktu.”
(Svenska barnboksinstitutet 2020, s. 9; cyt. za: Dymel-Trzebiatowska 2023, s. 71)

Dzieci stają się zatem sygnalistami zmian – nie tyle „przyszłością ludzkości”, co jej najczulszymi czujnikami. One ostrzegają, pokazują skutki zaniechań, domagają się konkretnych działań. Ich bunt wobec bezczynności dorosłych ma charakter zarówno etyczny – jako apel o odpowiedzialność, jak i polityczny – jako domaganie się prawa do bycia wysłuchanym.

Gdy dzieci krzyczą, że niszczymy nasz świat – nie pytają o nasze pozwolenie. One po prostu mówią prawdę. A może… krzyczą za nas wszystkich?

Drugie spojrzenie na Strajk

Kiedy po raz pierwszy przeczytałem książeczkę obrazkową Strajk, wydała mi się skierowaną do dzieci, nieco naiwną opowieścią, która – z perspektywy dorosłego człowieka, z pewnym bagażem doświadczeń – niewiele wnosi. I to był mój błąd, który uświadomiłem sobie dopiero po kilku dniach od lektury.

Bo żeby w pełni zrozumieć przekaz tej książki, potrzeba nie tylko dziecięcej wrażliwości, ale i dorosłych narzędzi analitycznych. Co paradoksalne – dzieci, nieobciążone jeszcze schematami i cynizmem, zdają się posiadać instynktowną zdolność do traktowania świata z należnym mu szacunkiem.

Aby właściwie odczytać Strajk, trzeba zejść do poziomu symboliki – zarówno tekstu, obrazu, jak i odbiorcy. I tutaj z pomocą przychodzi klasyczna zasada: omne trium perfectum – wszystko, co potrójne, jest doskonałe. Ta książka również opiera się na triadzie:

1. Warstwa obrazu
Autorka i ilustratorka w sposób świadomy operuje kolorem. Chłodne błękity i turkusy, skontrastowane z energetycznymi czerwieniami, tworzą napięcie emocjonalne i budują wizualną dychotomię: natura vs zagrożenie. To nie tylko estetyka – to język symboli.

  • Błękity i zielenie: przyroda, harmonia, życie.
  • Czerwienie: niepokój, gniew, energia protestu.

Ten kontrast przyciąga wzrok młodego odbiorcy, a dorosłemu pozwala odsłonić głębszy sens – ukrytą symbolikę świata przedstawionego. Ilustracja nie jest tu tłem, ale częścią narracji. Tak działa obraz, który chce być transparentem.

2. Warstwa tekstu
Proste, krótkie zdania, które nie prowadzą za rękę. Nie tłumaczą. Zamiast tego – prowokują. Zmuszają do myślenia. Pojawia się wiele zdań otwartych, często zakończonych wielokropkiem… który zostawia miejsce na refleksję, interpretację, osobisty odbiór.

W mojej ocenie – mistrzowska forma przekazu. Minimalizm słów, maksymalizm treści. Tekst nie konkuruje z obrazem – wspólnie budują przekaz, który jest bardziej pytaniem niż odpowiedzią.

3. Odbiorca – czyli dziecko i dorosły
W tej książce dziecko nie jest biernym słuchaczem, a dorosły – wszechwiedzącym narratorem. Strajk działa jak katalizator dla rozmowy o kondycji świata, o miejscu człowieka w wielkim kręgu życia. Czasem ta rozmowa może być niewygodna, czasem intuicyjna, ale zawsze prawdziwa.

To nie jest książka, którą czyta się „dla dzieci”. To książka, którą dzieci czytają z dorosłymi. A dorośli – jeśli potrafią zejść z piedestału wyjaśniaczy świata – mogą usłyszeć coś, co dawno ucichło w ich własnym wnętrzu.

Bo kto tu jest bardziej przygotowany na protest? Na otwartość na świat z całym jego dobrobytem inwentarza, jeśli nie dziecko, które czuje niesprawiedliwość całym sobą, zanim jeszcze potrafi ją nazwać? Czy dorosły, który zdążył już przywyknąć, zracjonalizować, wyciszyć?

Strajk rozgrywa się więc także między pokoleniami. Wspólna lektura to przestrzeń wymiany: dorosły może pomóc dziecku nazwać emocje, a dziecko – pomóc dorosłemu je odzyskać.

W tej relacji nie ma dominacji – jest współuczestnictwo. I to właśnie czyni ze Strajku nie tylko książkę, ale manifest międzypokoleniowej rozmowy o świecie, który przecież dzielimy – i niestety także niszczymy.

Strajk to moim zdaniem nie tylko książka obrazkowa – to kulturowy sejsmograf, który wychwytuje drżenia wrażliwości, etyki i relacji międzypokoleniowych. To opowieść o buncie, który nie niszczy, lecz domaga się wysłuchania. O głosie, który nie krzyczy dla samego hałasu, ale próbuje zatrzymać świat na moment – byśmy mogli zobaczyć, że coś się zmienia. Że coś się kończy. Albo zaczyna.

W tej opowieści dzieci nie są przyszłością. Są teraźniejszością. Są sumieniem, którego dorośli często próbują zagłuszyć logiką, zmęczeniem, terminami. A jednak to dzieci – z całym swoim bezkompromisowym poczuciem sprawiedliwości – pokazują, że o świat trzeba dbać, że może warto pewne relacje kształtować i opowiedzieć na nowo bijąc się w człowieczą pierś – Mea culpa, nostra culpa, nostra maxima culpa. (Moja wina, nasza wina, nasza największa wina.) Książka Strajk daje nam szansę na refleksję. Pytanie tylko, czy zechcemy ją w sobie usłyszeć.

Bibliografia i źródła inspiracji

  1. Rudine Sims BishopMirrors, Windows, and Sliding Glass Doors (1990)
    Kultowy esej o tym, że książki mogą być lustrem, oknem lub drzwiami do świata – zwłaszcza dla dzieci.
  2. Elena Carbó-Catalan & Diana Roig-SanzCulture as Soft Power: Bridging Cultural Relations, Intellectual Cooperation, and Cultural Diplomacy (2022)
  3. Hanna Dymel-TrzebiatowskaEkokrytyka w literaturze dla dzieci (2023)
  4. Charlotte Huck, Susan Hepler & Janet HickmanChildren’s Literature in the Elementary School (1993, 5. wyd.)
  5. Svenska barnboksinstitutetBokprovning 2020: Miljöfrågan i barn- och ungdomslitteraturen 2019
Okładka książki Strajk Eduarda Lima

Podsumowanie recenzji

Tytuł: Strajk

Autorka książki: Eduarda Lima

Ilustracje: Eduarda Lima

Wydawnictwo: Babaryba, 2023

Format: Twarda oprawa

ISBN: 978-83-65087-85-4

Autor recenzji: Tata Czyta

Ocena: ⭐⭐⭐⭐⭐ (5/5)

Zalety:

  • Silne, emocjonalne przesłanie ekologiczne
  • Ilustracje jako forma protestu
  • Współczesna narracja dla dzieci i dorosłych

Kupa, robale i wstydliwa radość dzieciństwa

Naprawdę nie spodziewałem się, że napiszę aż tyle o dziecięcych fascynacjach tym, co bez wątpienia mogłoby z powodzeniem wpisać się w antyestetyczne nurty literatury dla dorosłych. Tymczasem podczas poszukiwań materiałów, które mogłyby posłużyć za bibliografię do recenzji książki Mikołaja Golachowskiego Pupy, ogonki i kuperki, trafiłem na nieeksplorowane dotąd zakole wielkiej literackiej rzeki.

Okazuje się, że literatura dziecięca od dawna flirtuje z tym, co wstydliwe, cielesne, wydzielinowe. Słowa takie jak „kupa”, „siku”, „pupa” – które dorośli gaszą zmarszczonym czołem lub nerwowym chichotem – w ustach dziecka nabierają mocy wyzwalającej. I to nie przypadek. Dzieci nie tylko fascynuje to, co „obrzydliwe” – one tej obrzydliwości potrzebują.

Jak pokazują badania nad rozwojem humoru, młodsze dzieci reagują śmiechem na rzeczy i sytuacje, które przełamują znany im porządek:

„Tego rodzaju naruszenie normalnych rytmów lub dźwięków samo w sobie wydaje się zabawne” – tłumaczy psycholożka rozwoju Vasu Reddy, podkreślając, że zaburzenie znanych schematów, zwłaszcza przez absurdalne brzmienia i cielesne odgłosy, może być dla dzieci źródłem czystej radości.

W ten właśnie obszar wpisuje się literatura z estetyki rewersu – odwracająca to, co wzniosłe i czyste, ku temu, co niskie i fizjologiczne. Śmiech z pupy, pierdnięcia czy gluta nie jest więc objawem złego smaku, lecz naturalną formą dziecięcej ekspresji. To odkrywanie cielesności jako pierwszego obszaru poznania, kontroli i – właśnie – wolności. Michaił Bachtin, w koncepcji „śmiechu karnawałowego”, pisał o obalaniu przez śmiech porządków hierarchicznych i przywracaniu równości wszystkiemu, co ludzkie – także wydzielinom i dołom ciała:

„Karnawałowy śmiech nie zna wyższości. […] Wszystko, co duchowe, zostaje przywrócone ciału.”

Właśnie dlatego książki takie jak Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę Nicoli Davies czy Kupa, siku autorstwa Stephanie Blake mają dziś swoje ważne miejsce w edukacji literackiej dziecka.

Davies, w duchu biologicznego realizmu, rehabilituje temat kupy jako część ekosystemu. Pokazuje, że to nie tylko coś do spuszczenia wodą, ale także element łańcucha pokarmowego, ślad dla paleontologów czy… środek międzygatunkowej komunikacji. Ten fragment uważam za wspaniały:

Wieloryby – płetwale błękitne (…). Gdy jedzą różowe krewetki – połykając ich za każdym razem całą tonę – robią potężne różowe kupska, który wyglądają jak gigantyczne gałki lodów truskawkowych dryfujących po wodzie

– pisze Davies, zgrabnie łącząc fascynację z groteską i nauką.

kupa płetwala błękitnego - grafika z książki dla dzieci Kupa
Kupa płetwala błękitnego – czyli jak wielorybia kupa staje się bohaterem dziecięcej literatury pełnej śmiechu i obrzydzenia. Nicola Davies, Neal Lyton Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę, wydawnictwo Dwie Siostry

Z kolei Blake w Kupa, siku prezentuje dziecięcy manifest językowej autonomii. Króliczek Henio, który na każdą prośbę dorosłych odpowiada niezmiennie „kupa siku!”, staje się symbolem oporu wobec świata dorosłych – ich logiki, norm i oczekiwań. Ten bunt jest parodystyczny i wywrotowy. Rozsadza ramy grzecznościowego dyskursu, w którym dziecko powinno być przewidywalne, czyste i posłuszne. Zamiast tego – przejmuje język, zamienia komunikację w grę, a grzeczność w pole walki.

Literatura dziecięca nie tylko przestaje zatykać nos – zaczyna oddychać pełną piersią. Nie wstydzi się ciała. Nie omija brudu. Mówi do dziecka jego własnym językiem – głośnym, nie zawsze poprawnym, ale zawsze autentycznym.

Bo czasem największa mądrość nie kryje się na końcu zdania, tylko… na końcu pleców.
Tę strategię dziecięcego oporu można odczytać w kontekście groteskowej ironii Ferdydurke Gombrowicza, gdzie dziecięcość zostaje wystawiona na pokaz, poddana nieustannej obserwacji i kontroli ze strony dorosłych:

„No, a jak tam młodzież? – zapytał ciszej Pimko. – Widzę, chodzą w kółko – bardzo dobrze. Chodzą, gwarzą między sobą, a matki ich podglądają – bardzo dobrze. Nie ma nic lepszego od matki za płotem na chłopca w wieku szkolnym. Nikt nie wydobędzie z nich bardziej świeżej i dziecięcej pupy niż matka dobrze ulokowana za płotem.”

U Gombrowicza dziecięcość nie jest spontaniczna – zostaje skonstruowana przez spojrzenie dorosłego, ujarzmiona i uprzedmiotowiona. Tymczasem Henio zrywa z tą opresyjną logiką: jego językowy bunt nie jest jedynie negacją, lecz formą afirmacji – autonomicznym aktem wypowiedzi, w którym to nie treść, lecz sam gest mówienia stanowi przejaw podmiotowości. W tym sensie warto ponownie sięgnąć po klasyka groteski – zarówno jako rodzic, jak i nauczyciel – by lepiej zrozumieć, jak bardzo dziecięcy głos potrafi demaskować i przekształcać zastane porządki. Czasem wystarczy otworzyć lekturę, by otworzyły się także zalakowane przestrzenie świadomości.

To literacka afirmacja niegrzeczności jako prawa do bycia sobą. Jak zauważa Sylwia Stano-Strzałkowska:

„W literaturze dziecięcej odchody przestają być tematem tabu – stają się elementem opowieści o emocjach, wolności i oswajaniu wstydu”.

„Kupa siku” Stephanie Blake, „Kupa” Nikoli Kucharskiej oraz „O małym krecie…” Wernera Holzwartha. W centrum cytat: „W literaturze dziecięcej odchody przestają być tematem tabu – stają się elementem opowieści o emocjach, wolności i oswajaniu wstydu” – Sylwia Stano-Strzałkowska.
W kupie siła – także literacka. Odchody, które bawią i uczą.

Tak więc śmiech „z tyłu” to nie dowcip niskiego lotu, lecz ślad głębokiej, rozwojowej potrzeby. To estetyka rewersu – odwrócenia, które nie poniża, lecz uczy, że także brzydota, zapach i dźwięk ciała są częścią świata, który warto poznać. Literatura, która to rozumie, nie tylko bawi – ona wyzwala.

Znamy podobne mechanizmy choćby z Dzwonnika z Notre-Dame. Postać Quasimoda – zdeformowanego dzwonnika zamieszkującego katedrę – to przykład literackiego „innego”, którego fizyczność i odmienność uruchamiają zarówno mechanizmy wykluczenia, jak i współczucia. Victor Hugo nie unika opisu cielesności – wręcz przeciwnie, deformacje Quasimoda (garb, krzywizna ciała, półślepota) są intensywnie obecne w narracji i budują jego symboliczny status odmieńca. A jednak to właśnie Quasimodo staje się nośnikiem prawdy emocjonalnej, wierności, czułości – wartości tradycyjnie przypisywanych „szlachetnym” bohaterom.

Jego ciało – pierwotnie przerażające, budzące odrazę – zyskuje wymiar literackiej maski, za którą kryje się uniwersalna ludzkość. To odwrócenie konwencji estetycznej – pokazujące, że brzydota nie tylko nie wyklucza dobra, ale może być jego najczystszym nośnikiem – znajduje dziś swój odpowiednik w literaturze dziecięcej, która bez lęku opowiada o kupie, glucie i pierdnięciu jako częściach ludzkiego doświadczenia.

Obie te narracje – i Hugo, i współczesne książki dla dzieci – operują mechanizmem karnawałowego odwrócenia, o którym pisał Bachtin. Rzeczy z dołu – niskie, cielesne, pogardzane – zostają wyniesione na scenę literacką i uznane za pełnoprawne. Cielesność Quasimoda, podobnie jak odchody w książkach Nicoli Davies czy Stephanie Blake, zostaje zrehabilitowana, a wraz z nią – doświadczenie czytelnika, który może przeżywać, śmiać się, wzruszać – mimo (a może właśnie dzięki) temu, co wcześniej uchodziło za niestosowne.

W tym sensie Quasimodo i króliczek Henio należą do tej samej rodziny literackich bohaterów wywrotowych – reprezentują dziecięce prawo do inności, do cielesności, do krzyku poza normą. A literatura, która ich opowiada, daje dzieciom nie tylko rozrywkę, ale i prawo głosu. Prawo do bycia takim, jakie są ich ciała, emocje i śmiech.

Cielesność jako klucz do poznania

Z perspektywy psychologii rozwojowej dziecięce zainteresowanie fizjologią – szczególnie tematami takimi jak kupa, pupa czy siku – nie jest jedynie niegrzecznym wybrykiem, ale w rzeczy samej naturalnym i ważnym etapem w procesie kształtowania tożsamości. Około trzeciego roku życia dziecko zaczyna intensywnie poznawać i eksplorować granice, funkcje i odrębność własnego ciała. Jak zauważa Erik H. Erikson, to właśnie w tym okresie przypada faza autonomii kontra wstyd i zwątpienie, w której kontrola nad ciałem – w tym nad jego wydzielinami – staje się symbolicznym dowodem samodzielności i sprawczości jednostki.

Prowadząc analizę zagadnienia nie mogłem oczywiście pominąć klasycznego ujęcia, które sugeruje Sigmund Freud. Analizując tzw. fazę analną w rozwoju dziecka, podkreślał ambiwalencję związaną z cielesnością i wydalinami: są one zarazem źródłem przyjemności i przedmiotem społecznej kontroli. To w tym okresie, jak pisał Freud, „dziecko po raz pierwszy doświadcza, że może dawać lub zatrzymywać to, co jest jego” – co czyni z aktu defekacji wydarzenie zarówno cielesne, jak i psychicznie znaczące.

Humor fizjologiczny, wpisuje się w tę dynamikę. Dzieci między trzecim a siódmym rokiem życia z zapałem eksplorują język – zwłaszcza w jego formach zakazanych, przekraczających społeczne normy. Jak wykazują badania nad humorem dziecięcym, to właśnie w tym wieku pojawiają się najczęściej zabawy słowne w rodzaju parodii klasycznego zdania elementarzowego „Ala ma kota… a kot ma kupę”, wybuchy śmiechu po usłyszeniu słów „kupa” czy „pupa” oraz fascynacja dźwiękami przypominającymi pierdnięcia. Jak zauważa Nina Howe w badaniach nad zachowaniami siedmiolatków: „Uważają to za przezabawne i dosłownie tarzają się ze śmiechu.”

Co ciekawe, to właśnie my – dorośli – jako pierwsi wprowadzamy dzieci w świat języka fizjologii. Podczas przewijania niemowląt czy nauki korzystania z nocnika odruchowo mówimy rzeczy w rodzaju: „Masz mokrą pieluszkę?”, „Zrobiłeś siusiu?”, „Muszę ci zmienić pieluszkę z kupką.” To słownictwo jest czułe, oswajające i mocno zapadające w pamięć.

Z perspektywy antropologicznej to, co fizjologiczne, jest również głęboko kulturowe. Mary Douglas w klasycznej pracy Czystość i zmaza (1966) pokazuje, że to, co uznajemy za brudne, nie jest po prostu „nieczyste”, ale „nie na swoim miejscu”. Dziecko, eksplorując fizjologię i obserwując reakcje dorosłych, uczy się, gdzie przebiegają granice pomiędzy tym, co publiczne, a tym, co prywatne; co dopuszczalne, a co zakazane.

W tym sensie ciało staje się dla dziecka pierwszym obszarem poznania zarówno biologicznego, jak i społecznego – miejscem, w którym spotykają się śmiech, ciekawość, lęk i wstyd. Literatura dziecięca, która rozumie i respektuje ten etap rozwoju – jak książki Stephanie Blake (Kupa, siku!), Nicoli Davies (Po co człowiekowi pupa?) czy Wernera Holzwartha (O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę) – nie tylko towarzyszy dziecku w drodze ku samodzielności. Ona mówi mu: twoje ciało jest mądre. Twoja ciekawość – cenna. Twój śmiech – potrzebny.

Literatura jako laboratorium wstydu

Książki takie jak O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę Wernera Holzwartha i Wolfganga Erlbrucha czy seria o Koszmarnym Karolku autorstwa Franceski Simon to dla dziecka nie tylko źródło śmiechu – to także bezpieczna przestrzeń eksperymentowania z tym, co w codziennym doświadczeniu bywa zawstydzające, cielesne, niewygodne. Z perspektywy rozwojowej są to tematy kluczowe, choć często marginalizowane lub tłumione przez dorosłych – zarówno rodziców, jak i pedagogów.

Kupa w literaturze dziecięcej „O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę”
Kupa na głowie? Ciekawość i śmiech to najważniejsze narzędzia młodego czytelnika! „O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę, Wydawnictwo Hokus-Pokus

W pedagogice przedszkolnej i wczesnoszkolnej wciąż dominuje przekonanie, że dobra literatura powinna „uczyć i wychowywać”, niekiedy rozumiane zbyt wąsko – jako promowanie postaw zgodnych z oczekiwaniami dorosłych. Tymczasem dzieci, zwłaszcza w wieku przedszkolnym, intensywnie eksplorują język tabu, granice cielesności i pojęcia wstydu, potrzebując narzędzi do bezpiecznego wyrażania tego typu emocji. Literatura z elementami groteski i humoru fizjologicznego nie tyle „psuje” dziecko, ile umożliwia mu konfrontację z trudnymi uczuciami w sposób oswojony i kontrolowany – poprzez śmiech, dystans i narrację.

Z pedagogicznego punktu widzenia takie książki można traktować jako formę profilaktyki emocjonalnej: zamiast zakazywać i zawstydzać, pozwalają rozpoznać i nazwać doświadczenia, które są naturalne, ale społecznie ambiwalentne. Dziecko, które może się z takim przekazem utożsamić, zyskuje nie tylko poczucie akceptacji, ale też narzędzia do regulowania emocji, rozumienia granic oraz wyrażania niezgody – bez przemocy i bez lęku. To literackie mikrosytuacje, w których śmiech staje się formą edukacji, a nie wykroczenia.

W przypadku kreta mamy do czynienia z gestem absolutnej subwersji: ktoś „narobił” mu na głowę, a bohater nie ucieka, nie milknie ze wstydu – przeciwnie, podejmuje śledztwo. Konfrontuje się z aktem, który w świecie dorosłych byłby jednoznacznie upokarzający. Kupa staje się tu nie tyle znakiem hańby, ile punktem wyjścia do działania, a samo dochodzenie – aktem odwagi. To symboliczna podróż do źródła wstydu, która kończy się czym? Zemstą. Kret – w akcie sprawiedliwości – również się „odwdzięcza”. Jest to dziecięca, groteskowa wersja odwetu, w której przywracana jest godność przez czyn, nie przez wyparcie.

Z kolei Koszmarny Karolek to postać transgresyjna. Jego bunt skierowany jest przeciwko społecznym oczekiwaniom – ucieleśnionym przez postać Doskonałego Damianka – dziecka idealnego, uprzejmego i przewidywalnego. Karolek nie wpisuje się w ten wzorzec. Pluje, wrzeszczy, przeklina, notorycznie testuje granice. Z perspektywy dorosłego bywa irytujący, ale z punktu widzenia dziecka – to ikona wolności. Karolek ma odwagę być „niegrzeczny”, co nie znaczy: zły. Jego niepokorność – podszyta humorem, przesadą i groteską – daje dziecku pole identyfikacji: „można być innym i nadal zasługiwać na uwagę, śmiech, sympatię”.

Jak pisze Sylwia Stano-Strzałkowska:

„Dzieci potrzebują emocji, również tych niewygodnych, bo to one zostają w pamięci.”

I to właśnie takie książki – które śmieją się z fizjologii, brzydoty, przesady – pozwalają dziecku te emocje przeżyć w sposób kontrolowany i estetyczny. Zamiast lęku – śmiech. Zamiast traumy – opowieść. Cielesność przestaje być czymś „niedobrym” – staje się bramą do wiedzy, empatii, zrozumienia. Literatura przejmuje tu funkcję terapeutyczną: pozwala dziecku zderzyć się z tematami, których dorośli często nie podejmują – lub robią to z zakłopotaniem. A książka – jak dobry żart – odczarowuje.

Nicola Davies idzie jeszcze dalej. Jej książka Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę nie zatrzymuje się na poziomie śmiechu i groteski – traktuje odchody jako biologiczny fakt, jako źródło informacji i element ekosystemu. Uczy, że z kupy można odczytać dietę, wiek, a nawet tożsamość zwierzęcia. Pokazuje, że dla niektórych gatunków – jak wydry, hieny, a także dla paleontologów – kupa pełni określoną funkcję: zapachową, żywieniową, naukową. Gdy Davies opisuje „kupę płetwala błękitnego, która może mieć objętość małego samochodu i kolor truskawkowego shake’a”, nie szokuje. Uczy – z uśmiechem. Jej styl przypomina najlepszych popularyzatorów nauki: balansuje na granicy fascynacji, absurdu i biologicznej precyzji.

Tego typu literatura nie tylko rozśmiesza – ale przede wszystkim wzmacnia. Dziecko, które poznaje świat przez „kupę”, doświadcza biologii nie jako szkolnego obowiązku, lecz jako przygody. I to jest być może najważniejsze przesłanie tej literatury: że ciało nie musi być „grzeczne”, by było warte zainteresowania i poznania. Że fascynacja tym, co śmieszne, brudne i lepkie – jest częścią drogi ku wiedzy, a nie jej zaprzeczeniem.

Humor jako akt wyzwolenia

Motyw transgresji – łamania zasad, przekraczania granic językowych, społecznych czy estetycznych – to nieodłączny element literatury dziecięcej. To właśnie ten typ humoru, oparty na naruszeniu norm, bawi dzieci najbardziej, ponieważ daje im poczucie autonomii, sprawczości i wolności. Takie literackie transgresje doskonale widać w twórczości klasyków polskiej poezji dziecięcej: Juliana Tuwima i Jana Brzechwy.

U Tuwima humor często obnaża słabości i absurdy „dorosłego” świata. W Słoniu Trąbalskim tytułowy bohater – wielki, dostojny, „słoniowy” – okazuje się chronicznie zapominalski. Konwencja bajki dydaktycznej zostaje przełamana: nie ma kary, nie ma morału, jest raczej czuła kpina z niedoskonałości. Śmiech wybucha w momencie, gdy słoń, mimo wysiłku, zapomina, co miał zapamiętać – nawet po interwencji kowala i supełku na trąbie.

Panu Maluśkiewiczu mamy odwrócenie proporcji: mikroskopijny bohater mierzy się z wielorybem. Narracja celowo deformuje rzeczywistość – łupinka orzecha staje się łodzią, a zapałka – wiosłem. Cała wyprawa kończy się w sposób zaskakujący: wieloryb okazuje się nie „wyspą”, lecz olbrzymim nosem wystającym z wody. Groteska miesza się tu z absurdem, a śmiech – z wyobraźnią. Dziecko uczy się, że wielkość nie zawsze oznacza władzę, a małość – słabość.

U Brzechwy transgresja przybiera często formę językowego nonsensu i absurdu logicznego. Kaczka Dziwaczka robi wszystko „na opak”: idzie do fryzjera po ser, do apteki po mleko, zjada tasiemkę, bo myśli, że to makaron, a w końcu – ku zdumieniu wszystkich – zamienia się w zająca. To opowieść o radykalnym odrzuceniu przewidywalności. Dla dziecka – fascynująca, bo całkowicie wyłamująca się ze znanych schematów.

Równie przewrotny jest Leń, który „nic nie robi cały dzień”, ale w jego własnej narracji to „nic” okazuje się sumą wielu pozornie nieproduktywnych czynności – ziewania, plucia, drapania się w głowę. Dziecko, rozpoznając w tym bohaterze samego siebie, doświadcza uwolnienia od obowiązku bycia „pilnym” i „pożytecznym”. Brzechwa nie moralizuje, lecz pokazuje niechęć i zmęczenie jako zrozumiałe – a nawet zabawne – doświadczenia.

Tego rodzaju literacki śmiech pełni funkcję nie tylko estetyczną, ale i emocjonalną. Umożliwia dziecku przepracowanie własnych frustracji, napięć i lęków. Jak pisał Michaił Bachtin, śmiech karnawałowy „obala hierarchie, odwraca wartości i przywraca świat cielesny i konkretny jako równego wobec wzniosłości”. Kiedy więc współczesna literatura dziecięca śmieje się z kupy, pupy czy lenistwa – wcale nie przekracza granic dobrego smaku. Przeciwnie: idzie tropem największych.

Pupa jako znak. Od biologii do Gombrowicza

Pupa – jak ogon pawia czy zadek kota – może być znakiem, komunikatem. I właśnie w ten sposób traktuje ją Nicola Davies w książce Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę – jako narzędzie międzygatunkowej komunikacji, biologiczny sygnał: zapachowy, fizyczny, czasem rytualny. Dla dzieci to wiedza niemal rewolucyjna: że „to, co z tyłu”, nie jest wyłącznie czymś wstydliwym, ale może być informacją, znakiem obecności, mechanizmem przetrwania. Kupa nie tylko jest – ona znaczy.

Taki poznawczy zwrot – od wstydu do wiedzy – ma wyraźny potencjał emancypacyjny. Dziecko uczy się, że jego ciało nie jest czymś zakazanym, lecz ciekawym. Że nie musi odwracać wzroku, gdy dzieje się coś „obrzydliwego”. Że pupa – niegdyś zamknięta w strefie tabu – może stać się pretekstem do rozmowy, do wspólnego śmiechu, do bliskości. A także – do czytania.

W tym miejscu przekraczamy już granicę edukacji i wchodzimy na grunt literatury i filozofii. Bo przecież „pupa” to jedno z najważniejszych pojęć w twórczości Witolda Gombrowicza. W Ferdydurke staje się ona groteskową metaforą formy narzuconej z zewnątrz – obrazem zniewolenia jednostki przez społeczne role, schematy wychowawcze i system edukacji. Jak pisze Gombrowicz:

„Z tyłu, z tyłu… z tyłu coś się święciło… coś obrzydliwego, coś potwornego – tam była pupa.”

W świecie Ferdydurke to, co fizjologiczne i śmieszne, przekształca się w narzędzie demaskacji: pupa jest znakiem upupienia – wtórnego infantylizowania człowieka przez dorosłych. Ale jednocześnie jest też narzędziem oporu. Tylko przez absurd, przez śmiech, przez cielesny protest bohater może odzyskać własny głos. Gombrowicz nie tylko kpi z pedagogiki – on ją rozbraja poprzez śmiech: „robią z człowieka pupę” – a więc pozbawiają go podmiotowości. Ale właśnie w tej upokarzającej „pupie” kryje się potencjał buntu.

Z tą myślą – choć w zupełnie innym rejestrze – rezonuje książka Pupy, ogonki i kuperki. Nie opowiada ona o zniewoleniu przez formę, lecz celebruje cielesność jako przestrzeń swobody. Dziecko nie jest „upupione”, ponieważ to ono mówi „pupa!” – z ciekawością, radością, dumą. Nie odczuwa wstydu, lecz zaciekawienie. Nie jest zawstydzane – jest zapraszane do poznania.

W tym sensie ta książka nie tyle „uczy o kupie”, ile uczy wolności przez kupę – wolności wyrażania emocji, wolności cielesności, wolności pytania. Tam, gdzie Gombrowicz używał pupy jako instrumentu kontestacji kultury, tu pojawia się ona jako początek dialogu – dziecka z dorosłym, wiedzy z tabu, biologii z literaturą.

Mam wrażenie, że im głębiej wchodzę w ten temat, tym staje się on ciekawszy i oferuje coraz szersze pole interpretacji – gdzieś między nocnikiem a Freudem, między pierdnięciem a performansem. Literatura dziecięca znalazła tu swoje własne, pachnące różnie, ale zawsze prawdziwie – powołanie.

Mój tekst to wyprawa w głąb… nie, nie tego, o czym pomyślałeś – choć blisko. To wyprawa w głąb dziecięcej wolności, wyrażającej się przez to, co dorosłym wydaje się nieeleganckie, niewygodne, niegodne druku.

Ale właśnie tam – w kupie, glucie, siku i robalach – pulsuje życie. Tam, gdzie dorosły mówi „fe”, dziecko mówi „ha ha!”. I to nie z braku wychowania, lecz z nadmiaru ciekawości. I odwagi. Bo dziecięcy śmiech z pupy to nie objaw regresu – to akt poznania. To eksplozja autonomii, która mówi: „to moje ciało, moja kupa, mój świat – i chcę go poznać po swojemu”.

To nie jest esej o kupie.

To esej o kulturze, która uczy się wreszcie nie wstydzić ciała.
O literaturze, która przestaje być salonowa, a staje się bliska – bo z trudem, ale z czułością, mówi o rzeczach, które zwykle wypiera.
O dzieciach, które nie potrzebują grzecznych bohaterów – potrzebują bohaterów, którzy śmierdzą, brudzą i są przez to… po prostu ludźmi.

O książkach, które dają dzieciom prawo do śmiechu – tego najprawdziwszego, brzuchatego, czasem kompletnie „niepedagogicznego”. Od króliczka Henia, przez śledztwo małego kreta, po robaczywe przygody z Robali i anarchiczne ekscesy Koszmarnego Karolka – literatura dziecięca śmieje się bez wstydu i z pełnym przekonaniem. Nawet jeśli to śmiech przez łzy… albo przez pierdnięcie.

Bo oto literatura dziecięca przestaje zatykać nos – i zaczyna oddychać pełną piersią. Nie wstydzi się ciała. Nie unika brudu. Mówi do dziecka jego językiem – głośnym, śmiesznym, czasem niezręcznym, ale zawsze prawdziwym.

To hołd dla książek, które zamiast zamiatać wstyd pod dywan, pozwalają dziecku go podnieść, obejrzeć z każdej strony i śmiać się do rozpuku.
Bo czasem największa mądrość nie siedzi na końcu zdania, tylko… na końcu pleców.

Bibliografia:
Bachtin, Michaił. Twórczość Franciszka Rabelais’go a kultura ludowa średniowiecza i renesansu. Przeł. Anna i Andrzej Goreniowie. Kraków: Wydawnictwo Literackie, 1995.

Blake, Stephanie. Kupa, siku!. Przeł. Joanna Rzyska. Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2014.

Davies, Nicola. Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę. Przeł. Jadwiga Jędryas, ilustr. Neal Layton. Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2019.

Douglas, Mary. Czystość i zmaza. Analiza pojęć nieczystości i tabu. Przeł. Marta Bucholc. Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 2007.

Erikson, Erik H. Dzieciństwo i społeczeństwo. Przeł. Przemysław Hejmej. Poznań: Dom Wydawniczy Rebis, 1997.

Freud, Zygmunt. Wstęp do psychoanalizy. Przeł. zespół tłumaczy. Warszawa: Świat Książki, 2021.

Gombrowicz, Witold. Ferdydurke. Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2024.

Holzwarth, Werner, i Wolf Erlbruch. O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę. Przeł. Łukasz Żebrowski. Warszawa: Wydawnictwo Hokus-Pokus, 2005.

Simon, Francesca. Koszmarny Karolek. Seria. Przeł. Maria Makuch. Warszawa: Znak Emotikon, od 2010.

Stano-Strzałkowska, Sylwia.Kupa, siku, robale i koszmarne dzieci – czyli rola obrzydliwości w literaturze dziecięcej. SWPS, 2023.

9 powodów, dla których dzieci kochają kupy, pupy i inne obrzydliwości

Muszę się przyznać na wstępie, że nie przypuszczałem, iż na moim blogu zagości kiedykolwiek tematyka związana z fizjologią, a w zasadzie z postrzeganiem tego zagadnienia z perspektywy kulturoznawczej, psychologicznej i literaturoznawczej. Jako tata najwspanialszej — choć dającej czasem nieźle popalić — czwórki, zapewniam was, że po… jakichś ośmiu latach oporządzania dziecięcych pup z zanieczyszczeń różnej maści, wolałbym już nie podejmować tego tematu. Przynajmniej przez jakiś czas.

Oczywiście życie pisze zawsze swoje scenariusze, i paradoksalna maksyma, która przestrzega przed używaniem skrajnych, absolutnych stwierdzeń — „Nigdy nie mów nigdy, nigdy nie mów zawsze” — wypłynęła na wierzch przy okazji recenzji książki Mikołaja Golachowskiego Pupy, ogonki i kuperki.

W trakcie analizy tekstu literackiego zaczęły się w mojej głowie kołatać sytuacje z życia naszych dzieci, które — z mniejszym lub większym nasileniem — dotyczyły wszystkich. A szczerze mówiąc, kiedy usłyszą dźwięk przypominający „bąka”, wpadają z jakiegoś powodu w stan dzikiego i niepohamowanego śmiechu.

Dlatego między innymi musiał powstać ten artykuł – to tak tytułem wstępu i wyjaśnienia.

1. Zaczyna się od pieluchy (i to dosłownie)

Zanim dzieci nauczą się mówić, my – dorośli – nieświadomie uczymy je słownictwa z… nocnika. „Ale masz pełną pieluszkę!”, „Idziemy siku!” – mówimy z czułością. To pierwszy krok do cielesnej świadomości, która potem wybucha śmiechem na dźwięk słów: „kupa”, „pupa”, „fujka!”. My to zaczęliśmy. I dobrze! Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Ponieważ dla nich nie ma w tym wstydu – to nie tablica zakazów i nakazów, lecz fascynująca część codzienności. Czasami w majtkach, czasami w nocniku… zależy od wielu czynników.

Jak tłumaczy Tomasz Klejna, z którym wywiad przeprowadziła Sylwia Stano-Strzałkowska, wydawca książek dziecięcych, „dla dzieci strupki i kupa nie są obrzydliwe. To rodzice mówią: ‘obrzydliwe, nie wolno, nie wolno, obrzydliwe’ – i wtedy to, czego nie wolno, jest dla dziecka jeszcze bardziej interesujące”. Dlatego dzieci śmieją się z kupy – bo to naturalna reakcja na temat, który dorosłych żenuje, a dzieci intryguje. Właśnie ta ciekawość – nie skażona jeszcze społecznymi filtrami – pozwala im cieszyć się rzeczami uważanymi przez dorosłych za „fuj”.

Jak się okazuje, zjawisko to nie jest wyłącznie związane z praktyką domową. Przenosi się – o zgrozo – do dziedzin kojarzonych z estetyką wysoką, w tym także do literatury. Jak zauważa Grzegorz Leszczyński, „historia o gówienkach nie nadaje się dla dorosłych, za to jest śliczną książką dzieciństwa. Nie edukacyjną, tylko śmieszną”. Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo rozpoznają w niej ten rodzaj bezkarnej radości, który nie musi być podporządkowany „smrodkowi dydaktycznemu” – jak mawiał Wańkowicz.

Dowodem może być popularność książki Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę, która „nie tylko uczy biologii (…), ale przede wszystkim bawi”. Opowieści takie jak O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę są „literaturą znakomicie trafiającą zarówno do trzylatka, jak i do trzynastolatka”. Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo to tematyka, która – zamiast być odpychająca – budzi zainteresowanie, śmiech i daje poczucie wspólnoty z rówieśnikami.

Dlaczego dzieci śmieją się z kupy - książka kupa, wydawnictwo dwie siostry
„Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę” – książka Nicoli Davies z ilustracjami Neala Laytona (Wydawnictwo Dwie Siostry) to zabawna i mądra opowieść o tym, co w świecie zwierząt naturalne, potrzebne i… zaskakująco fascynujące.

Takie książki są „jakieś” i „coś” robią młodemu czytelnikowi – tłumaczy przywoływany już Klejna. I właśnie dlatego, w świecie zdominowanym przez media wizualne, to właśnie „obrzydliwie śmieszna książka może być biletem dziecka do magicznego świata literatury”. Dzieci nie chcą być grzeczne – chcą się śmiać. A z kupy śmiać się można bezkarnie, wesoło i… literacko.

2. Bo kupa oswaja strach

Kiedy, pisząc ten artykuł, zapytałem zaprzyjaźnioną psycholożkę, z którą czasami się konsultuję w trudnych – w mojej ocenie – kwestiach, okazało się, że z psychologicznego punktu widzenia kupa to nie tylko kupa. Nie jest to po prostu twór będący efektem pracy naszego organizmu, nie jest produktem ubocznym trawienia. To z jednej strony potwór w toalecie, który odrywa od świetnej zabawy i po prostu straszy… tak bardzo, że z jednym z dzieci trzeba było chodzić do toalety aż do siódmego roku życia! Ale także przejaw pewnej niezależności i źródło dumy („Zrobiłem kupę! Chodź, zobacz!” – znacie to, prawda?).

Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Ponieważ śmiech odczarowuje lęk. Znamy to nie tylko w odniesieniu do dzieci – każdy z nas zapewne widział człowieka, który w sytuacji lękowej zaczyna się śmiać. To strategia radzenia sobie z tym, co nieznane, niepokojące, nieco przerażające. To śmiech obronny – reakcja na niepokój, który dzieci jeszcze nie potrafią wyrazić słowami. Dlatego „pierdu śmierdu” to nie tylko dowcip, ale deklaracja odwagi. Zamiast się bać, dzieci mówią „kupa siku” i ruszają w świat. Z uśmiechem. Czasami wpędzając w zakłopotanie rodziców.

W popularnej książce Kupa siku autorstwa Stéphanie Blake króliczek Henio na każde pytanie odpowiada tylko: „kupa siku”. Gdy jednak zostaje połknięty przez wilka, a potem cudownie ocalony, jego język ulega tymczasowej „naprawie” – zaczyna grzecznie mówić: „tatusiu, proszę, dziękuję”. Ale gdy tylko zostaje poproszony o umycie zębów, triumfalnie odpowiada: „pierdu śmierdu!”. I znów wracamy do punktu wyjścia. Obawiam się, że będę musiał napisać także recenzję tej książki – ale to się jeszcze okaże. Wiecie już, że taka istnieje, i możecie po nią sięgnąć.

Kupa siku, dlaczego dzieci śmieją się z kupy
Króliczek Henio z książki Kupa siku (Stéphanie Blake, Dwie Siostry) pokazuje, że dziecięcy śmiech to poważna sprawa. Czasem wystarczy jedno „pierdu śmierdu!”, by rozbroić strach i obudzić ciekawość.

Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo to śmiech silniejszy niż wilk, większy niż lęk przed zjedzeniem i potężniejszy niż nakazy dorosłych. Jak pisze Sylwia Stano-Strzałkowska, to właśnie zakończenie wywołało największe kontrowersje wśród dorosłych, ale dla dzieci jest triumfem. To śmiech przeciwko opresji, który pozwala przejąć kontrolę nad światem – nawet jeśli tym światem jest łazienka lub paszcza drapieżnika.

Oswajanie lęku przez śmiech z rzeczy obrzydliwych ma długą tradycję i nie jest ograniczone wyłącznie do sfery fizjologii. Jak zauważa Grzegorz Dąbkowski, język opisu obrzydliwości jest równie ważny jak sama obrzydliwość. Dlatego dzieci uczą się nie tylko mówić o kupie – uczą się, jak mówić tak, żeby było zabawnie. To ważne narzędzie radzenia sobie z napięciem i niepewnością.

Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo to daje im władzę. Władza ta nie polega na realnym wpływie, lecz na odczarowaniu tego, co groźne. Dzięki książkom, w których kupa mówi „hej!”, a pasożyt nosi czapeczkę z daszkiem, dzieci mogą się z tego śmiać, zamiast się bać. Mogą w sposób naturalny i bez większych emocji przyjąć informację, że „musimy się odrobaczyć”.

Przy tej okazji wspomnę, że jako przedszkolak biegałem po ulicy, przy której mieszkaliśmy, i chwaliłem się, że mam robaki w głowie – a to były tylko wszy. Wyobraźcie sobie, że jedna z sąsiadek przypominała mi tę scenę jeszcze po dwudziestu latach. Długo oswajała swój lęk.

Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo robale potrafią być śmieszne, ale trzeba je najpierw oswoić :)
Książka Robale, czyli co nas zżera (Nicola Davies, Neal Layton) to pełna humoru opowieść o tym, co żyje w nas i na nas – i dlaczego wcale nie musi nas to obrzydzać. Ilustrowany przewodnik po pasożytach, robakach i mikroskopijnych mieszkańcach naszych ciał. Od 6 lat. Edukacja z przymrużeniem oka i dużą dawką śmiechu.

Jak pisze Nicola Davies w Robalach, nawet najbardziej obrzydliwe stworzenia da się poznać i polubić – wystarczy nadać im imię, narysować z uśmiechem i osadzić w absurdalnej narracji. Śmiech staje się więc nie tylko zabawą, lecz narzędziem poznawczym.

I dlatego właśnie dzieci śmieją się z kupy – bo chcą ujarzmić to, co nieoswojone. A dorosłym pozostaje albo śmiech z nimi, albo pełna powagi konsternacja. Z dwojga złego – lepiej się po prostu śmiać.

3. Bo dzieci wiedzą, że to śmieszne

Jak pokazują badania nad rozwojem humoru, dzieci w wieku od 3 do 7 lat są mistrzami humoru sytuacyjnego i językowego. Uwielbiają rymowanki, absurdalne skojarzenia, przesadne gesty i – przede wszystkim – przekraczanie granic. Ich śmiech nie potrzebuje pretekstu intelektualnego, kontekstu kulturowego ani wyszukanej puenty. Wystarczy: „Kosi kosi… fujka kupa!” – i już jest śmiesznie. Po prostu. Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo wiedzą, że to śmieszne. I nie potrzebują na to żadnego przyzwolenia ze strony dorosłych.

Z punktu widzenia rozwoju poznawczego to właśnie w tym wieku dzieci intensywnie uczą się języka, a śmiech bywa reakcją na zaburzenie norm komunikacyjnych i społecznych. Słowa takie jak „kupa”, „siku” czy „pierdu śmierdu” przekraczają zasady przyzwoitości, ale w oczach dziecka są całkowicie nieszkodliwe – i przez to dają ogromną satysfakcję. Paul E. McGhee, jeden z czołowych badaczy humoru dziecięcego, zauważa:

Dzieci w wieku od trzech do siedmiu lat wykazują największą radość z humoru, który narusza podstawowe normy społeczne lub oczekiwania – szczególnie te związane z funkcjami fizjologicznymi, bezsensownym językiem i tematami tabu. Śmiech staje się narzędziem do odkrywania i kwestionowania granic.

Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo mają poczucie, że w tym śmiechu jest siła – jakby chciały przez to krzyknąć za Elsą: „Mam tę moc!”. Śmiechem można testować granice, przyciągać uwagę i manifestować własną niezależność, a nawet bunt.

Ten śmiech to także wspólnota – dzieci, które razem chichoczą z „kupnej” rymowanki albo dźwięku „pffrrrt!”, są czymś więcej niż tylko chwilową zabawą. Stają się budulcem relacji. W ten sposób dzieci zaczynają tworzyć wspólny dla swojej grupy rówieśniczej kod. Dlatego tak wiele książek dla dzieci bazuje na humorze fekalnym. Jak zauważa Magdalena Kłos-Podsiadło, dzieci to wymagający czytelnicy, którzy „doceniają książki zabarwione absurdem, podszyte surrealizmem i lekko, a nawet bardzo, niepoprawne”. Dlatego dzieci śmieją się z kupy – bo te historie są ich, a nie nasze, dorosłych.

Z perspektywy literaturoznawczej również widać, że humor „obrzydliwy” nie jest przypadkowy. Jak pisze Sylwia Stano-Strzałkowska, „dzieci mają w sobie naturalną ciekawość, chcą od książki wrażeń i emocji. Jeśli ich tam nie znajdą, odrzucą ją i zajmą się pełnymi emocji filmami i grami komputerowymi”. Książki takie jak Kupa siku, Robale czy O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę po prostu działają. Nie próbują być ładne, grzeczne ani wyważone. One są zabawne. A dla dzieci to – najważniejsza z wartości.

Dlatego dzieci śmieją się z kupy. Bo rozumieją, że to śmieszne – śmieszne w najczystszy, najbardziej spontaniczny sposób, jaki tylko może być. I – czego warto się od nich uczyć – nie potrzebują do tego żadnego uzasadnienia.

4. Bo każde „fuj” to zaproszenie do zabawy


Nie wiem, czy są wśród czytelników tego bloga Panowie Piotrusiowie, którzy pamiętają jeszcze złote czasy sielskiego dzieciństwa – są? Na pewno! A skoro tak, to zapewne pamiętacie, jak dorośli (rodzice, dziadkowie, panie w przedszkolu) z uporem maniaka powtarzali: „Nie mów tak”, „Zachowuj się”, „To nie wypada” – itede, itepe. Co wtedy kołatało się w waszych umysłach? Skoro „Oni” czegoś zabraniają, to znaczy, że „to słowo ma moc”, bo przecież dorośli zabraniali nam setek różnych rzeczy, które sami robili.

I rzeczywiście – „kupa” czy „pupa” ma w sobie siłę wywoływania minieksplozji śmiechu, czasami nawet skrywanego chichotu. Wystarczy, że ktoś wypowie je z odpowiednim naciskiem albo przemyci w rymowance – i już rozlega się rechot, który trudno zatrzymać. Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo każde „fuj”, „nie wypada” i „zachowuj się” jest dla nich nie tyle zakazem, ile wyzwaniem. A może nawet zaproszeniem do zabawy.

Z punktu widzenia rozwoju emocjonalnego to mechanizm prosty, ale bardzo skuteczny. Dziecko błyskawicznie wyczuwa, co wzbudza silne reakcje u dorosłych – a im silniejszy sprzeciw, tym większa siła atrakcyjności. Przekroczenie granicy językowej normy (czyli właśnie wypowiedzenie „zakazanego słowa”) daje nie tylko przyjemność, ale też poczucie sprawczości. Jak pisze profesor Grzegorz Leszczyński: „Od najmłodszych lat potrzebne są książki, które 'coś’ czytelnikowi robią i ‘gdzieś’ go prowadzą”. To „coś” może być nawet obrzydzeniem – ale niech będzie prawdziwe, niech będzie emocjonalne. A cóż jest bardziej „niewygodne” niż głośne „siku”? Możecie oczywiście odnieść ten schemat także do przekleństw, które dzieci wychwytują momentalnie – a co gorsza, skoro tatuś tak mówi…

Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo czują, że to słowo działa. Działa na rodziców, na nauczycieli, na panią w bibliotece. I to nie dlatego, że jest naprawdę groźne, ale dlatego, że łamie ustalony porządek. A łamanie zasad – w kontrolowanych warunkach – to jedna z najczystszych form dziecięcej zabawy. Jak pisze Leszczyński: „Najgorsze są aseptyczne książki bez wstrętu i obrzydliwości”. Dlatego dzieci śmieją się z kupy – bo ona nie jest aseptyczna. Ona pachnie wolnością.

Nie bez znaczenia jest tu również społeczna funkcja obrzydliwości. Jak zauważa Tomasz Klejna, „to, czego nie wolno, jest dla dziecka jeszcze bardziej interesujące”. Słowa tabu – a do takich należy „kupa” – stają się kluczami do tajemniczego świata dorosłości. Dziecko, które nauczyło się tego słowa, ma wrażenie, że wkroczyło na teren zakazany. A nic nie bawi tak bardzo, jak łamanie zakazu.

Dlatego właśnie książki, które traktują o fizjologii, obrzydliwościach i sprawach tabu, są dla dzieci tak atrakcyjne. Nie dlatego, że kochają fekalia, ale dlatego, że widzą w nich przestrzeń wolności. Jak zauważa Nicola Davies w Robalach: „Nie chciałabym, byście myśleli, że pasożyty są złe do szpiku kości” – i dzieci doskonale to rozumieją. One nie uprzedzają się do tematów – one chcą się z nimi zaprzyjaźnić. I najlepiej robią to właśnie przez śmiech.

Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo dorosłe „fuj” nie jest dla nich końcem rozmowy, tylko jej początkiem. A z rozmowy, jak wiadomo, najłatwiej przejść do zabawy.

5. Bo literatura dziecięca w końcu przestała być grzeczna


Koszmarny Karolek, króliczek Henio z Kupa siku, pasożyty Nicoli Davies – to tylko niektóre z postaci, które udowadniają, że dobra książka dziecięca to nie tylko moralizatorski ton Jachowicza. Literatura powinna, a nawet musi przekraczać wszelkie granice – i znamy to przecież z klasyków, którzy zasiadają na tronach przypisanych im przez kolejne, sztucznie przecież stworzone epoki historycznoliterackie. Niech zatem literatura – zarówno dla dzieci, jak i dorosłych – bawi się konwencją, niech wykorzystuje śmiech, przesadę, absurd i cielesność. Sięgajmy po takie treści także wtedy, gdy czytamy dzieciom, bo przecież treścią nie sposób się zabrudzić.

Dzieci chcą i potrzebują książek, które – jak pisał profesor Grzegorz Leszczyński – „coś im robią”, a nie tylko *„uczą”*¹. Dzieci nie szukają w literaturze suchych wskazówek wychowawczych. One chcą się śmiać, dziwić, czasem zbrzydzić, a czasem rozbawić do łez. Pod tym względem młodzi czytelnicy naprawdę nie różnią się od dorosłych – więc dlaczego mają być traktowani inaczej?

Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo nareszcie mają do tego prawo także w książkach. Literatura dziecięca przestała być grzeczna. Przestała być listą nakazów i zakazów, a stała się przestrzenią dla wyobraźni, emocji i cielesności – także tej „fuj”. Już nie tylko bajki z morałem i opowieści o wzorowym zachowaniu, ale też historie o bekaniu, pierdzeniu (przepraszam za słowo, ale aż się ciśnie, żeby podbić rangę tematu), sraniu i całej gamie dziwnych fizjologicznych przygód znajdują swoje miejsce na półce z literaturą dziecięcą.

Jak zauważa Sylwia Stano-Strzałkowska, to właśnie cielesność i obrzydliwość stały się dziś jednym z najbardziej skutecznych narzędzi wciągania dzieci w świat książki. To nie tani chwyt, tylko świadoma strategia – bo *„obrzydliwie śmieszna książka może być biletem dziecka do magicznego świata literatury”*². Książki tego typu rozbrajają lęk, przełamują temat tabu i mówią dziecięcym językiem – bez udawania dorosłego tonu, bez mentorskości, bez smrodku dydaktycznego.

Dlatego dzieci śmieją się z kupy. Bo literatura nareszcie im na to pozwala. Bo mają książki, które nie moralizują, ale rozbrajają. Takie, które nie próbują ich wychować – tylko rozbawić, wzruszyć, czasem zaszokować, ale przede wszystkim: być z nimi naprawdę. Literatura dziecięca przestała być grzeczna – i to jedna z najlepszych wiadomości, jakie można przekazać małym (i dużym) czytelnikom.

6. Bo kupa to biologia, a nie wstyd


Podejrzewam, że wśród czytelników tego bloga jest wielu miłośników psów, kotów i innych, bardziej lub mniej egzotycznych stworzeń – oczywiście nie zakładam, że ktoś z was ma w wannie płetwala błękitnego, ale poza tym jestem gotów uwierzyć prawie we wszystko. Na pewno obserwowaliście zachowania waszych zwierząt na spacerze. Psy po prostu nie są w stanie odmówić sobie złożenia autografu na każdym obiekcie, który został już podpisany przez innego czworonoga albo dwunoga.

Kiedyś miałem golden retrievera – wspaniały pies: czuły, zaangażowany i wymagający codziennej kąpieli, ponieważ każda wizyta na łąkach kończyła się wytarzaniem w czymś, czego nie chcielibyście głaskać. Wprawdzie na krowie placki trafić coraz trudniej, ale w krzakach na pewno czają się równie interesujące „perfumy”.

Davies w swojej książce pisze o tym, jak zwierzęta komunikują się za pomocą kupy. Dla wydry to SMS, dla psa – podpis, dla paleontologa – kapsuła czasu. Dzieci są zafascynowane, nie zniesmaczone. Bo nikt im jeszcze nie powiedział, że mają się brzydzić.

Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo nie widzą w niej nic złego – zanim ktoś nie nauczy ich wstydu, widzą po prostu ciekawostkę biologiczną. W świecie zwierząt kupa to znak, trop, sposób komunikacji, ślad istnienia. Nicola Davies w Kupie. Przyrodniczej wycieczce na stronę tłumaczy to dzieciom bez cienia zażenowania – z humorem, ale i szacunkiem do faktów. To właśnie dzięki takiej narracji książka zdobywa zaufanie młodych czytelników: komunikuje się ich językiem, nie zniżając się do ich poziomu, tylko z nimi rozmawiając.

To nie dzieci wymyśliły, że kupa jest obrzydliwa. To dorośli przypisali jej znaczenie: „brudne”, „wstydliwe”, „niekulturalne”. Tymczasem dzieci – jak czytamy u Davies – potrafią przyjąć nawet najbardziej nieprawdopodobne fakty z pełną powagą i zainteresowaniem. „Niektóre zwierzęta w ogóle nie robią kupy – na przykład tasiemiec. On zjada wszystko i wydala przez to samo miejsce. Po prostu. I nikogo to nie oburza”. Dlaczego więc ludzi miałoby?

Dlatego dzieci śmieją się z kupy. Bo zanim nauczą się wstydu – śmieją się z tego, co naturalne, biologiczne, nieoswojone, ale poznawalne. Ich reakcją nie jest odraza, tylko ciekawość i zachwyt. I dopóki nie pojawi się dorosły z krzywą miną, dzieci nie mają z kupą żadnego problemu. Chociaż muszę dodać, że mam do czynienia z księżniczkami, którym – jak już coś „śmierdzi” – to do potęgi.

7. Bo kupa to bunt (ale ten zdrowy)

Na pewno wśród zaprzyjaźnionych rodziców zdarza się wam słyszeć – to bunt dwulatka, to bunt czterolatka, itd. Nie wiem, na czym polega fenomen tych określeń, ale mam wrażenie, że w ten sposób dorośli zdejmują ze swoich ramion pewne brzemię niezrozumienia naturalnych przecież, zakorzenionych – mam nadzieję – w każdym człowieku postaw buntu. Najwspanialsi bohaterowie książkowi, ale także filmowi, to przecież buntownicy – kto pierwszy złamał zakaz? Może rajski Adam, a może Gilgamesz? Może Prometeusz? Romeo i Julia, Konrad, Kordian i cała rzesza tych, których szanujemy i podziwiamy – to przecież właśnie buntownicy, rewolucjoniści. Cała nasza cywilizacja, jaką znamy dzisiaj, jest moim zdaniem podszyta postawami buntowniczymi. Dlaczego zatem próbujemy najpierw tłumaczyć, a później tłamsić takie postawy u naszych dzieci?

Dziecko mówiące „pupa” właśnie się buntuje przeciwko konwenansowi, testuje granice. Sprawdza, co wolno, a czego nie. Nie robi tego, żeby zdenerwować dorosłych – choć efekt uboczny bywa zabawny – ale po to, żeby zrozumieć zasady gry. To naturalna część procesu separacji: psychicznego oddzielania się od świata dorosłych, w którym wszystko ma swoje miejsce i swoją powagę. A dziecko? Ono szuka swojego głosu. I czasem ten głos brzmi jak „pupa” wypowiedziana z dumą na środku sklepu.

Dlaczego dzieci śmieją się z kupy, pupy, siku? Bo wiedzą, że to ich własna forma oporu. Nie wandalizm, nie przemoc, nie hejt – tylko słowny pstryczek w nos powagi. Dziecięcy bunt to nie transparent na barykadzie, tylko śmiech z „pierdu śmierdu” w trakcie lekcji. I choć dorosłych potrafi to wytrącić z równowagi, dla dziecka jest to wyraz autonomii. „Zobaczcie, jestem odrębny. Mówię coś, czego nie wolno. Mam kontrolę – choćby tylko nad słowem.”

To, co z perspektywy dorosłego wygląda jak niesubordynacja, z perspektywy psychologicznej jest zupełnie zdrowym mechanizmem rozwojowym. Przekraczanie granic – językowych, społecznych, kulturowych – to część procesu budowania tożsamości. Śmiech nie jest więc złośliwością. To nie kpina. To przejaw samodzielności.

Jak zauważa Sylwia Stano-Strzałkowska, literatura, która na to pozwala, pełni funkcję wspierającą rozwój emocjonalny: *„Dzieci chcą od książki wrażeń i emocji”. A co daje większe emocje niż powiedzenie „dupa” w miejscu, gdzie tego nie wypada? Co więcej – co daje większą radość niż książka, która robi to za dziecko i jeszcze mu przyklaskuje?

Dlatego dzieci śmieją się z kupy. Bo ten śmiech to ich mały bunt. A literatura, która na ten bunt pozwala, nie demoralizuje. Ona daje dziecku przestrzeń do testowania świata, do sprawdzania, kim jest – i czy wolno mu być sobą, a jednocześnie zachęca do wchodzenia do świata literatury jako do przestrzeni wolności.

8. Bo dobre książki nie są „ładne” – są prawdziwe

W zmieniającej się dynamicznie rzeczywistości i tym, co niektórzy próbują nazywać rewolucją kulturową, doszliśmy, jak sądzę, do miejsca, w którym śmiało możemy powiedzieć, że maski zaczynają odpadać, że kurtyna już nie musi być wyprasowana – i że w ogóle nie musi być kurtyny. Możemy się z tym zgadzać lub nie, ale to zupełnie normalne procesy, które regularnie występowały w każdej epoce. Gdyby Szekspir nie zrewolucjonizował teatru, to prawdopodobnie do dzisiaj siedzielibyśmy na kamiennych stopniach greckich amfiteatrów. Mówienie, że coś „nie wypada” lub jest „nieprzystające”, jest tylko kolejnym pretekstem, by postąpić inaczej, by płynąć pod prąd.

Oczywiście, niechętni takiemu podejściu powiedzą: „To nie wypada”. A potem westchną nad piękną ilustracją przedstawiającą grzeczne dzieci siedzące przy stole, które jedzą kanapkę z rzeżuchą i pytają: „czy mogę wstać od stołu?”. Tylko należy mieć świadomość, że dzieci i tak wybiorą to, co śmieszne. I – co tu dużo mówić – mają rację.

Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo kierują się dziecięcą intuicją, która jest mądrzejsza niż niejeden poradnik dla rodziców. Antypedagogika pokazuje, że dzieci są mądre same z siebie – i wcale nie potrzebują „książeczek edukacyjnych”, które przez pół rozdziału tłumaczą, że trzeba myć ręce, a potem przez drugie pół przekonują, że warto dzielić się zabawkami. Dzieci potrzebują książek, które bawią, fascynują i pachną… no, czymś wyrazistym. Nawet jeśli to zapach wilczego truchła, padliny, kiszonej kapusty albo po prostu – tak, znowu to słowo – kupy.

Nie chodzi o to, żeby szokować dla samego szoku. Chodzi o to, żeby mówić językiem, który dzieci rozumieją. A ten język – jak zauważa choćby Arno Stern czy Jesper Juul – to język pełen emocji, obrazów, bezpośrednich skojarzeń, czasem także tego, co niewygodne, lepkie, brudne, ale… prawdziwe. Dobre książki dziecięce nie są „ładne” – są uczciwe.

Doświadczyłem zresztą tego w trakcie spotkania w Klubie Miłośników Komiksów, który od niedawna działa w miejskiej bibliotece. Chłopcy, którzy przyszli na spotkanie, wcale nie zachwycali się kreską Papy Chmiela – ich wybory to zupełnie inna ścieżka: pełna prostoty, bąków, beknięć, itp. Dlatego taka literatura ma u dzieci szanse jak żadna „bajka z przesłaniem” – bo trafia w punkt.

Jak pisze Stano-Strzałkowska, dzieci mają prawo do literatury, która „coś im robi” – nie upiększa świata, tylko go pokazuje takim, jakim jest: pełnym zagadek, brzydkości, dziwności i zabawy. I właśnie w tym tkwi ich siła. Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo dobra książka nie udaje, że kupa nie istnieje. Ona ją pokazuje. I pozwala się z niej po prostu śmiać.

9. Bo śmiech z pupy to śmiech z życia


Dzieci śmieją się z rzeczy, które my – dorośli – ukrywamy. I to ich śmiech jest prawdziwszy – moglibyśmy się od nich uczyć albo po prostu nie zapominać w trakcie naszego rozwoju. Wszyscy przecież mamy pupę. Wszyscy robimy kupę. To nie wstyd – to biologia. A przy okazji: cudowny materiał na żart. Taki, który może być początkiem czytelniczej pasji. Bo jeśli śmiejesz się z krecika, któremu ktoś narobił na głowę – to znaczy, że jesteś gotowy na książki. Te prawdziwe.

Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo śmieją się z tego, co realne, fizyczne, codzienne. Nie boją się przyznać, że ciało istnieje. Że brudzi, że pachnie (czasem bardzo), że jest śmieszne, niewygodne, ale też naturalne. My – dorośli – staramy się to wszystko zakryć, wyprasować, zdezynfekować. I upupić. Gombrowicz doskonale wiedział, że największym zagrożeniem dla rozwoju jest infantylizowanie autentycznych emocji dziecka. A dzieci, śmiejąc się z kupy, buntują się przeciwko temu „upupieniu” – mówią: jesteśmy w świecie i mamy prawo się śmiać.

I jakby tego było mało – w tym śmiechu jest jeszcze coś więcej. Jest lustro. Bo przecież, jak mówi Stańczyk w Weselu Wyspiańskiego: „Z kogo się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie!”. I to jest może największa wartość tego śmiechu. On nie wyklucza. Nie drwi z innego. On obejmuje wszystkich – tych, co sikają w krzaki, i tych, co robią poważne miny, kiedy mowa o robieniu kupy. Ten śmiech jednoczy. I robi coś, czego nie potrafią czasem zrobić dorośli – łączy świat dzieci z rzeczywistością.

Dlatego dzieci śmieją się z pupy. Bo śmiech z pupy to śmiech z życia. A literatura, która pozwala się z tego śmiać, to literatura, która daje nadzieję. I radość. I po prostu… śmiech.

Na zakończenie: kupa jako kategoria poznawcza

Trudno nie zauważyć, że „kupa” – choć zdawałoby się, że to słowo proste, może nawet prostackie – odsłania przed nami całkiem poważne kwestie: granice kultury, języka, pedagogiki i literatury. W świecie pełnym „estetycznych wartości”, „propozycji edukacyjnych” i „rozwoju kompetencji czytelniczych” dzieci uparcie wybierają to, co śmieszne, cielesne, nieoswojone. I bardzo dobrze.

Dlaczego dzieci śmieją się z kupy? Bo instynktownie rozumieją to, czego często nie potrafią przyznać sobie dorośli: że śmiech nie wyklucza z rzeczywistości – on do niej wprowadza. Że to, co „nieprzystojne”, bywa często najbardziej ludzkie. I że literatura, która pachnie zbyt czysto, rzadko zostaje z czytelnikiem na długo.

Jeśli zatem przyjmiemy kupę jako kategorię poznawczą (choćby tylko na chwilę), otworzy się przed nami nie tylko nowe pole badań – ale może też droga do szczerej rozmowy z młodymi odbiorcami. Takiej, w której nikt nie boi się śmiać. Ani z kupy, ani – z samego siebie.

I proszę sobie teraz uzmysłowić, że ten artykuł został niejako sprowokowany przez lekturę książki Mikołaja Golachowskiego Pupy, ogonki i kuperki… Literatura to naprawdę niezbadany ocean.

Bibliografia

Blake, Stéphanie. Kupa siku. Przeł. Joanna Rzyska. Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2014.

Davies, Nicola. Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę. Przeł. Jerzy Jędryas. Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2013.

Davies, Nicola. Robale, czyli co nas zżera. Przeł. Jadwiga Jędryas. Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2013.

Dąbkowski, Grzegorz. „O języku obrzydliwości.” W A fe! Społeczno-kulturowe konteksty wstrętu i obrzydliwości, red. Agnieszka Drzał-Sierocka i Magdalena Kowalewska. Gdańsk: Wydawnictwo Naukowe Katedra, 2022.

Holzwarth, Werner i Wolf Erlbruch. O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę. Przeł. Łukasz Żebrowski. Warszawa: Wydawnictwo Hokus-Pokus, 2011.

Leszczyński, Grzegorz. Magiczna biblioteka. Zbójeckie księgi młodego wieku. Warszawa: Centrum Edukacji Bibliotekarskiej, 2007.

McGhee, Paul E. Humor: Its Origin and Development. San Francisco: W. H. Freeman, 1979.

Stano-Strzałkowska, Sylwia. „Kupa, siku, robale i koszmarne dzieci – czyli rola obrzydliwości w literaturze dziecięcej.” W A fe! Społeczno-kulturowe konteksty wstrętu i obrzydliwości, red. Agnieszka Drzał-Sierocka i Magdalena Kowalewska. Gdańsk: Wydawnictwo Naukowe Katedra, 2022.

Klejna, Tomasz. Cyt. za: Sylwia Stano-Strzałkowska, „Kupa, siku, robale i koszmarne dzieci – czyli rola obrzydliwości w literaturze dziecięcej.” W A fe! Społeczno-kulturowe konteksty wstrętu i obrzydliwości, red. Agnieszka Drzał-Sierocka i Magdalena Kowalewska. Gdańsk: Wydawnictwo Naukowe Katedra, 2022.

Kłos-Podsiadło, Magdalena. Wypowiedź w materiałach promocyjnych Wydawnictwa Dwie Siostry.

Z pupą na dłoni – o książce, która robi dzieciom helikopter w głowie

recenzja książki pupy ogonki i kuperki

Pozdrawiam serdecznie z Patagonii!
Był 19 grudnia 2022 roku, godzina 12:42…
Tymi słowami zakończyła się nasza krótka, ale niezapomniana rozmowa z Mikołajem Golachowskim – biologiem, podróżnikiem i autorem książki Pupy, ogonki i kuperki, którą wspólnie z dziećmi wygraliśmy w konkursie organizowanym przez Centrum Edukacji i Informacji Ekologicznej w Gdańsku.

Zacznę od przeprosin. Takich prawdziwych – nie z obowiązku, tylko z lekkim rumieńcem wstydu. Autor długo czekał na tę recenzję. Ale nie dlatego, że – za przeproszeniem – miałem go w pupie. Wręcz przeciwnie. Wreszcie powstała: recenzja książki Pupy, ogonki i kuperki!

Po prostu dopiero niedawno zacząłem prowadzić bloga z pełnym zaangażowaniem i nadrabiam literackie „zaległości”. Sądząc po dedykacji, którą wpisał do naszego egzemplarza, Mikołajowi Golachowskiemu nie brakuje poczucia humoru, więc mam nadzieję, że lektura tej recenzji sprawi mu tyle przyjemności, ile nam sprawiła jego książka.

recenzja książki pupy, kuperki i ogonki

A wiadomo: każda porządna pupa potrzebuje wygodnego siedziska. Więc temat musiał chwilę poleżeć. Dojrzeć. Nabrać masy krytycznej. I może to wyszło wszystkim na dobre. Bo Pupy, ogonki i kuperki to książka, która – choć opowiada o tyłach – trafia w sedno.

Jest zabawna? Oczywiście.
Interesująca? Jak najbardziej.
Ale przede wszystkim: odważna potrzebna.

Bo dzięki niej można spojrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy – tej, o której zwykle się nie mówi, choć każdy ją ma.

Recenzja książki Pupy ogonki i kuperki – czego się po niej spodziewać?

Śmiech z tyłu – czyli estetyka rewersu

Przez dekady literatura dziecięca skutecznie omijała temat tego, co z tyłu. Pupy, ogonki, odwłoki – traktowano jak rejony wstydliwe, niegodne uwagi. Może dołożył się do tego Gombrowicz, który przecież całą swoją twórczość podporządkował nieustannemu upupianiu i walce z gębą. Jakby ciało kończyło się gdzieś w okolicach pępka, a to, co poniżej, należało zatuszować, zdezynfekować i przykryć dekoracyjnym tiulem edukacyjnej powagi.

Tymczasem dzieci interesuje dokładnie to, co śmieszne, bulgoczące i czasem wybuchowe. Fascynują je nie tylko dźwięki i zapachy – ale też funkcje. Po co zwierzęta mają ogony? Dlaczego niektóre pupy strzelają kwasem? Czemu tylna część ciała może być bronią, wabikiem, a nawet środkiem komunikacji?

I wtedy wchodzi Golachowski – rasowy przyrodnik.
Wskakuje na literacką scenę i – zamiast uciekać od tematu – wymachuje pupami, ogonkami i kuperkami, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Bo przecież jest – prawda?

Oczywiście, mówimy o zwierzętach. Ale też o czymś więcej – o dziecięcej potrzebie zrozumienia świata od podstawy. Dosłownie i metaforycznie.

Bo dziecięca fascynacja tym, co „obrzydliwe”, nie jest wybrykiem. To poznawcza strategia. Sposób na oswojenie rzeczywistości, która bywa dziwna, nieprzewidywalna i pełna wstydu.

Psycholodzy, pedagodzy, badacze dziecięcego humoru – wszyscy mówią to samo: śmiech z pupy, pierdnięcia i kupy to nie tylko dowcip. To rytuał przejścia. Pierwszy krok ku świadomości ciała. Ku zrozumieniu, że ciało nie jest wyłącznie siedzibą ducha, ale także „narzędziem”, które robi różne rzeczy – potrzebne, zabawne, czasem zaskakujące.

A literatura, która to rozumie, nie tylko bawi.
Ona wspiera. Towarzyszy. Mówi dziecku to, czego wielu dorosłych nie potrafi powiedzieć:
„Możesz się śmiać. Możesz pytać. Możesz być ciekawy.”

Bo może jeśli dziecko nauczy się śmiać z pupy, to później nauczy się też śmiać z dorosłości. Z absurdów świata. Z tej całej patetycznej scenografii, którą z takim zapałem stawiamy wokół codzienności.

A może właśnie śmiech – szczególnie ten od tyłu – to najzdrowsza reakcja, jaką możemy mieć wobec rzeczywistości?

Od pieluch do pupologii praktycznej

Nie ukrywam – do lektury książki Golachowskiego przystępowałem z mieszanymi uczuciami. Po mojej prawej stronie siedziała czteroletnia miłośniczka literatury wszelakiej, która – o zgrozo – od pewnego czasu znosiła z przedszkola figurki kup. Różne. Kolorowe. Z oczkami.

Po kilku latach życia w pieluchowej strefie wojennej marzył się nam już detox. Trochę ciszy. Trochę metafor i egzystencjalnego oddechu. A tu jeszcze… TA książka.

Szybko okazało się, że sposób, w jaki autor podszedł do tematu pup, idealnie wpisał się w naszą rodzinną fascynację przyrodą. Żona – lekarz weterynarii – z ogonkami ma do czynienia zawodowo. Ja – przyrodnik-amator – doskonale wiem, że to, co najczęściej widujemy w lesie, to nie szlachetne profile zwierząt, ale ich tyły. Jak pisał Adam Wajrak – pupa to najczęstszy widok na wycieczce terenowej.

I właśnie dlatego ta książka działa.
Bo łączy humor z wiedzą. I robi to w sposób, który rozbraja zarówno dzieci, jak i dorosłych.

Młodsza z córek – oprócz tego, że uwielbia książki – wykazuje też wyjątkowe zainteresowanie zgłębianiem przyrodniczych ciekawostek. Po niemal każdym rozdziale siadaliśmy razem i sprawdzaliśmy, czy na YouTube można znaleźć filmy pokazujące opisywane sytuacje. Hipopotami helikopter wywoływał salwy śmiechu, a żuk bombardier i australijski skakun – efektowne „WOW”.

Po tej lekturze nie widzieliśmy już saren na polach – tylko „talerze”. W zoo nie oglądaliśmy zwierząt jak klasyczni zwiedzający – czekaliśmy, aż hipopotam zrobi helikopter. A przy wigilijnym stole śledzie… na szczęście nie odzywały się zbyt głośno.
Ale jeśli chcecie wiedzieć, o czym mówię, sięgnijcie koniecznie po tę pozycję z wydawnictwa Babaryba.

Jest jeszcze jedna zaleta tej książki: może zadziałać w towarzystwie jak facebookowa rolka. W każdej sytuacji możecie być jak Tamatoa – błyszczeć zabawnymi faktami albo przynajmniej wywołać grymas niedowierzania u cioci od strony mamy.

Na osobne uznanie zasługuje też to, że autor nie ogranicza się do zwierząt „ładnych i medialnych”. Sporo miejsca poświęca tym, którzy zwykle budzą odrazę – czyli bezkręgowcom. A przecież to właśnie ten świat – deptany, pryskany, ignorowany – stanowi fascynujące laboratorium natury.

Bezkręgowce zawsze mnie fascynowały swoją zmiennością, różnorodnością i niezwykłymi rozwiązaniami adaptacyjnymi, o których większość ludzi nie ma pojęcia.
Próbkę z tego mikroświata możecie zobaczyć poniżej – to tylko niewielki fragment tego, co zajmuje karty pamięci moich aparatów.
Możecie mi wierzyć na słowo: świat w skali makro bywa bardziej epicki niż niejeden film Marvela.

owady

Obraz wart tysiąca śmiechów


Nie sposób pominąć doskonałych ilustracji autorstwa Marii Bulikowskiej, znanej jako Mroux. Między tekstem a obrazem wyczuwa się chemię – zwłaszcza w obszarze humoru. To coś więcej niż estetyczny dodatek. To osobny język. Opowieść w opowieści – pełna wyrazu, odwagi i tej nieuchwytnej iskry twórcy, która sprawia, że ilustracje nie tylko uzupełniają tekst, ale wręcz prowadzą z nim dialog. A czasem tworzą kulturowy remiks – zerknijcie na stronę 9… Żuk bombardier zwraca się do wroga jednym z najbardziej znanych cytatów: Hasta la vista, baby. To wypowiedź Arnolda Schwarzeneggera z filmu Terminator 2: Dzień sądu (1991). Amerykański Instytut Filmowy umieścił ją w 2005 roku na 76. miejscu listy najsłynniejszych cytatów filmowych ostatnich 100 lat.

Ilustracje Mroux flirtują z treścią. Kontrastują z naukową precyzją Golachowskiego i eksplodują absurdem, czułością oraz wizualnym dowcipem. Bulikowska nie boi się brzydoty – traktuje ją z elegancją. Z jej rysunków nie wylewa się infantylność, lecz zrównoważony chaos – dokładnie taki, w jakim dzieci czują się jak ryby w wodzie.

Gdy hipopotam robi helikopter – to nie jest tylko śmieszne. To jest epickie. I Mroux to rozumie.
Nie ucieka w lukrowanie. Nie robi z pupy kotka z kokardką. To olbrzymia pupa stojąca przed wentylatorem!

hipopotam

Rysunki są proste, ale nie prostackie. Dowcipne, ale nie nachalne. To ten rodzaj ilustracji, które można oglądać bez słów – i tak się śmiać. Bo opowiadają sytuacje, emocje i absurdy codzienności. Czasem wystarczy jeden wytrzeszczony wzrok, jeden źle ułożony ogon – i scena żyje. A dzieci czują to coś, co dorośli już tylko udają, że rozumieją.

W tym miejscu znów pozwolę sobie na małą prywatę – moja żona zajmuje się malowaniem i rysowaniem, głównie zwierząt. Robi to z olbrzymią precyzją, co możecie ocenić poniżej, a także na jej profilu na Facebooku.

pastelovezoo kolaz

Literatura dziecięca nie od dziś flirtuje z tym, co wstydliwe, cielesne, wydzielinowe. Słowa takie jak „kupa”, „siku”, „pupa” – które dorośli zwykle gaszą zmarszczonym czołem lub nerwowym, często przesyconym wstydem chichotem – w ustach dziecka nabierają mocy wyzwalającej. To nie przypadek. Dzieci nie tylko fascynuje to, co „obrzydliwe” – one tej obrzydliwości potrzebują.

Jak pokazują badania nad rozwojem humoru, młodsze dzieci reagują śmiechem na rzeczy i sytuacje, które przełamują znany im porządek. Tego rodzaju naruszenie rytmu – zwłaszcza przez absurdalne dźwięki czy cielesne odgłosy – może być dla nich źródłem czystej radości.

Bo może właśnie pupa – ta niedoceniana, wypierana, zepchnięta na koniec (dosłownie i metaforycznie) – jest symbolem naszej najprawdziwszej natury. Miękka, ale silna. Śmieszna, ale potrzebna. Obecna w każdej chwili życia, choć zwykle odwracamy od niej wzrok.

A może czas spojrzeć na świat z jej perspektywy – z dystansem, z tyłu, trochę przez śmiech, a trochę przez szacunek.
Ale pamiętajcie, dorośli i dzieci – nie dajcie się upupić. O tym jednak przeczytacie w osobnym wpisie, który powstał niejako rykoszetem po lekturze książki o pupach.

Gdybyście po przeczytaniu tej recenzji mieli jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, czy warto sięgnąć po tę pozycję, to sugeruję wyzbyć się tego błędnego przeczucia. Książka jest doskonała – i wracamy do niej regularnie. Od czasu wygranej.

W trakcie pisania tej recenzji okazało się, że problematyka tego, co „z tyłu”, jest na tyle złożona i jednocześnie fascynująca – na wielu poziomach – że przy okazji popełniłem jeszcze odrębne wpisy. Dotyczą one m.in. antyestetycznego piękna w literaturze dziecięcej (z odniesieniami do klasyki), a także żartobliwego, ale całkiem poważnego artykułu o tym, dlaczego „bleee” jest tak bardzo „wow”.

Bo choć temat jest z tyłu, to nie znaczy, że nie zasługuje na miejsce na froncie.
Pupa – w literaturze i w życiu – uczy nas, że śmiech to nie ucieczka od powagi, tylko sposób, by ją znieść. A czasem – usiąść jej na głowie.

To była recenzja książki Pupy, ogonki i kuperki – pisana od serca i od siedzenia.
Jeśli dotrwaliście do końca, to znaczy, że temat z tyłu naprawdę ma potencjał… z przodu.

Okładka książki Pupy, ogonki i kuperki

Podsumowanie recenzji

Tytuł: Pupy, ogonki i kuperki

Autor książki: Mikołaj Golachowski

Ilustracje: Mroux

Wydawnictwo: Babaryba, 2014

Format: Twarda oprawa

ISBN: 978-83-62965-13-7

Autor recenzji: Tata Czyta

Ocena: ⭐⭐⭐⭐⭐ (5/5)

Zalety:

  • Zabawna i angażująca forma
  • Świetne ilustracje Mroux
  • Edukacyjna wartość dla dzieci i dorosłych