Mężczyźni i ojcostwo: biologiczne i psychologiczne aspekty

Perspektywa bycia tatą dla części mężczyzn jest niczym prowadzenie łodzi podwodnej – niby by się chciało, ale potencjalne niedogodności sprawiają, że wolą do tego zadania podchodzić trochę tak, jakby patrzyli przez peryskop na odległą wyspę o nazwie [niebieski]rodzina[/niebieski]. Przyjrzyjmy się zatem nieco bliżej męskim uwarunkowaniom biologicznym i psychicznym, by odpowiedzieć na pytanie, czy mężczyźni są predestynowani do rodzicielstwa.

Perspektywa bycia tatą – męskie uwarunkowania biologiczne i psychiczne

Społeczeństwo, w którym żyjemy i kształtujemy naszą osobowość, odgrywa bardzo ważną rolę w procesie dorastania do pełnienia rozmaitych funkcji. W ciągu kilkudziesięciu lat w sferze postrzegania zachowań rodzicielskich doszło do swoistej rewolucji. Model, w którym za wykształcenie i rozwój dziecka odpowiada przede wszystkim mama, odchodzi zwolna do lamusa, a w parkach, na placach zabaw, w bibliotekach, a nawet centrach handlowych, coraz częściej można dostrzec dumnych ojców, dla których zaangażowanie w wychowanie dzieci nie kończy się i nie zaczyna na zwracaniu uwagi i strofowaniu

„Kiedy z dzisiejszej perspektywy miałbym ocenić przebieg relacji mojego taty ze mną oraz ojców moich rówieśników, z którymi się wychowywałem, to z pełną odpowiedzialnością mogę napisać, że byli ślepi, że stracili pierwiastek męskości, który był odpowiedzialny za przedłużenie ich linii genetycznej.”

Podobne obserwacje dotyczą zresztą wielu dziadków, którzy byli co prawda w stanie „przypilnować” swoich wnucząt, ale nie wchodzili z nimi w bliższe relacje oparte o – nie bójmy się tego słowa – miłość.

Bunt przeciwko dawnym wzorcom ojcostwa

Jestem przekonany, że wielu wspaniałych ojców, których dzisiaj spotykam w różnych miejscach, odnalazło źródło swojego dojrzałego i zaangażowanego ojcostwa w postawie buntu przeciwko temu, z czym się nie zgadzali. Kiedyś w trakcie rozmowy z kolegą usłyszałem od niego, że w zasadzie nie wyniósł wzorca bycia ojcem z domu rodzinnego, dlatego musiał sam wypracować pewien model, który pozwoliłby mu być najlepszym z możliwych ojców, trochę jak w serialu telewizyjnym.
W dalszej rozmowie powiedział również, że w pierwszym kontakcie z nowonarodzonym synem działał trochę po omacku, nigdy przecież nie widział, jak jego tata

zmienia pieluchy, śpiewa kołysanki, czyta książki. Jak stwierdził – nie miał wzorca do naśladowania, działał instynktownie . Mój rozmówca powiedział:

„Wydaje mi się, że potrzeba bycia dobrym tatą wynika przede wszystkim z pragnienia bycia blisko, prawdopodobnie podświadomie chciałem nadrobić braki z własnego dzieciństwa”.

Nowe ujęcie rodzicielstwa – instynkt ojcowski istnieje?

Koncepcje, według których mężczyzna obdarzony jest [pogrubienie]instynktem rodzicielskim[/pogrubienie], a jego rola nie powinna sprowadzać się do bycia nieszczęsnym pomocnikiem, który ma na celu zapewnienie odpowiednich warunków bytowych, są relatywnie nowym ujęciem zagadnienia związanego z rodzicielstwem. Amerykańska antropolożka i prymatolożka Sarah Blaffer Hrdy, która wniosła znaczący wkład w psychologię ewolucyjną i socjobiologię, uważa, że zarówno matki, jak i ojcowie przejawiają pewien repertuar zachowań rodzicielskich, które przejawiają się poprzez myśli i działania wykraczające poza sfery kulturowe, a w opinii Timothy’ego Hugh Clutton-Brock’a można dostrzec u ludzi międzygatunkową homologię.

Oczywiście poza typowymi potrzebami związanymi z ewolucyjną koniecznością przetrwania i kontynuowania linii gatunkowej, rodzicielstwo w wydaniu ludzkim obejmuje powiązane ze sobą mechanizmy biologiczne, psychologiczne i behawioralne, które od pierwszych chwil po urodzeniu oddziałują na dziecko jako na nowego członka społeczności zwanej rodziną.

Zmiana kulturowa i odkrywanie roli ojców

Dla pokolenia moich rodziców, ale jeszcze bardziej – jak sądzę – dziadków, podobne tezy byłyby zapewne kontrowersyjne. Ponieważ zaliczam się do pokolenia tzw. wyżu demograficznego, które doświadczyło skomplikowanej transformacji ustrojowej i mentalnej, dlatego miałem możliwość obserwowania w dzieciństwie ojców zajmujących się dziećmi, zwłaszcza tych, którzy na drodze przemian stracili zatrudnienie, ale w dalszym ciągu tata był traktowany jako kiepski substytut mamy. W opracowaniach naukowych zresztą było podobnie, a naukowcy różnych specjalizacji badający rozwój dzieci koncentrowali się głównie na roli matek.

Prekursorskie badania dr. Michaela Lamba

Prekursorem badań nad ojcostwem jest amerykański psycholog dr Michael Lamb, który jeszcze w latach 70-tych, w swojej pracy Relacje między niemowlętami a ich matkami i ojcami (1976), w sposób krytyczny ocenił dominującą na świecie teorię przywiązania, według której najważniejszym rodzajem relacji rodzinnej była ta, która zawiązywała się między niemowlęciem a jego matką. Ten sposób postrzegania i myślenia o rodzicielstwie, w którym kluczową rolę odgrywa „za wszelką cenę” właśnie matka, przedstawił w filmie „Tato” Maciej Ślesicki.

Pokonywanie stereotypów: od teorii do realnych zmian

Wspomniany już dr Lamb oraz współpracująca z nim grupa badaczy doszli do wniosku, że dzieci mogą tworzyć równie silny kompleks emocjonalny zarówno z ojcami, jak też matkami, żeby jednak ten pogląd się utrwalił, potrzeba było gruntownej przebudowy mentalnej w społeczeństwie. Jednym z pierwszych znaczących kroków w kierunku docenienia roli taty było wprowadzenie tzw. porodów rodzinnych. Wprawdzie pierwszy taki poród odbył się 10 czerwca 1983 r. w szpitalu im. Madurowicza w Łodzi, ale realnie sytuacja zmieniła się w Polsce dopiero w 1994 roku, w odpowiedzi na akcję „Rodzić po ludzku”. Dzisiaj położne zachęcają ojców do tzw. kangurowania i udzielają wszelkich porad ojcom, by wprowadzić ich w świadome ojcostwo, ponieważ zgodnie z nowymi trendami, bycie zaangażowanym tatą wpływa na fizjologię, psychologię i wyniki dzieci w wielu obszarach przez całe ich życie.

Dlaczego zaangażowanie taty jest kluczowe?

Krótko mówiąc, tatusiowie robią różnicę. Dlaczego więc, gdy widzimy mężczyznę z niemowlęciem w dzień powszedni, wciąż odruchowo zastanawiamy się, gdzie jest matka tego dziecka, nawet jeśli uważamy, że to takie urocze, że „opiekuje się dzieckiem”? Prawda jest taka, że tak jak kobiety zawsze miały predyspozycje do bycia dyrektorami generalnymi, tak mężczyźni zawsze mieli moc wychowywania dzieci. Teraz, gdy zdajemy sobie z tego sprawę, może wkrótce nadejść dzień, w którym domyślne założenie, że mama jest głównym rodzicem, wyda się śmiesznie dziwne – i wszyscy będziemy dzięki temu lepsi.

Narodziny ojca – biologiczne podstawy i wpływ hormonów

Ludzie to pod każdym względem bardzo dziwny gatunek – marzymy o kolonizacji kosmosu, tworzymy złożone algorytmy obliczeniowe, zaczęliśmy wykorzystywać na szeroką skalę sztuczną inteligencję, a w dalszym ciągu nie wiemy wszystkiego o naszych ciałach. Dotyczy to także fenomenu ojcostwa, którego biologiczne podłoże zaczęto badać tak naprawdę dopiero na przełomie obecnego stulecia.
W badaniach prowadzonych także przez polskich naukowców wykazano, że zarówno w okresie ciąży, jak też po jej rozwiązaniu dochodzi u mężczyzn do zmian. Zmiany obejmują nie tylko męskie ciała, które w tym czasie potrafią się zaokrąglić, ale przede wszystkim układ dokrewny, który uwalniając hormony, sprawia, że potrafimy stać się wrażliwsi, bardziej opiekuńczy.

Na podstawie badań, które przywołałem w przypisach do tego artykułu, można wysnuć wniosek, że ojcowski „kaftan bezpieczeństwa”, który przez lata krępował ojcostwo w społeczeństwie, może zostać rozwiązany dzięki naszej wewnętrznej chemii, która jest w stanie zmienić macho w czułego „barbarzyńcę”.

Tata – wykres zmian hormonalnych u ojców: spadek testosteronu, wzrost oksytocyny i prolaktyny podczas ciąży i opieki nad noworodkiem.
Ojcostwo zmienia ciało – poziomy hormonów przygotowują mężczyzn do opieki nad dzieckiem.
  • Zielona linia (Oksytocyna): Poziom wzrasta stopniowo w czasie ciąży, osiąga szczyt przy narodzinach dziecka i utrzymuje się podczas aktywnej opieki.
  • Niebieska linia (Prolaktyna): Zaczyna rosnąć w ostatnim trymestrze ciąży i utrzymuje się na wysokim poziomie u zaangażowanych ojców.
  • Czerwona linia (Testosteron): Spada w końcowych tygodniach ciąży i osiąga najniższy poziom po narodzinach dziecka.
  • Dodatkowo, symbol 🍼 (przy szczycie oksytocyny) ilustruje kluczowy moment przy pierwszym kontakcie ojca z dzieckiem

Oksytocyna, prolaktyna i… ojcowski spadek testosteronu

W przywołanych badaniach wykazano, że u ojców w trakcie kontaktu i zabawy z noworodkami dochodzi do uwalniania „hormonu miłości”, czyli oksytocyny, w podobny sposób, w jaki ma to miejsce u mam. Moje „poczwórne” odkrycie tego faktu było za każdym razem inne. Kiedy na świat miała przyjść pierwsza córka, kiedy wspólnie z żoną nie wiedzieliśmy, w jaki sposób będzie przebiegała akcja porodowa i w ogóle czego się spodziewać w tych pierwszych sekundach, byliśmy chyba bardziej zestresowani niż przepełnieni euforycznym oczekiwaniem.

Pewne komplikacje, które wyniknęły przy pierwszym porodzie, spowodowały, że nasza córka prosto z brzuszka trafiła do inkubatora, a my oczekiwaliśmy w napięciu na ten pierwszy krzyk, którego się obawialiśmy – ale jeszcze bardziej przeraził nas jego brak.

Kiedy po godzinie usłyszałem od położnej, że teraz córka już „będzie z nami”, poczułem ogromną falę uderzeniową, która niemal mnie nie przewróciła. Pamiętam, że po całej nocy w szpitalu wróciłem do domu i miałem jeszcze dość siły, żeby odśnieżyć chodnik przed domem. Pozostałe dzieci przychodziły na świat z dużo większą ochotą, ale być może opiszę to przy innej okazji. Za każdym razem pojawiał się słodki smak w ustach i wielka, niewyobrażalna radość, która trwa do dnia dzisiejszego.

Oksytocynowa fala pozwala na chodzenie w chmurach, wyzwala empatię wobec wszystkich ludzi i generuje narcystyczną niezdolność do mówienia o czymkolwiek innym.

Kiedy organizm taty pompuje się zwolna miłosnym narkotykiem, znacząco obniża się poziom testosteronu. Tata jest mniej podatny na ryzykowne zachowania; szybka jazda samochodem ustępuje miejsca rozwadze i uważności, wchodzi w rolę opiekuna.
W badaniach zaobserwowano także, że w tym czasie dochodzi u mężczyzn do wzrostu poziomu prolaktyny, hormonu, który stymuluje u kobiet produkcję mleka.

Zdaniem antropologa Lee Gettlera obecność prolaktyny sięga czasów, zanim na świecie pojawiły się ssaki, a więc nie może być to hormon wybitnie skorelowany z karmieniem piersią. Prowadzone przez naukowca badania pozwoliły wysnuć pewne hipotezy związane z obecnością tego hormonu u współczesnych ojców. Gettler jest zdania, że ojcowie z wyższym poziomem prolaktyny angażują się w zabawę z dziećmi w sposób, który jest korzystny dla rozwoju sfer poznawczych i uczenia się. Tacy ojcowie wydają się także bardziej wrażliwi na płacz niemowląt, co zwiększa ich chęć do bycia blisko.

Podejrzewam, że wielu zaangażowanych w wychowanie swoich dzieci ojców mogłoby opowiedzieć własną wersję hormonalnej transformacji, którą bez wątpienia dostrzegli bez przeprowadzania analiz laboratoryjnych.

I nie, nie chodzi tylko o to, że zaangażowany tata sprawia, że dziecko jest lepsze w sporcie – badania pokazują, że nasza obecność jest dobrodziejstwem dla prawie każdego aspektu rozwoju człowieka. Posiadanie zaangażowanego ojca wiąże się z mniejszymi opóźnieniami poznawczymi, lepszą gotowością szkolną, spadkiem napadów złości i agresywnych zachowań oraz niższymi wskaźnikami depresji.
W książce Do Fathers Matter? dziennikarz naukowy Paul Raeburn podsumowuje wyniki szwedzkiego badania z 2007 roku, w którym stwierdzono, że zaangażowany ojciec może nawet uchronić swoje nastoletnie potomstwo przed więzieniem:

„Dzieci, których ojcowie bawili się z nimi, czytali im, zabierali je na wycieczki i pomagali się nimi opiekować, miały mniej problemów behawioralnych we wczesnych latach szkolnych i mniejsze prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa lub zachowania przestępczego jako nastolatki”.

Ojcowski pakiet korzyści – wpływ zaangażowanego taty na rozwój dziecka

Postrzeganie rodzicielstwa w kategoriach partnerstwa jest stosunkowo nowym trendem, który kształtował się w różnych rejonach z różną intensywnością i w różnym czasie. Z całą pewnością pewnym głosem inicjującym ten proces były ruchy społeczne zapoczątkowane jeszcze w latach 70-tych przez środowiska feministek, które oczekiwały zniesienia barier płciowych i dyskryminacji.

Niestety z własnego doświadczenia nie jestem w stanie opisać doświadczeń dotyczących moich najmłodszych lat, ponieważ niewiele pamiętam. Na pewno nie przypominam sobie, żeby mój tata zmieniał mi pieluchy, ale nie pamiętam też, żeby robiła to mama. Kilka miłych wspomnień obejmuje okres późnego dzieciństwa i dotyczyły między innymi odbierania mnie z przedszkola przez ojca czy jego zaangażowania, kiedy leżałem chory w szpitalu.
Pamiętam również, że zabrał mnie na wyścig pokoju i sporadycznie czytał dziecięcą prasę.
Z jego opowieści wiem natomiast, że jego tata w ogóle się nie angażował w wychowanie dzieci. Więc już na tym krótkim dystansie można dostrzec pewną przemianę, która dzisiaj jest normą – co obserwuję nie tylko na placach zabaw, ale także w szatni przedszkolnej, gdzie spotykam ojców w przewadze.

Zmiana w zaangażowaniu ojców w wychowanie dzieci, która dokonała się na przestrzeni zaledwie kilku lat, ma olbrzymi wpływ na rozwój dzieci. Nie chodzi wyłącznie o to, że zaangażowani tatusiowie uczą swoje dzieci jazdy na rowerze, zabierają je na kajaki, mecze piłki nożnej i wszczepiają zamiłowanie do sportu i aktywności fizycznej. Badania naukowe potwierdzają, że nasza obecność ma pozytywny wpływ w niemal każdym aspekcie rozwoju dziecka. Zaangażowany tata wspomaga rozwój poznawczy, przyczynia się do poprawy tzw. gotowości szkolnej, a także ma niebagatelny wpływ na zmniejszenie zachowań agresywnych wśród dzieci oraz niższe wskaźniki związane z rozwojem depresji wśród dzieci i młodzieży, która niestety wydaje się być epidemią współczesnych czasów.

W książce Paula Raeburna Czy ojcowie mają znaczenie? (oryg. Do Fathers Matter?), w której dziennikarz dokonuje podsumowania badania przeprowadzonego w 2007 roku w Szwecji, pojawia się teza, że:

zaangażowany w wychowanie dzieci ojciec może nawet uchronić dziecko przed wejściem na drogę przestępczą.

Z przywołanych przez dziennikarza badań wynika, że dzieci, których ojcowie bawili się z nimi, czytali książki, zabierali na wycieczki i aktywnie uczestniczyli w procesie wychowania, miały znacznie mniej problemów o podłożu behawioralnym we wczesnych latach szkolnych, a także znacznie mniejszy współczynnik związany z wchodzeniem na drogę przestępczą w okresie nastoletnim.

Wpływ ojcowskiego słownictwa na rozwój językowy

W jednym z badań naukowych pojawia się teza wskazująca na rozwojowe sprzężenie związane z zaangażowaniem ojców na biegłość językową dzieci. Okazuje się, że bez względu na to, jak dobrze mówiła matka, używanie słownictwa przez ojca miało największy wpływ na rozwój językowy malucha. Oczywiście nie chodzi wyłącznie o czytanie książek, ale także codzienne poszerzanie zasobu słownictwa poprzez rozmowę, opowiadanie, a nawet powtarzanie przez ojców dziecięcych neologizmów.

Obserwacja poczyniona przez naukowców nie wzięła się oczywiście z powietrza i myślę, że wielu zaangażowanych ojców mogłoby się podzielić własnymi spostrzeżeniami dotyczącymi budowania więzi z dziećmi. Kiedy miałbym odnieść się do własnych doświadczeń w tym obszarze, to muszę napisać, że kiedy w naszym domu pojawiło się pierwsze dziecko – córeczka, która z pewnego mentalnego założenia miała być od pierwszych dni „córeczką tatusia”, niestety okazało się, że nawiązanie więzi z niemowlęciem wcale nie jest takie proste.
Pamiętam pierwszą noc po powrocie do domu, kiedy w środku nocy córka zaczęła płakać, a ja chciałem w jakiś sposób wyręczyć zmęczoną porodem żonę. Wiedziony instynktem wstałem do łóżeczka, podniosłem „moją” kruszynkę i zacząłem jej nucić zmyślaną na poczekaniu kołysankę. I nagle – eureka! Odkryłem, że wprawdzie nie mam piersi, ale mogę „karmić” dziecko swoją obecnością i głosem. Dla mnie to było bardzo ważne odkrycie, które doprowadziło mnie między innymi do miejsca, w którym dzisiaj jesteście także Wy, czytający tego bloga.
Oprócz wymyślania kołysanek dość wcześnie zacząłem także czytać książki dla dzieci – a ulubioną lekturą 1,5 rocznego dziecka były przygody Koziołka Matołka. Nie mogę stwierdzić na pewno, jaki wpływ miało moje zaangażowanie na kształtowanie mowy mojej córki, która mając 2 lata mówiła już pełnymi zdaniami, ale wierzę, że moje zaangażowanie przyczyniło się do jej rozwoju. Podobną ścieżkę przeszedłem z pozostałą trójką moich dzieci i efekt był bardzo podobny.

Nauka o ojcostwie – co jeszcze kryje w sobie rola taty?

W ujęciu naturalnym mężczyźni należą do uprzywilejowanej grupy ssaków, ponieważ zaledwie 10% angażuje się w bezpośrednią opiekę nad swoim potomstwem. W tym wąskim gronie znajdują się także orangutany, słonie, foki i lwy morskie. U zwierząt niższych rzędów przykładów możemy szukać chociażby pod powierzchnią wody. W naszych rzekach spotkać można ciernika (Gasterosteus aculeatus), niewielką rybkę, której samiec buduje gniazdo, do którego zaprasza samice, a następnie sam broni zapłodnionej ikry i narybku, dopóki ten nie wchłonie woreczka żółtkowego i nie rozpocznie samodzielnego życia. W Bałtyku żyją z kolei koniki morskie, których osobniki męskie wyposażone są w torbę lęgową na brzuchu, do której samica składa jaja. Zarodki zagnieżdżają się w tkance torby, gdzie przez sieć naczyń kapilarnych jest im dostarczany tlen i substancje odżywcze – tak jak u ludzi poprzez pępowinę. Podobnie przebiega rozród u igliczni (Syngnathus typhle), która także można spotkać w naszym morzu. Warto także przywołać także zachowania zaobserwowane u pingwinów cesarskich (Aptenodytes forsteri), u których matka, zostawia jaja ojcu, a sama wyrusza w plener w poszukiwaniu pokarmu. Samiec emu (Dromaius novaehollandiae) samodzielnie wysiaduje jaja i wodzi pisklęta.

Można zatem wysnuć nieśmiałą hipotezę, że w procesie ewolucji natura eksperymentowała z różnymi rozwiązaniami w obszarze ojcostwa, a skoro ludzie pochodzą z wody… Wróćmy jednak do głównego wątku. Wspominałem już, że badania naukowe koncentrujące się na przemianach zachodzących w organizmach mężczyzn w trakcie opieki nad dziećmi są stosunkowo nową dziedziną. Poniżej prezentuję niewielki wycinek tego, co wiemy na ten temat:

  • Oprócz zmian hormonalnych zachodzących u mężczyzn w następstwie kontaktu z niemowlętami, zdarza się, że przyszli ojcowie doświadczają zmian fizycznych już w czasie ciąży swoich partnerek. Zespół kuwady (in. zespół couvade, ciąża współczulna) dotyczy według statystyk od 11 do 36% partnerów ciężarnych kobiet i objawia się szeregiem typowych dla przebiegu ciąży zaburzeń. Mężczyźni dotknięci ciążą współczulną, która kończy się po porodzie, mogą odczuwać m.in.: nudności, bóle brzucha, wzdęcia, wahania apetytu, wzrost masy ciała, zmniejszenie masy ciała, problemy jelitowe, bóle zębów, problemy skórne, kurcze mięśni kończyn dolnych.
  • Gdy mężczyźni stają się ojcami, poziom testosteronu spada o około 30%, a spadek może rozpocząć się jeszcze przed narodzinami dziecka. Tatusiowie, którzy spędzają więcej czasu ze swoimi niemowlętami, odnotowują największy spadek.
  • Depresja poporodowa tzw. baby blues jest zjawiskiem dobrze znanym, a według statystyk cierpi na nią ponad 20% kobiet. Okazuje się jednak, że ojcowie również mogą jej doświadczać. Jedna z meta analiz z 2010 roku wykazała, że około 10% mężczyzn doświadcza depresji poporodowej.

Oczywiście mam świadomość, że w tym krótkim artykule nie wyczerpuję w pełni zagadnień związanych z biologicznymi aspektami ojcostwa. Mam jednak nadzieję, że przytoczone poniżej źródła staną się dla wielu mężczyzn argumentem, który pozwoli im wejść na wyższy poziom zaangażowania – bo jesteśmy stworzeni do tego, by być ojcami w pełnym znaczeniu tego słowa. Tak jak kobiety mają prawo być dyrektorami, prezydentami czy astronautami, tak my możemy być tatusiami. Być może potrzebne są jakieś programy wspierające rozwój więzi między dziećmi i ojcami, ale uważam, że i bez nich większość mężczyzn poradzi sobie w sposób intuicyjny.

Bibliografia:

  • Sarah Blaffer Hrdy: Mother Nature: Maternal Instincts and How They Shape the Human Species. Ballantine Books, 2000.
  • Timothy Hugh Clutton-Brock. The Evolution of Parental Care. Princeton University Press; 1991.
  • Mónica Sobral,Francisca Pacheco, Beatriz Perry, Joana Antunes, Sara Martins,  Raquel Guiomar,  Isabel Soares,  Adriana Sampaio,  Ana Mesquita,  Ana Ganho-Ávila: Neurobiological Correlates of Fatherhood During the Postpartum Period: A Scoping Review, Front. Psychol., 03 February 2022
  • dr Karolina Lutkiewicz, dr hab. Łucja Bieleninik, prof. UG, dr hab. Paweł Jurek, prof. UG, prof. dr hab. Mariola Bidzan: Predyktory więzi emocjonalnej u ojców we wczesnym okresie poporodowym: badanie przekrojowe na polskiej kohorcie, Instytut Psychologii, Uniwersytet Gdański. W: Księga Abstraktów, VII Ogólnopolska Konferencja Naukowa Psychologia w Służbie Rodziny, 2022.
  • Lee T. Gettler, Thomas W. McDade, Alan B. Feranil, Christopher W. Kuzawa: Prolactin, fatherhood, and reproductive behavior in human males. American Journal of Physical Antropology, Volume 148, Issue3  S. 362-370
  • Paul Raeburn: Do Fathers Matter?: What Science Is Telling Us About the Parent We’ve Overlooked. New York: Scientific American, 2015.
  • Jessica F. Schwab,Meredith L. Rowe,Natasha Cabrera,Casey Lew-Williams: Fathers’ repetition of words is coupled with children’s vocabularies, Journal of Experimental Child Psychology, 2018.

Jak literatura dziecięca wspiera rozwój językowy, poznawczy i narracyjny

Pierwsza część cyklu o wpływie książek na rozwój dziecka. Sprawdź, jak lektury kształtują mowę, wyobraźnię i umiejętność opowiadania historii.

Literatura dziecięca, często traktowana jako prosty i zabawny środek przekazu, w rzeczywistości odgrywa kluczową rolę w rozwoju dziecka. Od kształtowania języka i wyobraźni, po rozwój społeczny i emocjonalny – książki dla dzieci stanowią narzędzie wspierające ich wszechstronny rozwój.

Badania podkreślają, że czytanie dzieciom od najmłodszych lat rozwija nie tylko ich umiejętności komunikacyjne, lecz także wpływa na przyszłe sukcesy edukacyjne. W niniejszym artykule przyjrzymy się wielowymiarowym korzyściom literatury dziecięcej oraz jej roli w budowaniu solidnych podstaw rozwojowych.

1. Jak literatura dziecięca wspiera rozwój językowy i poznawczy

1.1. Kształtowanie umiejętności językowych

Badania pokazują, że literatura dziecięca wspiera rozwój języka już od najwcześniejszych lat życia dziecka. Regularne czytanie na głos wpływa nie tylko na rozwój biernego słownictwa, ale także na zdolność do formułowania własnych wypowiedzi i rozumienia struktur językowych. Dzieci, które mają częsty kontakt z książkami, szybciej przyswajają nowe słowa i wyrażenia, co bezpośrednio przekłada się na ich kompetencje komunikacyjne – zarówno ustne, jak i pisemne. Książki dostarczają im wzorców językowych w kontekście, co ułatwia naukę składni, gramatyki i poprawnej wymowy.

Co więcej, bogate i różnorodne treści literatury dziecięcej pomagają w kształtowaniu intuicji językowej – dziecko zaczyna rozpoznawać rytm, intonację i melodię języka, co z kolei wspiera naukę czytania i pisania w kolejnych etapach edukacji. Nie bez znaczenia jest również rola dialogów, powtórzeń i rymowanek, które angażują pamięć słuchową i stymulują rozwój mowy.

Dzieci, którym regularnie czyta się książki, rozwijają zdolności w zakresie słuchania, mówienia, a później także czytania i pisania znacznie szybciej niż rówieśnicy, którym rodzice nie czytali.
— Whitehead, 2009

Właśnie dlatego tak ważne jest, aby literatura dziecięca była obecna w życiu dziecka od pierwszych lat.

Literatura dziecięca rozwija nie tylko wyobraźnię, ale także więzi międzyludzkie
Książki wpływają na każdy aspekt rozwoju dziecka – zwłaszcza, kiedy czyta je rodzic.

Przykłady książek wspierających rozwój językowy dzieci

0–3 lata: Pierwsze słowa i rytm języka

  • Pucio uczy się mówić – Marta Galewska-Kustra

Proste ilustracje i powtarzające się dźwięki wspierają naukę pierwszych słów.

  • Księga dźwięków – Soledad Bravi

Onomatopeje i dźwiękonaśladownictwo rozwijają słuch fonemowy i wzbogacają słownictwo malucha.

  • Rok w lesie – Emilia Dziubak

Książka obrazkowa bez tekstu – zachęca do tworzenia własnych opowieści i opisywania świata.

4–6 lat: Rozbudowa słownictwa i logiczne wypowiedzi
  • Basia – Zofia Stanecka i Marianna Oklejak

Historie z życia przedszkolaka wspierają rozwój zdań złożonych i słownictwa codziennego.

  • Gruffalo – Julia Donaldson

Rymowana fabuła ułatwia zapamiętywanie struktur językowych i rozwija intonację.

  • Mam przyjaciela – Ralf Butschkow (seria wydawnicza)

Przedstawia codzienne sytuacje i zawody, wzbogacając język tematyczny.

7+ lat: Rozwijanie stylu i samodzielnego języka
  • Detektyw Pozytywka – Grzegorz Kasdepke

Zagadki i opowiadania ćwiczą logiczne myślenie i słownictwo opisowe.

  • Dziennik Cwaniaczka – Jeff Kinney

Narracja pierwszoosobowa wprowadza do nowoczesnych struktur językowych.

  • Felix, Net i Nika – Rafał Kosik

Dynamiczna seria łącząca bogaty język z wątkami przygodowymi i naukowymi.

1.2. Rozwijanie wyobraźni i myślenia abstrakcyjnego

Literatura dziecięca obfituje w metafory, symbole i wyobrażeniowe światy, które pobudzają wyobraźnię najmłodszych. Baśnie, takie jak Kopciuszek czy Czerwony Kapturek, pozwalają dzieciom przeżywać przygody, doświadczać emocji i identyfikować się z bohaterami, co sprzyja rozwojowi myślenia abstrakcyjnego. Dzięki kontaktowi z fantastyką i symboliką zawartą w opowieściach, dzieci uczą się interpretować znaczenia ukryte między wierszami, co rozwija ich zdolności do metaforycznego i kreatywnego myślenia. Tego rodzaju historie oswajają również z trudnymi tematami, takimi jak śmierć, lęk, niesprawiedliwość czy samotność – prezentując je w bezpiecznej, alegorycznej formie. W ten sposób literatura nie tylko bawi, ale także pełni funkcję psychologiczną i wychowawczą, oferując młodym czytelnikom narzędzia do rozumienia świata oraz własnych emocji.

Dzięki temu literatura dziecięca pełni funkcję nie tylko edukacyjną, ale i kulturową – kształtuje schematy myślenia i rozwija symboliczne rozumienie świata.

Jak podkreślają Kostecka i Skowera (2017), baśnie są pierwszym „alfabetem kultury”, wprowadzającym dziecko w podstawowe wartości i schematy myślowe. To właśnie za pomocą znanych archetypów – dobrego bohatera, złego przeciwnika, magicznego pomocnika czy nagrody za wytrwałość – dziecko uczy się uniwersalnych zasad, takich jak dobroć, odwaga, sprawiedliwość czy pokonywanie trudności. Baśniowe światy, choć oderwane od codziennej rzeczywistości, budują pomost między światem dziecięcej wyobraźni a realnym życiem, ucząc myślenia przyczynowo-skutkowego i moralnego rozumowania. Literatura dziecięca staje się dla młodego czytelnika instrukcją obsługi otaczającego świata. Moje dzieci wielokrotnie odwoływały się do sytuacji z książek, by opisać zjawisko lub sytuację, której do końca nie rozumiały, w ten sposób literatura dziecięca przekracza ramę okładki.

Przykłady współczesnych książek rozwijających wyobraźnię dziecka

3–5 lat: Pierwsze fantazje i światy równoległe
  • Naciśnij mnie – Hervé Tullet

Interaktywna książka, która zachęca dziecko do działania – naciskania, potrząsania, przesuwania stron – rozwija wyobraźnię, poczucie sprawczości i abstrakcyjne myślenie przyczynowo-skutkowe. Zdziwicie się korzystając z tej książki! (celowo napisałem, korzystając) W naszym domu jest to hit do dnia dzisiejszego, mamy wydanie polsko-francuskie, ale jest także polsko-angielskie. Polecam i na pewno napiszę o tej książce w osobnym wpisie.

  • Oczy – Iwona Chmielewska

Poetycka książka obrazkowa, w której pary oczu zmieniają się w rozmaite postaci i obiekty. Świetna do stymulacji wyobraźni wizualnej i narracyjnej.

  • Co robią uczucia? – Tina Oziewicz

Uosobione emocje (np. Wstyd, Nadzieja) w prostych metaforach – uczą dziecko interpretacji symbolicznej i kreatywnego myślenia.

6–8 lat: Fantastyka i opowieści z przesłaniem
  • Historia małej popielicy, która nie mogła zasnąć – Sabine Bohlmann

Nastrojowa opowieść z morałem, osadzona w magicznej scenerii lasu. Rozwija zarówno wyobraźnię przestrzenną, jak i emocjonalną.

  • Wielka Panda i Mały Smok – James Norbury

Inspirowana filozofią zen książka o podróży i przyjaźni. Piękne ilustracje i filozoficzne przesłania sprzyjają refleksji i tworzeniu wewnętrznych obrazów świata.

  • Księżycolud – Tomi Ungerer

Klasyczna już historia o istocie z Księżyca odwiedzającej Ziemię – pełna humoru, symboliki i nieszablonowego spojrzenia na świat.

9+ lat: Głębsze metafory i świat literackiej wyobraźni
  • Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek – Elena Favilli, Francesca Cavallo

100 prawdziwych historii w baśniowej formie – rozwijają wyobraźnię społeczną, empatię i poczucie sprawczości.

  • Baśnie osobliwe – Ransom Riggs

Zbiór niezwykłych opowieści w stylu klasycznych baśni, ale z mrocznym, gotyckim klimatem. Pobudza wyobraźnię, uczy interpretacji symboli i konwencji.

  • Tam gdzie żyją dzikie stwory – Maurice Sendak

Choć krótkie, to arcydzieło literatury dziecięcej pełne jest metafor o emocjach, gniewie i potrzebie powrotu do bezpieczeństwa – idealne do pracy nad symbolicznym rozumieniem świata, szczerze polecam.

Książki te, choć często proste w formie, zawierają głębokie warstwy znaczeniowe i symboliczne. Dzięki nim dzieci nie tylko rozwijają wyobraźnię, ale także uczą się rozumienia emocji, abstrakcyjnych pojęć i funkcjonowania w świecie złożonym z więcej niż jednego znaczenia.

1.3. Rozwój umiejętności narracyjnych

Opowiadanie historii to umiejętność kluczowa zarówno w życiu osobistym, jak i edukacyjnym. Dziecko, które potrafi tworzyć logiczne, uporządkowane wypowiedzi, łatwiej wyraża swoje myśli, przeżycia i potrzeby. Umiejętność budowania narracji stanowi fundament nie tylko dla późniejszej nauki pisania, ale również dla kompetencji społecznych, takich jak opowiadanie o wydarzeniach, tłumaczenie swojego punktu widzenia czy najzwyklejsza rozmowa (nie mylić z plotkowaniem!).

Literatura dziecięca, poprzez powtarzalność fabuł i przewidywalne struktury (np. początek–rozwinięcie–zakończenie), uczy dzieci logicznego myślenia, sekwencjonowania zdarzeń oraz organizowania informacji w formie spójnej wypowiedzi. Powtarzające się zwroty i konstrukcje językowe, typowe dla bajek, opowieści i baśni, działają jak szablony narracyjne, które dziecko może intuicyjnie przyswoić i wykorzystywać podczas własnych prób opowiadania – zarówno ustnie, jak i w formie pisemnej. Tak właśnie działa dobrze skonstruowana literatura dziecięca, która uczy opowiadania przez przykład.

Regularne słuchanie i czytanie historii sprzyja także rozwojowi tzw. „świadomości narracyjnej” – dziecko uczy się, że opowieść ma bohatera, konflikt, punkt kulminacyjny i rozwiązanie. Z czasem zaczyna wykorzystywać te elementy w swoich własnych opowieściach. Co więcej, literatura dziecięca wspomaga rozwój języka emocji – bohaterowie doświadczają uczuć, podejmują decyzje i ponoszą konsekwencje, co stanowi punkt wyjścia do refleksji nad ludzkimi motywacjami i relacjami.

Badania pokazują, że dzieci, które mają częsty kontakt z książkami narracyjnymi, szybciej rozwijają tzw. kompetencje narracyjne, czyli umiejętność opowiadania o przeszłości, planowania przyszłości i rozumienia cudzych historii. To z kolei przekłada się na lepsze funkcjonowanie w szkole – szczególnie w zakresie języka polskiego, historii i przedmiotów humanistycznych – a także w codziennym życiu społecznym.

Przykłady książek wspierających rozwój narracyjny dzieci

3–5 lat: Opowieści z prostą strukturą i powtarzalnością
  • Turlututu. A kuku, to ja! – Hervé Tullet

Interaktywna książka, która zachęca dziecko do aktywnego uczestnictwa i komentowania – idealna do wspólnego opowiadania i przewidywania kolejnych zdarzeń.

  • Mój cień jest różowy – Scott Stuart

Opowieść z jasnym początkiem, konfliktem i zakończeniem – dziecko może łatwo powtórzyć strukturę, a także dodać własne warianty historii.

  • Rok w przedszkolu – Przemysław Liput

To książka obrazkowa typu „picturebook bez słów”, z mnóstwem szczegółów i postaci. Zachęca dzieci do tworzenia własnych historii na podstawie tego, co widzą. Rozwija opowiadanie sytuacyjne i sekwencyjne, wspiera mowę spontaniczną i wyobraźnię.

6–8 lat: Tworzenie logicznych ciągów zdarzeń i dialogów
  • Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek – Justyna Bednarek

Świetny przykład literatury dziecięcej, która uczy logicznej narracji i kreatywnego podejścia do opowieści.

  • Tajemniczy ogród – Frances Hodgson Burnett

Klasyczna narracja z przemianą bohaterów – idealna do rozmów o tym, jak rozwija się postać i jakie wydarzenia wpływają na jej decyzje.

  • To nie jest książka – Jean Jullien

To kreatywna, zabawna i nietypowa publikacja, która inspiruje dzieci do tworzenia własnych historii. Wymusza narrację przez zabawę formą — raz staje się sklepem, raz teatrem, raz domkiem. Świetnie rozwija narrację sytuacyjną i wyobraźnię przestrzenną.

Klasyczna, rymowana opowieść o podróży przez świat w poszukiwaniu Pacanowa. Narracja epizodyczna, pełna humoru i zwrotów akcji, doskonale wspiera rozwój logicznego myślenia, sekwencjonowania zdarzeń oraz pamięci narracyjnej. Rymy ułatwiają zapamiętywanie, a ilustracje wspierają rozumienie kontekstu. To także świetne wprowadzenie do polskiego dziedzictwa literackiego.

 9+ lat: Własna narracja, emocje, tożsamość
  • Seria Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai – Martin Widmark

Prosta, ale logicznie zbudowana narracja detektywistyczna – dzieci mogą analizować fabułę, przewidywać kolejne kroki i tworzyć własne śledztwa.

  • Mały Książę – Antoine de Saint-Exupéry

Narracja metaforyczna i filozoficzna – rozwija nie tylko myślenie symboliczne, ale i umiejętność opowiadania z wielu perspektyw. Mały Książę to nie tylko literatura dziecięca, to klasyka!

  • Zeszyt do opowieści – Małgorzata Swędrowska, Katarzyna Bajerowicz

To wyjątkowa książka aktywizująca — dzieci mogą nie tylko czytać i oglądać ilustracje, ale też dopisywać własne historie, dorysowywać zakończenia i tworzyć własne wątki. Świetnie wspiera rozwój narracji i samodzielnego wyrażania siebie.

Tego rodzaju książki nie tylko rozwijają słownictwo, ale przede wszystkim uczą, jak zbudować początek, rozwinięcie i zakończenie. Ułatwiają dziecku zrozumienie struktury opowieści i dają przestrzeń do twórczej ekspresji – zarówno w formie mówionej, jak i pisanej.

Umiejętność budowania opowieści to nie tylko przyjemność z tworzenia – to kompetencja językowa, społeczna i emocjonalna, która będzie towarzyszyć dziecku przez całe życie. Literatura dziecięca, oferując bogactwo struktur, tematów i postaci, daje młodym czytelnikom narzędzia do rozumienia świata i siebie samych.

To tylko jeden z wielu wymiarów, w jakich literatura dziecięca wspiera rozwój dziecka – zarówno poznawczy, jak i społeczny.

W kolejnej części przyjrzymy się temu, jak literatura dziecięca wspiera rozwój emocjonalny i społeczny – jak pomaga dzieciom zrozumieć uczucia, budować empatię oraz wzmacniać relacje z innymi ludźmi.

  • części 1 mówiliśmy o języku, wyobraźni i narracji — o tym, jak książki rozwijają słownictwo, logiczne myślenie i umiejętność opowiadania.
    części 2 skupiliśmy się na emocjach i relacjach: jak książki uczą dzieci nazywać uczucia, rozumieć innych i budować więzi z najbliższymi.
    części 3 odkryliśmy rolę literatury w przygotowaniu do nauki — nie tylko w sensie „szkolnym”, ale jako motywacji, uważności i kulturowej dojrzałości.
    I wreszcie w części 4 zadaliśmy pytanie o przyszłość: jak nie zgubić literatury w świecie cyfrowych skrótów i globalnych trendów.

Bibliografia:

– Whitehead, M. (2009). Developing Language and Literacy with Young Children. London: Paul Chapman Publishing.
– Kostecka, W., & Skowera, M. (2017). W kręgu baśni i fantastyki. Warszawa: SBP.
– Bartosik, M. (2023). Jak rozmawiać z dziećmi o trudnych emocjach. Warszawa: Emocjolandia.
– Parry, R. L., & Taylor, L. (2018). Readers in the Round. Literacy, 52(2), 103–110.
– Kucirkova, N. (2019). Children’s Reading with Digital Books. Stavanger: University of Stavanger.
– Czabanowska-Wróbel, A. (2018). Children’s Literature—Between World and Global Literature. Wielogłos.

Tato, przeczytasz? O tym, dlaczego bajka przed snem bywa ważniejsza niż niejeden program edukacyjny

Gdybym miał zacząć ten tekst zgodnie z rytmem dnia przeciętnego rodzica, brzmiałby on mniej więcej tak: zanim zdążysz powiedzieć „umyj zęby”, jest już za późno na bajkę.

Ale spróbuję inaczej. Wolniej. Z większą uważnością.

Zacznę od pytania, które sam sobie zadaję częściej, niż chciałbym przyznać: kiedy ostatnio czytałem swojemu dziecku książkę naprawdę, z sercem, bez pośpiechu, bez cichego liczenia stron do końca rozdziału i bez myśli, że jeszcze muszę rozwiesić pranie, przygotować rzeczy na rano i sprawdzić, czy ktoś przypadkiem nie zostawił kanapki w plecaku od piątku?

Nie pytam z wyrzutem. Pytam jak ktoś, kto wie, jak wygląda wieczór po całym dniu bieganiny. Kolacja do odgrzania, skarpetki w miejscu, w którym skarpetek być nie powinno, zeszyt do podpisania, śniadaniówka do odnalezienia, dziecko w piżamie tylko częściowo, rodzic z baterią na poziomie trzech procent. A jednak właśnie wtedy, w tym zmęczeniu, w tym domowym rozgardiaszu, w tej chwili, kiedy człowiek najchętniej po prostu zapadłby się w kanapę i zniknął do rana, pojawia się coś bardzo ważnego. Małe okno. Szansa. Moment, w którym można wejść do świata dziecka.

Być może zwróciliście uwagę, że na zdjęciu wyróżniającym do tego wpisu pojawia się marchewka. Zwróciliście? Jako rodzice staramy się przecież dbać o zdrowy rozwój naszych dzieci. Pięć porcji warzyw i owoców, ruch, zajęcia dodatkowe, angielski, basen, rower, odpowiednie buty, witamina D, mniej cukru, więcej wody. To wszystko jest ważne. Nikt rozsądny nie będzie z tym dyskutował. Ale mam poczucie, że zbyt rzadko mówimy o tym, że czytanie wcale nie jest dodatkiem do rozwoju dziecka. Nie jest miłym bonusikiem dla rodzin, które akurat mają czas, biblioteczkę w salonie i kubek herbaty idealnie zaparzony o dwudziestej.

Czytanie wpływa na rozwój intelektualny, emocjonalny, językowy i społeczny dziecka. Mówiąc najprościej, czytając dziecku, karmimy nie tylko jego wyobraźnię, ale także sposób myślenia, odczuwania i rozumienia świata. To jest marchewka dla mózgu. Tylko że dziecko zwykle nie protestuje tak bardzo, jak przy marchewce na talerzu.

Badania realizowane przez Bibliotekę Narodową wskazują, że wielu Polaków nie ma w domu żadnej książki albo posiada jedynie podręczniki. A przecież obecność książek naprawdę ma znaczenie. Trudno sięgać po coś, czego nie ma. To trochę jak z wodą w lodówce. Jeśli jej nie wstawimy, to cudownie się tam nie pojawi. Z książkami jest podobnie. Domowa biblioteczka nie musi wyglądać jak sala w klasztorze benedyktynów. Nie musi być imponująca, uporządkowana alfabetycznie i obfotografowana na Instagram. Wystarczy, że książki są pod ręką. Że dziecko może po nie sięgnąć. Że widzi, że dorośli też czasem czytają, a nie tylko mówią innym, że czytać warto.

W mediach coraz częściej słyszymy o kryzysie czytania, wtórnym analfabetyzmie, dzieciach, które nie rozumieją tekstu, i dorosłych, którzy czytają głównie nagłówki. Nie chcę udawać, że problemu nie ma. Jest. I jest poważny. Ale mam też wrażenie, że część tej rozmowy zmienia się w festiwal paniki. Lubimy ogłaszać katastrofy. Lubimy wielkie słowa. Lubimy mówić, że wszystko się kończy. Tymczasem ja chciałbym popatrzeć na sprawę z drugiej strony. Czytanie dzieciom nie jest tylko odpowiedzią na kryzys. Jest budowaniem świata od podstaw. Słowo po słowie. Zdanie po zdaniu. Wieczór po wieczorze.

Dlatego ten tekst nie będzie tylko o statystykach. Będzie przede wszystkim o codziennych gestach. O zaufaniu. O chwilach, które wydają się małe, ale w rzeczywistości bywają większe niż cały system edukacji. Bo wszystko zaczyna się od bajki. I od kogoś, kto zechce ją przeczytać.

Czytanie dzieciom jako codzienny akt bliskości

Nazwa tego serwisu zobowiązuje. A zobowiązania, jak wiemy, są rzadkim luksusem w czasach, gdy można scrollować całe życie i nigdy nie dotrzeć do puenty. Dlatego z niegasnącą nadzieją zakładam, że wśród czytelników znajdą się tatusiowie, którym zależy nie tylko na tym, żeby dziecko nie wpadło do kałuży, ale też na tym, żeby nie utonęło w morzu bylejakości. Tacy, którzy wiedzą, że czytanie dzieciom nie jest przeżytkiem, tylko formą czułego oporu wobec świata, który coraz częściej podpowiada: nie myśl, tylko klikaj.

Mógłbym teraz napisać, że zbliża się katastrofa kompetencji czytelniczych. Mógłbym krzyknąć, że dzieci nie rozumieją, co czytają, a dorośli udają, że nic się nie stało. I w pewnym sensie miałbym rację. Ale jednocześnie wiem, że samo straszenie nikogo nie nauczy czytać. Wśród raportów, powołań na badania i poważnych min ekspertów bardzo łatwo zgubić to, co najważniejsze: człowieka pochylonego nad książką i dziecko, które słucha.

Zanim napisałem ten tekst, zanurkowałem w morze danych, statystyk i mądrych diagnoz. Przesiałem, przetrawiłem i odcedziłem wszystko, co pachniało pseudonauką albo przesadą. I wiecie, co zostało na dnie tego literackiego destylatu? Jedna prosta prawda: czytanie dzieciom naprawdę działa.

Nie sądzę, żeby za dobre wyniki dzieci w czytaniu odpowiadały wyłącznie kolejne podstawy programowe, nowe reformy albo dokumenty tworzone w gabinetach, gdzie człowiek czasem ma wrażenie, że dziecko istnieje głównie jako załącznik do rozporządzenia. Owszem, szkoła jest ważna. Nauczyciele są ważni. Bibliotekarze są ważni. Ale zanim dziecko trafi do systemu, trafia do domu. A w domu albo ktoś czyta, albo nie czyta. Albo książka jest czymś żywym, albo tylko dekoracją. Albo bajka jest wspólnym przeżyciem, albo czymś, co przegrywa z kolejnym odcinkiem, kolejną rolką, kolejnym powiadomieniem.

Moim zdaniem to właśnie w domach dzieją się najważniejsze rzeczy. W cichych wieczorach, kiedy ktoś zamiast odpalić serial, otwiera książkę. Kiedy ojciec czyta, a dziecko słucha przytulone, z oczami szerokimi jak okno w dusznym pokoju. To nie ma fleszy, lajków i abonamentu premium. To nie wygląda spektakularnie. Ale działa.

Nie powinniśmy jedynie stawiać gardy przed analfabetyzmem, skrótem myślowym i cyfrową amnezją. Powinniśmy budować domowe imperia czytelnicze. Nie wielkie, marmurowe i onieśmielające. Raczej takie z kocem, lampką, poduszką, psem śpiącym obok, tatą w roli ministra kultury i dzieckiem, które mówi: jeszcze jeden rozdział.

Czytanie dzieciom nie jest hobby. To alchemia. To lek na samotność. To czułość w formacie papierowym. To gest, który mówi: jesteś ważny. Tak ważny, że zamiast patrzeć w telefon, chcę wejść z tobą do świata, w którym smoki płaczą, koty mówią prawdę, a wilk czasami okazuje się mniej straszny niż człowiek, który przestał słuchać.

Czytanie dzieciom to jedyny czas, kiedy świat naprawdę zwalnia – i zaczyna mówić po ludzku

Dlaczego czytam dzieciom?

Posiadanie dzieci to przyjemność do potęgi nieznanej matematyce, choć oczywiście bywają dni, kiedy ta potęga wygląda bardziej jak zadanie z rachunku prawdopodobieństwa niż jak reklama szczęśliwej rodziny. Dla tych, którzy dzieci nie mają albo nie planują mieć, może to być doświadczenie równie niewyobrażalne jak dla mnie skok ze spadochronem. Albo na bungee. Albo dobrowolne wejście do sklepu z zabawkami w sobotnie popołudnie.

Proszę sobie jednak wyobrazić dość typową sytuację. Wieczór jak w setkach domów. Kuchnia po kolacji wygląda tak, jakby odbyła się tam mała rekonstrukcja bitwy pod Grunwaldem, tylko z użyciem jogurtu. Na stole okruchy, na podłodze plama niewiadomego pochodzenia, dziecko biega w piżamie z jednym rękawem założonym prawidłowo, a drugim jako elementem awangardowej kreacji. Jest późno. Zbyt późno. Ja jestem zmęczony, mam oczy jak dwuzłotówki i marzę tylko o tym, żeby usiąść i na chwilę przestać uczestniczyć w rzeczywistości.

I wtedy słyszę:

Tato, przeczytasz?

W pierwszym odruchu mam ochotę westchnąć. Może nawet powiedzieć: jutro. Jutro przeczytamy więcej. Jutro będę lepszym ojcem. Jutro będę miał więcej siły. Ale coś mnie zatrzymuje. Może echo własnego dzieciństwa. Może resztki sumienia. Może świadomość, że to „jutro” w rodzicielstwie bardzo łatwo zamienia się w „kiedyś”, a „kiedyś” ma paskudny zwyczaj nie przychodzić.

Sięgam więc po książkę.

Otwieram.

Zaczynam.

I nagle wszystko cichnie.

Dziecko siada blisko. Patrzy. Słucha. Przerywa mi, bo chce coś wyjaśnić. Śmieje się z głupiego dialogu. Pyta, czy ten bohater jest zły, czy tylko smutny. Zmieniam głos na niski, potem piskliwy, potem udaję kogoś, kogo nie powinienem udawać publicznie. I orientuję się, że jestem w środku opowieści razem z nią. Naprawdę razem.

To nie jest spektakl. To nie jest edukacyjny projekt z harmonogramem. To nie jest parenting z Instagrama. To jest czytanie dzieciom w najczystszej postaci. Takie, które zostaje w pamięci jak zapach książki przechodzącej przez kolejne dzieciństwa w rodzinie.

Czy jestem rano zmęczony? Jestem. Ale to jest dobre zmęczenie. Owocne. Takie, które nie zostawia po sobie pustki, tylko poczucie, że coś się wydarzyło. Może małego. Może niewidzialnego. Ale ważnego.

Czytanie dzieciom - Grafika promująca książki dla dzieci: „Opowieści o tym, co w życiu ważne” oraz „Dobre Bajki” Małgorzaty Korbiel. Ilustracje przedstawiają rodzinę oraz dzieci bawiące się na placu zabaw. Napis: „TO JEST TO!” oraz logo tataczyta.com.
Czytanie dzieciom – książki, które pomagają mówić o emocjach i tym, co w życiu ważne.

Znowu czytasz głosem kaczki

Prawdopodobnie w każdym podręczniku dla rodziców znajdziecie informację, że dzieci potrzebują rutyny. Niektórzy wolą słowo rytuał, bo brzmi milej, bardziej mistycznie i trochę mniej jak instrukcja obsługi pralki. Coś w tym pewnie jest, chociaż w naszej rodzinie konsekwentne rytuały wychodziły nam różnie. Jeśli za rytuał uznać codzienne powtarzanie: spakujcie się do szkoły, przygotujcie ubrania, gdzie są skarpetki, kto zostawił kredki w łazience, to rzeczywiście jesteśmy rodziną bardzo rytualną.

Wieczorne czytanie też może być rytuałem, ale można je realizować na różne sposoby.

Pierwszy sposób zna każdy zmęczony rodzic. To wersja minimalistyczna, niemal agonalna. Bierzesz książkę, otwierasz i czytasz głosem urzędnika odczytującego uchwałę w sprawie regulaminu korzystania z parkingu. Dziecko zasypia szybciej, niż zdążysz dojść do drugiej strony. Czasem ty zasypiasz pierwszy. Budzisz się po dwóch godzinach z książką na twarzy i lekkim poczuciem, że jednak nie tak miało wyglądać wielkie formowanie człowieka.

Druga opcja jest mniej wygodna, ale o wiele skuteczniejsza. To czytanie z zaangażowaniem. Tu nie wystarczy wypowiadać słowa. Trzeba wejść do historii. Trzeba modulować głos, robić dramatyczne pauzy, udawać płacz, śmiech, zdziwienie, potwora, staruszkę i kaczkę. Tak, kaczkę też. Jeśli wymaga tego sytuacja, ojciec powinien umieć zrobić z siebie kaczkę. To nie jest upadek autorytetu. To jest jego najwyższa forma.

Bo właśnie wtedy dziecko nie tylko słucha. Ono przeżywa. I ty razem z nim.

Nie zgadzam się z przekonaniem, że takie czytanie zawsze rozbudza dziecko. Wiele razy czytałem moim córkom historie tak zabawne, że śmiały się zamiast spać. Owszem, przez chwilę było więcej śmiechu niż senności. Ale potem przychodził moment, w którym dziecko wtulało się we mnie, a nie w poduszkę, i zasypiało z uśmiechem. Nie wiem, czy istnieje lepsza recenzja wieczornego czytania.

W tym właśnie leży sedno. Czytanie dzieciom to nie tylko sposób na spędzenie wieczoru. To emocjonalny akt odwagi. To moment, w którym zdejmuję pancerz dorosłości i mówię: jestem tutaj. Cały. Z głosem, który czasem drży. Z historią, która mnie też porusza. Z sercem na dłoni, choć udaję, że tylko czytam o misiu, smoku albo chłopcu, który nie chciał spać.

Dzieci to czują. Wiedzą, kiedy jesteśmy autentyczni, a kiedy tylko odhaczamy obowiązek. Wiedzą, kiedy czytamy z nimi, a kiedy czytamy obok nich. Gdy czytamy naprawdę, stajemy się dla nich kimś więcej niż rodzicem. Stajemy się przewodnikiem po świecie, który bywa piękny, śmieszny, straszny i zupełnie nie do zrozumienia.

A kiedy dziecko mówi: tato, mów głosem Remika, to wiem, że to już nie jest tylko opowieść. To jest relacja. Most zbudowany z emocji. Most, który może kiedyś przydać się w dużo trudniejszych rozmowach niż ta o tym, czy smok miał prawo zjeść naleśniki przeznaczone dla księżniczki.

Bo jeśli nauczymy dziecko emocji przez książkę, łatwiej porozumiemy się z nim wtedy, gdy emocje przestaną być słodkie jak bajka.

Czytając, widzę więcej

Są takie momenty podczas wieczornego czytania, kiedy przestaję być tylko narratorem i staję się obserwatorem. Czytam, niby skupiony na tekście, ale kątem oka widzę, jak dziecko reaguje. Rodzic, jak wiadomo, ma więcej niż dwoje oczu. Jednym patrzy w książkę, drugim na dziecko, trzecim sprawdza, czy herbata nie stoi za blisko łokcia.

Widzę więc, jak dziecko marszczy brwi. Jak wstrzymuje oddech. Jak rozjaśnia mu się twarz. Jak nagle robi się ciche. Jak coś je porusza, zanim zdąży to nazwać. To są chwile, których nie da się złapać ankietą, testem ani aplikacją do monitorowania nastroju. Wystarczy bajka i kilka stron wieczorem.

W naszym domu zdarzało się wielokrotnie, że podchodziliśmy do jakiejś książki kilka razy, bo dzieci nie były w stanie przejść przez emocje, które się w niej pojawiały. Mamy nawet jedną niedokończoną opowieść. Przeczytaliśmy około czterystu stron i w pewnym momencie scena była tak mocna, że książka wróciła na półkę. Mam nadzieję, że kiedyś do niej wrócimy. A jeśli nie, trudno. Czasem szacunek do dziecka polega także na tym, żeby nie pchać go przez opowieść na siłę, tylko uznać, że coś było za duże na ten moment.

Szczególnie mocno pamiętam pewien etap z Koziołkiem Matołkiem. Bohater, który swoją głupotą bawił pokolenia, moją córkę wzruszał do łez. Prawdziwych łez. Gdy tylko Koziołek wpadał w tarapaty, a jak wiemy, robił to z regularnością zegarka, moja córka zaczynała płakać. Rzewnie. Bez ironii. Bez dystansu. Tak, jak płacze ktoś, kto naprawdę przejął się losem papierowego bohatera.

Przez kilka miesięcy czytałem więc te same księgi, adaptując fabułę jak dramaturg w teatrze jednego ojca. Czasem pomijałem smutniejsze fragmenty, czasem łagodziłem je na poczekaniu, czasem przyspieszałem wyjście Koziołka z opresji, żeby nie doprowadzić do wieczornego potopu łez. I choć te wieczory wyglądały podobnie, każdy był wyjątkowy, bo za każdym razem dowiadywałem się czegoś nowego o moim dziecku. Co ją wzrusza. Co ją martwi. Czego się boi. Co jest dla niej ważne.

Dlatego uważam, że bajki to nie są tylko opowieści. To są szkła powiększające dziecięcą duszę. Testy empatii, ale nie w szkolnym sensie. Nie takie z punktacją. Raczej takie, które pokazują rodzicowi, jak dziecko buduje swoją wrażliwość.

Emocji nie da się nauczyć wykładem. Trzeba je przeżyć. Najlepiej razem. Czytanie dzieciom daje taką możliwość, zanim świat stanie się zbyt głośny, a dzieci zbyt zamknięte.

Eksperymenty w piżamie

Kiedy przysłuchuję się rodzicom, dochodzę do jednego wniosku: dzieci są mistrzami trudnych pytań. Zwłaszcza tych, które rozkładają dorosłych na łopatki w ciągu dwóch sekund.

Czy ryby wiedzą, że nie mają nóg?

Jeśli każdy ma inne oczy, to może każdy widzi inne kolory?

Czy jak ktoś wymyśli nową literę, alfabet się obrazi?

Dlaczego istnieje śmierć?

Czy można zjeść księżyc?

A skąd wiemy, że nie jesteśmy w bajce?

W ciągu dnia często odpowiadamy na takie pytania w biegu, z torbą w ręku, kluczykami w zębach i myślą, że zaraz spóźnimy się wszyscy, nawet ci, którzy nigdzie nie muszą iść. Ale wieczorem, kiedy zaczynamy czytać, świat zwalnia. I wtedy między jedną stroną a drugą pojawia się przestrzeń na rozmowę, która nie kończy się słowami: bo tak.

Czytając, często przenoszę treść opowieści na grunt codzienności. Pytam: co to znaczy? Dlaczego bohater tak postąpił? A ty co byś zrobiła? Czy on był zły, czy przestraszony? Czy można kogoś lubić i jednocześnie nie zgadzać się z tym, co zrobił?

I wtedy widzę, jak dziecko myśli. Nie tylko słyszę odpowiedź. Widzę proces. Wahanie, analizę, próbowanie świata na własnych zasadach. Widzę, jak tworzy w sobie mały kompas moralny, który kiedyś, mam nadzieję, pomoże mu przejść przez dużo trudniejsze sprawy niż konflikt między krasnoludkiem a obrażoną księżniczką.

Pamiętam, jak córka stwierdziła kiedyś, że nie uratowałaby pewnej księżniczki, bo ta ciągle się obrażała i powinna posiedzieć w wieży, żeby przemyśleć swoje zachowanie. Powiem szczerze, że nie byłem przygotowany na tak stanowczą interpretację. Ale właśnie takie momenty pokazują, że dziecko nie tylko słucha. Ono przetwarza świat. Stawia hipotezy. Buduje system wartości.

I o to przecież chodzi. Nie o to, żeby dziecko znało wszystkie stolice świata, choć stolice też się przydają. Chodzi o to, żeby umiało zadawać pytania, szukać sensu i rozumieć, że świat nie zawsze dzieli się na prostych bohaterów i prostych złoczyńców.

Czy można to osiągnąć bez wielkich podręczników, testów, aplikacji edukacyjnych i kursów, które co trzy sekundy proszą, żeby kliknąć dalej? Można. Wystarczy książka, kilka dobrych pytań i dorosły, który nie ucieka od rozmowy.

Apetyt rośnie w miarę czytania

Kiedy pisałem pierwotną wersję tego tekstu, moje córki jeszcze nie czytały samodzielnie. Miały już zestaw umiejętności, który dzielił je o krok od tej sztuki, ale wciąż to ja byłem tym, który otwierał opowieść i nadawał jej głos. Byłem odźwiernym do krainy zdań.

Dziś czytają płynnie. A jednak nasze wieczorne sesje nadal trwają. One w piżamkach, ja z książką. Czasem czytam ja, czasem one, czasem rozmawiamy więcej, niż czytamy. I wciąż widzę, jak z każdą historią obrastają w człowieczeństwo.

Widzę, jak czytanie wpływa na ich sposób mówienia, na wrażliwość, na wyobraźnię, na zdolność zauważania cudzych emocji. Bo nie oszukujmy się, wszystko zaczyna się od bajek, ale nie kończy się na bajkach. Wieczorne czytanie to ćwiczenie z rozumienia świata. Z moralności. Z niejednoznaczności. Z człowieczeństwa.

Mam taką cichą nadzieję, nie nachalną, raczej ojcowsko naiwną, że za kilka lat usiądziemy razem i będziemy rozmawiać nie tylko o Małym Księciu, ale też o Heideggerze, Gadamerze i Ricoeurze. Może nawet uda się zrobić to bez tłumaczenia każdego zdania z akademickiego na ludzki. A jeśli nie? Jeśli skończy się na tym, że będziemy wspólnie czytać książki o psach w kapeluszach i śmiać się z absurdalnych dialogów, to też dobrze.

Bo apetyt rośnie w miarę czytania, ale nie chodzi o to, żeby dziecko zjadło wszystkie książki świata. Chodzi o to, żeby nie przestało być głodne.

Nie muszę wychować domowego filozofa. Chciałbym wychować człowieka, który potrafi zapytać, wysłuchać, wzruszyć się, pomyśleć i nie przejść obojętnie obok kogoś, kto potrzebuje pomocy. Jeśli książki mogą w tym pomóc, a wierzę, że mogą, to naprawdę warto czasem przeczytać jeszcze jeden rozdział, nawet jeśli rano będę wyglądał jak bohater powieści grozy po nieprzespanej nocy.

Zaczyna się od bajki

Wielkie umysły nie kształtują się wyłącznie w laboratoriach, szkołach i salach wykładowych. One rodzą się także podczas tych zwyczajnych wieczorów, kiedy ktoś pyta: to co, dziś rozdział czy dwa?

Zaczyna się od królewny, która zgubiła but. Od misia, który zgubił ogon. Od wilka, który zjadł babcię. Od smoka, który niekoniecznie musiał być zły. A potem całkiem niepostrzeżenie pojawiają się pytania o sprawiedliwość, odpowiedzialność, sens, samotność, lojalność i przebaczenie. O to, czy można nie lubić bohatera, a mimo to go rozumieć. O to, czy warto być dobrym, kiedy nikt nie patrzy. O to, dlaczego ktoś jest zły i czy czasem złość nie wyrasta z tego, że wcześniej nikt go nie przytulił.

Czytanie dzieciom to nie tylko wspólny czas. To wspólne pytanie: jak być człowiekiem?

I naprawdę nie zawsze trzeba szukać odpowiedzi w podręcznikach filozofii. Czasem wystarczy, że dziecko powie: ja bym go nie zostawiła samego, nawet jeśli był zły, bo może jest zły dlatego, że był sam.

Wtedy wiem, że dzieje się coś ważnego. Nie musimy rozumieć Gadamera. Wystarczy, że rozumiemy się nawzajem.

W normalnym świecie ludzie nie powinni pożerać się jak wilki. Powinni rozmawiać. Współodczuwać. Próbować rozumieć. A jeśli jest miejsce, w którym można zacząć ćwiczyć tę trudną sztukę, to bardzo często jest nim kanapa, łóżko dziecka, lampka przy nocnym stoliku i książka otwarta na stronie, od której zaczyna się kolejna podróż.

Jeśli dziś masz przeczytać tylko jedną rzecz, niech to będzie bajka. Nie ten wpis.

Ale jeśli ten tekst cię poruszył, pokaż go komuś, kto też czyta wieczorami i czasem robi głos smoka, kaczki albo po prostu szczeka, kiedy wymaga tego sytuacja.