Książkę otrzymałem do recenzji od wydawnictwa Tatarak.
Literatura dziecięca ma niezwykłą zdolność wchodzenia tam, gdzie literatura dla dorosłych często zaczyna się krępować. Potrafi mówić o ciele, brudzie, wydzielinach, robalach i wszystkich tych sprawach, które kultura oficjalna najchętniej zamknęłaby w łazience, przykryła pokrywką albo opatrzyła zakłopotanym „fuj”. A przecież właśnie tam, w tym, co cielesne, śmieszne, wstydliwe i pozornie niskie, bardzo często zaczyna się prawdziwe poznanie świata. Dziecko nie odwraca wzroku od kupy dlatego, że nie zna jeszcze norm. Dziecko patrzy, pyta i śmieje się, ponieważ świat fizjologii jest dla niego częścią realności, a nie skandalem obyczajowym.
W swoich wcześniejszych tekstach o dziecięcej fascynacji kupą, pupą, robalami i innymi obrzydliwościami próbowałem pokazać, że ten rodzaj śmiechu nie jest jedynie prostą reakcją na coś zakazanego. To także forma poznania, oswajania wstydu, przejmowania kontroli nad ciałem i językiem. Dzieci śmieją się z kupy nie dlatego, że brakuje im wychowania, ale dlatego, że instynktownie rozumieją wyzwalającą moc śmiechu. Tam, gdzie dorosły mówi „nie wypada”, dziecko słyszy zaproszenie do zabawy. Tam, gdzie dorosły widzi brud, dziecko dostrzega zagadkę. Tam, gdzie dorosły odczuwa wstyd, dziecko potrafi odnaleźć radość.
Właśnie z tej perspektywy warto czytać Żuka Hugo Simony Smatany, książkę, która z wielką lekkością i inteligencją wpisuje się w nurt współczesnej literatury dziecięcej rehabilitującej to, co niskie, fizjologiczne i pozornie nieestetyczne. Jej bohaterem jest żuk gnojowy, a więc stworzenie, które w potocznym wyobrażeniu znajduje się bardzo daleko od klasycznych figur piękna. Nie jest ani puszystym kotkiem, ani sprytnym lisem, ani dzielnym pieskiem. Jest owadem toczącym kulki z odchodów innych zwierząt. I właśnie dlatego okazuje się bohaterem idealnym: postacią, która bardzo dobrze wpisuje się w refleksję nad przytłaczającym konsumpcjonizmem, o czym piszę szerzej w dalszej części recenzji. A może jest wręcz wyjątkowo trafną antropomorfizacją tego, jak funkcjonuje współczesny człowiek. Zachęcam więc, żeby po lekturze odbyć z dziećmi rozmowę na ten naprawdę trudny temat, ponieważ w mojej ocenie wyłącznie prosta recepcja tej książki odbierze jej znaczną część głębi.
Żuk Hugo i dziecięca estetyka kupy
Wybór żuka gnojowego na głównego bohatera nie jest w mojej ocenie wyłącznie chwytem komicznym. Owszem, dziecięcy czytelnik natychmiast uchwyci atrakcyjność tematu. Kupowe kulki, podziemny domek, nawozowe zapasy i cały świat zbudowany wokół odchodów posiadają wyraźny potencjał humorystyczny. Mam jednak wrażenie, że Simona Smatana nie chciała poprzestać jedynie na prostym haczyku mającym przyciągnąć uwagę młodego odbiorcy.
Książka adresowana jest przecież do dzieci, które wciąż potrzebują obecności dorosłego, aby wspólnie dekodować znaczenia ukryte w tekście i ilustracji. Owszem, młody czytelnik potrafi bardzo dużo odczytać z samych obrazów, ponieważ ilustracje Smatany są niezwykle narracyjne i pełne szczegółów, ale warstwa tekstowa wymaga już wspólnego odczytywania i rozmowy. Celowo używam tutaj słowa „odczytanie”, a nie jedynie „przeczytanie”. Samo przeczytanie historii może bowiem zatrzymać się na poziomie humorystycznej opowieści o żuku toczącym kulki z odchodów.
Odczytanie oznacza natomiast próbę wejścia głębiej, dostrzeżenia metafory, społecznego komentarza i pytań, które Smatana ukrywa pod warstwą pozornie lekkiej narracji. Podobnie jak Nicola Davies w książce „Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę”, autorka pokazuje, że odchody są elementem ekosystemu, znakiem biologicznej pracy świata, częścią krążenia materii, a nie tylko czymś, co należy usunąć z pola widzenia1.
W tym sensie „Żuk Hugo” znakomicie wpisuje się w literaturę, którą można nazwać literaturą estetyki rewersu. To literatura odwracająca hierarchie. Zamiast mówić wyłącznie o tym, co czyste, pachnące i społecznie akceptowalne, schodzi w dół, ku ciału, ziemi, wydzielinom i robalom. Nie po to, by epatować obrzydliwością, lecz po to, by przywrócić światu dziecięcemu jego pełnię. Dziecko przecież nie doświadcza rzeczywistości przez filtr salonowej elegancji. Ono poznaje świat przez dotyk, zapach, smak, śmiech, niepokój i zdziwienie.
Michaił Bachtin, pisząc o śmiechu karnawałowym, zwracał uwagę na moc obalania hierarchii i przywracania ciała kulturze2. W „Żuku Hugo” odnajdujemy podobną logikę, choć oczywiście wpisaną w łagodny, dziecięcy rejestr. To, co niskie, zostaje wyniesione na pierwszy plan. Kupa przestaje być znakiem wstydu, a staje się tworzywem opowieści. Żuk, który w kulturze dorosłych mógłby budzić niechęć, zostaje wyposażony w emocje, charakter, dom, przyjaciół i dramat wewnętrzny.
Ten gest ma duże znaczenie. Literatura dziecięca bardzo często działa jako laboratorium wstydu. Pozwala mówić o tym, co trudne, kłopotliwe albo objęte zakazem, w bezpiecznej formie fabuły. Kiedy dziecko czyta o kupie, robalach albo o krecie, któremu ktoś narobił na głowę, nie uczy się braku kultury. Uczy się, że ciało nie jest wrogiem, że wstyd można oswoić, a śmiech może być sposobem odzyskiwania swobody3.
„Żuk Hugo” działa dokładnie w ten sposób. Książka nie zawstydza dziecka jego fascynacją kupą. Przeciwnie, bierze tę fascynację poważnie i przekształca ją w opowieść o świecie, pracy, chciwości, stracie i relacji z innymi. Dzięki temu książka nie jest tylko zabawna. Jest także mądra.
Żuk Hugo jako współczesny Syzyf
Hugo jest żukiem chciwym i nienasyconym. Nie wystarcza mu jedna dobrze utoczona kulka. Potrzebuje następnej, potem kolejnej i jeszcze kolejnej. Gromadzi swoje nawozowe skarby, pracuje coraz szybciej, traci uważność, zaniedbuje relacje i coraz bardziej zamyka się w obsesji posiadania. Jego życie zaczyna przypominać niekończącą się pogoń za czymś, co nigdy nie daje pełnego zaspokojenia.
W tym miejscu trudno nie pomyśleć o Syzyfie. Mitologiczny bohater skazany był na bezustanne wtaczanie głazu pod górę, choć wiedział, że kamień za każdym razem stoczy się z powrotem. Hugo, choć nie zostaje ukarany przez bogów, sam tworzy sobie własną syzyfową mękę. Toczy kulkę za kulką, wierząc, że następna wreszcie przyniesie mu spełnienie i szczęście. Jego głazem jest kula nawozu. Jego górą staje się nieustanne pragnienie posiadania. Jego karą pozostaje nienasycenie.
Na jednej z ilustracji dostrzec można budynek przypominający swoją formą kościół, a nawet znaki krzyża. Zastanawiam się, czy nie jest to subtelna sugestia autorki, wskazująca możliwość duchowej przemiany albo ścieżkę prowadzącą do odzyskania równowagi. Smatana nie daje oczywiście jednoznacznych odpowiedzi, ale pozostawia przestrzeń do interpretacji, co uważam za jedną z największych zalet tej książki.
Czy nie przypomina wam to alegorii współczesnego człowieka pracy? Człowieka, który każdego dnia wtacza własny głaz pod górę, próbując zarobić na przysłowiową kromkę chleba powszedniego. Toczenie kulki nawozu można odczytać jako metaforę codziennego wysiłku, nieustannej pogoni za stabilnością, bezpieczeństwem i kolejnymi dobrami, które bardzo szybko przestają wystarczać. Hugo przypomina ludzi żyjących w rytmie pracy, obowiązków i konsumpcyjnych pragnień, przekonanych, że szczęście znajduje się tuż za następnym awansem, zakupem albo sukcesem.
To właśnie ten trop nadaje książce zaskakującą głębię. „Żuka Hugo” można oczywiście czytać jako prostą historię o chciwości, ale można też zobaczyć w niej przypowieść o współczesnym człowieku, który tak bardzo przyzwyczaił się do gromadzenia, że przestał zadawać sobie pytanie, po co właściwie to robi. Hugo przypomina wszystkich tych, którzy bez końca toczą swoje zawodowe, konsumpcyjne i ambicjonalne kule, wierząc, że spełnienie znajduje się tuż za kolejnym zakrętem.
W tym sensie Smatana tworzy książkę, która działa także na dorosłego czytelnika. Dziecko śmieje się z kupowych kulek, dorosły może zobaczyć w nich własne życie. To jedna z najważniejszych cech dobrej literatury dziecięcej. Nie zamyka się w jednym poziomie odbioru, lecz pozwala czytać się równolegle dziecku i dorosłemu. Umberto Eco pisał, że tekst pozostaje niepełny, dopóki nie zostanie zaktualizowany przez czytelnika4. „Żuk Hugo” właśnie tak działa. Dziecko aktualizuje go przez śmiech i ciekawość, dorosły przez doświadczenie nadmiaru, zmęczenia i utraty uważności.
Najważniejszy moment fabularny przychodzi wtedy, gdy deszcz rozpuszcza wszystkie zgromadzone przez Hugo skarby. To scena prosta, ale niezwykle celna. Woda unieważnia jego majątek, rozpuszcza efekt obsesyjnej pracy i zabiera mu to, czemu podporządkował codzienność. Można powiedzieć, że deszcz staje się tutaj siłą oczyszczającą. Nie karze bohatera w brutalny sposób, lecz zatrzymuje go i wyrywa z mechanizmu nieustannego nienasycenia. Dopiero wtedy Hugo zaczyna naprawdę widzieć świat wokół siebie.
To zresztą kolejna książka dziecięca, w której woda przynosi zmianę, oczyszczenie albo moment wewnętrznego przełomu. Pisałem już o tym przy okazji „Kalafionii mon amour” Agaty Widzowskiej, gdzie motyw wody również wiązał się z przemianą emocjonalną i próbą odzyskania równowagi. Podobny trop odnaleźć można także w „Dagfrid. Córce wikinga”, książce, którą również otrzymałem do recenzji od wydawnictwa Tatarak. Woda bardzo często pojawia się w literaturze dziecięcej jako symbol przejścia między starym a nowym porządkiem, między chaosem a możliwością rozpoczęcia wszystkiego od początku. W „Żuku Hugo” pełni dokładnie taką funkcję. Rozpuszcza nie tylko nawozowe kulki, ale także iluzję, że szczęście można zgromadzić i zamknąć w spiżarni pełnej skarbów.
Dopiero utrata pozwala Hugo naprawdę zobaczyć świat. Bohater zwalnia, rozgląda się wokół siebie, dostrzega las, przyjaciół i wartość zwykłych chwil, które wcześniej umykały mu w nieustannym pędzie za kolejną kulką nawozu. Odkrywa, że nie musi bez końca toczyć następnych kul, aby mieć poczucie istnienia i sensu. To bardzo ważne przesłanie, ale podane z dużą subtelnością i bez nachalnego morału.
Smatana nie tworzy kolejnej książki terapeutycznej pisanej wprost, których w ostatnich latach pojawiło się na rynku bardzo wiele i które, przyznam szczerze, często pozostają literacko nieuskrzydlone. Jej opowieść posiada jednak wyraźny potencjał terapeutyczny właśnie dlatego, że nie próbuje pouczać czytelnika wprost. Zamiast wygłaszać dziecku lekcję o chciwości, autorka pokazuje bohatera, który sam musi doświadczyć konsekwencji własnego nienasycenia. Dzięki temu przemiana Hugo nie wydaje się sztuczna ani dydaktycznie wymuszona. Jest naturalnym efektem przeżycia straty, zatrzymania i ponownego spojrzenia na świat.
Żuk Hugo, ciało i wolność dziecięcego śmiechu
W moich wcześniejszych tekstach pisałem, że dziecięcy śmiech z kupy jest śmiechem z życia. Wszyscy mamy ciało. Wszyscy podlegamy fizjologii. Wszyscy brudzimy, wydalamy, chorujemy i wstydzimy się tego, co kultura każe ukrywać. Dzieci jeszcze nie w pełni uczestniczą w tej kulturze wstydu, dlatego ich reakcja bywa bardziej szczera. Nie oznacza to braku granic. Oznacza raczej naturalną ciekawość wobec tego, co realne.
„Żuk Hugo” doskonale korzysta z tej dziecięcej ciekawości. Książka pozwala dziecku śmiać się z kupy, ale zarazem prowadzi je dalej. Pokazuje, że to, co śmieszne, może być także ważne. Kupa jest tu biologicznym materiałem, pożywieniem, skarbem, przedmiotem pracy, znakiem obsesji i elementem przemiany duchowej bohatera. Rzadko zdarza się, aby tak niepozorny motyw uniósł tak wiele znaczeń.
Można tu przywołać Mary Douglas, która w „Czystości i zmazie” pokazywała, że brud nie jest czymś obiektywnie obrzydliwym, lecz często oznacza materię znajdującą się nie na swoim miejscu5. W książce Smatany dochodzi do interesującego przesunięcia. To, co w ludzkim porządku uchodzi za nieczyste, w świecie żuka jest podstawą życia. Dziecko otrzymuje więc lekcję relatywności kulturowych kategorii. To, co dla jednego jest odpadem, dla innego może być skarbem.
Ten motyw ma ogromną wartość edukacyjną. Literatura dziecięca, która nie boi się brudu, może uczyć lepiej niż aseptyczna opowieść z nachalnym przesłaniem. Pokazuje bowiem, że rzeczywistość nie jest gładka i pachnąca, ale właśnie dlatego jest ciekawa. Dobre książki dziecięce nie muszą być „ładne” w banalnym sensie. Powinny być prawdziwe. „Żuk Hugo” jest prawdziwy właśnie dlatego, że nie udaje, iż świat przyrody składa się wyłącznie z kwiatków, listków i miłych zwierzątek.
Warto zauważyć, że Smatana nie epatuje obrzydliwością. Jej książka jest ciepła, subtelna i wizualnie przyjazna. Kupowe motywy nie są agresywne ani wulgarne. Zostają oswojone przez ilustrację, humor i narracyjną czułość. To bardzo ważna różnica. Autorka nie wykorzystuje tematu fizjologii jako taniej prowokacji, lecz jako bramę do poznania.
Żuk Hugo wśród robali, kretów i niegrzecznych bohaterów
„Żuk Hugo” można postawić obok takich książek jak „Kupa, siku!” Stéphanie Blake, „O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę” Wernera Holzwartha i Wolfa Erlbrucha, „Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę” Nicoli Davies czy „Robale, czyli co nas zżera”. Wszystkie te utwory łączy zgoda na dziecięcą fascynację tym, co obrzydliwe, zakazane albo zawstydzające6.
Króliczek Henio z książki Blake odpowiadający na wszystko słowami „kupa siku” staje się figurą dziecięcej językowej autonomii. Kret z książki Holzwartha nie ucieka od upokorzenia, lecz podejmuje śledztwo. Bohaterowie Davies uczą, że kupa i robale mogą być narzędziami nauki, nie tylko źródłem obrzydzenia. Hugo dołącza do tej rodziny literackich postaci wywrotowych, ale wnosi do niej coś własnego. Nie jest wyłącznie bohaterem śmiechu. Jest także bohaterem chciwości i przemiany.
W tym sensie Smatana łączy dwa nurty literatury dziecięcej. Pierwszy to nurt cielesno groteskowy, który pozwala dzieciom śmiać się z tematów tabu. Drugi to nurt egzystencjalno moralny, który opowiada o dojrzewaniu, samotności i relacjach. Zderzenie tych dwóch porządków daje bardzo dobry efekt. Książka pozostaje zabawna, ale nie jest błaha.
Warto też wspomnieć o Gombrowiczowskiej „pupie”, która w „Ferdydurke” staje się symbolem upupienia, czyli wtórnego infantylizowania człowieka przez cudzą formę7. U Gombrowicza dziecięcość bywa narzucona, kontrolowana i zawstydzająca. W literaturze dziecięcej o kupie sytuacja wygląda odwrotnie. To dziecko przejmuje język cielesności i używa go jako narzędzia wolności. Kiedy dziecko mówi „pupa” albo śmieje się z kupy, często nie poddaje się upupieniu, lecz właśnie mu się wymyka. Odmawia uczestnictwa w przesadnie poważnym świecie dorosłych.
„Żuk Hugo” nie jest oczywiście książką buntowniczą w takim sensie jak „Kupa, siku!”. Jej ton jest łagodniejszy. Ale wciąż mieści się w tym samym szerokim polu literackiej emancypacji ciała. Smatana mówi dziecku: możesz interesować się tym, co brudne, dziwne i niskie, bo także tam znajduje się wiedza o świecie.
Żuk Hugo i przyroda bez lukru
Oczywiście jedną z najmocniejszych stron książki jest jej przyrodniczy wymiar, co bardzo sobie cenię, jako miłośnik przyrody. Smatana przypomina, że żuk gnojowy jest ważnym uczestnikiem ekosystemu. Jego praca nie jest absurdalna sama w sobie. Absurdalna staje się dopiero wtedy, gdy zamienia się w obsesję. To bardzo ciekawe rozróżnienie. Autorka nie kpi z pracy żuka. Pokazuje raczej, że nawet pożyteczne działanie może stać się niszczące, jeśli traci miarę.
Końcowe strony książki zawierają popularnonaukowe informacje o żukach gnojowych, ich sposobie odżywiania, budowie gniazd, trosce o potomstwo i etapach rozwoju. Ten dodatek jest wartościowy, ponieważ pozwala dziecku przejść od fabularnego śmiechu do biologicznej wiedzy. Właśnie tak powinna działać dobra literatura popularnonaukowa dla najmłodszych. Najpierw budzi emocje, a potem wykorzystuje je jako energię poznawczą.
Podobny mechanizm opisywałem przy okazji książek Nicoli Davies. Dziecko, które śmieje się z kupy, wcale nie oddala się od wiedzy. Przeciwnie, często właśnie dzięki śmiechowi zaczyna pytać. A pytanie jest początkiem nauki. Jeżeli książka potrafi zamienić „fuj” w „dlaczego”, to spełnia jedną z najważniejszych funkcji literatury dziecięcej.
W Żuku Hugo ta funkcja została zrealizowana bardzo dobrze. Dziecko otrzymuje nie tylko opowieść, lecz także zaproszenie do obserwowania przyrody. Może dowiedzieć się, że świat owadów jest złożony, że odchody mają znaczenie ekologiczne, że małe stworzenia wykonują ogromną pracę dla całego środowiska. To lekcja ekologii bez patosu.
Żuk Hugo jako książka obrazkowa
Nie sposób mówić o Żuku Hugo bez zwrócenia uwagi na ilustracje. Simona Smatana pracuje miękką kreską i kredką, tworząc świat ciepły, przytulny i lekko baśniowy. Kolory pozostają stonowane i naturalne, ale jednocześnie nie są monotonne. W lesie pojawiają się błękitne liście, różowawe grzyby, podziemne mieszkania i mnóstwo drobnych detali codzienności, które sprawiają, że przestrzeń przedstawiona żyje własnym rytmem. Zwierzęta noszą buciki, piją kawę, odwiedzają się i funkcjonują trochę tak jak ludzie, co ponownie odsyła nas do alegorycznego wymiaru tej opowieści.
Las Smatany nie jest wyłącznie realistycznym ekosystemem, ale także metaforą ludzkiego społeczeństwa, w którym każdy gdzieś pędzi, coś gromadzi, o coś zabiega i próbuje odnaleźć własne miejsce. Dzięki antropomorfizacji bohaterów dziecko może łatwiej utożsamić się z postaciami, natomiast dorosły dostrzega w nich odbicie własnych zachowań, przyzwyczajeń i lęków.
Ten antropomorficzny zabieg jest bardzo skuteczny. Dzięki niemu żuk gnojowy przestaje być odległym owadem, a staje się kimś bliskim. Dziecko może wejść do jego domu, zobaczyć jego garnki, zapasy i rytuały. Ilustracja oswaja to, co mogłoby budzić niechęć. Kupowe kulki w świecie Smatany wyglądają niemal jak element domowej spiżarni, co dodatkowo wzmacnia komizm sytuacji.
W książkach obrazkowych tekst i obraz nie funkcjonują oddzielnie. Wspólnie budują znaczenie. Perry Nodelman podkreślał, że ilustracje w książce dziecięcej nie są wyłącznie dekoracją, ale współtworzą narrację8. U Smatany widać to bardzo wyraźnie. Obraz nie tylko pokazuje, co dzieje się w fabule, ale nadaje jej emocjonalny ton. Kiedy Hugo pędzi za kolejnymi kulkami, ilustracje oddają jego nerwowość i nadmiar. Kiedy po katastrofie zaczyna zwalniać, przestrzeń wizualna również się uspokaja.
Warto też zauważyć obecność czesko słowackich realiów. Grzybiarze, oznaczenia turystyczne, leśna ambona i szczegóły krajobrazu sprawiają, że świat przedstawiony nie jest anonimowy. Ma lokalny smak. To duża zaleta, ponieważ literatura dziecięca nie musi być neutralna kulturowo, aby była uniwersalna. Wręcz przeciwnie, często właśnie konkretność miejsca nadaje opowieści wiarygodność.
Żuk Hugo jako opowieść o uważności
Po utracie swoich skarbów Hugo zaczyna dostrzegać to, czego wcześniej nie widział. Las, przyjaciele, kawa, rozmowa i zwykły czas okazują się ważniejsze niż majątek złożony z nawozowych kul. Można oczywiście powiedzieć, że książka uczy uważności. Ale byłoby to zbyt proste, gdyby nie sposób, w jaki Smatana prowadzi opowieść.
Autorka nie używa języka poradnika. Nie tłumaczy dziecku, że trzeba praktykować mindfulness, zatrzymać się i oddychać. Zamiast tego pokazuje bohatera, który przez własne doświadczenie odkrywa, że pośpiech i chciwość odbierają mu radość życia. To znacznie skuteczniejsze niż bezpośrednie pouczenie.
W tym sensie książka ma wyraźny wymiar pedagogiczny, ale nie moralizatorski. Dobra literatura dziecięca nie powinna traktować dziecka jak odbiorcy, któremu trzeba natychmiast wyjaśnić sens opowieści. Powinna zostawić przestrzeń na własne rozpoznanie. „Żuk Hugo” taką przestrzeń zostawia.
Można tu przywołać refleksję Grzegorza Leszczyńskiego, który pisał o potrzebie książek, które „coś” robią młodemu czytelnikowi i prowadzą go gdzieś dalej9. Smatana robi dokładnie to. Jej książka zaczyna się od kupy, ale prowadzi do rozmowy o chciwości, ekologii, wstydzie, pracy, samotności i przyjaźni. To bardzo długa droga jak na niewielką książkę obrazkową.
Żuk Hugo i literatura, która nie zatyka nosa
Największą zaletą książki Smatany jest chyba jej odwaga połączona z czułością. Żuk Hugo nie próbuje być skandalizujący. Nie robi z kupy prowokacji. Raczej pokazuje, że literatura dziecięca nie musi zatykać nosa przed biologiczną realnością świata. Może oddychać pełną piersią także wtedy, gdy opowiada o odchodach.
To ważne, ponieważ przez długi czas literatura dla dzieci bywała traktowana jako przestrzeń szczególnej czystości. Dziecko miało obcować z tym, co piękne, pouczające i grzeczne. Tymczasem dziecięca wyobraźnia jest znacznie bogatsza. Obejmuje także brud, strach, złość, cielesność, śmiech i bunt. Książki, które to rozumieją, mają szansę naprawdę trafić do młodego czytelnika.
Żuk Hugo nie jest jednak apologią niegrzeczności dla samej niegrzeczności. To raczej opowieść o odzyskiwaniu miary. Hugo musi zrozumieć, że praca i posiadanie nie mogą zastąpić relacji. Musi nauczyć się, że nawet najlepsza kulka nie wystarczy, jeśli nie ma z kim usiąść przy stole.
To przesłanie brzmi prosto, ale w świecie nadmiaru jest bardzo aktualne. Dzieci żyją dziś w rzeczywistości intensywnych bodźców, oczekiwań i przedmiotów. Dorośli również. Historia małego żuka gnojowego może więc stać się punktem wyjścia do rozmowy o tym, ile naprawdę potrzebujemy, kiedy pragnienie zmienia się w zachłanność i dlaczego czasem dopiero strata uczy nas patrzeć.
Żuk Hugo i mądrość z końca pleców
Żuk Hugo Simony Smatany to książka, która mogłaby wydawać się drobną, zabawną opowieścią o żuku gnojowym. W rzeczywistości jest jednak dużo pojemniejsza. Łączy humor fizjologiczny z refleksją nad chciwością, edukację przyrodniczą z czułą opowieścią o wspólnocie, dziecięcą fascynację kupą z bardzo dorosłym pytaniem o sens nieustannego gromadzenia.
Hugo przypomina trochę mitologicznego Syzyfa, który toczył głaz pod górę, skazany na pracę bez spełnienia. Tyle że tutaj głazem jest kulka nawozu, a górą nienasycone pragnienie posiadania. Smatana pozwala jednak swojemu bohaterowi wyjść z tego kręgu. Deszcz rozpuszcza jego skarby, ale nie niszczy jego życia. Przeciwnie, otwiera je na nowo.
Właśnie dlatego książka jest tak wartościowa. Pokazuje dziecku, że utrata nie musi być końcem, a dorosłemu przypomina, że nie każda kula, którą z takim wysiłkiem toczymy, naprawdę jest warta naszej codzienności. Jednocześnie robi to bez kaznodziejstwa, bez ciężaru i bez udawanej powagi. Zaczyna od kupy, a dochodzi do spraw najważniejszych.
W moich tekstach o kupie, robalach i dziecięcym śmiechu pisałem, że czasem największa mądrość nie znajduje się na końcu zdania, tylko na końcu pleców. Żuk Hugo potwierdza tę myśl z wdziękiem i literacką precyzją. To książka, która nie wstydzi się ciała, nie ucieka od brudu i nie lekceważy dziecięcego śmiechu. A przy tym potrafi opowiedzieć o czymś bardzo poważnym.
Dlatego warto ją czytać. Z dziećmi, które będą się śmiały z kupowych kulek. I z dorosłymi, którzy być może po cichu rozpoznają w Hugo samych siebie.
Warto na samym końcu zwrócić uwagę także na sposób wydania książki. Żuk Hugo ukazał się zgodnie z zasadą Zielonej karty 3R, opartej na idei refuse, reuse, recycle. To pozornie drobny detal edytorski, ale w kontekście całej opowieści nabiera wyjątkowego znaczenia.
Książka mówiąca o naturze, obiegu materii, ekologii i odpowiedzialności za świat została przygotowana w duchu troski o planetę, dzięki czemu jej materialna forma pozostaje spójna z przesłaniem samej historii. Trudno o bardziej konsekwentne domknięcie opowieści o żuku, który ostatecznie uczy się, że świat nie jest magazynem rzeczy do nieustannego gromadzenia, lecz przestrzenią współistnienia i równowagi.
Co więcej, Smatana nie kończy swojej książki wraz z ostatnią stroną fabuły. Na końcu publikacji znalazły się interesujące informacje przyrodnicze dotyczące żuka gnojowego, jego sposobu życia, rozmnażania oraz roli w ekosystemie. Autorka proponuje również humorystyczny przewodnik po kupach różnych zwierząt, który z pewnością rozbawi młodych czytelników, ale jednocześnie pozwoli im spojrzeć na fizjologię jako element świata natury, a nie wyłącznie temat tabu. Dopełnieniem całości jest przepis na słodkie przekąski w kształcie kulek, będący zabawnym nawiązaniem do głównego bohatera. Dzięki tym dodatkom Żuk Hugo staje się czymś więcej niż książką obrazkową. To zaproszenie do rozmowy, wspólnego czytania, śmiechu i dalszego poznawania świata przyrody.
- Nicola Davies, Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę, przeł. Jadwiga Jędryas, ilustr. Neal Layton, Warszawa 2019. ↩︎
- Michaił Bachtin, Twórczość Franciszka Rabelais’go a kultura ludowa średniowiecza i renesansu, przeł. Anna i Andrzej Goreniowie, Kraków 1995. ↩︎
- Sylwia Stano Strzałkowska, „Kupa, siku, robale i koszmarne dzieci, czyli rola obrzydliwości w literaturze dziecięcej”, w: A fe! Społeczno kulturowe konteksty wstrętu i obrzydliwości, red. Agnieszka Drzał Sierocka i Magdalena Kowalewska, Gdańsk 2022. ↩︎
- Umberto Eco, „Czytelnik modelowy”, „Pamiętnik Literacki” 1987, nr 2 ↩︎
- Mary Douglas, Czystość i zmaza. Analiza pojęć nieczystości i tabu, przeł. Marta Bucholc, Warszawa 2007. ↩︎
- Stéphanie Blake, Kupa, siku!, przeł. Joanna Rzyska, Warszawa 2014. Werner Holzwarth, Wolf Erlbruch, O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę, przeł. Łukasz Żebrowski, Warszawa 2005. Nicola Davies, Robale, czyli co nas zżera, przeł. Jadwiga Jędryas, Warszawa 2013. ↩︎
- Witold Gombrowicz, Ferdydurke, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024. ↩︎
- Perry Nodelman, „Decoding the images: how picture books work”, w: Understanding Children’s Literature, red. Peter Hunt, London 2005. ↩︎
- Grzegorz Leszczyński, Magiczna biblioteka. Zbójeckie księgi młodego wieku, Warszawa 2007. ↩︎