Mysia Ferajna Zuzanny Trojnackiej-Dasiak otwiera się dla mnie dialogiem znalezionym w innej książce. W Berciku i Niuniuchu, którą niedawno recenzowałem, natrafiłem na wymianę zdań, która nie daje mi spokoju i którą chcę uczynić kluczem do tej opowieści.
„Gdybyś istniał naprawdę, dawno ktoś by cię odkrył, jakiś naukowiec”.
„To trochę skomplikowane”.
„Chcę wiedzieć”.
„To nie jest odpowiedni moment”.
„Niby dlaczego?”
„No dobra. Widzą nas tylko dzieci. Dorośli nie”.
Na pierwszy rzut oka to tylko żartobliwa wymiana zdań, drobny błysk w dialogu. A jednak kryje się w niej coś istotnego. Prosta i trochę bolesna obserwacja, że dzieci widzą więcej nie dlatego, że wiedzą więcej, lecz dlatego, że ich uważność nie zdążyła jeszcze stępieć. Dorośli zaś często przestają dostrzegać to, co nie mieści się w rubrykach, definicjach i racjonalnych wytłumaczeniach.
Możecie zapytać, dlaczego robię z tego dialogu myśl przewodnią tekstu o książce tak innej niż Bercik i Niuniuch. Właśnie dlatego, że świetnie otwiera drzwi do świata dziecięcej wrażliwości, której dorośli coraz częściej nie chcą albo nie umieją traktować poważnie. Dotyczy to nie tylko czytelników, ale czasem także twórców. Jakby w XXI wieku zapomnieli o fantastycznych istotach, krasnoludkach, faunach, wróżkach, gadających myszach. Jakby nie pamiętali, że w bajkach zwierzęta potrafią mówić, a niemożliwe potrafi być całkiem blisko.
Mysia Ferajna i tradycja opowieści, które dojrzewają z czytelnikiem
A przecież nie trzeba długo szukać dowodów na to, że dziecięce historie są potrzebne również dorosłym. Mały Książę, Opowieści z Narnii, Alicja w Krainie Czarów to lektury, które dojrzewają razem z czytelnikiem i za każdym razem przypominają, że dorosłość nie musi oznaczać ślepoty na cud. Wystarczy odrobina odwagi, by znów zacząć widzieć.
I właśnie w tym duchu dostrzegłem jednego z bohaterów Mysiej Ferajny, Pioruna, który nosi w sobie coś z narnijskiego Ryczypiska. Choć to tylko mysz, emanuje odwagą, lojalnością i szlachetnością, które przywodzą na myśl tego małego, ale wielkiego w sercu wojownika. To kolejny dowód na to, że literatura dla najmłodszych potrafi budować postaci inspirujące niezależnie od wieku i rozmiaru.
Zanim przejdę do samej recenzji, muszę przyznać, że nie byłbym sobą, gdybym nie rozejrzał się w literackim półświatku w poszukiwaniu znaczeń. Czasem tropy przychodzą od razu, czasem dopiero po czasie, kiedy tekst osiada w głowie. A czasem działa to jeszcze inaczej. Najpierw czytamy opowieść, a dopiero potem okazuje się, że stoi za nią cała tradycja, całe stado dawnych obrazów, które gdzieś już widzieliśmy, tylko nie zawsze potrafimy je od razu nazwać.
Myszy w literaturze, od heroikomicznej wojny do szkolnej lektury
Zwierzęta w literaturze bywają jednocześnie bliskie i obce. Bliskie, bo należą do codziennego otoczenia, do dziecięcej obserwacji, do języka porównań, do domowych historii, które opowiada się przy stole albo przed snem. Obce, bo literatura często czyni z nich figury, znaki ludzkich lęków, pragnień i stereotypów. W nowszych ujęciach coraz mocniej wybrzmiewa jednak myśl, że opowieści o zwierzętach nie muszą sprowadzać się do mówienia o człowieku. Mogą stać się ćwiczeniem w wyobraźni nieantropocentrycznej, w której zwierzę nie jest tylko dekoracją ani pretekstem do morału. Wtedy nie pytamy wyłącznie o to, co mysz mówi o człowieku, ale także o to, jaką sprawczość otrzymuje w świecie przedstawionym i co literatura robi z jej zwierzęcością.
A jednak odruchowo wracamy do stereotypu. Być może dlatego tak długo pierwszym, niemal automatycznym skojarzeniem myszy i literatury pozostają obrazy bardzo konkretne i przyziemne, jak choćby pogryzione książki, które jakiś czas temu musiałem przenieść do garażowej biblioteki.
Kiedy jednak wróciłem do właściwego dyskursu, zacząłem myśleć o myszach, skądinąd bohaterkach Mysiej Ferajny, jak o istotach wyjątkowo pojemnych znaczeniowo. Szybko dotarło do mnie, że mysz potrafi być jednocześnie słaba i sprytna, wycofana i uparta, cicha i uporczywa. Potrafi budzić czułość, ale też lęk, bo jest intruzem, pojawia się po cichu, w nocy, pod podłogą, w spiżarni. Ambiwalencję tej relacji widać także w tym, że to, co dorosłym wydaje się odrażające, dla dziecka bywa po prostu ciekawe i nawet piękne, oglądane bez odruchu wstrętu przejętego od innych1.
Nie bez powodu właśnie myszy tak często trafiają do opowieści w zasadzie od zarania dziejów, z naszego podwórka wystarczy przypomnieć choćby Popiela, którego podobno myszy zjadły. W tym zwierzęciu jest więc coś, co idealnie pasuje do dziecięcego doświadczenia świata, świata dużych ludzi, wielkich reguł, obcych pomieszczeń, drzwi, których nie wolno otwierać, spraw, których się nie rozumie.
Zwierzęta w opowieściach dziecięcych są dziecku bliskie nie tylko jako część otoczenia, ale też jako istoty w pewien sposób zbieżne z jego wrażliwością, dzięki czemu łatwiej nimi opowiedzieć to, co trudne do wypowiedzenia wprost2. Do tego dochodzi perspektywa, w której język i kultura produkują hierarchie między ludźmi i zwierzętami, a razem z nimi gotowe stereotypy gatunkowe, więc mysz może działać jak swoista soczewka, przez którą można dostrzec, jak łatwo zdarza się nam przypisać komuś miejsce gorsze, niechciane, podejrzane3.
Patrząc przez mysi pryzmat, możemy dostrzec wszystkie rozsypane na podłodze w filharmonii okruchy, ale prawdopodobnie nie dostrzeżemy ich braku. Ot, taka ludzka perspektywa. Wreszcie literatura dla dzieci bywa traktowana jako przestrzeń wczesnej edukacji, w której tekst staje się pretekstem do rozmowy o życiu i sposobem tłumaczenia świata, a mysz, mała i uparta, pozwala ten świat zobaczyć z dołu, z miejsca, gdzie reguły są najbardziej dotkliwe4.
Myszy w wysokiej formie
Warto też pamiętać, że myszy w literaturze mają tradycję znacznie starszą niż nasze współczesne książeczki dla dzieci. Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów jest Batrachomyomachia, poemat o wojnie żab z myszami, zbudowany według schematu właściwego dla eposu heroicznego, ale przestawiony w tryb heroikomiczny. Uderza w nim konsekwencja antropomorfizacji. Myszy mają genealogie i tytuły, prowadzą narady, wypowiadają wojnę, zbroją się i walczą w pojedynkach. Nie są więc gryzoniami, które tylko udają herosów, ale postaciami, które wewnątrz świata przedstawionego naprawdę wchodzą w rolę wojownika.
Gdyby ktoś chciał przeczytać poemat, załączam pdf z poematem Batrachomyomachia, str. 204
I właśnie ta spójność uruchamia komizm inny niż prosty dowcip z samego pomysłu zwierzęcego eposu. Śmieszność rodzi się z napięcia między tym, kim zwierzę jest w porządku realnym, a kim staje się w porządku literackim, kiedy dostaje wysoką formę i jej reguły5. W efekcie zwierzęcy kostium okazuje się narzędziem poważnym, bo prowadzi wprost do pytań o granice interpretacji i o to, gdzie kończy się sens, a zaczyna nadinterpretacja, zwłaszcza wtedy, gdy sam tekst świadomie gra z konwencją6.
Mysz jako sąsiad
Zuzanna Trojnacka Dasiak zastosowała w swojej książce podobną konwencję, jeśli chodzi o antropomorfizację. Jej bohaterowie to istoty z krwi i kości. Autorka nie sięga jednak po kategorię komizmu, tutaj wszystko dzieje się naprawdę. Nie chcę zbytnio zdradzać fabuły, jednak w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że ferajna przechodzi swoistą ekspiację za cały mysi ród. Nie tyle w sensie spektakularnej przemiany, ile przez serię prostych, konkretnych działań. Myszy zaczynają pomagać ludziom, odśnieżają chodnik, sprzątają, pomagają znaleźć zaginionego królika.
Te gesty odwracają typową sytuację intruza i uruchamia możliwość innego spojrzenia na gryzonie. Nie jest to proces tak widowiskowy jak u Jacka Soplicy czy Kmicica, ale sądzę, że część czytelników może po lekturze zmienić swój stosunek do myszy, choćby na poziomie odruchu. Polecam także doskonały artykuł z myszami w tytule, który na potrzeby bloga napisała Kamila Nowak.
Naturalnie, być może to moja nadinterpretacja, nieco naciągana, ale uważam, że każdy powód sprzyjający poszerzeniu horyzontów interpretacyjnych wart jest tego, by go przywołać. W moim odczuciu literatura jest pod wieloma względami wyjątkowa, ponieważ potrafi rozszczelnić kulturowe nawyki myślenia o gatunkach i o tym, komu przypisuje się miejsce gorsze lub podejrzane7. Właśnie dlatego materiał zwierzęcy, także u Trojnackiej-Dasiak, staje się po prostu materiałem literackim. Staje się Mysią Ferajną.
Zwierzęta w szkole, narzędzie czy zagadka?
W trakcie lektury pojawiła się u mnie jeszcze jedna refleksja i bardzo ważne pytanie o to, co szkoła robi z literaturą, skoro zwierzęta w opowieściach potrafią działać tak mocno. W refleksjach o edukacji podkreśla się, że literatura dla dzieci jest przestrzenią wczesnej edukacji i wychowania literackiego, a dobór lektur powinien inicjować rozmowy nie tylko o zjawiskach literackich, lecz także o życiu8. Zwierzęta są tu naturalnym sprzymierzeńcem, bo pozwalają przechodzić od opisu świata do rozmowy o wartościach, relacjach i odpowiedzialności.
Problem zaczyna się wtedy, gdy szkolna lektura chce to przejście wymusić zbyt szybko i zbyt prosto, zamieniając opowieść w serię oczywistych wniosków. Jarzyna zauważa, że praca ze zwierzętami na lekcjach łatwo osuwa się w natrętnie moralizatorski ton i powtarzanie frazesów, które niewiele zmieniają w sposobie myślenia uczniów, a raczej uspokajają dorosłych9.
Stąd ważne rozróżnienie między literaturą dla dzieci a literaturą dziecięcą. W tej pierwszej mocniej ciąży funkcja dydaktyczna i pozycja nadawcy, wpisana już w samo dla, które łatwo ustawia dziecko jako obiekt wychowywania. W tej drugiej mocniej dochodzi do głosu artyzm i traktowanie młodego odbiorcy jako równoprawnego uczestnika lektury, a nie adresata pouczeń10. W wariancie czysto dydaktycznym zwierzę bywa narzędziem, które ma kogoś czegoś nauczyć. W wariancie bardziej artystycznym zwierzę może pozostać zagadką, osobnym bytem, który stawia opór łatwym morałom i nie daje się od razu zamknąć w jednej tezie.
W nowszych propozycjach czytania coraz częściej mówi się o przesunięciu językowym i interpretacyjnym, które osłabia opozycję człowiek i zwierzę oraz uruchamia perspektywę nieantropocentryczną. Kluczowe jest uświadomienie sobie, jak bardzo podziały gatunkowe i potoczne kategorie są kulturowe, a przez to często opresyjne, i jak łatwo język redukuje zwierzę do stereotypu. Dla czytania literatury o myszach oznacza to prostą czujność. Czy mysz jest tylko figurą biedy, strachu i brudu, czy też ma w tekście jakąś sprawczość, własną logikę istnienia, choćby w ramach umownej bajki albo parodii.
Współczesnym polem, na którym zwierzęta wyjątkowo często stają się protagonistami, jest też komiks dla najmłodszych. W analizach tego medium podkreśla się dwa sposoby konstruowania zwierzęcych postaci. Pierwszy zwraca się w stronę człowieka, zwierzęta pomagają opowiadać o ludzkich emocjach i zachowaniach. Drugi kieruje uwagę czytelnika ku naturze i edukacji przyrodniczej, co wpisuje się w biocentryczne myślenie o człowieku jako jednym z elementów wspólnoty biologicznej11. To ważne rozszerzenie także dla tematu myszy. Gryzoń w komiksie może działać jako mały bohater o wielkiej energii, detektyw, sąsiad, przyjaciel, postać komiczna, ale też jako punkt wejścia w opowieść o ekosystemie. W obu przypadkach stawka jest podobna. Czy zwierzę ma służyć wyłącznie jako maska dla człowieka, czy ma szansę stać się centrum opowieści.
Po co nam te dygresje
I po co nam to wszystko w recenzji Mysiej Ferajny. Po to, żeby zobaczyć, że mysz w literaturze nie jest drobnym gadżetem. Ona potrafi unieść ciężar bardzo różnych opowieści. Od heroikomicznej wojny, przez folklor i szkolną lekturę, po współczesną narrację o rodzinie, bezpieczeństwie i budowaniu domu. Myszy są wyjątkowe, bo łatwo przenoszą napięcie między małością a heroizmem, między tym, co ukryte, a tym, co publiczne, między strachem a śmiechem. I dlatego w tej małej książce, o której za chwilę, pojawiają się w samym centrum, a nie na marginesie.
Z taką myślą wracam do Mysiej Ferajny.
W pierwszym szeregu stawiam rodzinę myszy, a właściwie ferajnę, jak określa tę zbiorowość autorka. Dla mnie, mieszkańca centralnej Polski, słowo to miało początkowo nieco pejoratywny wydźwięk. Kojarzyło mi się przede wszystkim z filmem Martina Scorsesego Chłopaki z ferajny albo z głośną swego czasu książką Jacka Harłukowicza Chłopcy z ferajny. Okazuje się jednak, że dla mieszkańców Śląska, a ściślej Górnego Śląska, skąd pochodzi autorka, ferajna funkcjonuje naturalnie w odniesieniu do rodziny, zwłaszcza wielopokoleniowej. Zatem Mysia Ferajna to piykno łopowieść ô rodzinie (proszę o ewentualną korektę w komentarzu). I jest to w mojej ocenie klucz do tej książki.
Mamy więc bohaterów nieoczywistych. Myszy, zwierzęta niewielkie, które w kulturze funkcjonują gdzieś na peryferiach ludzkiego świata. Tymczasem tutaj zajmują miejsce centralne. Nie są dekoracją, nie są też prostą figurą do morału, tylko wspólnotą, która ma własne potrzeby, własny rytm i własną wrażliwość. I właśnie temu chcę się w tej recenzji przyjrzeć najdokładniej, temu, jak autorka buduje mysz jako postać z krwi i kości oraz jak przestawia utrwalone wyobrażenia o gryzoniach w stronę opowieści o bezpieczeństwie, trosce i budowaniu domu.
Przyjrzyjmy się zatem ferajnie, którą zastajemy w dość dramatycznych okolicznościach. Jest zima, a bohaterowie znajdują się w sytuacji bezdomności, choć być może to określenie jest nieco na wyrost. Od pierwszych zdań, mimo patowej sytuacji, przez opowieść przebija się światło, które uważny czytelnik z pewnością dostrzeże. Zwracam uwagę na metaforyczne ciepłe promienie zimowego słońca. W książkach zawsze szukam detalu, haczyka, na który pozwolę się złapać autorowi. W tym przypadku jest nim poetycki kontrast, który już w pierwszym zdaniu nadaje narracji emocjonalny i zmysłowy ton. Dla mnie to także sygnał, że opowieść będzie prowadzona z optymizmem, a tego w literaturze dla dzieci bardzo potrzeba i tego oczekuję po dobrej książce dla najmłodszych.
Kolejne zdania potwierdzają to przypuszczenie. Ferajna, skazana na bezdomność, doświadcza mimo wszystko dobra ze strony człowieka, pewnej łaski, bo oto zamiast trutki za dokonane przez gryzonie zniszczenia pojawia się żywołapka. Powraca więc klasyczny bajkowy motyw winy i kary, ale w wersji, która daje nadzieję na nowy początek. Mysia Ferajna okazuje się silną wspólnotą, rodziną, która próbuje na nowo ułożyć sobie życie.
Prezes Mysiej Ferajny, Teodor, postanawia, że już nigdy nie dopuści do sytuacji, w której jego bliscy będą musieli spać w takich warunkach. Po krótkim spacerze trafia do miejsca wyjątkowego, do bryły, która przypomina górę lodową. Autorka buduje tu ciekawy kontrast. Z jednej strony potrzeba ciepła i schronienia, z drugiej monumentalność lodowej bryły. Świat małych gryzoni spotyka się z wielkością ludzkich budowli. To moment, w którym baśniowa opowieść styka się z rzeczywistością także dosłownie.
Jeśli spojrzymy na tekst przez pryzmat lokalności, bez trudu rozpoznamy miejsce, do którego zmierza Mysia Ferajna, salę koncertową Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia imienia profesora Józefa Świdra w Jastrzębiu Zdroju. A polana, na której poznajemy mysią rodzinę, to najprawdopodobniej Park Zdrojowy w tym samym mieście. I to jest świetna okazja, by porozmawiać z dziećmi o muzyce. Nie tej z aplikacji, lecz prawdziwej, obecnej tu i teraz. Muzyka, choć często niedostrzegana, jest jedną z muz, które kształtują nasze człowieczeństwo, porządkuje emocje, buduje wrażliwość. A przecież właśnie o to chodzi w dobrej literaturze dziecięcej.
Na osobne zatrzymanie zasługują także ilustracje autorstwa Pauliny Chrapek, które nie pełnią w Mysiej Ferajnie funkcji czysto dekoracyjnej. To obrazy prowadzące własną narrację, subtelnie dialogujące z tekstem, a momentami wręcz go dopowiadające. Widać w nich wrażliwość artystki, która swobodnie porusza się między różnymi estetykami i nie boi się eksperymentu. Ilustracje Chrapek są czułe, ale nie przesłodzone. Poetyckie, lecz nie infantylne. Budują atmosferę bezpieczeństwa i bliskości, a jednocześnie pozostawiają miejsce na niepokój i tajemnicę, dokładnie tam, gdzie literatura dziecięca bywa najciekawsza. Dzięki nim świat mysiej ferajny nabiera materialności i emocjonalnej głębi, stając się przestrzenią, w której młody czytelnik może się zatrzymać, a dorosły może odnaleźć zapomniane sposoby patrzenia.
Z ogromną przyjemnością oprowadziłbym was po kolejnych przestrzeniach stworzonych przez autorkę, zarówno tych fizycznych, które można odnaleźć w nowym domu Mysiej Ferajny, jak i tych symbolicznych, budujących świat mysich wartości. Obawiam się jednak, że gdybym to zrobił, zdradziłbym wszystkie mysie sekrety, a tych w tej niewielkiej książeczce naprawdę nie brakuje.
Dlatego zamiast prowadzić was wyłącznie moim tropem, zachęcam, żebyście sami poszukali Mysiej Ferajny w księgarni, w bibliotece, a jeśli tam się nie uda, to być może pomocna okaże się strona autorki w serwisie Facebook.
Naprawdę warto sięgnąć po tę książkę. To opowieść ciepła, przyjazna i zaskakująca, a jednocześnie taka, która przywraca wiarę w dziecięcą uważność i w to, że niemożliwe potrafi być całkiem blisko. I jeśli miałbym tę książkę wpisać w szerszy porządek, to powiedziałbym tak. Mysia Ferajna przypomina, że zwierzęcy bohater nie musi być tylko przebraniem dla człowieka. Może być prawdziwą postacią, z własnym rytmem, własnym lękiem i własną odwagą. A my, czytelnicy, mali i duzi, możemy się od tej małej ferajny uczyć czegoś, co wcale nie jest małe. Uważności, wspólnoty i umiejętności zaczynania od nowa.
Przypisy:
- Ewelina Rąbkowska, „Dzieci, zwierzęta i wielka zabawa. Przekształcenia wątków zwierzęcego folkloru w polskiej literaturze dla dzieci i młodzieży w perspektywie kulturowych studiów nad zwierzętami (cultural animal studies)”, „Polonistyka. Innowacje”, nr 5, 2017, s. 96 do 97, DOI: 10.14746/pi.2017.1.5.8 ↩︎
- Tamże, s. 86. ↩︎
- Anita Jarzyna, „O czym myślę, kiedy myślę o zwierzętach w edukacji polonistycznej? Siedem odpowiedzi”, „Polonistyka. Innowacje”, nr 11, 2020, s. 72, https://doi.org/10.14746/pi.2020.11.6. ↩︎
- Alicja Ungeheuer-Gołąb, „Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur”, „Lubelski Rocznik Pedagogiczny”, t. XXXIX, z. 3, 2020, s. 183, 10.17951/lrp.2020.39.3.173-186 ↩︎
- Jakub Zbądzki, „Alternatywne odczytania Batrachomyomachii. W poszukiwaniu tradycji i kontekstów poematu”, „Facta Ficta. Journal of Theory, Narrative & Media”, 2022, s. 22, https://doi.org/10.5281/zenodo.8389943 ↩︎
- Tamże, s. 23. ↩︎
- Anita Jarzyna, „O czym myślę, kiedy myślę o zwierzętach w edukacji polonistycznej? Siedem odpowiedzi”, s. 72. ↩︎
- Alicja Ungeheuer-Gołąb, „Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur”, s. 183. ↩︎
- Anita Jarzyna, „O czym myślę, kiedy myślę o zwierzętach w edukacji polonistycznej? Siedem odpowiedzi”, s. 64. ↩︎
- Alicja Ungeheuer-Gołąb, „Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur”, s. 175–176. ↩︎
- Kamil Wrzeszcz, „Gdy ludzi nie ma, zwierzęta harcują. Motywy zwierzęce w polskim komiksie dziecięcym”, „Paidia i Literatura”, 2022, nr 4, s. 8, https://doi.org/10.31261/PiL.2022.04.05. ↩︎
Bibliografia
Jarzyna, Anita. (2020). O czym myślę, kiedy myślę o zwierzętach w edukacji polonistycznej? Siedem odpowiedzi. Polonistyka. Innowacje, nr 11, 72, 64. https://doi.org/10.14746/pi.2020.11.6
Rąbkowska, Ewelina. (2017). Dzieci, zwierzęta i wielka zabawa. Przekształcenia wątków zwierzęcego folkloru w polskiej literaturze dla dzieci i młodzieży w perspektywie kulturowych studiów nad zwierzętami (cultural animal studies). Polonistyka. Innowacje, nr 5, 86, 96–97. https://doi.org/10.14746/pi.2017.1.5.8
Ungeheuer Gołąb, Alicja. (2020). Literatura dla dzieci jako przestrzeń wczesnej edukacji w kontekście kanonu lektur. Lubelski Rocznik Pedagogiczny, t. XXXIX, z. 3, 175–176, 183. https://doi.org/10.17951/lrp.2020.39.3.173-186
Wrzeszcz, Kamil. (2022). Gdy ludzi nie ma, zwierzęta harcują. Motywy zwierzęce w polskim komiksie dziecięcym. Paidia i Literatura, nr 4, 8. https://doi.org/10.31261/PiL.2022.04.05
Zbądzki, Jakub. (2022). Alternatywne odczytania Batrachomyomachii. W poszukiwaniu tradycji i kontekstów poematu. Facta Ficta. Journal of Theory, Narrative & Media, 22–23. https://doi.org/10.5281/zenodo.8389943