Złość i miłość w książkach dla dzieci: „Mama się złości” i „Miłość”

Jak rozmawiać z dzieckiem o złości, nie tracąc z oczu miłości? Dwie wyjątkowe książki – Mama się złościMiłość – stają się punktem wyjścia do osobistej refleksji i literackiej analizy, która pokazuje, że literatura dziecięca potrafi być lustrem dla całej rodziny.

Zapraszam do lektury artykułu autorstwa Agaty Jakubowskiej, który opatrzyłem komentarzem literaturoznawczym.

Co może mieć wspólnego złość z miłością? Chociażby to, że kiedy pojawia się ta pierwsza, druga nie znika. A na pewno nie dzieje się tak w przypadku miłości rodzica do dziecka. Książki „Mama się złości”1 Katarzyny Mikulskiej i „Miłość” Astrid Desbordes czytamy z synem razem. Stworzyliśmy wokół nich własną opowieść, która pozwala nam wrócić do równowagi w sytuacjach, gdy złość bierze górę. Może i Was w tym wesprze?

mama się złości książka o emocjach
„Mama się złości”, Katarzyna Mikulska

Czym jest złość i jak ją oswajać?

Złość. Emocja, której chyba wszyscy nie lubimy. Ale emocja po prostu jest — ani dobra, ani zła. Pojawia się i coś o nas mówi. Jest reakcją na wydarzenie, które coś w nas porusza. To „coś” nieraz jest nieuchwytne, ale trzyma mocno, a my szarpiemy się i próbujemy się wyrwać. Jak sobie z nią poradzić? Jakie są akceptowane sposoby jej wyrażenia? To pytania, które stawiamy sobie nie tylko jako rodzice wprowadzający dziecko w świat emocji, ale także jako osoby same ich doświadczające.

Często w poradnikach dla rodziców można znaleźć treści w stylu „jak się nie złościć”, „jak nie krzyczeć na swoje dziecko”. Książka „Mama się złości” Katarzyny Mikulskiej, choć nie jest poradnikiem, dotyka właśnie tych kwestii, ale od innej strony. Pokazuje ona dziecku (i rodzicowi), że złość może być, że może pojawić się irytacja i krzyk, ale bardzo ważne jest to, co następuje po ich zakończeniu i co dzieje się wtedy pomiędzy rodzicem a dzieckiem. Znajdziemy tu cenne wskazówki, jak przejść przez tę burzę bez wielkich strat.

Wartością dodaną książki „Mama się złości” jest zamieszczony na końcu krótki poradnik dla dorosłych, przedstawiający, jak rozpoznawać swoją złość i jakie strategie radzenia sobie z tą niełatwą emocją są pomocne. Bo złość możemy wyrażać w sposób, który nie rani innych.

Historia z codzienności: złość, rozczarowanie i rozmowa

To historia, która może wydarzyć się wszędzie: pracująca mama, która z uwagi na zawodowe wyzwanie musi odroczyć zaplanowaną wcześniej aktywność z córką Tiną. W obliczu kryzysowej sytuacji w pracy i niewykonania w terminie zadania mama Tiny reaguje złością i krzykiem na jej prośbę o wyjście z domu. Tina oczywiście nie rozumie — przecież były umówione.

Przedstawione jest tutaj rozczarowanie dziecka, które czekało na tę chwilę z niecierpliwością, oraz niecierpliwość mamy, która wie, że to się wydarzy, ale później, po wykonaniu czynności, które są dla niej teraz bardzo ważne. Dla mnie najistotniejsze w tej historii jest to, co dzieje się potem. Ta sytuacja nie zostaje przemilczana — mama rozmawia z córką, wyjaśnia, co się wydarzyło, i przeprasza ją za swoją reakcję. Tak, przeprasza. Bo jej zdenerwowanie zwyciężyło nad inną reakcją, taką, jaką chciałaby córce zaprezentować: bez krzyku, z poświęceniem czasu na bycie z rozczarowaniem dziewczynki.

Miłość, która trwa mimo emocji

Idealne uzupełnienie tego tematu znalazłam w książce „Miłość”2 Astrid Desbordes. Była ona jedną z pierwszych książek, które czytałam synowi, ale teraz, kiedy ma 5 lat, zaczyna ją bardziej rozumieć i rozmawiamy na temat miłości. Niezmiennie urzeka mnie w niej jedno zdanie:

Kocham cię, kiedy zachowujesz się jak trzeba, i kiedy ci przechodzi

Zawiera ono odpuszczenie oczekiwań i dystans, który nieraz trudno odnaleźć w codzienności — właśnie wtedy, gdy pojawia się złość. I właśnie wtedy warto pamiętać, że ta miłość między nami jest; jest poza tymi słowami i zachowaniami, które nieraz sprawiają przykrość.

Jest tu jednak ważne „ale”: musi to zostać świadomie uchwycone, zakomunikowane i wyjaśnione. To nie tłumione złości, pretensje, przemilczane opowieści i oczekiwania. To nie akceptacja przemocy w żadnej jej postaci. Syn niejednokrotnie pyta, czy go kocham, kiedy widzi moją irytację, kiedy podnoszę głos. I to są bardzo piękne rozmowy, niezależnie od tego, że czuję goniący mnie czas i trudne emocje we mnie. Miłość do dziecka jest bezwarunkowa.

Mama się złości i miłość - książki o emocjach
Czy mama złości się…z miłości? Ważna książka

Książki jako przestrzeń rozmowy i wspólnego przeżywania

To książki, które mogą stać się dla nas lustrem i pozwolić nam sprostać ważnym rodzicielskim wyzwaniom, a także znaleźć odpowiedzi na pojawiające się na tej drodze pytania. Jakie oczekiwania mamy wobec siebie i naszych dzieci? Jacy chcemy być jako rodzice? Złość była, jest i będzie się pojawiała. Jest granicą, która nas o czymś informuje. I skoro przekazujemy tę wiedzę dziecku, nie możemy w tym procesie pominąć siebie i swoich reakcji.

Ponieważ kwestie związane z emocjami są zawsze bardzo aktualne, a ich ukazywanie z różnych perspektyw ma ogromne znaczenie, pozwoliłem sobie rozbudować recenzję autorstwa Agaty Jakubowskiej o ujęcie literaturoznawcze. Współczesna literatura dziecięca, zwłaszcza ta poruszająca temat emocji, zasługuje na głębszą analizę – nie tylko jako narzędzie wychowawcze, ale także jako pełnoprawna przestrzeń kultury i komunikacji międzypokoleniowej.

Mama się złości, ale miłość wypełnia jej serce, ważne książki dla dzieci
Złość i miłość, czyli dwa bieguny emocji

Zarówno Mama się złości Katarzyny Mikulskiej, jak i Miłość Astrid Desbordes, to teksty, które – mimo pozornego minimalizmu – operują wyrafinowanymi środkami narracyjnymi. Warto przyjrzeć się im bliżej z perspektywy teorii literatury dziecięcej, by lepiej zrozumieć ich siłę oddziaływania: emocjonalną, poznawczą i relacyjną. Analiza ta nie ma na celu oderwania się od czytelniczego doświadczenia, ale raczej jego pogłębienie z uwzględnieniem tego, jak tekst funkcjonuje w relacji z dzieckiem, dorosłym i wspólnym przeżyciem czytania.

Literatura dziecięca jako narzędzie emocjonalnej inicjacji

Z perspektywy literaturoznawczej obie książki sytuują się w obrębie współczesnej literatury dziecięcej, która, jak wielokrotnie podkreślają badacze, odchodzi od prostego modelu dydaktyzmu na rzecz narracji relacyjnej i dialogowej. Zarówno Mama się złości, jak i Miłość realizują strategię tekstu otwartego, zapraszającego do współtworzenia sensu w akcie wspólnej lektury dziecka i dorosłego. Nie są to więc książki instruktażowe, lecz narracje performatywne, których znaczenie aktualizuje się w konkretnej sytuacji czytania, rozmowy i emocjonalnego napięcia. W tym sensie bliżej im do literatury inicjacyjnej niż do klasycznego poradnika.

Emocje, relacje i wspólna interpretacja

Istotną kategorią interpretacyjną jest tu relacja między warstwą fabularną a aksjologiczną. W obu tekstach fabuła została maksymalnie uproszczona. Mamy do czynienia z epizodem codziennym, niemal banalnym, pozbawionym dramaturgii w sensie zdarzeniowym. Ten minimalizm narracyjny pełni jednak funkcję ramy, w której eksponowana zostaje sfera emocji i relacji. Złość i miłość nie są tu tematami opowiadanymi wprost, lecz raczej pokazywanymi w działaniu, poprzez gest, słowo, ciszę, a także przez to, co następuje po kulminacji emocji. Takie przesunięcie akcentu z akcji na relację jest charakterystyczne dla nowoczesnej literatury dziecięcej, skoncentrowanej na doświadczeniu wewnętrznym bohatera.

Gdzie kończy się złość...gdzie zaczyna miłość?
Granica między złością a miłością jest…dokończ zdanie

Dorosły też czuje: demitologizacja autorytetu rodzica

Warto zwrócić uwagę na konstrukcję podmiotu dorosłego. W tradycyjnych narracjach dla dzieci dorosły pełnił funkcję normatywną, był nośnikiem ładu, stabilności i jednoznacznych ocen. Tymczasem w Mamie się złości figura matki zostaje odheroizowana. Jest ona podmiotem przeżywającym kryzys, emocjonalnie niegotowym, podatnym na błąd. Ten zabieg wpisuje się w szerszy nurt demitologizacji dorosłości w literaturze dziecięcej i ma istotne konsekwencje komunikacyjne. Dziecko otrzymuje prawo do własnej perspektywy, a jednocześnie zostaje wprowadzone w świat relacji opartych na rozmowie i odpowiedzialności za słowo.

Miłość jako stała rama emocjonalna

Z kolei Miłość Astrid Desbordes operuje językiem afirmacji i powtórzenia, który buduje poczucie bezpieczeństwa poprzez rytmiczną strukturę wypowiedzi. Powtarzalność fraz nie jest tu stylistycznym uproszczeniem, lecz świadomą strategią. Miłość zostaje przedstawiona jako stała i niezmienna rama sensu, obejmująca zmienność emocji i zachowań. W kategoriach genologicznych można mówić o liryzacji narracji. Tekst balansuje na granicy prozy i poetyckiej deklaracji, co wzmacnia jego funkcję emocjonalną i performatywną.

Czytelnik jako współtwórca sensu

Obie książki można także odczytywać w kontekście teorii odbioru. Dziecko jako czytelnik nie jest tu biernym adresatem, lecz aktywnym interpretatorem, który konfrontuje tekst z własnym doświadczeniem emocjonalnym. Jednocześnie obecność dorosłego współczytelnika sprawia, że sens powstaje w dialogu między tekstem, dzieckiem i rodzicem. Literatura dziecięca ujawnia się w ten sposób jako przestrzeń mediacji pomiędzy emocją a jej nazewnictwem, pomiędzy przeżyciem a refleksją, pomiędzy indywidualnym doświadczeniem a wspólnym językiem.

Literatura dziecięca jako bezpieczna przestrzeń emocjonalna

W tym ujęciu Mama się złości i Miłość nie tylko opowiadają o emocjach, ale realnie uczestniczą w ich porządkowaniu. Literatura nie tyle uczy, czym jest złość czy miłość, ile stwarza bezpieczną przestrzeń, w której mogą one zostać rozpoznane, nazwane i oswojone. To właśnie ta funkcja relacyjna, dialogowa i wspólnototwórcza wydaje się dziś jedną z najważniejszych cech wartościowej literatury dla dzieci.

  1. Katarzyna Mikulska, Mama się złości, il. Wiktoria Garbacz, Wrocław: Wielokropki, 2022. ↩︎
  2. Astrid Desbordes, Miłość, tłum. Paweł Łapiński, il. Pauline Martin, Warszawa: Wydawnictwo Entliczek, 2016. ↩︎

Jak pomóc dziecku uwierzyć w siebie? Recenzja książki Może Kobi Yamada

Wiara w siebie to temat, który w piękny sposób wybrzmiewa w książce „Może. O magicznym potencjale, który drzemie w każdym człowieku” autorstwa Kobi Yamady, z ilustracjami Gabrielli Barouch (Wydawnictwo Levyz, 2021). Uwielbiam książki dla dzieci, w których jedną z głównych ról odgrywają ilustracje, oraz takie, które poruszają dorosłego czytelnika, zmuszając go do zadania sobie wielu ważnych pytań – tych, których być może od dawna, a nawet nigdy, sam sobie nie zadał.

Te elementy łączy w sobie „Może” Kobi Yamady – książka pełna refleksji, ciepła i nadziei, która pokazuje, że wiara w siebie i w swoje możliwości to fundament, na którym budujemy nasze życie.

Wiara w siebie – okładka książki „Może” Kobi Yamady. Dziecko w niebieskim stroju siedzi z prosiaczkiem na tle nocnego nieba, symbolizując wiarę w siebie i odkrywanie własnych możliwości.
Okładka książki „Może” Kobi Yamady – piękna opowieść o tym, jak wiara w siebie i nadzieja pomagają odkrywać potencjał, który drzemie w każdym człowieku.

Jest to rodzaj książki refleksyjnej, być może nie każdego poruszy, nie do każdego trafi. Tego typu pozycji pojawia się na rynku już sporo, dotychczas jednak żadna z nich nie wywołała we mnie takiego efektu „WOW!”. Na moim synu aż takiego wrażenia nie zrobiła, ale słucha jej i moich opowieści z zainteresowaniem.

No właśnie – to książka, która wspiera snucie opowieści. Właściwie na każdej stronie znajdziemy myśl lub myśli, które pozwalają na rozwinięcie naszych historii i przekazaniu naszych przekonań o życiu i ludzkim potencjale. I tu jest ważny klucz: możemy zdecydować, co chcemy przytoczyć swojemu dziecku. Czy znajdą się wśród nich historie, które znamy ze swojego życia, czy może zechcemy opowiedzieć mu coś innego – coś, czego my sami nie doświadczyliśmy, a o czym marzyliśmy?

Siedzący obok nas młody człowiek, będący jak czysta, niezapisana kartka, będzie mógł – w oparciu o te przekazy – napisać swoją własną historię.

Wiara w siebie zaczyna się od słów

Jaki potencjał drzemie w każdym człowieku? Jaki potencjał drzemie w Twoim dziecku? A Ty, drogi Rodzicu, czy wierzysz w swoją wyjątkowość? Czy dostrzegasz wyjątkowość swojego dziecka, wspierasz ją i mu o niej przypominasz?

„Masz tyle do zaoferowania”, „Twoje życie należy do Ciebie”, „Ten świat potrzebuje Twoich darów, talentów i wielkich pomysłów”, „Masz w sobie wszystko to, co potrzebne, aby czynić wspaniałe rzeczy”. Jak się czujesz, czytając te słowa? Są dla Ciebie oczywistością czy wywołują zmieszanie?

Wiara w siebie – dziecko w niebieskim stroju przytula ogromnego białego niedźwiedzia, obok stoi mały prosiaczek. Ilustracja z książki „Może” Kobi Yamady symbolizująca odwagę, empatię i wewnętrzną siłę.
Ilustracja z książki „Może” Kobi Yamady – poruszające spotkanie dziecka z niedźwiedziem przypomina, że wiara w siebie i odwaga pomagają dawać głos tym, którzy go potrzebują.

Takie książki mocno uderzają w poczucie naszej wartości – nas jako rodziców, przewodników po świecie, w tym po świecie wartości. Na ile my, dorośli, często zbudowani z lęków i wątpliwości, wspieramy nasze dzieci w odkrywaniu ich własnej mocy?

Pisząc tę recenzję, przyszło mi do głowy jedno skojarzenie. W ostatnim czasie kilkukrotnie trafiałam w różnych kontekstach na historię o Thomasie Edisonie i jego wczesnym zakończeniu edukacji szkolnej, którą kontynuowała matka.

Pewnego dnia Edison miał wręczyć jej list od nauczyciela, z którego odczytała mu, że uważają go za zbyt inteligentnego i zalecają edukację domową. Po śmierci matki Edison miał znaleźć ów list, w którym przeczytał, że w rzeczywistości nauczyciel uważał go za „niedorozwiniętego”, nienadającego się do edukacji szkolnej, z zaleceniem umieszczenia w specjalnym ośrodku.

Wbrew tej opinii, matka uwierzyła w jego potencjał i nie pozwoliła, by on sam w siebie zwątpił. Koresponduje to z filozofią ujętą w „Może” – w tej książce wybrzmiewa ogromna wiara w możliwości człowieka.

Wiara w siebie – dziecko w przebraniu z liści dmucha na dmuchawiec, którego nasiona unoszą się w powietrzu. Ilustracja z książki „Może” Kobi Yamady, symbolizująca marzenia, delikatność i poczucie własnej wartości.
Ilustracja z książki „Może” Kobi Yamady – subtelne przypomnienie, że wiara w siebie pozwala wznieść się jak dmuchawiec ku marzeniom i możliwościom.

Czytając ją, zawsze się wzruszam. I zawsze przypomina mi ona, aby ważyć słowa – żeby nie zgasić tlącej się w małym człowieku iskry. Jak bardzo zostają w nas usłyszane słowa typu: „jesteś beznadziejny”, „jesteś nikim”, „zerem”, „nawet tego nie potrafisz zrobić”, „wiele nie osiągniesz”…

A jakby to było powiedzieć sobie i innym: „Możesz!”? To słowo, które ma moc, a nie ją odbiera. W książce Yamady przeczytamy także „może upadniesz” czy „może zawiedziesz”, ale znajdziemy tam również nadzieję na poprawę. Nawet jeśli upadniesz – możesz się podnieść.

To, w jaki sposób myślimy o sobie, swoim potencjale, swoich możliwościach i możliwościach swoich dzieci, kształtuje naszą rzeczywistość. Jestem głęboko przekonana, że dzięki dużej ilości dobra, ciepła, miłości i piękna – także tego zamkniętego w słowach – nie stworzymy nieszczęśliwych ludzi próbujących dowieść swojej wartości za wszelką cenę.

Bo oni będą wiedzieli, że są wartościowi, pełni możliwości.
A Ty – może jeszcze nie wiesz, jak bardzo jesteś cenny?

Leoś idzie do przedszkola

Przedszkole to ważny etap w życiu dziecka, dlatego wiele książek dla najmłodszych porusza temat pierwszych dni w placówce oraz trudności, które co roku dotykają tysiące dzieci i ich rodziców. Jedną z takich pozycji jest „Leoś idzie do przedszkola” autorstwa Marianny Gierszewskiej. Autorkę cenię za działalność terapeutyczną, uważność, wiedzę i życiową mądrość .

Książki tej autorki stanowią ważną część mojej biblioteki. Jak tylko usłyszałam, że dostępne są już w sprzedaży jej książki dla dzieci, zamówiłam je w ciemno. I o ile pierwsza z nich, „Leoś i trudny poranek” jest według mnie zdecydowanie godna polecenia, tak z drugą, „Leoś idzie do przedszkola”, mam problem. Porusza ona temat adaptacji przedszkolaka, czyli bardzo istotnej zmiany w codziennym funkcjonowaniu małego człowieka z nieco innej niż zazwyczaj perspektywy. Skąd zatem ostrożność?

Porusza ona temat adaptacji przedszkolaka, czyli bardzo istotnej zmiany w codziennym funkcjonowaniu małego człowieka z nieco innej niż zazwyczaj perspektywy. Skąd zatem ostrożność?

Czy przedszkole jest ok? Okładka książki „Leoś idzie do przedszkola” Marianna Gierszewska – ilustracja chłopca siedzącego w domku z kredek
Czy „Leoś idzie do przedszkola”, książka Marianny Gierszewskiej naprawdę wspiera dzieci i rodziców w adaptacji przedszkolnej?

Przedszkole jako przestrzeń adaptacji dziecka

Na rynku jest już sporo książek poświęconych tej tematyce. Oswajają one m.in. codzienność w przedszkolu, pracujące w nim nauczycielki, różne sytuacje konfliktowe pojawiające się wśród dzieci, trudności z rozstaniem, tęsknotę za rodzicami.

W książce „Leoś idzie do przedszkola” opisywane są różne sytuacje, w których odnajdzie się niejeden przedszkolak, ja jednak chciałabym się skupić na przedstawionej w tej historii postawie rodziców i wprowadzanych przez nich rozwiązaniach.

Rodzice i wybór przedszkola

Otóż rodzice trzyletniego bohatera rozpoczynają przygodę z pójściem przez niego do przedszkola od zapytania go o taką chęć. Kolejno odwiedzają wiele różnych miejsc, sprawdzając, jak się w nich czuje. Mama przez kolejne dni towarzyszy Leosiowi w poznawaniu przedszkola, a kiedy ten płacze i mówi, że nie chce do niego pójść, wraz z mężem biorą urlop i spędzają więcej czasu razem.

W tym trudniejszym dla niego czasie Leoś ma możliwość pozostawania pod opieką rodziców, babci, wujka, niani — do momentu, aż nie wyrazi gotowości i chęci na pójście ponownie do przedszkola. Finalnie odnajduje się w „fajnym przedszkolu”, w którym jest możliwość spędzania czasu w lesie, bawienia się patykami, skakania w kałużach.

Jak dla mnie nie jest to uniwersalna historia, w której może odnaleźć się wiele osób, zarówno rodziców, jak i dzieci. Powiedziałabym nawet, że jest ona bardziej komentarzem dla dorosłych, przedstawiającym wartość bycia blisko dziecka w obliczu ważnych wydarzeń, podążanie za jego tempem dostosowywania się do zmian, uważności na jego potrzeby.

I o ile wielu rodziców może zgodzić się z tym bliskościowym podejściem (choć znajdą się i tacy, którzy uważają, że dziecko potrzebuje doświadczyć rozstania z rodzicem i nauczyć się być bez niego, bez zbędnego skupiania się na tym procesie), to już przedstawione w książce rozwiązania są dla nich często po prostu niedostępne.

Dlaczego przedszkole sprawia dzieciom tyle problemów? Książka  Leoś idzie do przedszkola
Leoś idzie do przedszkola, okładka książki.

Przedszkole a możliwości i zasoby rodzin

Dotykamy tutaj jednej ważnej kwestii, mianowicie możliwości i zasobów — nawet nie samych rodziców, ale całych rodzin. Bo w przedstawionej w książce historii rodzina Leosia ma możliwość odroczenia decyzji o posłaniu dziecka do przedszkola, pozostawienia go w domu pod opieką innych.

Czytając książkę „Leoś idzie do przedszkola”, odniosłam wrażenie, że zamiast łączyć i propagować piękne wartości, może dzielić i wywoływać złość i bezsilność chociażby u rodziców, których nie stać na wybór prywatnego przedszkola, niemających dziadków czy bliskiej rodziny mogących wspomóc w opiece nad dzieckiem w kryzysowej sytuacji, czy też tych niemających możliwości ograniczenia obowiązków zawodowych, by towarzyszyć dziecku w adaptacji przedszkolnej.

Przedszkole z perspektywy doświadczeń rodzica

Być może moja reakcja wynika z tego, że sama widziałam i doświadczyłam różnych podejść do adaptacji i wsparcia dziecka i rodzica w tym procesie. Czasami było to przyzwolenie na dłuższe towarzystwo rodzica, czasami sugestie, mniej lub bardziej dosadne, by dziecko pozostawić w placówce niezależnie od stopnia jego przerażenia.

Byłam w sytuacji, gdzie rozważałam, która placówka jest lepsza dla rozwoju dziecka: wiejska, blisko domu, ze znajomymi dziećmi z okolicy, czy też prywatna, nastawiona na rozwijanie wielu sfer, z różnorodnością zajęć. Byłam też w miejscu, gdzie liczyła się dla mnie jako rodzica bliskość miejsca i sam fakt dostania się do placówki po zakończonej już rekrutacji.

I wreszcie, byłam w miejscu, w którym wiedziałam, że powinnam dokonać zmiany przedszkola dla dobra dziecka, a także swojego. I wtedy na szczęście moja potrzeba spotkała się z taką możliwością.

Przedszkole oczami dziecka

Przedszkole jako system i wizja przyszłości

Dzięki tym doświadczeniom wiem, jak złożone są to procesy, jak wiele wymagają od rodziców i jak wiele wsparcia potrzebuje dziecko w okresie takich zmian. Wiem, jak trudno taką zmianę wprowadzić i jak jedno słowo wypowiedziane nieopatrznie może zniweczyć wiele tygodni przygotowań. Ale może to tylko moje wrażenie?

Tej książki nie będę czytać ze swoim dzieckiem, ponieważ nie wsparłaby nas w naszych adaptacyjnych trudnościach, pomimo tego, że nasza historia ma wiele punktów wspólnych i kończy się w tym samym miejscu.

Na pewno jednak nie przechodzi się obok niej obojętnie, bowiem dotyka bardzo ważnego tematu: wizji przedszkola przyszłości, systemu, w którym przez sporą część dnia funkcjonuje mały człowiek.

Przedszkole naszych marzeń – pytania do refleksji

Ta książka może być głosem w dyskusji wśród rodziców, nauczycieli, urzędników, dotyczącym tego, że są rodzice i dzieci, które potrzebują innego podejścia niż bardzo często spotykane obecnie w polskich placówkach.

Jakie jest przedszkole naszych marzeń? Co się musi zadziać, by takim się stało? Czy ja, tu i teraz, mogę zrobić coś, by urzeczywistnić tę wizję? To pytania, przy których warto się zatrzymać.

„Lodówka Zosi”, czyli o braku, wstydzie i empatii

„Lodówka Zosi” Lois Brandt, niepozorna książeczka o przyjaźni kilkuletnich dziewczynek, Zosi i Hani, z ważnymi tematami w tle. Sięgnęłam po nią poszukując dla syna książki, w której znalazłabym zachętę dla dziecka, że warto powiedzieć ważnemu dorosłemu o istotnych sprawach dziejących się w jego życiu. Widziałam, że syna dręczy jakaś przedszkolna historia, którą nie chciał się ze mną podzielić. W takich momentach to często książki stają się dla mnie narzędziem do dotarcia głębiej i pokazania możliwości. W przedstawianych historiach mały czytelnik może próbować odnaleźć się w gąszczu różnorodnych sytuacji, zobaczyć, co może zrobić i jakie wynikają z tego konsekwencje, bez strachu o reakcję innych.

Okładka książki „Lodówka Zosi” Lois Brandt, przedstawiająca dwie dziewczynki stojące przy lodówce; historia o empatii, przyjaźni i odwadze rozmawiania o trudnych emocjach.
Okładka książki „Lodówka Zosi” Lois Brandt (ilustracje Vin Vogel, Wydawnictwo Wilga, 2023) – historia o tym, że rozmowa, empatia i pomoc mają większą wartość niż pełna lodówka.

„Lodówka Zosi” od razu przypadła synowi do gustu. Myślę, że to za sprawą zgrabnie poprowadzonej historii: wspólnej zabawie dziewczynek na placu zabaw, rywalizacji i wreszcie pojawiającego się głodu. Ot, codzienność dzieciaka. Jak się okazuje, ten głód jest jednym z głównych bohaterów opowieści. Bo w domu Zosi, w przeciwieństwie do domu Hani, w lodówce jest pusto. „Dlaczego?” – zapytał mój syn i myślę, że niejeden młody czytelnik, dla którego to niewyobrażalna sytuacja. No właśnie, dlaczego? Jest to jeden z obszarów do rozmowy, który otwiera lektura „Lodówki Zosi”. Dlaczego niektórych stać na wiele rzeczy, w tym jedzenie, a innych nie? I o czym to świadczy? Co mówi o nas, co mówi o nich? W książce nie znajdziemy prób wyjaśnienia tej sytuacji. Ta historia musi zostać dopowiedziana przez nas, przez pryzmat naszych doświadczeń, naszej wiedzy i wyobrażeń.

Hania siedzi z rodziną przy stole i je omlet, obok pustej lodówki Zosi i Olka – ilustracja z książki „Lodówka Zosi” Lois Brandt o empatii i dzieleniu się z innymi.
Fragment książki „Lodówka Zosi” Lois Brandt (ilustracje Vin Vogel). Hania je kolację z rodziną i postanawia podzielić się jedzeniem z Zosią – symboliczny moment, w którym empatia staje się działaniem.

I niezależnie od naszych poglądów, myślę, że ważną odpowiedzią jest to, że po prostu czasem tak bywa i nie zawsze można to wytłumaczyć, ale nie ma sytuacji bez wyjścia. Każdy z nas może znaleźć się w trudnym momencie w życiu, może się pogubić, przegrać, ale to nie przekreśla jego szans na wyjście z kryzysu. I o tym jest już dalszy fragment historii opowiedzianej w „Lodówce Zosi”. Hania, wiedząc, że lodówka Zosi jest pusta, a jej pełna, postanawia wspomóc koleżankę, dzieląc się z nią tym, co ma. Dla Zosi to wstydliwy temat. Prosi, by nikt nie usłyszał o jej sytuacji.

I to kolejny obszar do rozmów z dzieckiem, kształtowania jego charakteru i poczucia wartości. Wstyd. Nieposiadanie tego, co mają inni. Odnalezienie się w grupie rówieśniczej. Jakie to trudne, od najmłodszych lat wzmacniać dziecko, sprawiać, by czuło się ważne, wystarczające, niezależne od oceny innych, niezależnie od okoliczności. Doskonale pamiętam to ze swojego dzieciństwa. Mam nawet wspomnienie z lodówką jednej z koleżanek, w której znajdowały się produkty firm, na które moich rodziców nie było stać. Jej rodzice raz w tygodniu przeglądali lodówkę, by wyrzucić z niej przeterminowane jedzenie, podczas gdy my takie jadaliśmy, kupione czasami taniej. Pamiętam też, jak u innej koleżanki pierwszy raz próbowałam owoc granatu, trudno dostępny w latach 90-tych. A teraz? Jest często jadanym owocem w naszym domu.

W tym kontekście nie sposób nie wspomnieć o wdzięczności. Za to, co mamy. Za to, gdzie i z kim jesteśmy. Za to, kim się stajemy. Że to nie tylko rzeczy są w naszym życiu wartościowe, ale też wspólnie spędzany czas, przyjaźń, śmiech.

„Lodówka Zosi” i świat, który troszczy się o dziecko

Uwielbiam takie książki, wielowarstwowe, które można czytać z mniejszym, jak i większym dzieckiem, które można kontynuować poprzez snucie własnych historii. W „Lodówce Zosi”, dzięki wrażliwości Hani i zaufaniu swojej mamie w to, że pomoże rozwiązać niezrozumiałą dla niej sytuację, to mądry dorosły udziela wsparcia rodzinie w kryzysie. A Zosia może odrzucić swój wstyd i po prostu cieszyć się z bycia dzieckiem i przyjaciółką.

Podoba mi się przedstawienie dorosłych jako odpowiedzialnych, otwartych na otrzymywanie i przyjmowanie pomocy. Taka historia może też pomagać w budowaniu w dziecku poczucia, że świat się o nie zatroszczy. Że nie musi zobojętnieć czy pozbyć się marzeń, jeśli smutek i brak wdziera się do jego życia.

Chcę wierzyć, że takie zakończenia są możliwe. I chcę tę wiarę zaszczepić także synowi.

A Ty? Co masz w swojej lodówce?